Nie chcę być taką marudą, ale mam taką idee a nie inną, więc muszę :P
Otóż po pierwsze przypominam, iż wszyscy członkowie bloga, mają się stawić w czwartek (ten blogowy) na spotkaniu! A jeśli nie, to gdy już dotrą na nasze tereny, mają napisać jakiś wstęp jak tu trafili itp. Wyobraźcie sobie, że to wataha tyle że mamy dwunogi a nie czworo.
Drugie primo, z boku jest dzień, data i pora dnia, proszę stosujcie się do tego... Rozumiem, że w pewnych opowiadaniach jest potrzebne nieco więcej czasu, oki, więc ten czas naróbcie jakoś. Choćby śpiąc, czy jakkolwiek.
I trzecie, jako iż opowiadania mają tworzyć cykl całości, nie możecie pisać w jednym czasie dwóch czy trzech historii, nikt tutaj się przecież nie rozdwoi. I
A na koniec... czytajcie też opowiadania innych, są naprawdę ciekawe :) A przy okazji jeśli będziecie tak na bieżąco, możecie je z sobą mieszać, będzie wtedy jeszcze ciekawiej.
To wszystko, na chwilę obecną więcej nie marudzę. Podoba mi się blog i to że wszyscy piszą. I nie jojczę bo mi się nie podoba, tylko chciałabym ten jeden szczegół wprowadzić by było to jedną wielką historią, a nie pięćdziesięcioma różnymi :)
Mam nadzieje, że jeszcze mnie nie znienawidziliście XD
niedziela, 31 maja 2015
Life is short; you need to use it while you still can.
Imię: Blade
Nazwisko: Urodził się bez nazwiska, jednak nadano mu przydomek Dragonslayer i od tamtego czasu uznał to za swoje nazwisko.
Przydomek: Niektórzy mówią na niego Wampir (ze względu na wygląd), albo po prostu Dragon.
Rasa: Zmiennokształtny z domieszką Maga.
Wiek: Fizycznie ma 25-28, jednak ile lat już żyje na tym świecie dokładnie nie wie.
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Lotnik, mag, wojownik, zwiadowca... Nadaje się do wielu stanowisk, ale z racji swej leniwej natury jakoś nie widzi mu się zagrzać miejsca w żadnym z nich, póki nie ma wojny zostaje „normalny” najwyżej później się wciśnie gdzieś gdzie będzie potrzebny.
Aparycja: Jako zmiennokształtny jego ludzka postać jest trochę wyrośniętych rozmiarów. Ma jakieś 1.93 wzrostu, długie ramiono oraz nogi i jest dość masywnej budowy, jednak mimo wszystko wygląda to proporcjonalnie. Na zdjęciu widać, że na lewym biodrze zaczyna my się tatuaż smoka, ciągnie on się na plecach długimi sperpentynami i przedstawia kościstego jaszczura o trzech łbach.
Ludzie często patrzą na niego krzywo ze względu na jego bladą karnację oraz długie kły, kilka razy wzięto go za wampira i usiłowano spalić na stosie... Taa, od tamtego czasu do swojej skórzanej kurteczki dopiął sobie duży kaptur, zasłaniający mu całą twarz. Nie jest jednak potomkiem Drakuli, długie kły są skutkiem ubocznym bycia zmiennokształtcą, a blada karnacja... Taka jego uroda i tyle.
Jego zmieniona forma jest mniej-wiećej wielkości dorosłego lwa. Głowę, przednie łapy i część tułowia ma od nietoperza – czerwone ślepia, wielkie, różowe, łyse uszy, koślawy, spłaszczony nosek i wystające kiełki. Przednie łapy połączone są z bokami błoniastymi skrzydłami (jak u zwykłego nietoperza), łapy jednak są tak wykształcone, że zamiast haczyków ma pięć czarnych pazurów, a „ramiona” jest w stanie wyprostować i oprzeć na nich pełen ciężar, jednak nie zmienia to faktu, że chodzi niczym pokraka. Za to jego zadnia część pochodzi od tygrysa – w sumie nic w niej ciekawego, łapy, paski i ogon. Futro – jak wspomniałam – ma białe, paski (no raczej) czarne, a na szyji i karku ma grubsze, czarno-szare futro.
Zdolności:
~ Blade jest znakomitym szermierzem, choć w walce w ręcz też nie jest zły, czasem nawet woli pobić się z kimś w karczmie niż walczyć oficjalnie na miecze.
~ Po matce wiedźmie odziedziczył nieco magicznych zdolności, nie są one jakieś wybitne, ale wystarczające, jaka to magia – biała, zielona, czarna, fioletowa – jakoś się nigdy nie zastanawiał.
~ Gdy jest pod postacią hybyrdy jest w stanie używać ultra dzwięków, a jako człowiek ma wyostrzone zmysły słuchu i węchu, ze wzrokiem u niego nieco kiepsko.
Zainteresowania: W sumie to dobrą walką nie pogardzi, czy to bijatyka, czy pojedynek zawsze jest chętny do skopania komuś gnatów (o ile to on sam w kość nie dostanie). Swego czasu jego ulubionym hobby było polowanie na smoki oraz inne dziwne stwory, jednak im dalej wędrował tym mniej ich na swojej drodze spotykał. Lubi też przesiadywać nocami w koronach drzew i patrzeć się w gwiazdy, albo wypatrywać nietoperzy lub innych nocnych stworzeń w ciemnościach.
Charakter: Powiedzmy, że nie należy on do tych szczerych i sympatycznych ludzi. Nie jest jednak chamskim gnojem – co to, to nie. Może tak – Blade jest typowym kieszonkowcem, kłamie jak z nut i bez mrugnięcia oka, swego czasu robił to częściej, ale z wiekiem ograniczył się do kłamiania tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. Można nazwać go psem ogrodnika, bo ma chyzia na punkcie swoich rzeczy, kiedy uzna że coś (lub ktoś) należy do niego to będzie tej rzeczy (bądź osoby) bronił zaciekle nie dając do niej dostępu nikomu innemu (choćby była to rzecz kompletnie mu niepotrzebna). Znany jest z tego, że jest uparty jak osioł, kiedy raz coś sobie postanowi nie wybijesz mu tego z głowy najgróbszą lagą. Kobiety mają jednak ten przywilej, że lekkim flirtem mogą go sobie całkowicie owinąć wokół palca (chociaż swoją czujność ma). Dragonslayer dużo rzeczy lubi robić sam i na własną rękę, nienawidzi jak ktoś patrzy mu na ręce, bądź mówi oraz rozkazuje co, jak ma robić. Nie znaczy to, że nie jest towarzyski, wbrew pozorom bardzo lubi przebywać między innymi osobinkami, a najbardziej płci żeńskiej – tak, Blade to typowy konbieciarz, chociaż, kiedy większość sypia z kilkoma dziewczynami na raz, on ogranicza się do jednej sympatii, a resztą się po prostu bawi, kawał s*kinsyna, c’nie? Ale towarzystwo męskie też lubi, gdyż z nimi najfajniej się bić. Nie było jeszcze wyzwania, którego Blade by nie przyjął, chociażby jego przegrana była wiadoma od samego początku, on i tak je przyjmie. Nasz pogromca smoków ma również tendencję do „lekkiego” pijaństwa, ma jednak w miarę mocną głowę. No, to tak ogólnie, ale jednak póki się z nim nie zapoznacie w osobie, nie dowiecie się jaki jest naprawdę >3
Historia: Urodził się bez nazwiska, nie znając ojca i bez własnego dachu nad głową. Jego matka była wiedźmą, za co wkrótce po jego narodzinach spalono ją na stosie. Młodego zmiennokształtcę przygranęła ciotka, która zamieszkała z nim na obrzeżach starego miasteczka, z dala od podejżliwych spojrzeń i plotek na ich temat. Niestety kilka lat później siostra bliźniaczka podzieliła los swego rodzeństwa, uznana za reinkarnację spalonej na stosie kobiety, mimo tego, że dziedzina magii była jej kompletnie obca. Ich mały dom spalono, majątki zabrano, a Blade w wieku siedmiu lat został na lodzie, z niczym. Przeprowadził się więc do serca miasteczka, gdzie za towarzyszów niedoli miał tylko uliczne szczury. Wtem oto rozwinął się jego talent kieszonkowca i kłamcy – dzięki temu całkiem dobrze wiodło mu się na ulicach starego miasta. Nabawił się jednak wielu batów zanim stał się mistrzem w dzidzinie kardzieży i różnych przemytów (tym drugim czasem sobie nieźle dorabiał). Z tamtych lat zostały mu pamiątki na plecach, ramionach, nogach, palcach i karku, które do dziś wyglądają jak istne pobojowisko, gdyż znudzeni strażnicy nie szczędzili młodego widząc w znęcaniu się nad nim niezłą zabawę do zabicia czasu.
Zbrzydło mu w końcu w wieku 12 lat takie życie, no bo ile można biegać po ulicy, kraść, chować się i uciekać? Co prawda Blade nauczył się walki wręcz, nawet całkiem dobrze od innych sierot i porzuconych dzieciaków, do tego był zmiennokształtcą, więc jego siły były o wiele większe niż u przeciętnego nastolatka. Jednak w starciu jeden na czterech dorosłych mężczyzn nie zawsze się to sprawdzało. Jakby na rozkaz jego niemych myśli pewnego dnia do miasteczka, w którym pomieszkiwał Blade zawitał pewien tajemniczy wędrowiec. Niby nie robił nic co by rzucało się w oczy, jednak kaftan ze smoczek skóry, potężna sylwetka na ogronym wojskowym ogierze, każdy kawałek ciała pokryty bliznami i miecz z wygrawerowanymi podobiznami smoków na klindze chowanej w posrebrzanej pochwie chcąc nie chcąc przyciągały uwagę. Widok potężnego wojownika zafascynował młodego zmiennokształtcę, który odrazu dostrzegł okazję na odmienienie swojego bezsensownego życia. Zaczepił pewnego razu przybysza, kiedy on zawędrował do jednej z mniej uczęszczanych przez ludzi ulic i za wszelką cenę chciał go ubłagać, by przyjął go jako swojego ucznia. Na jego słowa mężczyzna spojrzał krytycznym okiem na chłopca, zadał mu kilka pytań, a gdy tylko dowiedział się, że jest zmiennokształtcą nie trzeba było go długo przekonywać do niczego, odrazu wziął Blade’a pod opiekę i wyswobodził tym samym z szarego, nudnego życia na ulicy. Wędrowiec wiedział, że niedoszła hybyrda będzie dobrym materiałem na łowcę (gdyż tym właśnie był owy tułacz – łowcą, który na zlecenie polował na różne istoty uprzykszające się tamtejszym mieszczanom), bowiem ogromne rozmiary chłopaka i nadludzka siła wystarczały, żeby wyszedł w przyszłości na ludzi.
I tak oto rozpoczęła się reputacja Blade’a jako niesworny uczeń. Długo uczył się u wymagającego podróżnika, który miał dość surowe warunki nauczania i przekazywania wiedzy, wykształciło to jednak w Bladzie zawziętość oraz dużą wolę walki. Mimo wszystko nie było łatwo, zarówno dla niego, jak i dla łowcy, który podiął się tego zadania nie wiedząc w co się pakuje. Blade nie należał do tych potulnych, uległych chłoptasiów, którzy garnęli się do wkuwania na blachę teorii, był rozbrykany, figlarski i nieźle dawał swojemu mentorowi w kość, szczególnie, gdy do tego doszły pierwsze magiczne sztuczki oraz przemiany w albinosowatego nietoperko-tygrysa. Powoli i mozolnie jednak cierpliwość łowcy opłaciła się i udało mu się z modzienca zrobić początkującego łowcę.
Nauki Wampira - gdyż tak przezywał go mentor - zakończyły się, gdy legenadrny łowca spoczął na łożu śmierci w zaciszach swojej leśnej chaty. Blade wprawdzie o wiele wcześniej był gotowy, żeby rozpostrzeć skrzydła i lecieć w swoją stronę, jednak nie miał serca zostawić starzejącego się mężczynę, który tak wiele dla niego zrobił - wyciągnął z zatęchłych ulic starego miasta, zastąpił mu w pewnym sensie ojca, wychował go na godnego łowce, a do tego naprowadził w życiu na właściwą drogę – jednak najgorszych chwastów i tak nie udało mu się wyrwać z podopiecznego, swoje za uszami miał. Został ze swym nauczycielem do ostatnich uderzeń serca, poczym pogrzebał go niedaleko chaty. Za wcześniejszym pozwoleniem przywłaszczył sobie miecz mentora oraz cały jego arsenał broni wraz z innymi ciekawymi rzeczami, które wpadły mu w oko. Starą szkapę łowcy wypuścił samopas, a sam wziął swojego wierzchowca i ruszył w świat jako następca legendy.
W wielu miasteczkach ludzie prosili go o pomoc z panoszącymi się istotami, płacili mu godnie, a raz za zabicie najgroźniejszej poczwary jaka kiedykolwiek stąpała po ziemi nadali mu nawet nazwisko, które chętnie przyjął – chociaż mało się nie przekręcił temtego dnia. Stawało się o nim coraz głośniej, tworzyły się małe historie, niewielkie legendy, a piękne damy z dworów garnęły się do niego tłumami – a jemu w to graj!
Nie wszędzie jednak był mile widziany, były miasteczka, gdzie witano go pochodniami, widłami oraz egzorcyzmami, raz nawet mało nie skończył na stosie, jednak udało mu się wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji...
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Nadeszła bowiem wojna i sielanka Dragon’a się skończyła. Spakował mantaki oraz wyjechał jak najdalej od tamtych stron jak tylko się dało. Zostawiając swoją reputację, przeszłość, osiągnięcia i legendy za sobą, rozpoczął nowe życie – po prostu wrócił do punktu wyjścia. Na tych terenach nikt go nie znał, nikt nawet nie słyszał o takim kimś jak Blade Dragonslayer, więc wszystko co zyskał przez te lata musiał zacząć zbierać od nowa... Choć jakoś specjalnie nad tym faktem nie ubolewał...
Partner: Nie myślał jeszcze o stałym związku, póki co „urozmaicał” sobie jedynie życie, jednak żadna nie zainteresowała go na tyle długo, by z nią został.
Rodzina: Wychowywały go ulice średniowiecznego miasta, jedyną rodziną, którą w miarę pamięta to szare brukowe kostki służące mu za łóżko.
Szczegóły:
~ Jak już wcześniej wspomniałam Blade lubi towarzystwo ładnych dziewczyn, można powiedzieć, że ma słabość do blondynek, choć u rudych, brunetek i szatynek wystarczą mu ładne oczka. Lubi bawić się włosami swoich towarzyszek, nie obchodzi go też ich „przestrzeń osobista” kładzie ręce gdzie mu wygodnie.
~ Jako hybryda Blade nie nadaje się w ogóle do chodzenia po ziemi, plączą mu się przednie łapy, przewraca się i zatacza, więc pod postacią zwierzęcia w ogóle nie dotyka ziemi, chyba, że musi gdzieś wylądować.
~ Ma słobość nie tylko do ładnych dziewczyn, ale też i do pająków. Lubi te ośmionogi, w swojej skromnej chatce choduje cztery ptaszniki.
~ Nie lubi słonecznych dni, woli pochmurne lub deszczowe pory, a najlepiej mu gdy jest noc. Kiedy są piękne słonecznie dni, on chowa się w cieniach drzew i czeka na zmrok.
~ Zmysł bólu u Blade’a jest przyćmiony. Odczuwa go, owszem, jednak nie jest on aż tak dotkliwy jak u innych. Jego ciało pokryte jest na plecach i prawym boku brzydkimi bliznami, jednak nawięcej śladów ma na wewnętrznych stronach przedramion, gdzie sam sobie czasem rzeźbi z nudów różne wzorki, nie jest to związne z traumą z dzieciństwa czy czymś tam – takie sobie znalazł hobby.
Autor: Ania0078
sobota, 30 maja 2015
In the name of Gallia In the name of my tribe In the name of my greed I became the minion
Imię: Odayakana
Nazwisko: Seakantai
Przydomek: Umbra tak nazywali ją starzy klienci, sama nie wie dlaczego. Potem inni uznali że jej pseudonim jest prostrzy od prawdziwego imienia kobiety.
Rasa: Prawdopodobnie jest hybrydą, podobno jej ojciec był demonem lub mrocznym elfem a matka śmiertelniczką albo mieszaniną człowieka z jakąś istotą.
Wiek: 28 lat (Jednak odznacza się długowiecznością)
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Dwódca wojsk
Aparycja: Jest średniego zwrostu kobietą jednak chciałaby być wyższa. Jej oczy są na ogół czerwone jednak często moża zauważyć że wydobywa się z nich płomienie. Jak można zauważyć na jej rękach są szpony, które zawsze nosi jedynie ściąga je na noc do spania. Na brzuchu ma blizny po walkach, a na szyi znaki plemienne z którego pochodził jej ojciec.
Zdolności: Posługuje się pradawną magią przywoływania bestii, są to jej towarzysze którzy wiernie walczą przy jej boku. Także zna się na iluzji, jej wrodzonym darem jest tworzenie wytworów swojej wyobrażni które wykorzystuje w walce. Jest silna i szybka, głównie walczy wręcz za pomoca swoich szponów stworzonych z zmieszanych ze sobą metali szlachetnych ale też bardzo wytrzymałych do tego są artefaktem i dzięki temu posiada umiejętności związane z ogniem. Jest dobrym taktykiem, wojownikiem i perfekcyjnym obserwatorem.
Zainteresowania: Czytać książki i się uczyć, łaknie wiedzy i stara ją cały czas pochłaniać. Także lubi astronomię. Oczywiście nadal uczy się taktyk i walki, trzeba każdego dnia się doskonalić. To tylko tyle jednak zapewne znajdzie nowe zainteresowania.
Charakter: Jest "spokojna" jednak zarazem bardzo łatwo wpada w złośći i coś psuje, rozwala, debastuje lub z premedytacją doprowadza do destrukcji. Wygląda bardzo groźnie, jednak pozory mylą. Racja czasami jes goroźna, i posiada skłoności do sadyzmu jednak bez przesady. Jest miła i nieśmiała do ludzi, dlatego nzywa się obserwatorem. Siedzi cicho i patrzy się na innych, a jak już rozmawia to nawija czasami jak szalona. Posiada dość wrazliwą duszyczkę, mimo że morduje ludzi to na widok zranionego pieska ma w oczach łzy. Także jej ciało jest delikatne i wrażliwe, dlatego nie lubi jak ktoś ją maca, dotyka, przytula i wiele innych. Jeśli ktoś próbuje to zaczyna panikować. Jest pedantką szanuje sobie porządek, także posiada skłoności do perfekcji. Ma słabą oreintację w terenie i umie się zgubić w pałacu, własnym domu a w lesie to koniec świata.
Historia: Urodziła się w poziemiach, matka od razu umarła a nią zajeła się starsza kobieta która była przyjaciółką jej mamy. Dzieciństwo nie było dla niej piękne i kolorowe, nie raz głodowała, żebrała lub uciekała i chowała się w ciemnych zakamarkach. Jednak gdy ukoniczyła 18 lat opuściła rodzinne strony i zaczęła pracować jako najemniczka. Morderstwo, kradzież i wielel innych zleceń było dla niej na porządku dziennym. Jednak pewnego dnia wyszła na powerzchnię i ten kolorowy świat ją oczarował. Rzuciła swoją starą profesję i zamieszkania w mieście niedaleko pałacu Króla. Z biegiem czasu, tak się świat zawirował że stała się dowódcą wojsk, sama nie wiedząc jakim cudem.
Partner: Nie... Jednak nie spogląda na płeć.
Rodzina: Matka nie żyje, a ojciec nigdy go nie poznała tylko wie że ma na imię Fortis.
Szczegóły: -Kocha słodycze.
-Jest choleryczką i hipokrytką jak chyba każda kobieta.
-Jest sroką, musi mieć wszystko co się mieni i błyszczy.
-Orientacja w terenie bardzo słaba.
-Czasami ma napady narcyzmu.
-Boi się ciemności, śpi przy świecy.
-Inne zdjęcie
Autor: Umbra
Czas
Chciałam jedynie przypomnieć że tam z boku ---> jest wypisany dzień i pora dnia na blogu. Dlatego proszę by wszystkie opowiadania trzymały się tego "zegarka". Narazie może to wydać sie niektórym niepotrzebne, ale przypominam, iż w "czwartek" ma być spotkanie wszystkich postaci. Wiecie, żeby miało to ręce i nogi, musimy znać swoje "stadko" i starać się pisać historie w miarę spójną :D
Dlatego wszystkich "w tyle" proszę by nadrabiali zaległości ;)
ps. Sorki że wam tak jojczę :)
Dlatego wszystkich "w tyle" proszę by nadrabiali zaległości ;)
ps. Sorki że wam tak jojczę :)
piątek, 29 maja 2015
Od Squall c.d. Halta - "Nie jestem dobrą wróżką"
Squall roześmiała się głośno słysząc ostatnie pytanie.
-Bynajmniej, nie jestem lubianą postacią, a w szczególności na morzu. Ty chyba naprawdę rzadko zaglądasz na brzeg co?- Oderwała wzrok od widnokręgu i skierowała go na chłopaka.
-Może i jestem obieżyświatem, ale z morzem jakoś się nie zaprzyjaźniłem.- Uśmiechnął się słabo, a dziewczyna przypomniała sobie jego chorobę morską.
-Jestem niezłym wrzodem na tyłku floty. Choć bronią okrętów kupieckich, rzadko kiedy docierają one do celu, poza tym można powiedzieć, że swojego czasu Sztorm był jedynym pirackim okrętem na tych wodach.- Tego co chciała powiedzieć strzelcowi, nie musiała ukrywać. Gdyby zapytał pierwszego lepszego marynarza, mógłby mu wyśpiewać całą "legendę" Sztormu, nieraz mocno przekolorowaną. -Niby zwykły piracki okręt, pełen wariatów i moczymord, ale w swojej brożce jedni z najlepszych. Królewska flota długo nie mogła się nas pozbyć, choć usilnie próbowała. Jednak jedyne co, to ponosili kolejne straty. Byliśmy niezłymi łobuzami.- Kapitan uśmiechnęła się nieco nostalgicznie, przypominając sobie te czasy. -Tuż przed zakończeniem wojny, w końcu mieli spokój na 10lat. Okręt wraz z załogą, po prostu zniknął bez śladu. Po upływie tego czasu słynny statek powrócił już jako okręt widmo.- Jej uśmiech przybrał teraz bardziej demoniczny wyraz. Halt rozejrzał się wokoło i dopiero teraz dotarło do niego, że są tutaj sami. Nie tyle co tego nie zauważył, ale nie zwracał raczej na to uwagi. Teraz jednak poczuł zimny oddech na karku.
-Czyli upiorny statek?- Zapytał z lekką dozą ironii.
-Owszem.- Przytaknęła spokojnie kobieta i znów utkwiła wzrok gdzieś w dali.
-A niby dlaczego? I co takiego działo się przez te 10lat?- Próbował kontynuować rozmowę.
-Nie wiem... Zapytaj w porcie, z pewnością usłyszysz ciekawe opowieści.- Jej uśmiech przybrał bardziej tajemniczy wyraz. Chłopak nie mógł wiedzieć, że Squall i Sztorm to niemal dwie zupełnie odmienne osoby. Chłopak zrozumiał, że więcej od niej nie wyciągnie, więc nie zadawał kolejnych pytań dotyczących tego tematu. Westchnął tylko cicho, dziewczyna czuła jego uważny wzrok i sama przyjrzała się towarzyszowi. Z samego jego wyglądu biło "Poznałem nie jedno królestwo i z nie jednego pieca chleb jadłem". Smagana słońcem i wiatrem twarz nosi ślady wielu trudów podróży. Squall kojarzył się taki wygląd z wilkami morskimi, związanymi z żaglami, jak ona. Nigdy nie lubiła spoglądać w te idealne twarze mieszczan, zdecydowanie te wyniszczone z portów i bezdroży były jej przyjaźniejsze.
-Wspominałeś o łączniku, i że chciałeś jakieś informacje. To po to mnie szukałeś racja? W karczmie pytałeś o brata. Jeśli coś wiem, mogę wyznać.- Przerwała dłuższą cieszę, mówiąc jednak cały czas trwała nieruchomo.
-Tak, Husein tak ma na imię.- Wypalił uradowany.
-Hola, hola, przyjacielu... W tym świecie nie ma nic za darmo!- W końcu znów podniosła nań wzrok i wyszczerzyła się niemiło. -Jeśli faktycznie znam go i coś wiem, powiem tylko za godną cenę.
-Czy dziesięć złotych koron starczy?- Sięgnął po sakiewkę, możliwość dowiedzenia się czegoś o bracie sprawiała, że stał się nieco pośpieszny.
-Pieniędzy nie chcę. Wpierw powiesz mi kto Cię na mnie naprowadził.
-Artem.- Wtrącił szybko, nie czekając na kolejny warunek. Na wydźwięk tego imienia szparki jej oczu zwężyły się jeszcze bardziej.
-Czy ten parszywy szczur ma zamiar się na mnie mścić?- Warknęła do siebie półgłosem, ale zaraz jej złość zmieniła się znów w ten sam wredny uśmiech. -Więc to tak... Nie go już głowa nie boli, następnym razem ciekawiej się z nim rozprawię.
-Znasz go?- Zapytał Halt, choć to raczej było oczywiste, czekał raczej na rozwinięcie tematu.
-Ha! Tez informator od siedmiu boleści próbował zdobyć informacje o mnie. Po długiej nocy obudził się nago na dziedzińcu. Sądziłam, że będzie to wystarczająca nauczka dla takiego żółtodzioba, by nie wpychał się między wilka morskiego, a jego kielich. Sukinkot prawdopodobnie nasłał cię na mnie tylko dlatego, że miał nadzieję na zemstę. Oj przeliczył się kochanieńki. Nie tak łatwo wyciągnąć prawdę o mnie z miejskich podań.- Wyszczerzyła się nieprzyjemnie, wyobrażając sobie co zrobi z nim następnym razem.
-Czyli nic nie wiesz?- Zapytał z cichą rezygnacją strzelec.
-Tego nie powiedziałam. Może wiem... a może nie... Może Ci powiem.- Zerknęła nań żarłocznie.
-Takie zaloty na mnie nie działają.
-Spokojnie, od tygodnia żyję w celibacie.- Zachichotała. Jej uwagę od chłopaka odwrócił malutki punkcik na horyzoncie. Sięgnęła po lunetę i przyłożyła ją do oka.
-W końcu, już zaczęłam się obawiać, że tak słynny szlak morski dziś mi nie zaowocuje.- Mruknęła sama do siebie.
-Statek kupiecki? Chyba nie masz zamiaru go złupić?- Zadał pytanie, z nutką nadziei w głosie.
-Nie jestem dobrą wróżką, tylko piratem.- Uśmiechnęła się szelmowsko i zaczęła przygotowania.
-A co z...- Chłopak chodził za nią nieco podenerwowany. Ale nim zdążył zadać pytanie, coś podcięło mu nogi i wylądował w ładowni. Nim się pozbierał krata zatrzasnęła się zamykając go znów pod pokładem.
-Nie pomagasz, to chociaż nie przeszkadzaj.- Wygroziła mu palcem i znów gdzieś pobiegła. Skakała po masztach, bomach i olinowaniu niczym kotka. W końcu zniknęła z oczu Halta, a okręt objęła nieprzyjemna cisza trwająca według niego chyba wieczność. Przerwał ją cichy chlupot podpływającej łodzi.
-Hej! Przyjaciele! Czy wszystko tam u was w porządku?- Zawołał jakiś męski głos. W pierwszej chwili strzelec chciał odpowiedzieć, ale gruba lina oplotła mu usta niczym wąż. Okręt kupiecki widząc banderę przyjacielską i zniszczony okręt przybiła do burty Sztormu myśląc, że ten jest zniszczony. Marynarze nie byli jeszcze świadomi na jaki okręt wkroczyli. Kilku z załogi kupieckiej poczęło przemierzać pokład okrętu Squall. Dziewczyna w tym czasie szybko i bezszelestnie przeszła na przybyłą łajbę. Rozpoczęła poszukiwania łupów oczywiście od luków. Pech chciał, że ci tutaj przewozili jedynie sukna i przyprawy na nic jej potrzebne. Zajrzała jednak jeszcze do kajuty kapitańskiej. Stamtąd porwała złotą szkatułę, o niejasnej zawartości, barometr i mapy.
-Kapitanie, powinniśmy uciekać.- Odezwał się jeden z przerażonych majtków znajdujących się na pokładzie obcego okrętu. Pusty i zniszczony statek napawał grozą nawet we dnie.
-Zgadzam się nie powinno nas tu być...- Przytaknął inny równie roztrzęsiony. Nagłe skrzypnięcie steru sprawiło, że sam kapitan zawahał się.
-Wracamy. to nie miejsce dla nas.- Oznajmił i odwrócił się napięcie.
-Za późno...- Szepnęła Squall siedząca z powrotem na bocianim gnieździe swojego statku i w tym momencie wszystkie boczne działa wystrzeliły odpychając okręty od siebie. Żagle rozwinęły się, ster zakręcił i łajba ruszyła z niewiarygodną jak dla siebie prędkością. Liny zwieszające się tu i ówdzie oplotły dodatkowych pasażerów i wyrzuciły ich za burtę. Piratka pogwizdując przeszła cały okręt, weszła do swojej kajuty, odłożyła tam łupy i skierowała się do zamkniętego Halta. Gdy pochyliła się by zerknąć na łucznika, zobaczyła w luku jedynie pustkę. Nim zdążyła jednak cokolwiek zrobić poczuła chłód metalu na gardzieli. Mężczyzna wyswobodził się jakoś i zaszedł ją od tyłu. Teraz przytrzymując ją z nożem przy szyi.
-Jak już mówiłem... Chcę jedynie informacji...- Mruknął jej przeciągle do ucha.
-To chyba niezbyt wygodna pozycja co? Wolę akurat od przodu.- Zapytała z lubieżnym uśmieszkiem, ignorując to co powiedział. I przycisnęła delikatnie swój sztylet między jego nogami by dać mu do zrozumienia co może stracić. Uścisk lekko się rozluźnił, a dziewczyna błyskawicznie przewróciła go i przygniotła własnym ciężarem siadając nań okrakiem.
-Zdecydowanie tak wolę.- Schyliła się i szepnęła cicho. Halt zrzucił ją z siebie, ta jednak od razu wylądowała na prostych nogach.
-Informacje.- Powtórzył, a Squall wykrzywiła się i przedrzeźniała go.
-"Informacje, informacje". Jak Mówiłam, wszystko ma swoją cenę. Ja na przykład potrzebuję kogoś kto załatwi mi pewną rzecz. Miał zrobić to kto inny, ale chyba zawiódł i zginął.
-Co to takiego?
-Ot zwykłe zaklęcie, proste nieprawdaż?
-Jakie?
-O to niech już cię głowa nie boli. Potrzebuję jedynie kogoś kto je dla mnie zdobędzie, ewentualnie mi w tym pomoże. Pech chciał, że znalazłeś się na mojej łajbie, więc albo przystaniesz na moja propozycję, albo won za burtę. Oczywiście za dobrą pracę, będzie dobra nagroda w postaci twoich "informacji"...
Halt? Trochę bez ładu i składu, ale i tak nieźle jak na tak padniętą i nieogarniętą osóbkę jak ja :P
Nadzieja i wiara to nieśmiertelne wartości.
Imię: Risu Shito
Nazwisko: Kagayaki z rodu Karayon
Przydomek: Elyos
Rasa: Jest połączeniem elfa i driady leśnej.
Wiek: Jej wygląd wskazuje na 18 bądź 19 lat, lecz tak naprawdę ma o wiele więcej.
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Szpieg
Aparycja: Risu na co dzień chodzi boso, ubrana jedynie w zwiewne sukienki i długie, cienkie rękawiczki bez palców z lisiej skóry. Ma blond włosy z lekko rudym połyskiem sięgające jej aż do pasa. Jest szczupła, trochę aż za bardzo, bo widać jej kości. Od lewego ramienia do lewej kostki ma tatuaż przedstawiający leśne stworzenia wraz z zorzą polarną.
Zdolności: Elyos jest druidką. To znaczy, że potrafi zasklepić drobne i te mniej poważne rany, starą magią, stwarzać niewielkie iluzje, i złudzenia, tworzyć ogniste lub wodne kule (ale bez przesady, nie są jakieś gigantyczne) oraz usypiać na niezbyt długi czas. Dzięki temu, że ma w sobie trochę krwi driady leśnej, potrafi wyczuć emocje innych. Risu jest również... niemową. Urodziła się z tym, ale za to potrafi "przesyłać" swoje myśli innym. Wie, słyszy i rozumie co się do niej mówi, lecz ona odpowiada tej osobie myślą.
Zainteresowania: Risu kocha zwierzęta. Dowodem na to jest jej towarzyszka. Puchata wiewiórka z długim ogonkiem o imieniu Kiri. Uwielbia również wszelakie zbiorniki wodne oraz góry, gdzie może poczuć w pełni swej siły wiatr.
Charakter: Risu jest przyjacielską i pomocną osóbką. Jest nadzwyczaj spokojna, bardzo trudno ją wkurzyć. Optymistyczne spojrzenie na świat to jest to czym się wyróżnia w tych jakże ciężkich czasach odrodzenia. Wielu rzeczy się nie boi, lecz jest bardzo wrażliwa. Nie można powiedzieć, że jest naiwna, choć wielu by tak powiedziało. Po prostu wierzy, że każdy gdzieś tam w głębi serca potrafi być dobry. "Nikt nie jest zepsuty do cna" jak to zwykła... "mówić". Bardzo łatwo się przywiązuje do innych, co czasem kończy się źle... Nigdy nie skrywa swoich emocji.
Historia: Pewnego dnia obudziła się w głębi puszczy, koło niedużego źródełka, a w oczy patrzyła jej puszysta wiewiórka z długaśnym ogonem. Powoli i ostrożnie wstała. Miała pustkę w głowie, lecz po chwili powracały pojedyncze obrazy: bitwa, ogień, krzyki, płacz. Jednak nadal nie pamiętała czy miała jakąś rodzinę. Nic. Dzieciństwo przepadło. Szlochając, wzięła ostrożnie na ręce wiewiórkę i przytuliła ją. Następnego dnia, po ogarnięciu się psychicznie, poszła na poszukiwania pożywienia. Wtedy pierwszy raz znalazła ranne zwierzę. Zajęła się nim, ąż doszła do wniosku, że jest to dobre zajęcie by zapomnieć o tym co straciła, o tym co przeszła. Wędrowała tak z Kiri bardzo długo, pomagając Lasowi. Spotykała czasem pojedyncze oddziały, lecz unikała niepotrzebnej walki. I tak znalazła się tutaj, w miejscu, które wydało jej się idealne do dalszego życia.
Partner: Jak znajdzie się ktoś taki, to czemu nie?
Rodzina: Nie zna jej.
Szczegóły: -Risu śpi na drzewach bądź ziemi.
-Nigdy nie rozstaje się z Kiri.
-Nie je mięsa. Za bardzo szanuje zwierzęta.
-Zabije zwierzę dopiero wtedy, kiedy będzie do tego zmuszona, a tak się stało już kiedyś- stąd ma ubranie z lisiej skóry.
-Zajmuje się leczeniem chorych lub rannych zwierząt oraz pilnowaniem fauny i flory.
-Najczęściej możesz ją spotkać otoczoną zwierzętami.
-Przyozdabia się w to co znajdzie w lesie, czyli kwiaty, listki. Często robi wieńce.
Autor: Ko Ta
Nazwisko: Kagayaki z rodu Karayon
Przydomek: Elyos
Rasa: Jest połączeniem elfa i driady leśnej.
Wiek: Jej wygląd wskazuje na 18 bądź 19 lat, lecz tak naprawdę ma o wiele więcej.
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Szpieg
Aparycja: Risu na co dzień chodzi boso, ubrana jedynie w zwiewne sukienki i długie, cienkie rękawiczki bez palców z lisiej skóry. Ma blond włosy z lekko rudym połyskiem sięgające jej aż do pasa. Jest szczupła, trochę aż za bardzo, bo widać jej kości. Od lewego ramienia do lewej kostki ma tatuaż przedstawiający leśne stworzenia wraz z zorzą polarną.
Zdolności: Elyos jest druidką. To znaczy, że potrafi zasklepić drobne i te mniej poważne rany, starą magią, stwarzać niewielkie iluzje, i złudzenia, tworzyć ogniste lub wodne kule (ale bez przesady, nie są jakieś gigantyczne) oraz usypiać na niezbyt długi czas. Dzięki temu, że ma w sobie trochę krwi driady leśnej, potrafi wyczuć emocje innych. Risu jest również... niemową. Urodziła się z tym, ale za to potrafi "przesyłać" swoje myśli innym. Wie, słyszy i rozumie co się do niej mówi, lecz ona odpowiada tej osobie myślą.
Zainteresowania: Risu kocha zwierzęta. Dowodem na to jest jej towarzyszka. Puchata wiewiórka z długim ogonkiem o imieniu Kiri. Uwielbia również wszelakie zbiorniki wodne oraz góry, gdzie może poczuć w pełni swej siły wiatr.
Charakter: Risu jest przyjacielską i pomocną osóbką. Jest nadzwyczaj spokojna, bardzo trudno ją wkurzyć. Optymistyczne spojrzenie na świat to jest to czym się wyróżnia w tych jakże ciężkich czasach odrodzenia. Wielu rzeczy się nie boi, lecz jest bardzo wrażliwa. Nie można powiedzieć, że jest naiwna, choć wielu by tak powiedziało. Po prostu wierzy, że każdy gdzieś tam w głębi serca potrafi być dobry. "Nikt nie jest zepsuty do cna" jak to zwykła... "mówić". Bardzo łatwo się przywiązuje do innych, co czasem kończy się źle... Nigdy nie skrywa swoich emocji.
Historia: Pewnego dnia obudziła się w głębi puszczy, koło niedużego źródełka, a w oczy patrzyła jej puszysta wiewiórka z długaśnym ogonem. Powoli i ostrożnie wstała. Miała pustkę w głowie, lecz po chwili powracały pojedyncze obrazy: bitwa, ogień, krzyki, płacz. Jednak nadal nie pamiętała czy miała jakąś rodzinę. Nic. Dzieciństwo przepadło. Szlochając, wzięła ostrożnie na ręce wiewiórkę i przytuliła ją. Następnego dnia, po ogarnięciu się psychicznie, poszła na poszukiwania pożywienia. Wtedy pierwszy raz znalazła ranne zwierzę. Zajęła się nim, ąż doszła do wniosku, że jest to dobre zajęcie by zapomnieć o tym co straciła, o tym co przeszła. Wędrowała tak z Kiri bardzo długo, pomagając Lasowi. Spotykała czasem pojedyncze oddziały, lecz unikała niepotrzebnej walki. I tak znalazła się tutaj, w miejscu, które wydało jej się idealne do dalszego życia.
Partner: Jak znajdzie się ktoś taki, to czemu nie?
Rodzina: Nie zna jej.
Szczegóły: -Risu śpi na drzewach bądź ziemi.
-Nigdy nie rozstaje się z Kiri.
-Nie je mięsa. Za bardzo szanuje zwierzęta.
-Zabije zwierzę dopiero wtedy, kiedy będzie do tego zmuszona, a tak się stało już kiedyś- stąd ma ubranie z lisiej skóry.
-Zajmuje się leczeniem chorych lub rannych zwierząt oraz pilnowaniem fauny i flory.
-Najczęściej możesz ją spotkać otoczoną zwierzętami.
-Przyozdabia się w to co znajdzie w lesie, czyli kwiaty, listki. Często robi wieńce.
Autor: Ko Ta
Od Halta cd Squall - Na pokładzie Sztormu
Gdy piratka zniknęła (bo teraz już miał pewność kim była) Halt warknął
zirytowany i przyrąbał atakującemu go pijakowi w nos. Nie tak to się
miało skończyć, ale co poradzić? Trzeba żyć dalej. Poprawka - trzeba się
przede wszystkim wydostać z tej knajpy. Wyjście tym samym sposobem co
niedoszła sojuszniczka odpadało. Pod liną stłumiła się największa
bijatyka. Halt spojrzał wyżej i dostrzegł belkę podpierającą strop.
Uśmiechnął się do siebie. Wskoczył na stół pod balustradą, a następnie
wspiął się na pięterko. Tam stanął na barierce i skoczył do przodu
chwytając się belki. Podciągnął się. Była wytrzymała, więc bez problemu
stanął na niej wyprostowany balansując z lekko rozłożonymi rękoma. Jakiś
metr przed nim przeleciała butelka, prawdopodobnie wycelowana w niego.
Przebiegł na środek belki stropowej i skoczył w stronę liny. Chwycił się
jej i sprawnie wspiął do tego samego otwartego okna. Strażnicy zaczęli
pokazywać go sobie palcami, niektórzy bezskutecznie próbowali otworzyć
przybite dobrze wycelowaną strzałą tylne drzwi. Halt tylko zasalutował i
wyszedł na dach.
Zsunął się z kopułowatego dachu tawerny na niższe piętro. Przebiegł pół długości domu obok gwiżdżąc przeciągle. W końcu usłyszał znajome rżenie i stukot kopyt na bruku. Halt zsunął się więc po dachówkach lądując na balkonie obok jakiejś zaskoczonej mieszczanki.
- Pani wybaczy! - powiedział szybko i przesadził barierkę, lądując na ugiętych nogach na grzbiecie Gwizdacza. Dzielny koń przywykł do takich akrobacji i przyjął nagły nacisk bez tracenia rytmu galopu.
Halt usiadł w siodle i przyspieszył konia słysząc już pościg. Gdy nadrobił dystansu gwałtownie skręcił w boczną uliczkę. Obejrzał się.
- Jedź do portu! - rzucił do Gwizdacza. Ogier machnął łbem. Łucznik zeskoczył więc i przeturlał się po drodze chcąc złagodzić upadek. Szybko cofnął się w cień i znieruchomiał. Tak jak przewidział rozpędzony patrol w ogóle go nie zauważył i pobiegł za koniem bez jeźdźca.
Gdy wszystko ucichło, wychynął z cienia zadowolony i ruszył spokojnie w stronę portu, gdzie poczeka na Gwizdacza. Nie martwił się o niego. To nie pierwsza taka akcja. Sam ogier był świetnie wyszkolony. Bez obciążenia, jakim jest jeździec szybko zgubi pościg i ruszy do portu, gdzie zaczeka na Halta.
Tymczasem jego właściciel postanowił odnaleźć szukaną piratkę. Jeśli rzeczywiście wiedziała coś o Husein'ie, on musi się tego dowiedzieć. Śledzi brata od dwóch lat, kiedy to dostał list, który nakierował go jedynie za granice kraju Arsmana. Później nie otrzymał już rzadnych wieści. Husein nie robiłby tak bez powodu. Najwyraźniej obawia się wysyłać mu wiadomości o swoim położeniu. Czyli jest śledzony, albo trzymany gdzieś pod kluczem. Halt obstawiał raczej tę pierwszą wersję.
Poznanie tożsamości szukanej piratki nie było tak trudne jak myślał. Pewien facet wygadał, że jedynym witającym tu od paru lat piratem, jest Squall Repentina, na okręcie ochrzczonym ,,Sztorm". Łucznik ku swojemu zadowoleniu odnalazł okręt. Na dodatek pusty. Najwyraźniej Squall poszła uzupełnić zapasy. Aż szkoda nie skorzystać z takiej okazji. Skoro ona mu nic nie powie, to odpowiedź znajdzie sam.
Halt wszedł bez trudu na pokład. Pierwszym miejscem do przeszukania jakie przyszło mu na myśl była ładownia pod pokładem. Zszedł po schodach na dół cały czas zachowując czujność. Przeszukał pilnie każdy kąt, jednak nie znalazł śladu obecności Husein'a. Już miał wyjść, kiedy nagle usłyszał jakieś kroki na pokładzie. Przez moment wydawało mu się, że na statek weszła jakaś grupka ludzi. Wyciągnął saksę z pochwy i przyczaił się przy schodach. Po chwili kolejny niechciany pasażer postanowił zejść po pokład...Gwizdacz.
Halt przeklął w myślach. Zupełnie zapomniał o ogierze! Natomiast koń zniecierpliwiony czekaniem postanowił szukać pana na własną rękę, a raczej kopyto.
- Co ty tu robisz? - szepnął zdenerwowany łucznik. - Na górę i to na...
Urwał słysząc kolejne dźwięki. Ktoś toczył beczki po pokładzie. Halt zamarł trzymając wodze konia. Gwizdacz również czując niepokój właściciela postanowił siedzieć cicho. Parę minut później, ku zgrozie Halta, statek wypłynął.
[Tu mieści się fragment opka Squall :3]
Squall pokręciła głową z niedowierzaniem, dalej nie mogąc powstrzymać złośliwego uśmiechu.
- Jesteś uparty jak osioł. Chociaż po namyśle, to chyba obraza dla tych szlachetnych stworzeń - powiedziała piratka świetnie się bawiąc kosztem zchorowanego Halta.
Łucznik zdecydowanie nie podzielał jej humoru, chociaż starał się robić dobrą minę do złej gry. Zdzierżył docinki Squall.
- Co nie zmienia, że nie chcę mieć na okręcie ani ciebie, ani tej śmierdzącej szkapy - pirat wskazał palcem na Gwizdacza. Koń chyba wyczuł obelgę pod jego adresem, bo położył uszy po sobie i gniewnie potupał nogą.
- Hola! Mnie możesz obrażać do woli, ale tego tutaj proszę się... - urwał i na moment zakrył dłonią usta, po czym zapanował nad żołądkiem - ...nie czepiać, panno Repentino.
Squall spiorunowała mężczyznę wzrokiem.
- Skąd ty...
- Zasięgnąłem języka - odparł zanim dokończyła. - A teraz proszę o odstawienie nas na ląd.
- Nie ma mowy. Nie wracam do tego miasta. Jak chcesz tam wracać, to zapraszam za burtę - kapitan uśmiechnęła się złośliwie.
- No to utknęłaś na jednej łajbie z marudnym koniem i łucznikiem cierpiącym na chorobę morską.
Piratka zmrużyła kocie oczy. W ogóle nie odpowiadała jej obecność Halta, a co dopiero zwierzęcia. Jednak nie miała wyboru. Machnęła więc niedbale ręką i odpowiedziała:
- Trudno. Ty i omusicie poczekać aż dobiję do brzegu. A tymczasem siedzicie tu na MOICH warunkach, jasne? Nie plątaj mi się pod nogami, ani nie niszcz okrętu. A po tym tutaj - wskazała na Gwizdacza - masz posprzątać, gdy tylko się ulokujemy w jakimś porcie.
Repentina ruszyła nieco nabuzowana z powrotem do schodów. Jednak w ich połowie przypomniała sobie o czymś jeszcze, więc odwróciła się do Halta:
- Jeszcze jedno: zapomnij o tym co słyszałeś w tawernie.
Halt przypomniał sobie moment gdy piratka opuszczała gospodę i nie mógł powstrzymać szelmowskiego uśmiechu.
- Czyżby szanowna pani kwestionowała mój honor? - zapytał zaczepnie.
Ta zmierzyła go od pasa w dół.
- Śmiem kwestionować coś innego.
Nudności Halta ustąpiły już - na szczęście - następnego ranka. Utrzymało go to w przekonaniu, że morze wygląda pięknie jedynie z brzegu lub na obrazku. Przez ten czas łucznik zdążył ulokować Gwizdacza pod schodami, gdzie opartemu o ścianę koniowi nie groził upadek w razie zbyt wielkiego kołysania. W wolnym czasie Halt zajmował się różnymi rzeczami: strugał kolejne runy na swoim łuku, wspinał się po olinowaniach (co zdecydowanie nie przypadało do gustu kapitanowi statku) i opiekował Gwizdaczem. Zauważył, że Squall mało sypiała, jakby nie do końca ufała Haltowi. Gdy więc udawała się do swojej kajuty, chłopak omijał to pomieszczenie szerokim łukiem (Bóg wie, co dziewczyna mogłaby sobie ubzdurać) lub spał w tym samym czasie na sporządzonym hamaku ze starej płachty. Oboje do siebie ,,przywykli" - w sensie: unikali się ile wlezie.
Wieczorem, gdy słońce zaczynało już zachodzić, Halt z nudów oparł się łokciami o burtę i patrzył w morze. Squall zdecydowała się do niego dołączyć (co prawda stała półtora metra dalej, ale to szczegół). Piratka korzystała z faktu, że Halt nie miał na głowie kaptura i mogła mu się przyjrzeć. Główną uwagę zwróciła na włosy...
- Kiedy ostatnio byłeś u balwierza*? - zapytała złośliwie.
Halt odruchowo przeczesał ręką włosy. Obcinał je zaledwie tydzień temu, jednak robił to tradycyjnie za pomocą noża. Oczywiście nie miał przy sobie wtedy lustra, dlatego też wyglądał tak niechlujnie.
- Po co balwierz, kiedy ma się nóż? - odpowiedział z uśmiechem.
- W sumie racja - Squall utkwiła wzrok w jakimś punkcie na horyzoncie. - Coś ty takiego zrobił pewnemu ,,gentelmanowi", że aż nasłał na ciebie straże?
Łucznik przypomniał sobie o Artemie. Kiedyś tego sukinkota dopadnie. Nie dość, że podał mu fałszywe informacje, to jeszcze na niego straż nasłał.
- Otóż chciałem dostać informacje od pewnego łącznika - zaczął Halt. - Facet wydawał się w porządku, ale rządał kolosalnej sumy za niepewną plotkę. Gdy grzecznie poprosiłem o zniżkę, wyśmiał mnie. Stwierdziłem więc, że najlepszym sposobem będzie przesłuchanie go. Toteż przywiązałem gościa do krzesła i strzelałem do niego z opaską na oczach.
- Hah, nie spodobało mu się?
- Zwłaszcza gdy jedna ze strzał wbiła się w krzesło między jego nogami.
Squall parsknęła śmiechem. Halt poczuł małą satysfakcję na wspomnienie przerażonego kanciarza.
- Niestety jakimś cudem znał moje nazwisko. Reszty już się pewnie domyślasz - zakończył strzelec.
- Dorobiłeś się reputacji, co? - rzuciła kapitan okrętu.
- W moim kraju owszem - przyznał Halt. - Ale nie wiedziałem, że tutaj informacje tak szybko się rozchodzą. Ludzie znają moje imię zanim się w mieście pojawię.
- Skądś to znam - odparła piratka dalej wpatrzona w horyzont.
Halt dyskretnie się jej przyglądał. Musiał przyznać, że Squall była nawet ładna. Ostro zakończone oczy, gładkie rysy, prosty nos, nawet wąskie źrenice w niczym nie przeszkadzały. Przeciwnie - idealnie podkreślały charakter dziewczyny. Oczywiście każdy facet ma swój własny ideał kobiety, podobnie jak każda dziewczyna ma w głowie wzór idealnego mężczyzny. Dla Halta nigdy nie liczyła się uroda, choć również grała pewną rolę. Łucznik zwracał uwagę na charakter. Dlatego też do tej pory nie znalazł sobie narzeczonej. Wszystkie panny w miastach wydawały się po prostu takie same.
- Ty chyba również dorobiłaś się sławy w portach - zagaił do rozmowy Halt. Może uda mu się czegokolwiek dowiedzieć o tej tajemniczej osóbce.
Squall? :3 Tylko się tymi opisami nie odstrasz X
Zsunął się z kopułowatego dachu tawerny na niższe piętro. Przebiegł pół długości domu obok gwiżdżąc przeciągle. W końcu usłyszał znajome rżenie i stukot kopyt na bruku. Halt zsunął się więc po dachówkach lądując na balkonie obok jakiejś zaskoczonej mieszczanki.
- Pani wybaczy! - powiedział szybko i przesadził barierkę, lądując na ugiętych nogach na grzbiecie Gwizdacza. Dzielny koń przywykł do takich akrobacji i przyjął nagły nacisk bez tracenia rytmu galopu.
Halt usiadł w siodle i przyspieszył konia słysząc już pościg. Gdy nadrobił dystansu gwałtownie skręcił w boczną uliczkę. Obejrzał się.
- Jedź do portu! - rzucił do Gwizdacza. Ogier machnął łbem. Łucznik zeskoczył więc i przeturlał się po drodze chcąc złagodzić upadek. Szybko cofnął się w cień i znieruchomiał. Tak jak przewidział rozpędzony patrol w ogóle go nie zauważył i pobiegł za koniem bez jeźdźca.
Gdy wszystko ucichło, wychynął z cienia zadowolony i ruszył spokojnie w stronę portu, gdzie poczeka na Gwizdacza. Nie martwił się o niego. To nie pierwsza taka akcja. Sam ogier był świetnie wyszkolony. Bez obciążenia, jakim jest jeździec szybko zgubi pościg i ruszy do portu, gdzie zaczeka na Halta.
Tymczasem jego właściciel postanowił odnaleźć szukaną piratkę. Jeśli rzeczywiście wiedziała coś o Husein'ie, on musi się tego dowiedzieć. Śledzi brata od dwóch lat, kiedy to dostał list, który nakierował go jedynie za granice kraju Arsmana. Później nie otrzymał już rzadnych wieści. Husein nie robiłby tak bez powodu. Najwyraźniej obawia się wysyłać mu wiadomości o swoim położeniu. Czyli jest śledzony, albo trzymany gdzieś pod kluczem. Halt obstawiał raczej tę pierwszą wersję.
Poznanie tożsamości szukanej piratki nie było tak trudne jak myślał. Pewien facet wygadał, że jedynym witającym tu od paru lat piratem, jest Squall Repentina, na okręcie ochrzczonym ,,Sztorm". Łucznik ku swojemu zadowoleniu odnalazł okręt. Na dodatek pusty. Najwyraźniej Squall poszła uzupełnić zapasy. Aż szkoda nie skorzystać z takiej okazji. Skoro ona mu nic nie powie, to odpowiedź znajdzie sam.
Halt wszedł bez trudu na pokład. Pierwszym miejscem do przeszukania jakie przyszło mu na myśl była ładownia pod pokładem. Zszedł po schodach na dół cały czas zachowując czujność. Przeszukał pilnie każdy kąt, jednak nie znalazł śladu obecności Husein'a. Już miał wyjść, kiedy nagle usłyszał jakieś kroki na pokładzie. Przez moment wydawało mu się, że na statek weszła jakaś grupka ludzi. Wyciągnął saksę z pochwy i przyczaił się przy schodach. Po chwili kolejny niechciany pasażer postanowił zejść po pokład...Gwizdacz.
Halt przeklął w myślach. Zupełnie zapomniał o ogierze! Natomiast koń zniecierpliwiony czekaniem postanowił szukać pana na własną rękę, a raczej kopyto.
- Co ty tu robisz? - szepnął zdenerwowany łucznik. - Na górę i to na...
Urwał słysząc kolejne dźwięki. Ktoś toczył beczki po pokładzie. Halt zamarł trzymając wodze konia. Gwizdacz również czując niepokój właściciela postanowił siedzieć cicho. Parę minut później, ku zgrozie Halta, statek wypłynął.
[Tu mieści się fragment opka Squall :3]
Squall pokręciła głową z niedowierzaniem, dalej nie mogąc powstrzymać złośliwego uśmiechu.
- Jesteś uparty jak osioł. Chociaż po namyśle, to chyba obraza dla tych szlachetnych stworzeń - powiedziała piratka świetnie się bawiąc kosztem zchorowanego Halta.
Łucznik zdecydowanie nie podzielał jej humoru, chociaż starał się robić dobrą minę do złej gry. Zdzierżył docinki Squall.
- Co nie zmienia, że nie chcę mieć na okręcie ani ciebie, ani tej śmierdzącej szkapy - pirat wskazał palcem na Gwizdacza. Koń chyba wyczuł obelgę pod jego adresem, bo położył uszy po sobie i gniewnie potupał nogą.
- Hola! Mnie możesz obrażać do woli, ale tego tutaj proszę się... - urwał i na moment zakrył dłonią usta, po czym zapanował nad żołądkiem - ...nie czepiać, panno Repentino.
Squall spiorunowała mężczyznę wzrokiem.
- Skąd ty...
- Zasięgnąłem języka - odparł zanim dokończyła. - A teraz proszę o odstawienie nas na ląd.
- Nie ma mowy. Nie wracam do tego miasta. Jak chcesz tam wracać, to zapraszam za burtę - kapitan uśmiechnęła się złośliwie.
- No to utknęłaś na jednej łajbie z marudnym koniem i łucznikiem cierpiącym na chorobę morską.
Piratka zmrużyła kocie oczy. W ogóle nie odpowiadała jej obecność Halta, a co dopiero zwierzęcia. Jednak nie miała wyboru. Machnęła więc niedbale ręką i odpowiedziała:
- Trudno. Ty i omusicie poczekać aż dobiję do brzegu. A tymczasem siedzicie tu na MOICH warunkach, jasne? Nie plątaj mi się pod nogami, ani nie niszcz okrętu. A po tym tutaj - wskazała na Gwizdacza - masz posprzątać, gdy tylko się ulokujemy w jakimś porcie.
Repentina ruszyła nieco nabuzowana z powrotem do schodów. Jednak w ich połowie przypomniała sobie o czymś jeszcze, więc odwróciła się do Halta:
- Jeszcze jedno: zapomnij o tym co słyszałeś w tawernie.
Halt przypomniał sobie moment gdy piratka opuszczała gospodę i nie mógł powstrzymać szelmowskiego uśmiechu.
- Czyżby szanowna pani kwestionowała mój honor? - zapytał zaczepnie.
Ta zmierzyła go od pasa w dół.
- Śmiem kwestionować coś innego.
Nudności Halta ustąpiły już - na szczęście - następnego ranka. Utrzymało go to w przekonaniu, że morze wygląda pięknie jedynie z brzegu lub na obrazku. Przez ten czas łucznik zdążył ulokować Gwizdacza pod schodami, gdzie opartemu o ścianę koniowi nie groził upadek w razie zbyt wielkiego kołysania. W wolnym czasie Halt zajmował się różnymi rzeczami: strugał kolejne runy na swoim łuku, wspinał się po olinowaniach (co zdecydowanie nie przypadało do gustu kapitanowi statku) i opiekował Gwizdaczem. Zauważył, że Squall mało sypiała, jakby nie do końca ufała Haltowi. Gdy więc udawała się do swojej kajuty, chłopak omijał to pomieszczenie szerokim łukiem (Bóg wie, co dziewczyna mogłaby sobie ubzdurać) lub spał w tym samym czasie na sporządzonym hamaku ze starej płachty. Oboje do siebie ,,przywykli" - w sensie: unikali się ile wlezie.
Wieczorem, gdy słońce zaczynało już zachodzić, Halt z nudów oparł się łokciami o burtę i patrzył w morze. Squall zdecydowała się do niego dołączyć (co prawda stała półtora metra dalej, ale to szczegół). Piratka korzystała z faktu, że Halt nie miał na głowie kaptura i mogła mu się przyjrzeć. Główną uwagę zwróciła na włosy...
- Kiedy ostatnio byłeś u balwierza*? - zapytała złośliwie.
Halt odruchowo przeczesał ręką włosy. Obcinał je zaledwie tydzień temu, jednak robił to tradycyjnie za pomocą noża. Oczywiście nie miał przy sobie wtedy lustra, dlatego też wyglądał tak niechlujnie.
- Po co balwierz, kiedy ma się nóż? - odpowiedział z uśmiechem.
- W sumie racja - Squall utkwiła wzrok w jakimś punkcie na horyzoncie. - Coś ty takiego zrobił pewnemu ,,gentelmanowi", że aż nasłał na ciebie straże?
Łucznik przypomniał sobie o Artemie. Kiedyś tego sukinkota dopadnie. Nie dość, że podał mu fałszywe informacje, to jeszcze na niego straż nasłał.
- Otóż chciałem dostać informacje od pewnego łącznika - zaczął Halt. - Facet wydawał się w porządku, ale rządał kolosalnej sumy za niepewną plotkę. Gdy grzecznie poprosiłem o zniżkę, wyśmiał mnie. Stwierdziłem więc, że najlepszym sposobem będzie przesłuchanie go. Toteż przywiązałem gościa do krzesła i strzelałem do niego z opaską na oczach.
- Hah, nie spodobało mu się?
- Zwłaszcza gdy jedna ze strzał wbiła się w krzesło między jego nogami.
Squall parsknęła śmiechem. Halt poczuł małą satysfakcję na wspomnienie przerażonego kanciarza.
- Niestety jakimś cudem znał moje nazwisko. Reszty już się pewnie domyślasz - zakończył strzelec.
- Dorobiłeś się reputacji, co? - rzuciła kapitan okrętu.
- W moim kraju owszem - przyznał Halt. - Ale nie wiedziałem, że tutaj informacje tak szybko się rozchodzą. Ludzie znają moje imię zanim się w mieście pojawię.
- Skądś to znam - odparła piratka dalej wpatrzona w horyzont.
Halt dyskretnie się jej przyglądał. Musiał przyznać, że Squall była nawet ładna. Ostro zakończone oczy, gładkie rysy, prosty nos, nawet wąskie źrenice w niczym nie przeszkadzały. Przeciwnie - idealnie podkreślały charakter dziewczyny. Oczywiście każdy facet ma swój własny ideał kobiety, podobnie jak każda dziewczyna ma w głowie wzór idealnego mężczyzny. Dla Halta nigdy nie liczyła się uroda, choć również grała pewną rolę. Łucznik zwracał uwagę na charakter. Dlatego też do tej pory nie znalazł sobie narzeczonej. Wszystkie panny w miastach wydawały się po prostu takie same.
- Ty chyba również dorobiłaś się sławy w portach - zagaił do rozmowy Halt. Może uda mu się czegokolwiek dowiedzieć o tej tajemniczej osóbce.
Squall? :3 Tylko się tymi opisami nie odstrasz X
czwartek, 28 maja 2015
Od Squall c.d. Halta - Bójka
To nie była jedna z tych knajp gdzie Squall bez strachu piła i bawiła się do białego rana, bez obawy pokazywania twarzy. Z resztą... i tak niewiele osób umie rozpoznać w niej Sztorm. Tu jednak musiała się trzymać na baczności, Sztormu nikt w niej i tak nie rozpozna, ale zwykłego, acz uporczywego pirata Squal i owszem. Nie raz ograbiła tę mieścinę, i nie raz atakowała tutejsze kupieckie okręty. Była jednak umówiona, więc musiała poczekać. Godziny dłużyły się, a ona siedziała sama, czując coraz uważniejsze spojrzenia na sobie. Gdy już miała się zbierać podszedł do niej nieznajomy. Nie był to jednak ten którego się spodziewała. Była nieco rozczarowana i niezainteresowana kolejnym dziwnym podróżnikiem, ani informacjami jakie on chciał. Do momentu gdy nie pojawili się strażnicy. Jeśli nie dostała, tego czego chciała, chociaż się zabawi. Zaciągnęła mocniej kaptur na twarz by nie zauważyli jej zbójeckiego uśmieszku. Czuła zbliżającą się walkę i to ją podniecało. Szybkim mrugnięciem przekazała swoją gotowość do walki towarzyszowi. Dwoje z strażników zajętych było jej rozmówcą, jeden był jednak bardziej zaciekawiony nią.
-Chwila...- mruknął ten jeden podchodząc do niej ostrożnie. Pozostali powłóczyli za nim wzrokiem. Ich dowódca chyba również się zainteresował dziewczyną, bo odsunął młodszego strażnika i sam ustawił się nad piratkom. Szybkim ruchem zerwał jej kaptur z głowy.Oczy otworzyły mu się szerzej gdy zobaczył twarz Squall.
-Ty dzi...- Nie dokończył, bo kobieta zerwała się gwałtownie, przecięła pasek od spodni, wykręciła mu ręce na plecy i zdjętym kawałkiem skóry równocześnie zatkała mu gębę i związała nadgarstki na plecach. Żołnierz leżał teraz na ziemi związany... bez spodni. Dwoje pozostałych którzy jeszcze chwile stali osłupieni, patrzyli to na Squall, to na Halta i chyba zastanawiali się co robić. Długo zastanawiać się nie musieli. Halt rzucił się na nich. Dziewczyna wskoczyła na stół, a następnie sięgnęła balustrady schodów i podciągnęła się na niej, na półpiętro.
-Myślałem, że pomożesz!- Rzucił przez ramię, nie odrywając się od zajęcia.
-Świetnie sobie radzisz!- Zaśmiała się wrednie, opierając o barierkę i patrząc teraz z góry na przedstawienie. Pokiwała mu jeszcze, na co w odpowiedzi dostała tylko wiązankę przekleństw i odwróciła się. Nie przeszła jednak nawet kilku kroków, jak przed nią stanęło jeszcze pięciu strażników. Pierwszy, najbardziej narwany zaatakował nieumyślnie. Squall jedynie ustąpiła z drogi rozpędzonego żołnierza, czego skutkiem mężczyzna wpadł na barierkę, a dodatkowo kopnięty w pośladki z hukiem spadł na walczącego w dole Halta. Jej uszu znów doszły głośne przekleństwa. Z następnymi jednak nie było tak łatwo. W jej kierunku wystawiono włócznie. Dziewczyna powoli zaczęła się wycofywać, aż do momentu gdy natrafiła na przeszkodę.
-Panowie, no co wy? Bezbronną białogłową?- Zapytała z ironią. W tym momencie jeden z już pijanych przesiewaczy rozbił butelkę po rumie na głowie jednego z strażników i tak zaczęła się bójka. Ten ułamek sekundy rozkojarzenia dziewczyna wykorzystała by wskoczyć na balustradę i wytwornie się ukłonić.
-Do zobaczenia chłopcy!- Zawołała jeszcze po czym złapała za linę od kandelabra i przecięła ją. Spadający karnisz pociągnął ja w na drugi koniec sali. Gdzie zeskoczyła znów na parter. Niedaleko walczącego Quicksilvera. Żeby uciec potrzebowała zamieszania jak tam na górze.
-Witaj.- Wyszczerzyła się do chłopaka stając tuż przy nim i pomagając mu odpierać ataki.
-Co? Jakiś kłopot?- Zapytał ironicznie.
-Nie, skąd że!- Wysapałam odpierając kolejne ataki. -Tylko pomóż mi na chwilkę.- Uśmiechnęłam się szyderczo.
-Ta jasn...- On również nie zdołał dokończyć, bo Squall z zaskoczenia wykonała półobrót i kopnęła go tak mocno, że wpadł na strażników, a ci wpadli na pijących niedaleko przy stole marynarzy. Rozwścieczeni rozlaniem alkoholu żeglarze zaraz napoczęli potyczkę i tutaj. Już po chwili cała karczma zmieniła się w miejsce typowej pijackiej bijatyki. Sztorm wykorzystała zamieszanie by wymknąć się ukradkiem tylnym wyjściem. Już dotykała klamki gdy tuż przed jej nosem śmignęła strzała. Powoli skierowała wzrok z kierunku z której nadleciała. Na stole stał z wyciągniętym łukiem mężczyzna w zielonym płaszczu. Dziewczyna posłała mu tylko jeden z tych mniej miłych uśmieszków i szarpnęła drzwi. Szarpnęła raz jeszcze, i znów, ale ani drgnęły. Strzała wbiła się tak by je blokować. Łucznik posłał jej ironicznego buziaczka. Tym razem uśmiech Squall pytał "Jesteś tego pewien?". Ten tylko rozłożył wyzywająco ręce. Squall skierowała się w stronę chłopaka, a on zeskoczył z stołu i wyszedł jej naprzeciw. Przez cały ten czas prowadzili niemą wyzywankę.
-Właśnie zablokowałeś sobie jedyną drogę ucieczki.- Warknęła, ale w tym momencie zaatakował ją przypadkowy człowiek. Zwaliła go z nóg dwoma ciosami. Gdy już mieli się na siebie natknąć, bójka sześciu, a może i większej ilości osób przesunęła się w ich kierunku i zostali w nią wciągnięci.
-Jak Kuba bogu, tak bóg Kubie.- Powiedział w przerwie między ciosem, a parowaniem. Dziewczyna również zajęta walką, powoli przybliżała się do niego. Halt na chwilę odciągnął od siebie uwagę i wykorzystał to by przystawić ławeczkę do okna. -To nie było jedyne wyjście.- Dodał zaczynając się po niej wspinać.
-Masz rację!- Krzyknęła przewracając ławeczkę i małego "alpinistę". -"Jak Kuba bogu, tak bóg Kubie.- Uśmiechnęła się szelmowsko. Zanim tamten zdążył się pozbierać, ona zarzuciła linę od kandelabra i wspinała się po niej do tego samego okna. Gdy już w połowie była na zewnątrz coś, a raczej ktoś pociągnął ją za nogawkę.
-Tak łatwo to nie ma.- Chłopak podciągnął się na niej.
-Hej! Nie tak szybko napaleńcu! Zaraz ściągniesz mi spodnie, może nie tu przy ludziach? Jak się napaliłeś to chociaż posłanie nam załatw..- Na te słowa chłopak się zaczerwienił i nieco popuścił uchwyt. Kobieta wykorzystała to by go zrzucić. Wyszła na dach do końca i wciągnęła linę. Wychyliła się jeszcze by spojrzeć na niego.
-Żartowałam, mam pasek.- Wskazała palcem na sprzączkę. Chłopak na dole wyglądał na nieco sfrustrowanego. - Ale wiesz...- Dodała bardziej uwodzicielskim tonem zaczynając rozpinać guziki koszuli i bawiąc się krągłościami. Mężczyzna chyba znów nieco się zarumienił. Zaśmiała się, puściła mu oko i uciekła.
Dotarła do portu niemal nie zauważona. Szybko wskoczyła na Sztorm i przygotowała do wypłynięcia
-Chol**a.- Syknęła gdy zauważyła brak słodkiej wody na pokładzie. Musiała jeszcze zejść na chwilę do mariny przynajmniej po jedną, lub dwie beczki. Chciała sobie trochę odpocząć, a w tym celu znaleźć sobie bezę gdzieś na odludziu. Zanim jednak tam trafi musiała kawałek popłynąć, w sumie nie wiedziała ile mogło jej to zająć. Zeskoczyła więc z powrotem na ląd. Po dłuższej chwili przyturlała wystarczający zapas wody i rumu oczywiście, wszystko ukradła z zaplecza jakiejś innej karczmy. Upewniwszy się, że ma już wszystko wypłynęła na pełne morze. Wiatr był spokojny i korzystny. Pozwalał na płynięcie bez halsowania i bez pomocy szabli. Squall zajęła miejsce za sterem i cicho wygwizdując piosenki oddalała się od brzegu. Późnym wieczorem jej melodia ucichła. Wytężyła słuch, gdy odpowiedziało jej tylko skrzypnie delikatnie kołysanej łodzi, powróciła do zajęcia. Za drugim razem gdy usłyszała parsknięcie konia, nie mogła już tego uznać za omamy. Zeskoczyła z mostku i powoli przeszła się po pokładzie, a każdemu krokowi towarzyszyło skrzypnięcie desek upiornego okrętu. Zatrzymała się przy zejściu pod pokład, skąd doszedł ją jeszcze dziwniejszy odgłos.
-Do stu piorunów! Co ty u diabła to robisz?! I jak żeś się tu znalazł!!!- Wybuchła gdy pod pokładem zastała poznanego w karczmie Halta z koniem.
-Mówiłaś że "wiem", więc przyszedłem by skorzystać z propozycji.- Przywołał scenę gdy stała w oknie. Próbował być sarkastyczny, ale jego zzieleniała od choroby morskiej twarz, psuła efekt. Squall ledwo powstrzymywała się od śmiechu. -Cholera... musiałaś wypływać?- Jęknął przeciągle.
-To czego żeś tu przylazł?- Zaśmiała się szyderczo widząc jak chłopak przechytrzył sam siebie.
-Chcę informacji, nie sądziłem, że jak polazłaś po te beczki i wrócisz to wypłyniesz...
Halt? Trochę cię urządziłam z tym wypłynięciem, ale morze jest gładkie, więc zaraz powinieneś się przyzwyczaić ;)
-Chwila...- mruknął ten jeden podchodząc do niej ostrożnie. Pozostali powłóczyli za nim wzrokiem. Ich dowódca chyba również się zainteresował dziewczyną, bo odsunął młodszego strażnika i sam ustawił się nad piratkom. Szybkim ruchem zerwał jej kaptur z głowy.Oczy otworzyły mu się szerzej gdy zobaczył twarz Squall.
-Ty dzi...- Nie dokończył, bo kobieta zerwała się gwałtownie, przecięła pasek od spodni, wykręciła mu ręce na plecy i zdjętym kawałkiem skóry równocześnie zatkała mu gębę i związała nadgarstki na plecach. Żołnierz leżał teraz na ziemi związany... bez spodni. Dwoje pozostałych którzy jeszcze chwile stali osłupieni, patrzyli to na Squall, to na Halta i chyba zastanawiali się co robić. Długo zastanawiać się nie musieli. Halt rzucił się na nich. Dziewczyna wskoczyła na stół, a następnie sięgnęła balustrady schodów i podciągnęła się na niej, na półpiętro.
-Myślałem, że pomożesz!- Rzucił przez ramię, nie odrywając się od zajęcia.
-Świetnie sobie radzisz!- Zaśmiała się wrednie, opierając o barierkę i patrząc teraz z góry na przedstawienie. Pokiwała mu jeszcze, na co w odpowiedzi dostała tylko wiązankę przekleństw i odwróciła się. Nie przeszła jednak nawet kilku kroków, jak przed nią stanęło jeszcze pięciu strażników. Pierwszy, najbardziej narwany zaatakował nieumyślnie. Squall jedynie ustąpiła z drogi rozpędzonego żołnierza, czego skutkiem mężczyzna wpadł na barierkę, a dodatkowo kopnięty w pośladki z hukiem spadł na walczącego w dole Halta. Jej uszu znów doszły głośne przekleństwa. Z następnymi jednak nie było tak łatwo. W jej kierunku wystawiono włócznie. Dziewczyna powoli zaczęła się wycofywać, aż do momentu gdy natrafiła na przeszkodę.
-Panowie, no co wy? Bezbronną białogłową?- Zapytała z ironią. W tym momencie jeden z już pijanych przesiewaczy rozbił butelkę po rumie na głowie jednego z strażników i tak zaczęła się bójka. Ten ułamek sekundy rozkojarzenia dziewczyna wykorzystała by wskoczyć na balustradę i wytwornie się ukłonić.
-Do zobaczenia chłopcy!- Zawołała jeszcze po czym złapała za linę od kandelabra i przecięła ją. Spadający karnisz pociągnął ja w na drugi koniec sali. Gdzie zeskoczyła znów na parter. Niedaleko walczącego Quicksilvera. Żeby uciec potrzebowała zamieszania jak tam na górze.
-Witaj.- Wyszczerzyła się do chłopaka stając tuż przy nim i pomagając mu odpierać ataki.
-Co? Jakiś kłopot?- Zapytał ironicznie.
-Nie, skąd że!- Wysapałam odpierając kolejne ataki. -Tylko pomóż mi na chwilkę.- Uśmiechnęłam się szyderczo.
-Ta jasn...- On również nie zdołał dokończyć, bo Squall z zaskoczenia wykonała półobrót i kopnęła go tak mocno, że wpadł na strażników, a ci wpadli na pijących niedaleko przy stole marynarzy. Rozwścieczeni rozlaniem alkoholu żeglarze zaraz napoczęli potyczkę i tutaj. Już po chwili cała karczma zmieniła się w miejsce typowej pijackiej bijatyki. Sztorm wykorzystała zamieszanie by wymknąć się ukradkiem tylnym wyjściem. Już dotykała klamki gdy tuż przed jej nosem śmignęła strzała. Powoli skierowała wzrok z kierunku z której nadleciała. Na stole stał z wyciągniętym łukiem mężczyzna w zielonym płaszczu. Dziewczyna posłała mu tylko jeden z tych mniej miłych uśmieszków i szarpnęła drzwi. Szarpnęła raz jeszcze, i znów, ale ani drgnęły. Strzała wbiła się tak by je blokować. Łucznik posłał jej ironicznego buziaczka. Tym razem uśmiech Squall pytał "Jesteś tego pewien?". Ten tylko rozłożył wyzywająco ręce. Squall skierowała się w stronę chłopaka, a on zeskoczył z stołu i wyszedł jej naprzeciw. Przez cały ten czas prowadzili niemą wyzywankę.
-Właśnie zablokowałeś sobie jedyną drogę ucieczki.- Warknęła, ale w tym momencie zaatakował ją przypadkowy człowiek. Zwaliła go z nóg dwoma ciosami. Gdy już mieli się na siebie natknąć, bójka sześciu, a może i większej ilości osób przesunęła się w ich kierunku i zostali w nią wciągnięci.
-Jak Kuba bogu, tak bóg Kubie.- Powiedział w przerwie między ciosem, a parowaniem. Dziewczyna również zajęta walką, powoli przybliżała się do niego. Halt na chwilę odciągnął od siebie uwagę i wykorzystał to by przystawić ławeczkę do okna. -To nie było jedyne wyjście.- Dodał zaczynając się po niej wspinać.
-Masz rację!- Krzyknęła przewracając ławeczkę i małego "alpinistę". -"Jak Kuba bogu, tak bóg Kubie.- Uśmiechnęła się szelmowsko. Zanim tamten zdążył się pozbierać, ona zarzuciła linę od kandelabra i wspinała się po niej do tego samego okna. Gdy już w połowie była na zewnątrz coś, a raczej ktoś pociągnął ją za nogawkę.
-Tak łatwo to nie ma.- Chłopak podciągnął się na niej.
-Hej! Nie tak szybko napaleńcu! Zaraz ściągniesz mi spodnie, może nie tu przy ludziach? Jak się napaliłeś to chociaż posłanie nam załatw..- Na te słowa chłopak się zaczerwienił i nieco popuścił uchwyt. Kobieta wykorzystała to by go zrzucić. Wyszła na dach do końca i wciągnęła linę. Wychyliła się jeszcze by spojrzeć na niego.
-Żartowałam, mam pasek.- Wskazała palcem na sprzączkę. Chłopak na dole wyglądał na nieco sfrustrowanego. - Ale wiesz...- Dodała bardziej uwodzicielskim tonem zaczynając rozpinać guziki koszuli i bawiąc się krągłościami. Mężczyzna chyba znów nieco się zarumienił. Zaśmiała się, puściła mu oko i uciekła.
Dotarła do portu niemal nie zauważona. Szybko wskoczyła na Sztorm i przygotowała do wypłynięcia
-Chol**a.- Syknęła gdy zauważyła brak słodkiej wody na pokładzie. Musiała jeszcze zejść na chwilę do mariny przynajmniej po jedną, lub dwie beczki. Chciała sobie trochę odpocząć, a w tym celu znaleźć sobie bezę gdzieś na odludziu. Zanim jednak tam trafi musiała kawałek popłynąć, w sumie nie wiedziała ile mogło jej to zająć. Zeskoczyła więc z powrotem na ląd. Po dłuższej chwili przyturlała wystarczający zapas wody i rumu oczywiście, wszystko ukradła z zaplecza jakiejś innej karczmy. Upewniwszy się, że ma już wszystko wypłynęła na pełne morze. Wiatr był spokojny i korzystny. Pozwalał na płynięcie bez halsowania i bez pomocy szabli. Squall zajęła miejsce za sterem i cicho wygwizdując piosenki oddalała się od brzegu. Późnym wieczorem jej melodia ucichła. Wytężyła słuch, gdy odpowiedziało jej tylko skrzypnie delikatnie kołysanej łodzi, powróciła do zajęcia. Za drugim razem gdy usłyszała parsknięcie konia, nie mogła już tego uznać za omamy. Zeskoczyła z mostku i powoli przeszła się po pokładzie, a każdemu krokowi towarzyszyło skrzypnięcie desek upiornego okrętu. Zatrzymała się przy zejściu pod pokład, skąd doszedł ją jeszcze dziwniejszy odgłos.
-Do stu piorunów! Co ty u diabła to robisz?! I jak żeś się tu znalazł!!!- Wybuchła gdy pod pokładem zastała poznanego w karczmie Halta z koniem.
-Mówiłaś że "wiem", więc przyszedłem by skorzystać z propozycji.- Przywołał scenę gdy stała w oknie. Próbował być sarkastyczny, ale jego zzieleniała od choroby morskiej twarz, psuła efekt. Squall ledwo powstrzymywała się od śmiechu. -Cholera... musiałaś wypływać?- Jęknął przeciągle.
-To czego żeś tu przylazł?- Zaśmiała się szyderczo widząc jak chłopak przechytrzył sam siebie.
-Chcę informacji, nie sądziłem, że jak polazłaś po te beczki i wrócisz to wypłyniesz...
Halt? Trochę cię urządziłam z tym wypłynięciem, ale morze jest gładkie, więc zaraz powinieneś się przyzwyczaić ;)
Od Halta - Przesłuchanie
Jens z łoskotem zwalił się na ziemię. Wiozący go do tej pory koń aż
sapnął czując nagły brak wagi na grzbiecie. Zwalisty wojownik
nordyckiego okrętu trochę ważył. Halt wzniósł oczy ku niebu i ściągnął
wodze Gwizdacza.
- Jednego nie mogę pojąć – powiedział z cieniem złośliwości, oglądając się na jarla. – Jak człowiek umiejący zachować równowagę na kołyszącym się podczas sztormu okręcie, nie umie przejechać kilometra bez wywrotki, na KUCYKU.
Jens burknął coś w odpowiedzi. Halt tylko szerzej się uśmiechnął, choć żeglarz nie mógł tego zobaczyć przez cień kaptura. Łucznik doskonale pamiętał jak niegdyś jarl wyśmiewał jego chorobę morską. Przejażdżka konno była idealną okazją do rewanżu. Jens jednak nie podzielał humoru kompana. Pomagał mu tylko i wyłącznie ze względu na jego brata, Husein’a, któremu wisiał przysługę. Nie wierzył też ciągle, że obaj łucznicy są rodzeństwem, a co dopiero bliźniakami. Poznał jednak lekki arydzki akcent i nawet podobną twarz, chociaż w jego mniemaniu Halt wyglądał jak zdziczała wersja Husein’a.
- Nie wsiadam więcej na tego demona – warknął unosząc się z klęczek, czemu towarzyszyło nieprzyjemne strzyknięcie.
- Wziąłem najłogodniejszego, jakiego mieli w stajni – warknął zniecierpliwiony Obieżyświat. – Dawaj, mamy jeszcze kawałek drogi. Najlepsze co możesz zrobić po spadnięciu z konia, to ponowne usadowienie się na grzbiecie.
Jarl spojrzał na niego jak na niepełnosprawnego umysłowo.
- Chcesz powiedzieć, że najlepsze, co mogę zrobić po spadnięciu z tej bestii, to ponowne wejście na jej grzbiet, aby mogła dalej się nade mną pastwić i obijać mi kości?
- Dokładnie. Pomóc ci wsiąść?
Nordycki wojownik pokręcił z niedowierzaniem głową.
- A ja cię miałem za przyjaciela.
Halt w końcu jednak zmusił Jensa do wejścia na grzbiet kuca. Czekał ich jeszcze kawałek drogi od gospody, w której rzekomo przesiadywał szukany przez nich kurier informacji. Łucznik liczył, że dowie się czegoś o swoim bracie. Jensa wziął ze sobą ze względu na jego pokaźny wzrost. Wszyscy już widząc nordyckiego wojownika mówili wszystko, co wiedzieli. Haltowi to odpowiadało. Po co marnować siły i cierpliwość?
W końcu dotarli do owej gospody przy leśnym trakcie. Z boku stały uwiązane konie. Jens z ulgą zsunął się z kuca i porządnie przywiązał go do barierki werandy. Halt puścił Gwizdacza wolno. Dobrze wiedział, że ogier nie ruszy się bez niego daleko. Tak go właśnie wyszkolił. W końcu podróżni weszli do zadymionej, dusznej karczmy. Łucznik nie zdjął kaptura, nie chciał, by obcy ludzie zapamiętali jego twarz. Niektórzy z podejrzliwością mu się przyglądali, jednak widząc towarzysza zakapturzonego strzelca od razu powracali do swoich zajęć. W końcu Halt wypatrzył szukanego przez niego człowieka. Podszedł śmiało do opierającego się o bar chuderlawego dezertera (dobrze wiedział, z kim ma do czynienia). Położył mu rękę na ramieniu na co ten odwrócił się.
- Ty jesteś Artem? – zapytał Halt.
- Zależy – odparł łącznik podejrzliwie mierząc wzrokiem najpierw łucznika, potem Jensa. – A z kim mam do czynienia?
- Z człowiekiem potrzebującym informacji.
Artem uśmiechnął się przebiegle.
- Wie pan – zaczął niby obojętnie. – Za każdą plotkę trzeba płacić.
- Ile? – rzucił twardo Jens.
- Trzydzieści koron.
Halt parsknął śmiechem i znowu chwycił człowieka za ramię.
- Słuchaj, jeśli ci życie miłe, zejdziesz do ośmiu – powiedział.
- Ciebie chyba do reszty pogrzało – Artem wypił resztę zawartości kufla trzymanego w ręce. – A z wariatami się nie zadaję.
Jens objerzał się niepewnie na Halta. Wiedział, że Obieżyświat nie puści tego płazem. Ten uśmiechnął się i zwrócił do karczmarza:
- Panie właścicielu, można na słowo?
Niski człowieczek za kontuarem podszedł do niego wycierając szklankę brudną szmatą.
- Co panu potrzeba? – zapytał wesoło.
- Porządnej liny – Halt uśmiechnął się złowieszczo.
Strzała stuknęła w drewno. W tawernie rozległy się wiwaty i śmiechy. Przywiązany do krzesła Artem z jękiem popatrzył na drgające jeszcze drzewce strzały wbitej w ścianę milimetry od jego ucha. Poprzednia strzała dalej tkwiła tuż koło jego łokcia. Halt poprawił opaskę na oczach i uśmiechnął się złośliwie.
- I jak? – powiedział zakładając na cięciwę kolejną strzałę i celując na ślepo. – Zdecydowałeś się gadać?
Artem tylko jęknął ponownie:
- Nie ma mowy!
Jens zaśmiał się rubasznie.
- Biedak – powiedział do Halta. – Jeszcze nie wie co go czeka, jeśli ta metoda nie poskutkuje.
- Poskutkuje, zobaczysz – łucznik uśmiechnął się i puścił cięciwę.
Strzała stuknęła w krzesło pomiędzy nogami mężczyzny. Ten wydał zduszony okrzyk. Cała tawerna zatrzęsła się ze śmiechu. Ludzie widzieli już różne widowiska, ale takiego jeszcze nigdy. Wszyscy do tej pory zdali sobie sprawę, że tajemniczy strzelec mimo opaski trafia tam, gdzie zamierza. Wszyscy, oprócz zalnego ze strachu potem Artema.
- Dobra! Wygrałeś! Powiem co chcesz! – krzyknął.
Halt zdjął opaskę i podszedł do przywiązanego faceta. Widownia widząć, że to już koniec przedstawienia z pomrukiem niezadowolenia rozeszła się. Jens wyjął strzały ze ściany i podał łucznikowi, który udawanie krytycznym wzrokiem prześledził swoje trafienia.
- Chole*a, spudłowałem – powiedział złośliwie patrząc na dziurę po ostatnim strzale. – A teraz powiedz mi: gdzie ostatnio widziałeś człowieka zwanego Husein’em?
- Ja…ja go nie widziałem… - powiedział strachliwie, ale widząc wściekłe spojrzenie Halta od razu dodał: - Ale wiem kto go widział!
- Opisz – rzucił Obieżyświat dając znać Jensowi, aby wszystko zanotował. Jarl wyjął kawałek papieru z kieszeni, wyprostował go i otrzymanym od łucznika węglem skrupulatnie szkicował portret pamięciowy z podanego opisu.
Gdy Artem skończył, wojownik podał Haltowi kartkę. Łucznik nie mógł wyjść z podziwu. Człowiek świetnie posługujący się toporem równie dobrze wykonywał portrety pamięciowe. Z kartki a Halta spoglądała bystrym wzrokiem z pozoru młoda, całkiem atrakcyjnia dziewczyna. Obieżyświata jednak zaciekawił jeden fakt: kocie źrenice.
- To wszystko? – spytał ostro Artema. Mężczyzna pokiwał głową tak, że go kark rozbolał. – Rozwiąż go.
Jens bez problemu rozerwał sznur. Halt podszedł jeszcze do kontuaru, by kupić prowiant, karczmarz jednak nalegał by wziął go sobie za darmo. Stwierdził, że dzięki „przestawieniu” jakie tu odstawił łucznik uzyskał kilku nowych stałych klientów. Dwaj podróżni wyszli więc z tawerny zadowoleni z rezultatów przesłuchania.
- To co teraz? – zapytał Halt. – Jedziesz ze mną do miasta po tą śliczną panią?
- Masz dziwne upodobania – stwierdził Jens. – Mnie te kocie oczy straszą. U nas, na północy, tylko demony takie mają.
- Niech ci będzie – Obieżyświat uśmiechnął się szelmowsko. – Czyli rozumiem, że wracasz?
- Zostawiłem załogę samą na całe pięć dni – usprawiedliwił się Jarl. – Bogowie wiedzą, co przez ten czas wymyślili. Nie mam ochoty kupować nowego okrętu.
- Święta racja – Halt gwizdnął przeciągle. Gwizdacz przykłusował na wezwanie i łucznik wskoczył na siodło. – Bywaj więc zdrów, Jens.
- I nawzajem, Halcie – odpowiedział jarl. – Po kolejnej przejażdżce na tym diable zdrowie zdecydowanie mi się przyda.
Dotarcie do miasta nie zajęło długo. Już późnym popołudniem Halt znalazł wskazaną przez Artema knajpę, w której rzekomo kwaterę obrała sobie dziewczyna z portretu.
- No Gwizdacz – łucznik zeskoczył na bruk. – Zostań tu.
Koń parsknął, jakby mówił „Bez ciebie i tak nie mam gdzie iść”. Halt uśmiechnął się i otworzył drzwi budynku. Wnętrze praktycznie niczym nie różniło się od tawerny, w której „przesłuchiwał” łącznika. Było tylko większe i mniej zatłoczone. Wchodząc do środka na chwilę otumanił go duszący zapach dymu i piwa. Ot, zwyczajna tawerna.
Łucznik rozejrzał się po pomieszczeniu. Czujnym wzrokiem omiatał twarze klientów szukając damy ze szkicu. W końcu zauważył jakąś zakapturzoną postać w kącie. Przez płaszcz nie poznałby, że ma do czynienia z kobietą gdyby nie kobiece…ekhem…atuty. Nie widząc w zadymionym pomieszczeniu innej dziewczyny podobnej do szukanej przez niego, uznał, że to właśnie ta. Zdjął więc z głowy kaptur, by wydać się bardziej godnym zaufania i przywdział jeden ze swoich rozbrajających uśmiechów. Podszedł do stołu zajmowanego przez nieznajomą.
- Można się dosiąść? – zapytał, po czym bez odpowiedzi usiadł naprzeciw dziewczyny. Łuk oparł o stół.
Teraz już był pewny, że trafił na właściwą osobę. Chociaż przez kaptur nie mógł zbytnio ropoznać twarzy, zauważył zółte oczy, o kocich źrenicach. Kobieta zmierzyła go wzrokiem.
- Jesteś ze straży? – zapytała czujnie.
- Czy tak według ciebie wygląda pełnoprawny, dopuszczony do służby strażnik? – zapytał z niedowierzaniem Halt.
- W sumie masz rację – dziewczyna nieco się wyluzowała. – Czego chcesz?
- Pewien człowiek wspomniał mi, że widziałaś gdzieś mojego brata – zaczął Obieżyświat.
- Naprawdę? Jak miał na imię? – kobieta wydawała się w ogóle nie zainteresowana rozmową. Chociaż…informacje mogą się okazać kosztowne. Kto wie, ile ten podejrzany łucznik zapłaci za ważne dane?
Już miała więc dorzucić ile chce kasy za informację, kiedy nagle do stołu podeszła trójka PRAWDZIWYCH strażników.
- Halt Quicksilver? – zapytał ostro pierwszy.
Halt kątem oka zauważył, że dziewczyna zaciągnęła mocniej kaptur. Chyba również nie była lubiana zbytnio w tych okolicach. Obieżyświat uśmiechnął się szeroko i wyciągnął na ławie.
- Oczywiście, panie władzo – niezauważenie położył dłoń na rękojeści noża. Wiedział, że nieważne co powie, będzie miał kłopoty.
- Pewien gentelman poskarżył się, że targnął pan na jego życie.
„Artem” pomyślał Halt, „Chyba tego lisa nie doceniłem”. Znów szybko rzucił okiem na siedzącą naprzeciw niego dziewczynę. Ta mrugnęła do niego znacząco i sięgnęła ręką w stronę własnego noża.
Cóż, przynajmniej Halt nie będzie w tej bijatyce sam.
Squall? Będzie burda!
- Jednego nie mogę pojąć – powiedział z cieniem złośliwości, oglądając się na jarla. – Jak człowiek umiejący zachować równowagę na kołyszącym się podczas sztormu okręcie, nie umie przejechać kilometra bez wywrotki, na KUCYKU.
Jens burknął coś w odpowiedzi. Halt tylko szerzej się uśmiechnął, choć żeglarz nie mógł tego zobaczyć przez cień kaptura. Łucznik doskonale pamiętał jak niegdyś jarl wyśmiewał jego chorobę morską. Przejażdżka konno była idealną okazją do rewanżu. Jens jednak nie podzielał humoru kompana. Pomagał mu tylko i wyłącznie ze względu na jego brata, Husein’a, któremu wisiał przysługę. Nie wierzył też ciągle, że obaj łucznicy są rodzeństwem, a co dopiero bliźniakami. Poznał jednak lekki arydzki akcent i nawet podobną twarz, chociaż w jego mniemaniu Halt wyglądał jak zdziczała wersja Husein’a.
- Nie wsiadam więcej na tego demona – warknął unosząc się z klęczek, czemu towarzyszyło nieprzyjemne strzyknięcie.
- Wziąłem najłogodniejszego, jakiego mieli w stajni – warknął zniecierpliwiony Obieżyświat. – Dawaj, mamy jeszcze kawałek drogi. Najlepsze co możesz zrobić po spadnięciu z konia, to ponowne usadowienie się na grzbiecie.
Jarl spojrzał na niego jak na niepełnosprawnego umysłowo.
- Chcesz powiedzieć, że najlepsze, co mogę zrobić po spadnięciu z tej bestii, to ponowne wejście na jej grzbiet, aby mogła dalej się nade mną pastwić i obijać mi kości?
- Dokładnie. Pomóc ci wsiąść?
Nordycki wojownik pokręcił z niedowierzaniem głową.
- A ja cię miałem za przyjaciela.
Halt w końcu jednak zmusił Jensa do wejścia na grzbiet kuca. Czekał ich jeszcze kawałek drogi od gospody, w której rzekomo przesiadywał szukany przez nich kurier informacji. Łucznik liczył, że dowie się czegoś o swoim bracie. Jensa wziął ze sobą ze względu na jego pokaźny wzrost. Wszyscy już widząc nordyckiego wojownika mówili wszystko, co wiedzieli. Haltowi to odpowiadało. Po co marnować siły i cierpliwość?
W końcu dotarli do owej gospody przy leśnym trakcie. Z boku stały uwiązane konie. Jens z ulgą zsunął się z kuca i porządnie przywiązał go do barierki werandy. Halt puścił Gwizdacza wolno. Dobrze wiedział, że ogier nie ruszy się bez niego daleko. Tak go właśnie wyszkolił. W końcu podróżni weszli do zadymionej, dusznej karczmy. Łucznik nie zdjął kaptura, nie chciał, by obcy ludzie zapamiętali jego twarz. Niektórzy z podejrzliwością mu się przyglądali, jednak widząc towarzysza zakapturzonego strzelca od razu powracali do swoich zajęć. W końcu Halt wypatrzył szukanego przez niego człowieka. Podszedł śmiało do opierającego się o bar chuderlawego dezertera (dobrze wiedział, z kim ma do czynienia). Położył mu rękę na ramieniu na co ten odwrócił się.
- Ty jesteś Artem? – zapytał Halt.
- Zależy – odparł łącznik podejrzliwie mierząc wzrokiem najpierw łucznika, potem Jensa. – A z kim mam do czynienia?
- Z człowiekiem potrzebującym informacji.
Artem uśmiechnął się przebiegle.
- Wie pan – zaczął niby obojętnie. – Za każdą plotkę trzeba płacić.
- Ile? – rzucił twardo Jens.
- Trzydzieści koron.
Halt parsknął śmiechem i znowu chwycił człowieka za ramię.
- Słuchaj, jeśli ci życie miłe, zejdziesz do ośmiu – powiedział.
- Ciebie chyba do reszty pogrzało – Artem wypił resztę zawartości kufla trzymanego w ręce. – A z wariatami się nie zadaję.
Jens objerzał się niepewnie na Halta. Wiedział, że Obieżyświat nie puści tego płazem. Ten uśmiechnął się i zwrócił do karczmarza:
- Panie właścicielu, można na słowo?
Niski człowieczek za kontuarem podszedł do niego wycierając szklankę brudną szmatą.
- Co panu potrzeba? – zapytał wesoło.
- Porządnej liny – Halt uśmiechnął się złowieszczo.
Strzała stuknęła w drewno. W tawernie rozległy się wiwaty i śmiechy. Przywiązany do krzesła Artem z jękiem popatrzył na drgające jeszcze drzewce strzały wbitej w ścianę milimetry od jego ucha. Poprzednia strzała dalej tkwiła tuż koło jego łokcia. Halt poprawił opaskę na oczach i uśmiechnął się złośliwie.
- I jak? – powiedział zakładając na cięciwę kolejną strzałę i celując na ślepo. – Zdecydowałeś się gadać?
Artem tylko jęknął ponownie:
- Nie ma mowy!
Jens zaśmiał się rubasznie.
- Biedak – powiedział do Halta. – Jeszcze nie wie co go czeka, jeśli ta metoda nie poskutkuje.
- Poskutkuje, zobaczysz – łucznik uśmiechnął się i puścił cięciwę.
Strzała stuknęła w krzesło pomiędzy nogami mężczyzny. Ten wydał zduszony okrzyk. Cała tawerna zatrzęsła się ze śmiechu. Ludzie widzieli już różne widowiska, ale takiego jeszcze nigdy. Wszyscy do tej pory zdali sobie sprawę, że tajemniczy strzelec mimo opaski trafia tam, gdzie zamierza. Wszyscy, oprócz zalnego ze strachu potem Artema.
- Dobra! Wygrałeś! Powiem co chcesz! – krzyknął.
Halt zdjął opaskę i podszedł do przywiązanego faceta. Widownia widząć, że to już koniec przedstawienia z pomrukiem niezadowolenia rozeszła się. Jens wyjął strzały ze ściany i podał łucznikowi, który udawanie krytycznym wzrokiem prześledził swoje trafienia.
- Chole*a, spudłowałem – powiedział złośliwie patrząc na dziurę po ostatnim strzale. – A teraz powiedz mi: gdzie ostatnio widziałeś człowieka zwanego Husein’em?
- Ja…ja go nie widziałem… - powiedział strachliwie, ale widząc wściekłe spojrzenie Halta od razu dodał: - Ale wiem kto go widział!
- Opisz – rzucił Obieżyświat dając znać Jensowi, aby wszystko zanotował. Jarl wyjął kawałek papieru z kieszeni, wyprostował go i otrzymanym od łucznika węglem skrupulatnie szkicował portret pamięciowy z podanego opisu.
Gdy Artem skończył, wojownik podał Haltowi kartkę. Łucznik nie mógł wyjść z podziwu. Człowiek świetnie posługujący się toporem równie dobrze wykonywał portrety pamięciowe. Z kartki a Halta spoglądała bystrym wzrokiem z pozoru młoda, całkiem atrakcyjnia dziewczyna. Obieżyświata jednak zaciekawił jeden fakt: kocie źrenice.
- To wszystko? – spytał ostro Artema. Mężczyzna pokiwał głową tak, że go kark rozbolał. – Rozwiąż go.
Jens bez problemu rozerwał sznur. Halt podszedł jeszcze do kontuaru, by kupić prowiant, karczmarz jednak nalegał by wziął go sobie za darmo. Stwierdził, że dzięki „przestawieniu” jakie tu odstawił łucznik uzyskał kilku nowych stałych klientów. Dwaj podróżni wyszli więc z tawerny zadowoleni z rezultatów przesłuchania.
- To co teraz? – zapytał Halt. – Jedziesz ze mną do miasta po tą śliczną panią?
- Masz dziwne upodobania – stwierdził Jens. – Mnie te kocie oczy straszą. U nas, na północy, tylko demony takie mają.
- Niech ci będzie – Obieżyświat uśmiechnął się szelmowsko. – Czyli rozumiem, że wracasz?
- Zostawiłem załogę samą na całe pięć dni – usprawiedliwił się Jarl. – Bogowie wiedzą, co przez ten czas wymyślili. Nie mam ochoty kupować nowego okrętu.
- Święta racja – Halt gwizdnął przeciągle. Gwizdacz przykłusował na wezwanie i łucznik wskoczył na siodło. – Bywaj więc zdrów, Jens.
- I nawzajem, Halcie – odpowiedział jarl. – Po kolejnej przejażdżce na tym diable zdrowie zdecydowanie mi się przyda.
Dotarcie do miasta nie zajęło długo. Już późnym popołudniem Halt znalazł wskazaną przez Artema knajpę, w której rzekomo kwaterę obrała sobie dziewczyna z portretu.
- No Gwizdacz – łucznik zeskoczył na bruk. – Zostań tu.
Koń parsknął, jakby mówił „Bez ciebie i tak nie mam gdzie iść”. Halt uśmiechnął się i otworzył drzwi budynku. Wnętrze praktycznie niczym nie różniło się od tawerny, w której „przesłuchiwał” łącznika. Było tylko większe i mniej zatłoczone. Wchodząc do środka na chwilę otumanił go duszący zapach dymu i piwa. Ot, zwyczajna tawerna.
Łucznik rozejrzał się po pomieszczeniu. Czujnym wzrokiem omiatał twarze klientów szukając damy ze szkicu. W końcu zauważył jakąś zakapturzoną postać w kącie. Przez płaszcz nie poznałby, że ma do czynienia z kobietą gdyby nie kobiece…ekhem…atuty. Nie widząc w zadymionym pomieszczeniu innej dziewczyny podobnej do szukanej przez niego, uznał, że to właśnie ta. Zdjął więc z głowy kaptur, by wydać się bardziej godnym zaufania i przywdział jeden ze swoich rozbrajających uśmiechów. Podszedł do stołu zajmowanego przez nieznajomą.
- Można się dosiąść? – zapytał, po czym bez odpowiedzi usiadł naprzeciw dziewczyny. Łuk oparł o stół.
Teraz już był pewny, że trafił na właściwą osobę. Chociaż przez kaptur nie mógł zbytnio ropoznać twarzy, zauważył zółte oczy, o kocich źrenicach. Kobieta zmierzyła go wzrokiem.
- Jesteś ze straży? – zapytała czujnie.
- Czy tak według ciebie wygląda pełnoprawny, dopuszczony do służby strażnik? – zapytał z niedowierzaniem Halt.
- W sumie masz rację – dziewczyna nieco się wyluzowała. – Czego chcesz?
- Pewien człowiek wspomniał mi, że widziałaś gdzieś mojego brata – zaczął Obieżyświat.
- Naprawdę? Jak miał na imię? – kobieta wydawała się w ogóle nie zainteresowana rozmową. Chociaż…informacje mogą się okazać kosztowne. Kto wie, ile ten podejrzany łucznik zapłaci za ważne dane?
Już miała więc dorzucić ile chce kasy za informację, kiedy nagle do stołu podeszła trójka PRAWDZIWYCH strażników.
- Halt Quicksilver? – zapytał ostro pierwszy.
Halt kątem oka zauważył, że dziewczyna zaciągnęła mocniej kaptur. Chyba również nie była lubiana zbytnio w tych okolicach. Obieżyświat uśmiechnął się szeroko i wyciągnął na ławie.
- Oczywiście, panie władzo – niezauważenie położył dłoń na rękojeści noża. Wiedział, że nieważne co powie, będzie miał kłopoty.
- Pewien gentelman poskarżył się, że targnął pan na jego życie.
„Artem” pomyślał Halt, „Chyba tego lisa nie doceniłem”. Znów szybko rzucił okiem na siedzącą naprzeciw niego dziewczynę. Ta mrugnęła do niego znacząco i sięgnęła ręką w stronę własnego noża.
Cóż, przynajmniej Halt nie będzie w tej bijatyce sam.
Squall? Będzie burda!
Zawsze oczekuj najgorszego. Wtedy spotka cię najwyżej miłe rozczarowanie.
Imię: Halt
Nazwisko: Quicksilver (to nie do końca jego prawdziwe nazwisko, bo takowego nigdy nie miał, tak nazywali go ludzie i takie więc nazwisko sobie przybrał)
Przydomek: Nazywano go różnie. Najczęściej powtarza się przydomek Sokół i Obieżyświat. Nazbierał też pełno innych "przydomków", których lepiej nie cytować...
Rasa: Człowiek, który lepiej dogaduje się z "odmieńcami" niż swoimi.
Wiek: 25 lat
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Łucznik (wielkiego wyboru dla takich jak on nie ma)
Aparycja: Człowiek z pozoru nikłej postury, jednak w każdym jego wygląd budzi pewną nieufność. Może to przez fakt, że niemal zawsze skrywa twarz w cieniu kaptura. Brzydki nie jest, specjalnie piękny też nie. Wygląda jednak nieco starzej niż powinien przez wiele ciężkich przejść. Twarz ma ciemniejszej karnacji, co zdradza wschodnie pochodzenie Halta. Mało kto pamięta jego kolor oczu, więc warto wspomnieć, że są one w odcieniu jasnego brązu. Ma przycięte na żołnierską modłę włosy koloru hebanu, brodę zawsze zdobi lekki zarost. Mimo wszelkich drobnych szczegółów znajomi Halta zawsze rozpoznają go po małej, denerwującej bliźnie na wardze. Łucznik nie lubi o niej wspominać. To pamiątka po tym, jak w dzieciństwie bawił się pułapką na myszy (lepiej nie pytaj, bo skończysz ze strzałą w kolanie). Zawsze ubiera się w swój maskujący zielony płaszcz z kapturem.
Zdolności: Halt jest zwykłym człowiekiem, więc magia jest mu zupełnie obca, chociaż wieśniacy często osądzają go o czarnoksięstwo. Jak się można łatwo domyślić główną zaletą Obieżyświata jest celność. Potrafi w mgnieniu oka przygotować łuk do strzału, wycelować i - jeśli trzeba - strzelić. Prawie nigdy nie pudłuje i to nie tylko z łuku. Niemal wszystkim potrafi dobrze rzucić, od noży po jednoręczne topory i siekiery. Umie również poradzić sobie w pojedynku wręcz. Nie ma co prawda miecza, szabli, ani rapiera. Ma za to przy sobie zestaw trzech noży: dwa do rzucania (jeden przy pasie, drugi w cholewie buta) i saksę, czyli ciężki sztylet o szerokiej głowni, zdolny nawet parować ciosy dwuręcznego miecza. Poza zdolnościami bojowymi Halt jest świetnym negocjatorem. Potrafi wyciągnąć informacje z każdego, lecz ma dość...restrykcyjne metody przesłuchań. Do jego ulubionych należy przywiązanie przesłuchiwanego jegomościa do jakiejkolwiek tarczy strzelniczej i strzelanie po kolei między nogi, pod pachą, koło głowy z zawiązanymi oczyma. Halt ma jeszcze jedną wielce przydatną zdolność: potrafi perfekcyjnie wtopić się w otoczenie, dzięki płaszczowi w zielonym kolorze i własnej zwinności. Porusza się nadludzko cicho, dlatego niektórzy sądzą, że ma w swoich żyłach krew elfa. Nawet w zimie daje to zdumiewające efekty. Nie rzadko ktoś patrzący na wprost ukrywającego się w cieniu łucznika w ogóle go nie zauwarza.
Zainteresowania: Tu chyba nie ma zbyt wiele do opisania. Większość wolnego czasu spędza na strzelaniu do tarcz bądź ruchomych celów, jeździe konnej i czytaniu książek. Czasami lubi spędzić trochę czasu z dobrym przyjacielem (JEDNYM). Ma jednak małą pasję: interesuje się działaniem ludzkiego umysłu, jego reakcjami na poszczególne bodźce i samą psychologią zachowań. Pomaga mu to w codziennej robocie. To właśnie stąd biorą się wszystkie jego genialne pomysły na nowe metody przesłuchań.Charakter: Halt jest typem samotnika. Duże towarzystwa go krępują, zwłaszcza jeśli wszyscy zwracają na niego swoją uwagę. Stara się nie ukazywać zbędnych emocji, takich jak strach, zakłopotanie czy choćby samo jakże często zgubne zauroczenie. W razie potrzeby potrafi kłamać jak z nut oraz zgrywać kogoś kim w rzeczywistości nie jest. Nie lubi niczego o sobie opowiadać. Woli być otoczony aurą tajemniczości, co jak na razie świetnie się sprawdza. Dlatego właśnie niemal zawsze kryje twarz w kapturze i mało się odzywa. Przy kimś obcym ogranicza się do zwięzłych, czysto formalnych zwrotów, dla przyjaciół jest bardziej gadatliwy. Jeśli chodzi o znajomości, to Halt ma swój rygor: jedna lub dwie bliskie osoby i nikt więcej. Już w towarzystwie więcej niż trzech osób naraz czuje się nieswojo. Wyjątkiem są jedynie narady i inne formalne spotkania. Halt jest wyjątkowo pamiętliwy, zwłaszcza na punkcie obraz skierowanych pod jego adresem. Jeśli zdarzyło ci się go obrazić, to w końcu się na tobie zemści, choćby czystą złośliwością, i to pewnie w najmniej oczekiwanym momencie. Bez trudu posługuje się sarkazmem i ironią. Mimo, iż nie dościga innych członków „stada” siłą, nadrabia braki przebiegłością i dobrymi pomysłami. Nie obchodzi go, co inni o nim myślą. Łatwo zdobywa nowe znajomości – już ¾ jego ojczyzny ma ochotę go zamordować.
Historia: Jako, że Halt nie cierpi niczego o sobie opowiadać, musisz spodziewać się historii raczej zwięzłej i mało szczegółowej. Poza tym próba opisania wszystkich ważniejszych wydarzeń z jego życia raczej spęzłaby na niczym. O szczegóły musisz sam zapytać.
Halt urodził się w Arydii – półpustynnym, gorącym kraju, w większości porośniętym trawami stepowymi. Nie miał rodziców, jego jedyną rodziną był brat bliźniak, Husein. Wychowywali się w zamkowym sierocińcu. Nie miał tam zbyt wielu przyjaciół, bo zawsze stronił od towarzystwa. Poza tym był zawsze na końcu: najniższy, najsłabszy, chuderlawy – ogólnie mówiąc: chuchro. Toteż starsze dzieciaki często obierały go za przedmiot drwin i żartów. Chłopak wyrobił sobie zdanie na temat takich jak oni. Utwierdził się w przekonaniu, że musi znaleźć coś, w czym będzie lepszy. I znalazł. Może nie był silny, ale za to szybki i zwinny. Opracował technikę wtapiania się w naturalne otoczenie. Gdy już opanował ją do perfekcji sam zaczynał sobie żartować z tych dryblasów (wierzyli, że nęka ich jakiś duch). Na ósme urodziny dostał łuk-zabawkę od jedynego opiekuna, który miał do niego słabość. Gdy razem z Husein’em nauczyli się z niego strzelać, Halt zażyczył sobie, że następnym razem chce dostać prawdziwy. Było więc jasne w jakim kierunku nauki pójdzie, gdy ukończy 10 lat. Trafił z bratem (celność chłopcy pradopodobnie mieli rodzinną) na naukę do Crowley’a – mistrza łucznictwa. Halt był jego ulubionym uczniem. Robił wielkie postępy. Po piętnastych urodzinach Crowley zdecydował się podarować mu prawdziwy łuk. Chłopakowi nic więcej nie było do szczęścia potrzebne. Jakież było zdziwienie opiekunów, gdy parę dni później Halt zniknął razem ze swoimi rzeczami (łukiem i samodzielnie uszytym, ciemnozielonym płaszczem) i kucykiem z pobliskiej szkoły rycerskiej. Zdążył tylko pożegnać się z Husein’em.
Od tamtej pory chłopak żył życiem włóczęgi. Chwytał się każdego zadania, które mogło mu przysporzyć satysfakcji i pomóc w doskonaleniu umiejętności łuczniczych. W wieku 18 lat strzelał już bezbłędnie nawet z opaską na oczach. Przeżył wiele przygód i widział mnóstwo niesamowitych miejsc. Przysporzył też sobie reputacji, z której dzisiaj jest wyjątkowo dumny. W końcu o jego czynach usłyszał pewien lord, o nazwisku Ibn’Lshad. Udało mu się sprowadzić do siebie człowieka zwanego Obieżyświatem i namówił Halta do współpracy. Mający ponad dwadzieścia lat chłopak zgodził się i przez nastepne trzy był człowiekiem od zadań specjalnych. Po tym, jak srebrną strzałą zabił jednego niebiezpiecznego wilkołaka, Ibn’Lshad uroczyście nadał mu nazwisko: „Quicksilver”. Haltowi bardzo odpowiadało takie życie, jednak coś, co skusiło go, by ruszył dalej. Dotarł do niego list od jego brata. Husein podał mu w nim jak ma dostać się do kraju Arsmana, chciał się z nim tam zobaczyć. Pod osłoną nocy Obieżyświat osiodłał Gwizdacza (swojego ulubionego konia) i bez pożegnania odjechał.
Po kolejnych dwóch latach tułaczki włóczęga zaprowadziła go za tutejsze granice, już ogarnięte Wiekiem Feniksa.
Partner: Nie jest pewny czy zdołałby z kimś się związać na stałe. Jego wybranka musiałaby pamiętać, że Halt nie umie długo usiedzieć w jednym miejscu i będzie często znikał na jakiś czas. Zdarza mu się jednak czasami mile „skomplementować” jakąś miłą panią (często dostaje za to w twarz). Ogółem jest otwarty na propozycje.
Rodzina: Nie miał rodziców. Jego jedyną rodziną jest brat bliźniak, Husein. Celem Halta jak na razie jest znalezienie go.
Towarzysz: Gwizdacz
Szczegóły:
- Halt jest wielbicielem koni. Zna się na ich hodowli i umie się z praktycznie każdym „dogadać”. Ma też swojego ulubieńca – smukłego, kasztanowatego rumaka z czarną grzywą, o imieniu Gwizdacz. Halt własnoręcznie go ujeździł niedługo po tym jak trafił pod służbę Ibn’Lshada. Ogier jest do niego bardzo przywiązany i posusznie wykonuje każde polecenie pana. Imię wzięło się od tego, że najlepiej reaguje na gwizdanie
- Może się wydać to śmieszne, ale ten wielki podróżnik…cierpi na chorobę morską. Pierwsze dwa dni żegługi zawsze są dla niego wyzwaniem
- Wciąż korzysta z tego samego łuku, który dostał na 15-te urodziny od mistrza łucznictwa. Do tej pory zdążył już wyrzeźbić w nim różne Arydzkie runy, mające według legend wspomagać celność właściciela broni. Halt w to nie wierzy, po prostu wzory mu się spodobały i tyle
- Ludzie (w szczególności damy) zawsze zwracają uwagę, że jest „niechlujnie ostrzyżony”. To prawda – Halt zawsze ma krzywoobcięte włosy. To głównie dlatego, że robi to swoim własnym nożem, często bez pomocy lustra
Autor: NyanCat^._.^~
Nazwisko: Quicksilver (to nie do końca jego prawdziwe nazwisko, bo takowego nigdy nie miał, tak nazywali go ludzie i takie więc nazwisko sobie przybrał)
Przydomek: Nazywano go różnie. Najczęściej powtarza się przydomek Sokół i Obieżyświat. Nazbierał też pełno innych "przydomków", których lepiej nie cytować...
Rasa: Człowiek, który lepiej dogaduje się z "odmieńcami" niż swoimi.
Wiek: 25 lat
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Łucznik (wielkiego wyboru dla takich jak on nie ma)
Aparycja: Człowiek z pozoru nikłej postury, jednak w każdym jego wygląd budzi pewną nieufność. Może to przez fakt, że niemal zawsze skrywa twarz w cieniu kaptura. Brzydki nie jest, specjalnie piękny też nie. Wygląda jednak nieco starzej niż powinien przez wiele ciężkich przejść. Twarz ma ciemniejszej karnacji, co zdradza wschodnie pochodzenie Halta. Mało kto pamięta jego kolor oczu, więc warto wspomnieć, że są one w odcieniu jasnego brązu. Ma przycięte na żołnierską modłę włosy koloru hebanu, brodę zawsze zdobi lekki zarost. Mimo wszelkich drobnych szczegółów znajomi Halta zawsze rozpoznają go po małej, denerwującej bliźnie na wardze. Łucznik nie lubi o niej wspominać. To pamiątka po tym, jak w dzieciństwie bawił się pułapką na myszy (lepiej nie pytaj, bo skończysz ze strzałą w kolanie). Zawsze ubiera się w swój maskujący zielony płaszcz z kapturem.
Zdolności: Halt jest zwykłym człowiekiem, więc magia jest mu zupełnie obca, chociaż wieśniacy często osądzają go o czarnoksięstwo. Jak się można łatwo domyślić główną zaletą Obieżyświata jest celność. Potrafi w mgnieniu oka przygotować łuk do strzału, wycelować i - jeśli trzeba - strzelić. Prawie nigdy nie pudłuje i to nie tylko z łuku. Niemal wszystkim potrafi dobrze rzucić, od noży po jednoręczne topory i siekiery. Umie również poradzić sobie w pojedynku wręcz. Nie ma co prawda miecza, szabli, ani rapiera. Ma za to przy sobie zestaw trzech noży: dwa do rzucania (jeden przy pasie, drugi w cholewie buta) i saksę, czyli ciężki sztylet o szerokiej głowni, zdolny nawet parować ciosy dwuręcznego miecza. Poza zdolnościami bojowymi Halt jest świetnym negocjatorem. Potrafi wyciągnąć informacje z każdego, lecz ma dość...restrykcyjne metody przesłuchań. Do jego ulubionych należy przywiązanie przesłuchiwanego jegomościa do jakiejkolwiek tarczy strzelniczej i strzelanie po kolei między nogi, pod pachą, koło głowy z zawiązanymi oczyma. Halt ma jeszcze jedną wielce przydatną zdolność: potrafi perfekcyjnie wtopić się w otoczenie, dzięki płaszczowi w zielonym kolorze i własnej zwinności. Porusza się nadludzko cicho, dlatego niektórzy sądzą, że ma w swoich żyłach krew elfa. Nawet w zimie daje to zdumiewające efekty. Nie rzadko ktoś patrzący na wprost ukrywającego się w cieniu łucznika w ogóle go nie zauwarza.
Zainteresowania: Tu chyba nie ma zbyt wiele do opisania. Większość wolnego czasu spędza na strzelaniu do tarcz bądź ruchomych celów, jeździe konnej i czytaniu książek. Czasami lubi spędzić trochę czasu z dobrym przyjacielem (JEDNYM). Ma jednak małą pasję: interesuje się działaniem ludzkiego umysłu, jego reakcjami na poszczególne bodźce i samą psychologią zachowań. Pomaga mu to w codziennej robocie. To właśnie stąd biorą się wszystkie jego genialne pomysły na nowe metody przesłuchań.Charakter: Halt jest typem samotnika. Duże towarzystwa go krępują, zwłaszcza jeśli wszyscy zwracają na niego swoją uwagę. Stara się nie ukazywać zbędnych emocji, takich jak strach, zakłopotanie czy choćby samo jakże często zgubne zauroczenie. W razie potrzeby potrafi kłamać jak z nut oraz zgrywać kogoś kim w rzeczywistości nie jest. Nie lubi niczego o sobie opowiadać. Woli być otoczony aurą tajemniczości, co jak na razie świetnie się sprawdza. Dlatego właśnie niemal zawsze kryje twarz w kapturze i mało się odzywa. Przy kimś obcym ogranicza się do zwięzłych, czysto formalnych zwrotów, dla przyjaciół jest bardziej gadatliwy. Jeśli chodzi o znajomości, to Halt ma swój rygor: jedna lub dwie bliskie osoby i nikt więcej. Już w towarzystwie więcej niż trzech osób naraz czuje się nieswojo. Wyjątkiem są jedynie narady i inne formalne spotkania. Halt jest wyjątkowo pamiętliwy, zwłaszcza na punkcie obraz skierowanych pod jego adresem. Jeśli zdarzyło ci się go obrazić, to w końcu się na tobie zemści, choćby czystą złośliwością, i to pewnie w najmniej oczekiwanym momencie. Bez trudu posługuje się sarkazmem i ironią. Mimo, iż nie dościga innych członków „stada” siłą, nadrabia braki przebiegłością i dobrymi pomysłami. Nie obchodzi go, co inni o nim myślą. Łatwo zdobywa nowe znajomości – już ¾ jego ojczyzny ma ochotę go zamordować.
Historia: Jako, że Halt nie cierpi niczego o sobie opowiadać, musisz spodziewać się historii raczej zwięzłej i mało szczegółowej. Poza tym próba opisania wszystkich ważniejszych wydarzeń z jego życia raczej spęzłaby na niczym. O szczegóły musisz sam zapytać.
Halt urodził się w Arydii – półpustynnym, gorącym kraju, w większości porośniętym trawami stepowymi. Nie miał rodziców, jego jedyną rodziną był brat bliźniak, Husein. Wychowywali się w zamkowym sierocińcu. Nie miał tam zbyt wielu przyjaciół, bo zawsze stronił od towarzystwa. Poza tym był zawsze na końcu: najniższy, najsłabszy, chuderlawy – ogólnie mówiąc: chuchro. Toteż starsze dzieciaki często obierały go za przedmiot drwin i żartów. Chłopak wyrobił sobie zdanie na temat takich jak oni. Utwierdził się w przekonaniu, że musi znaleźć coś, w czym będzie lepszy. I znalazł. Może nie był silny, ale za to szybki i zwinny. Opracował technikę wtapiania się w naturalne otoczenie. Gdy już opanował ją do perfekcji sam zaczynał sobie żartować z tych dryblasów (wierzyli, że nęka ich jakiś duch). Na ósme urodziny dostał łuk-zabawkę od jedynego opiekuna, który miał do niego słabość. Gdy razem z Husein’em nauczyli się z niego strzelać, Halt zażyczył sobie, że następnym razem chce dostać prawdziwy. Było więc jasne w jakim kierunku nauki pójdzie, gdy ukończy 10 lat. Trafił z bratem (celność chłopcy pradopodobnie mieli rodzinną) na naukę do Crowley’a – mistrza łucznictwa. Halt był jego ulubionym uczniem. Robił wielkie postępy. Po piętnastych urodzinach Crowley zdecydował się podarować mu prawdziwy łuk. Chłopakowi nic więcej nie było do szczęścia potrzebne. Jakież było zdziwienie opiekunów, gdy parę dni później Halt zniknął razem ze swoimi rzeczami (łukiem i samodzielnie uszytym, ciemnozielonym płaszczem) i kucykiem z pobliskiej szkoły rycerskiej. Zdążył tylko pożegnać się z Husein’em.
Od tamtej pory chłopak żył życiem włóczęgi. Chwytał się każdego zadania, które mogło mu przysporzyć satysfakcji i pomóc w doskonaleniu umiejętności łuczniczych. W wieku 18 lat strzelał już bezbłędnie nawet z opaską na oczach. Przeżył wiele przygód i widział mnóstwo niesamowitych miejsc. Przysporzył też sobie reputacji, z której dzisiaj jest wyjątkowo dumny. W końcu o jego czynach usłyszał pewien lord, o nazwisku Ibn’Lshad. Udało mu się sprowadzić do siebie człowieka zwanego Obieżyświatem i namówił Halta do współpracy. Mający ponad dwadzieścia lat chłopak zgodził się i przez nastepne trzy był człowiekiem od zadań specjalnych. Po tym, jak srebrną strzałą zabił jednego niebiezpiecznego wilkołaka, Ibn’Lshad uroczyście nadał mu nazwisko: „Quicksilver”. Haltowi bardzo odpowiadało takie życie, jednak coś, co skusiło go, by ruszył dalej. Dotarł do niego list od jego brata. Husein podał mu w nim jak ma dostać się do kraju Arsmana, chciał się z nim tam zobaczyć. Pod osłoną nocy Obieżyświat osiodłał Gwizdacza (swojego ulubionego konia) i bez pożegnania odjechał.
Po kolejnych dwóch latach tułaczki włóczęga zaprowadziła go za tutejsze granice, już ogarnięte Wiekiem Feniksa.
Partner: Nie jest pewny czy zdołałby z kimś się związać na stałe. Jego wybranka musiałaby pamiętać, że Halt nie umie długo usiedzieć w jednym miejscu i będzie często znikał na jakiś czas. Zdarza mu się jednak czasami mile „skomplementować” jakąś miłą panią (często dostaje za to w twarz). Ogółem jest otwarty na propozycje.
Rodzina: Nie miał rodziców. Jego jedyną rodziną jest brat bliźniak, Husein. Celem Halta jak na razie jest znalezienie go.
Towarzysz: Gwizdacz
Szczegóły:
- Halt jest wielbicielem koni. Zna się na ich hodowli i umie się z praktycznie każdym „dogadać”. Ma też swojego ulubieńca – smukłego, kasztanowatego rumaka z czarną grzywą, o imieniu Gwizdacz. Halt własnoręcznie go ujeździł niedługo po tym jak trafił pod służbę Ibn’Lshada. Ogier jest do niego bardzo przywiązany i posusznie wykonuje każde polecenie pana. Imię wzięło się od tego, że najlepiej reaguje na gwizdanie
- Może się wydać to śmieszne, ale ten wielki podróżnik…cierpi na chorobę morską. Pierwsze dwa dni żegługi zawsze są dla niego wyzwaniem
- Wciąż korzysta z tego samego łuku, który dostał na 15-te urodziny od mistrza łucznictwa. Do tej pory zdążył już wyrzeźbić w nim różne Arydzkie runy, mające według legend wspomagać celność właściciela broni. Halt w to nie wierzy, po prostu wzory mu się spodobały i tyle
- Ludzie (w szczególności damy) zawsze zwracają uwagę, że jest „niechlujnie ostrzyżony”. To prawda – Halt zawsze ma krzywoobcięte włosy. To głównie dlatego, że robi to swoim własnym nożem, często bez pomocy lustra
Autor: NyanCat^._.^~
środa, 27 maja 2015
Wolność jest wtedy, gdy jest się samemu sobie sterem, żeglarzem i okrętem.
Imię: Squall
Nazwisko: Repentina
Przydomek: Sztorm, choć od większości słyszy tylko wulgarne epitety.
Rasa: Jedni mówią demon lub zjawa, ale to kim jest naprawdę to jej wielka tajemnica.
Wiek: Tak naprawdę nie wiadomo, od ponad 20lat się nie zmienia.
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Przemytnik i taktyk, ale tak naprawdę to wciąż jest piratem.
Aparycja: Wysoka i dobrze zbudowana, szatynka. Często zakrywa twarz szerokim kapturem. Jedyne co może wyróżnić ją z tłumu to żółto-czarne, kocie oczy. Co innego przy świetle księżyca...
Zdolności: Posiada niezwykle wyostrzone zmysły. Jest znacznie silniejsza niż na to by wskazywało, jest też niezwykle zwinna i szybka, z niezwykła łatwością porusza się po okręcie i trudnych terenach takich jak lasy i góry. Na pokładzie niczym kot skacze po wantach, bomach i masztach. Tą umiejętność wykorzystuje w walce, atakując z zaskoczenia i nieprzewidywalnie. Jak nikt zna się na łajbach w bitwach morskich nie ma sobie równych (w lądowych również niezłe z niej ziółko). Jak to pirat zna się na grabieży, walce i taktyce. Sama nie posiada żadnych nadludzkich zdolności, prócz oddychania pod wodą, ale ma zaklętą szablę pozwalającą jej panować nad każdym okrętem. Jest wyćwiczonym szermierzem jak i pięściarzem, w walce z bronią czy bez, zawsze sobie poradzi, ponadto w rękawach, butach i innych skrytkach ma cały arsenał, którym również umie się posługiwać. Nieraz nawet woli użyć krótkiego ostrza noża niż swojego skarbu. Często też wykorzystuje teren i otaczające ją przedmioty w potyczkach, tu przewróci, tam przetnie i powstają wszelakie pułapki.
Zainteresowania: Woda, sól i wiatr! Otwarte może i żegluga to jest to co kocha każdy wilk morski. Grabieże, walka i przygoda to, to co kocha każdy korsarz. Prócz tego uwielbia również drugą stronę świata... góry. Dlatego każda podróż, czy przygoda, lub zagadka jest dla niej czymś wspaniałym. Kocha wyzwania.
Charakter: Dziewczyna ta jest niczym morze, raz spokojna, raz burzliwa. Kilka cech jednak nigdy jej nie odstępuje. Squall jest niezwykle wredna i zuchwała, przy czym zawsze towarzyszy jej ten sam zbójecki uśmieszek. Niejednego wyprowadziła z równowagi, przez co ma wielu wrogów. Spryt i zmyślność są jej dodatkowym atutem, a odwaga i brawura usprawiedliwieniem dla niektórych jej wybryków. Nie da się jej upilnować, to wolny duch, nieznoszący ograniczeń. Mimo że jest zabijaką, pijaczyną, złodziejem i piratem ma swój honor. Co nie znaczy że nie zachowuje się jak opryszek. Jest głośna, agresywna, wulgarna i bynajmniej nie kobieca. Na jej temat można by się długo pisać, ale ją trzeba po prostu poznać, przede wszystkim jest jednak nieprzewidywalna.
Ale to jest ona na co dzień, czasem dzieje się coś zupełnie innego...
Historia: Wojna okazała się świetną okazją dla piratów, którzy korzystając z okazji łupili i grabili na morzu co się tylko dało. Straty w bitwach morskich były na tyle ogromne, że powoli zaprzestano wypływania na wodę. W tym czasie znikąd pojawił się tajemniczy okręt zwany Sztormem, bo zjawiał się nagle i niszczył wszystko na swej drodze. Był to jednak zwykły okręt z załogą którą dowodziła Squall. Z początku rabowali głównie innych piratów, co za skutkowało tym, że zwykłe łodzie powróciły na wody. Z czasem konkurencja Sztormu zniknęła, a załoga zaczęła rzucać się na okręty wojenne. Pogoń za nieuchwytnymi piratami trwała wiele lat, a piraci grali wszystkim na nosie. W połowie wojny jednak wieść o ostatnim okręcie korsarskim ucichła. Na dziesięć lat okręt z załogom zniknął... Pewnej jesiennej nocy Sztorm powrócił. Ale nie taki jak go zapamiętano, choć był zniszczony, zdobiły go czarne, podarte żagle, a na jego widok ludziom przechodził zimny dreszcz po plecach, okręt płynął, choć jego załogą była zaledwie jedna osoba. Nikt nie wie co stało się z załogą, ani co działo się z statkiem i jego kapitan. Okręt stał się jeszcze bardziej niebezpieczny, a Squall zmieniła się w potwora. Po świecie zaczęły krążyć pogłoski o upiornym statku...
Dziewczyna przybiła do brzegu w poszukiwaniu "bazy" dla okrętu i tak trafiła tutaj. Choć przyłączyła się do społeczności, nie zrezygnowała z siania postrachu na wodach.
Partner: Stały związek? Czarno to widzę. Ale zabawić się lubi, w końcu co by życie miało smaczek raz dziewczynka, raz chłopaczek.
Rodzina: Swego czasu jej rodziną była załoga.
Szczegóły: -Różnica między nią w towarzystwie, a nią w samotności jest kolosalna. Niewielu potrafi połączyć tę wesołą osóbkę z potworem grasującym po morzach.
-Lubi czasem sobie wypić, a gdy jest pijana staje się agresywna, na szczęście ma mocną głowę.
-Jej największym skarbem jest zaklęta szabla dzięki której potrafi panować nad każdym okrętem, oraz odbijać magię. Prócz niesamowitej mocy artefakt ten dał też właścicielce okropne przekleństwo. Nie radzę więc nawet jej dotykać.
-Uwielbia śpiewać (co nie znaczy, że umie), głównie po pijaku i szanty.
-Ma własną łajbę - Sztorm (tak, jej przydomek pochodzi od statku)
-Nikomu nie zdradza co działo się przez 10lat po zniknięciu Sztormu, ani co działo się przed jego pojawianiem. Można jedynie domniemać, że skrywa pewien mroczny sekret.
-Rzadko pokazuje się przyjaciołom podczas księżycowych nocy. A jeśli już, to jest zamaskowana.
Autor: Ursa
wtorek, 26 maja 2015
Od Mild cd Dean'a - Lykan
Mild nie była pewna co się właściwie dzieje. Facet zmienił się w wilka –
ot tak – i rzucił za żołnierzami. Dziewczyna w odruchu paniki wcisnęła
ciągle trzymany w dłoni kościany klucz do swojej sakiewki. Tymczasem
obcy zmienił się z powrotem w człowieka. Daya zamarła w miejscu,
niepewna co teraz zamierza zrobić czarnowłosy. Ten jednak zatrzymał się
półtora metra od niej i uśmiechnął w miarę przyjaźnie.
- Coś ty nabroiła? – zapytał cicho.
Mild nie widziała sensu w odpowiadaniu mu. Nie znała go, ani nie ufała po tym „widowisku”.
- Jesteś lykanem? – spytała wymijająco. Mieszkając z renegatami natrafiła kiedyś na tą nazwę. Darim opowiedział jej wtedy kim są lykanie, czyli mówiąc krótko „ludzie-wilki”.
- Nie, dżinem, tylko lampę zgubiłem – odparł sarkastycznie chłopak. – Zadałem ci proste pytanie. Wiem, że żołnierze często ganiają za bezbronnymi dziewczynkami z RÓŻNYCH powodów, w końcu mamy wojnę, ale ty nie jesteś jak widzę całkowicie bezradna w takich sytuacjach – kiwnął znacząco głową patrząc na wystąjącą ponad lewe ramię dziewczyny rękojeść miecza.
Mild podziękowała w duchu, że lykan nie zauważył klucza. Lepiej się takimi znaleziskami nie chwalić.
- Chciałam im dokuczyć – odparła wymijająco. – Poza tym byłam głodna, a oni nie pilnowali swoich zapasów – kiwnęła głową w stronę rozsypanego podczas upadku jedzenia.
Chłopak zmarszczył brwi. Był pewien, że jedna torba z prowiantem to zbyt błachy powód, by wszcząć pościg. Nie naciskał jednak. Jak nie chce mówić, to nie musi. Może kiedyś się dowie, o co naprawdę chodziło.
- Ustalmy, że ci wierzę – powiedział z przekąsem. – Musieli mieć tu gdzieś obozowisko…
- To chyba w tamtym kierunku – Mild spojrzała w stronę, z której jej zdaniem tutaj przybiegła.
- Szkoda by było, gdyby coś się miało zmarnować – lykan uśmiechnął się przebiegle. – I może złapiemy tego trzeciego.
- My? – zapytała niepewnie Daya.
- Mówiłaś, że jesteś głodna. Tym razem chyba już nikt cię nie będzie gonił, prawda? Ale jak nie chcesz, to nie…
Chłopak ruszył w stronę wskazaną przez dziewczynę. Mild zawahała się. Nie ufała mu, ale z drugiej strony rzeczywiście kiszki grały jej marsza. Na dodatek już niemal całkiem się ściemniło, a żołnierze mieli tam przecież całkiem spory zapas chrustu i przygotowane palenisko. Propozycja ciepłego posiłku okazała się zbyt kusząca. Daya pobiegła za odchodzącym lykanem, zanim zniknął jej z oczu.
- Czyli jednak idziesz – powiedział obojętnie nieznajomy, nawet się nie odwracając. Mild była jednak pewna, że na jego twarzy wykwitł uśmieszek tryumfu.
- Śmierć głodowa zdecydowanie nie jest przyjemna – odparła nieufnie.
- Pewnie masz rację – chłopak chyba wyczuł niezdecydowanie dziewczyny. Odwrócił się i ukłonił teatralnie: - Jestem Dean Blackmoon, z rodu Rakszasa.
Dayę wybiło to z rytmu. Skoro pierwszy się przedstawił, to znaczy, że nie ma wobec niej złych zamiarów. A skoro Mild znała już jego imię, to jemu należy się poznać jej imię.
- Mild Aldre, z rodu Dormant – odpowiedziała i dygnęła lekko.
- No to teraz się już znamy – powiedział wesoło lykan i podjął marsz. Mild podąrzała za nim.
Dean? Szykuj się na lawinę pytań x3
- Coś ty nabroiła? – zapytał cicho.
Mild nie widziała sensu w odpowiadaniu mu. Nie znała go, ani nie ufała po tym „widowisku”.
- Jesteś lykanem? – spytała wymijająco. Mieszkając z renegatami natrafiła kiedyś na tą nazwę. Darim opowiedział jej wtedy kim są lykanie, czyli mówiąc krótko „ludzie-wilki”.
- Nie, dżinem, tylko lampę zgubiłem – odparł sarkastycznie chłopak. – Zadałem ci proste pytanie. Wiem, że żołnierze często ganiają za bezbronnymi dziewczynkami z RÓŻNYCH powodów, w końcu mamy wojnę, ale ty nie jesteś jak widzę całkowicie bezradna w takich sytuacjach – kiwnął znacząco głową patrząc na wystąjącą ponad lewe ramię dziewczyny rękojeść miecza.
Mild podziękowała w duchu, że lykan nie zauważył klucza. Lepiej się takimi znaleziskami nie chwalić.
- Chciałam im dokuczyć – odparła wymijająco. – Poza tym byłam głodna, a oni nie pilnowali swoich zapasów – kiwnęła głową w stronę rozsypanego podczas upadku jedzenia.
Chłopak zmarszczył brwi. Był pewien, że jedna torba z prowiantem to zbyt błachy powód, by wszcząć pościg. Nie naciskał jednak. Jak nie chce mówić, to nie musi. Może kiedyś się dowie, o co naprawdę chodziło.
- Ustalmy, że ci wierzę – powiedział z przekąsem. – Musieli mieć tu gdzieś obozowisko…
- To chyba w tamtym kierunku – Mild spojrzała w stronę, z której jej zdaniem tutaj przybiegła.
- Szkoda by było, gdyby coś się miało zmarnować – lykan uśmiechnął się przebiegle. – I może złapiemy tego trzeciego.
- My? – zapytała niepewnie Daya.
- Mówiłaś, że jesteś głodna. Tym razem chyba już nikt cię nie będzie gonił, prawda? Ale jak nie chcesz, to nie…
Chłopak ruszył w stronę wskazaną przez dziewczynę. Mild zawahała się. Nie ufała mu, ale z drugiej strony rzeczywiście kiszki grały jej marsza. Na dodatek już niemal całkiem się ściemniło, a żołnierze mieli tam przecież całkiem spory zapas chrustu i przygotowane palenisko. Propozycja ciepłego posiłku okazała się zbyt kusząca. Daya pobiegła za odchodzącym lykanem, zanim zniknął jej z oczu.
- Czyli jednak idziesz – powiedział obojętnie nieznajomy, nawet się nie odwracając. Mild była jednak pewna, że na jego twarzy wykwitł uśmieszek tryumfu.
- Śmierć głodowa zdecydowanie nie jest przyjemna – odparła nieufnie.
- Pewnie masz rację – chłopak chyba wyczuł niezdecydowanie dziewczyny. Odwrócił się i ukłonił teatralnie: - Jestem Dean Blackmoon, z rodu Rakszasa.
Dayę wybiło to z rytmu. Skoro pierwszy się przedstawił, to znaczy, że nie ma wobec niej złych zamiarów. A skoro Mild znała już jego imię, to jemu należy się poznać jej imię.
- Mild Aldre, z rodu Dormant – odpowiedziała i dygnęła lekko.
- No to teraz się już znamy – powiedział wesoło lykan i podjął marsz. Mild podąrzała za nim.
Dean? Szykuj się na lawinę pytań x3
niedziela, 24 maja 2015
Ogłoszenia parafialne
Chciałam przywitać wszystkich członków i choć nielicznie, mam nadzieję, że będzie fajnie :)
Ale przejdźmy do rzeczy! Ursa musi pomarudzić :P Jako iż tak naprawdę nasze państewko dopiero powstało, chciałabym, aby miało to ręce i nogi, więc w czwartek ogłaszam spotkanie wszystkich! Tam oficjalnie zostaną przydzielone stanowiska i wszyscy się poznamy :) Prosiłabym też o jakieś krótkie retrospekcje jak się tu dostaliście itp. Nie wymagam, ale wtedy myślę, że nabierze to jakiegoś pędu.
~Ursa
ps. Jutro odpiszę Hina :)
Ale przejdźmy do rzeczy! Ursa musi pomarudzić :P Jako iż tak naprawdę nasze państewko dopiero powstało, chciałabym, aby miało to ręce i nogi, więc w czwartek ogłaszam spotkanie wszystkich! Tam oficjalnie zostaną przydzielone stanowiska i wszyscy się poznamy :) Prosiłabym też o jakieś krótkie retrospekcje jak się tu dostaliście itp. Nie wymagam, ale wtedy myślę, że nabierze to jakiegoś pędu.
~Ursa
ps. Jutro odpiszę Hina :)
I'm gonna change you like a remix, then i'll raise you like a fenix
Nazwisko: Bherini
Przydomek: Jako skrót imienia używa Vis albo Erany, ale przydomek ma Lacila.
Rasa: Mieszanka Wilkołaka i Elfa
Wiek: Wygląda na młodą, zaledwie 19 lat, ale tak na prawdę ma 134 lata.
Płeć: Kobieta, choć wielu pomyli ją z mężczyzną
Stanowisko: Wyrocznia
Aparycja: Vis jest niska, ma tylko 163 cm wzrostu. Ale nie narzeka. To drobna i lekka osoba. Długie nogi pozwalają jej na wiele. Jest chuda, ma wieczną niedowagę, ale nie dlatego, że głoduje czy coś. Po prostu tak ma. Co jeszcze można powiedzieć o jej wyglądzie? No, nie wiem. Twarz widać na obrazku... Mogę tylko dodać że Vis nie rozstaje się ze swoim medalikiem. Ma też jeden na nadgarstku, czarny rzemyk, pusty. Oraz kolejny na kostce, też czarny rzemyk, ale z jednym małym szczegółem - ledwie widocznym srebrnym księżycem.
Zdolności: Jak wspomniałam powyżej, ma pewien dar, nie rozwinięty jeszcze w pełni, ale pracuje nad tym - widzi przyszłość. Polega to na tym, że w każdej chwili może ją dopaść jakaś wizja niedalekiej przyszłości. Ona nie wie, kiedy ta wizja będzie. Po prostu się pojawiają. Ale gdy się skupi, bo chce coś zobaczyć, to to zrobi, ale musi dotknąć rzeczy bądź osoby związanej a tą osobą, której przyszłość chce zobaczyć. Jest jeszcze jeden dar - częściowo rozumie mowę zwierząt, w końcu ma coś z Wilkołaka.
Jeśli chodzi o jej zdolności fizyczne, to jest bardzo silna. Mimo swojej budowy, nie raz powaliła większego od siebie. Ale wiadomo, nikt nie jest niepokonany. Jest sprytna i zwinna, uciekła prawie każdemu, kto ją ścigał. Jak mówi jej przydomek, jest elastyczna. Choćbyś postawił przed nią siatkę ze sznurków, ona przejdzie tak, żeby nie dotknąć żadnego z nich. Umie posługiwać się łukiem, mieczem oraz sztyletami, jej ulubionymi. Potrafi jednak z każdej rzeczy zrobić "broń".
Zainteresowania: Jej zainteresowania są okropnie... zmienne. Jeszcze wczoraj chciała być na wojnie, dzisiaj woli siedzieć i opatrywać rannych. Ale nie o to chodzi. Po prostu... ciągle się zmieniają. Ale stałe są takie, że uwielbia skoki z wodospadów. I to nie byle jakich! Im większy, tym lepsza zabawa! Bardzo lubi towarzystwo, ale nie damskie. Częściej przesiaduje z mężczyznami, ale nie Z TYCH powodów. Po prostu, lepiej się z nimi dogaduje. Często rozmawia, a raczej prowadzi monologi z księżycem. Dużo ćwiczy, prawie zawsze, jeśli ma chwilę czasu wolnego. Bardzo często chodzi po lesie i po prostu obserwuje, trenuje albo pomaga zwierzętom, bo jakaś część z Wilkołaka, dała jej prawo do częściowego rozumienia mowy zwierząt. Zdarza się, że mówi sama do siebie.
Charakter: Vis jest zdecydowanie bardziej podobna do mężczyzn i z nimi też częściej przebywa. Zdecydowanie nie lubi być traktowana jak kobieta. Po pierwsze nie ubiera się tak, po drugie kobiety nie powinny ścinać włosów a jak widać ona... Ma zdecydowanie za krótkie włosy jak na te czasy. Ale cóż. Kolejnym powodem jest po prostu to, że nie pasują jej typowe dla jej płci zasady. Jej matka zawsze jej powtarzała, że ma być damą... i inne bzdury. Na szczęście, ojciec szybko zrozumiał jest na prawdę Viserany i pozwalał jej po prostu być sobą. Była okropnym dzieciakiem, można powiedzieć. No ale cóż, ma dar do wpadania w kłopoty. Na szczęście, nauczyła się jak sobie poradzić w każdej sytuacji. Wie, jak zaleczyć poważne rany fizyczne jak i psychiczne. Dzięki temu płakała w swoim życiu bardzo rzadko, a od kiedy ojciec umarł, w ogóle. Nigdy nie była słaba. Zawsze, mimo swej drobnej budowy, radziła sobie świetnie, tak z podciąganiem na gałęziach przy wchodzeniu na drzewa, jak i z pomaganiem w domu. Słaba w znaczeniu psychicznym też nie była nigdy. Oczywiście, zdarzyło się raz na jakiś czas zwątpić ale nauczyła się, jak sobie z tym radzić. Jej słownictwo też nie jest idealne. Ale co zrobić, jeśli wychowywał ją bardziej ojciec, bo matka się poddała po jakimś czasie. Niektórych to dziwi ale ona nie widzi nic niezwykłego w swoim zachowaniu. Jest dumna z tego, że jest odważna, czasem nawet bardziej niż nie jeden mężczyzna. Ale być może wynika to z jej ześwirowanego stylu bycia. Potrafi mieć na prawdę szalone pomysły i pewnie dlatego rzuca się do walki mimo prawie pewnej przegranej. Pewnie to zła cecha ale co zrobić? Erany zdecydowanie nie jest ponurakiem. Uwielbia robić innym żarty, dawać im przezwiska albo po prostu się droczyć. Często się śmieje. I równie często używa sarkazmu. Jest okropnie chaotyczna. Wszędzie jej pełno, co czasem denerwuje innych. Potrafi z każdej niemiłej rzeczy zrobić jakąś sarkastyczną uwagę czy naukę, co pomaga innym. I mimo tego, jaka jest, ma w swoim otoczeniu parę osób, które słuchałyby jej godzinami, do czego przecież jest zdolna, bo Vis to urodzona gaduła. Ale ogólnie rzecz biorąc, to jest twarda dziewczyna która szuka przygód i okazji do sprawdzenia siebie. Albo ją lubisz albo jej nienawidzisz.
Historia: Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest historia osoby, która siedzi koło was? Albo przechodzi, widzicie ją tylko kilka sekund. A może żyjecie z nią na co dzień, widujecie na ulicy... Zastanawialiście się, dlaczego są tacy a nie inni? Że może to nie od nich zależało, że stali się zimni i okrutni, albo tacy weseli, ciepli...?
Otóż, wierzcie mi, nikt nie rodzi się z charakterem. Nie ma tak, że dziecko się rodzi i już wiadomo jakie będzie. Nie. Charakteru nie dziedziczymy też po rodzicach. Rodzimy się z pewnymi lekko rozwiniętymi cechami, ale od nas zależy, które przyjmiemy, które odrzucimy. A raczej, które cechy pozwoli nam przyjąć Los, a które każe odrzucić. Ciekawi was, co sprawiło, że jestem taka? Skoro to nadal czytacie, znaczy że tak. No dobrze, przejdźmy do rzeczy.
Urodziłam się dawno temu...
Wiem, brzmi jak bajka. Ale wierzcie mi, że ta historia bajką nie jest. Po prostu, miała miejsce 134 lata temu. Zadowoleni? Wracamy.
... dawno temu, kiedy na tym świecie panował pokój. Pozorny, jak wiemy. A ja urodziłam się tego feralnego dnia, kiedy zaczęła się wojna. Moja matka, Ebenum, miała już 2 dzieci, męża... Ale los dał jej jeszcze córkę... Która w zasadzie i tak była jak chłopiec, ale o tym później. Fortis, mąż Ebenum był jak spity, kiedy zobaczył małą mieszankę Elfki i Wilkołaka. Nie przejmował się tym, przecież nie było problemów z akceptacjami ras. A synowie pary? Już planowali jak wychowają brata, kiedy matka oznajmiła im, że to dziewczynka. Zdezorientowali się, ale po chwili nie miało to znaczenia. A pod wieczór dostali wiadomość, że rozpoczęła się wojna. Na szczęście, mieszkali daleko na obrzeżach kraju, mieli nadzieję, że nic się nie stanie.
I faktycznie, kilka lat później nadal żyli. Dzięki Fortisowi, oczywiście. Przez ten czas wyrobił sobie kontakty, a kiedy król Amirs doszedł do władzy, Fortis został jego doradcą. Polepszył się stan majątkowy rodziny. W dodatku wojna się skończyła, były już tylko małe wybuchy co jakiś czas, ale w porównaniu z tym, co działo się wcześniej, było naprawdę spokojnie. To wszystko sprawiło, że nasza bohaterka, którą pominęliśmy czyli ja, żyła. I miała się doskonale, choć matka próbowała na złość zrobić ze mnie damę. Dzięki bogu, tata od dawna wiedział, co się kroi. Że wojna, zrobiła ze mnie chłopczycę, a nie przerażoną wszystkim damulkę. Porozmawiał z mamą i ona uległa. A ojciec mógł mnie w spokoju szkolić.
I tak było przez całkiem spory okres czasu. Aż pewnego dnia, mając ok. 117 lat wyszłam z domu. Bracia byli już w wojsku, rodzice wiec zostali sami. Gdybym tylko wiedziała, co się kroi zostałabym w domu. Ale los chciał inaczej i wyszłam. A gdy wróciłam... W zasadzie nie było do czego wracać. Rodzice zamordowani, dom splądrowany... Byłam załamana. Ale doszłam do siebie, zawiadomiłam o tym kogo trzeba i odeszłam, chowając rodziców i całą przeszłość pod ziemią.
Wędrowałam i zarabiałam jak się dało, obojętnie czy zabijając czy szpiegując dla króla i jego ludzi, albo przewidując przyszłość, a zdarzało się nawet, ze lecząc rannych. Nie miało to znaczenia. Bylebym zachowała godność i anonimowość. Minęło sporo lat zanim zamieszkałam tutaj, w tych okolicach. Ale przynajmniej miałam spokój i nikt mnie nie znał. Mogłam zacząć od nowa... I obserwować jak będzie rządził syn Amirs'a - Arsman. Ciekawe, czy stłamsi wojnę do końca...
Partner: Nie, raczej nie myślała o tym żeby mieć partnera. Kiedyś może, ale teraz... nie kiedy są takie niepewne czasy. Poza tym, kto by się chciał związać z taką... wulkaniczną osóbką?!
Rodzina: Miała rodzinę. Dawno temu. Jej ojciec miał na imię Fortis i był doradcą króla Amirsa oraz Wilkołakiem. Matka Viserany miała na imię Ebenum, była Elfem. Pracowała jako Śpiewaczka. Vis miała jeszcze dwóch braci ale poszli do wojska i od tamtego czasu nie ma z nimi kontaktu. Niestety, jej rodzice zmarli dawno temu. Kiedy jej nie było w domu, ktoś napadł na nich, w końcu mieli trochę lepiej niż inni, z racji stanowiska ojca. Rodziców zabili, zabrali to co chcieli i odeszli.
Szczegóły: Viserany nie mieszka w domu. Ona śpi gdzie chce. Co do jej przemiany w Wilkołaka, to tylko po północy, ale na szczęście nad tym panuje. Z racji jej Elfiej części, żyje dłużej.
Autor: keiraKD
sobota, 23 maja 2015
Od Mild - Przerost formy nad treścią
Kopyta wybijały monotonny, usypiający rytm. Wszystko wokół wydawało się senne, a nawet martwe. Mild ledwo trzymała się w siodle. Miała za sobą ciężką podróż. Od dwóch tygodni starała się uciec pogoni. Unikała osad, karawan, a nawet samotnych wędrowców. Dopiero trzy dni temu, przymuszona głodem, odważyła się zajechać do jakiejś gospody i kupić trochę jedzenia za ostatnie pieniądze. Starała się oszczędzać siły swoje i konia. Jednak jazda ciągłym stępem była nużąca. Dziewczyna co chwilę musiała się szczypać w rękę, żeby nie zasnąć. Po namyśle stwierdziła jednak, że to wcale nie taki głupi pomysł. Należy jej się odpoczynek. Koń przecież przystanie w miejscu gdy uświadomi sobie, że nikt nie zmusza go do chodu i również skorzysta z drzemki. A poza tym wokół jest tak spokojnie...Ani wiewiórki, wróbla...,,,Nic się nie stanie, jeśli przymknę oczy na minutę...no może dwie, z hakiem" pomyślała Mild i już zaczęła przysypiać...
Nagle z lasu po lewej na trakt wyskoczył dziki pies. Zawarczał ostrzegawczo. Nagłe pojawienie się drapieżnika wystraszyło konia Dayi. Wierzchowiec zarżał kwikliwie i stanął dęba. Nieprzygotowany jeździec nie zdołał utrzymać równowagi. Dziewczyna boleśnie wylądowała w błocie. Ogier korzystając z okazji popędził w las.
Pies jednak nie pobiegł za uciekającym zwierzęciem. Dziewczynka wydawała mu się łatwiejszym łupem. Mild szybko się opanowała i zerwała na równe nogi odruchowo wstrząsając lewym ramieniem, aby łatwiej było jej sięgnąć po miecz. Nie rzuciła się jednak bezmyślnie na czworonoga. Zaczekała na ruch przeciwnika. Zdziczały kundel nie zwlekając ruszył na dziewczynę. Dopędziłby ją w dwóch susach. Mild jednak w ostatniej sekundzie wykonała piruet w lewo. Gdy zwierzę było tuż obok niej sięgnęła prawą ręką nad lewy bark, chwyciła rękojeść miecza i jednym, płynnym ruchem wysunęła go z pochwy od razu tnąc ostro w dół. Klinga świsnęła złowieszczo i rąbnęła w grzbiet kundla tuż za łopatkami, wbijając się głęboko, aż zgrzytnęła na żebrach. Pęd zwierzęcia zmusił Mild do puszczenia rękojeści, inaczej pies pociągnąłby ją za sobą. Wylądowała więc miękko na nogach, a kundel ciężko zarył nosem w błoto dwa metry od niej. Zapadła cisza.
Dziewczyna wyrównała oddech i obejrzała się na zwierzę. Podeszła do niego powoli, dla pewności trzymając dłoń blisko rękojeści sztyletu. Pies był jednak martwy. Tkwiący w nim ciągle miecz drgał lekko. Daya chwyciła broń, jednak głownia utknęła głęboko w ciele. Dziewczyna miała czystego fuksa - klinga musiała idealnie trafić w przerwę między kręgami, tnąc rdzeń kręgowy (powodując natychmiastowy paraliż) i wbijając się do połowy klatki piersiowej. Mild szarpnęła parę razy za rękojeść aż wyswobodziła miecz z truchła. Wytarła go z krwi trawą i schowała do pochwy na plecach. Za koniem już nie było co się rozglądać. Pewnie jest już daleko stąd. Tchórzliwe bydle. Mild zaklęła pod nosem. Miała przytroczone do siodła juki z prowiantem. Teraz został jej jedynie miecz, sztylet i kryształowa, krucza czaszka w sakiewce. Dziewczyna stwierdziła, że gorzej już być nie może, kiedy na jej nos spadła kropla deszczu. Zaraz dołączyły do niej kolejne, aż z niebo zaczęło się lać jak z ukropu.
- Pięknie! - wypaliła bez ogródek. - Po prostu wspaniale, psia mać! Początkowo Daya liczyła, że podróż piesza nie będzie tak uciążliwa jak myślała na początku. Niestety, najgorszym wrogiem okazał się głód. Trduno było jej się skupić na czymkolwiek słysząc walca w wykonaniu własnego żołądka. - Och, zamknij się, zaraz nam coś wykombinuję - warknęła, co w sumie nie miało najmniejszego sensu. Kto normalny gada z trzewiami? Dziewczyna jednak była rozdrażniona, przemioknięta do suchej nitki i zmarznięta jak nigdy. Deszcz ustał, całe szczęście, jednak po nim pałeczkę przejął wiatr, który dął niepowstrzymanie zimnymi podmuchami prosto z gór. Na dodatek słońce już zaczęło zachodzić. Mild była na skraju wyczerpania. Musiała coś zjeść, inaczej zwariuje. I wtedy zauważyła błysk spomiędzy drzew. Dobrze znała ten ciepły, pomarańczowy blask. Ktoś urządził sobie biwak w lesie i rozpalił ogień. Daya bez namysłu zarzuciła na jasne włosy kaptur ciemnej kamizeli i ruszyła w stronę światła. Zatrzymała się w zaroślach i lekko rozchyliła gałęzie, by zobaczyć z kim ma do czynienia. Dookoła ogniska siedziało trzech mężczyzn. Sądząc po kolczugach i blaszanych szyszakach na głowach byli to żołnierze. Na ich widok Mild zawrzała krew w żyłach. To właśnie tacy jak oni zabili jej rodziców, zniszczyli kraj w którym mieszkała, a pięć lat później napadli na nią i jej przyjaciół - renegatów. W tym Darima, jej nauczyciela. Korciło ją, by odrąbać im dłonie, obciąć palce u stóp lub zrobić coś jeszcze gorszego za zniszczenie jej życia DWA razy. Powstrzymała się jednak. Była tylko czającą się w krzakach trzynastolatką. Co z tego, że miała miecz i umiała się nim posługiwać - jak miałaby załatwić trzech dorosłych facetów? Nagle Mild przyszła do głowy pewna myśl: po co ich zabijać, skoro można im uprzykrzyć życie i jeszcze na tym skorzystać? Rozejrzała się wokół po czym jej twarz rozjaśnił złośliwy uśmiech. Głupcy trzymali pakunki z prowiantem poza zasięgiem światła, obok jakiejś tajemniczej skrzyni. Korzystając z faktu, że żołnierze zajęci są rozmową dziewczyna bez trudu zakradła się do juków. Przepakowała jedną z toreb w same potrzebne rzeczy, cały czas uważnie obserwując kątem oka żołdaków.
- Mówię wam, był taki wielki! – chwalił się któryś z nich obrazując dłońmi domyślne rozmiary.
- Bajasz, karpie takie wielkie nie rosną… - zaprzeczył mu drugi.
- Takie rybsko to by cię chyba utopiło! – rzucił trzeci klepiąc się ręką w udo i parskając śmiechem. Mild nie słuchała ich dyskusji. Za bardzo skupiona była na swoim zadaniu. Ha, gotowe! Teraz tylko wystarczy się wymknąć, chociaż…Dziewczyna skuszona sukcesem spojrzała łakomie na tajemniczą skrzynię obok. Zamknięta na trzy zamki. Pewnie w środku jest coś cennego, co ci idioci transportują gdzieś na czyiś rozkaz. A może by tak już zupełnie ich pogrążyć? Dalsze wydarzenia zdecydowanie potwierdzają, że Mild przeceniła swoje zdolności. Z miejsca zabrała się za zamki. Podkradanie się i zabieranie go któremuś z tych trzech było zbyt ryzykowne. Po pierwsze nie wiedziała który z nich ma klucz, a po drugie nie jest mistrzowskim kieszonkowcem. Dlatego postawiła na swoje zdolności magiczne. Skupiła się na pierwszym zamku. Przesuwała po nim palcami. Trochę to trwało. Z każdą minutą coraz bardziej się niecierpliwiła, a wiadomo, że presja czasu źle służy skupieniu. W końcu usłyszała ciche stuknięcie, gdy rygle odsunęły się i zamek puścił. Mild obejrzała się niespokojnie na żołnierzy, jednak żaden z nich nie zareagował. Najwyraźniej zamki były nowe. To ją zachęciło do kolejnej próby. Drugi zamek opierał się dłużej, ale również magia okazała się silniejsza. Trzeci, za sprawą nabytej już techniki, puścił niemal od razu. Daya z bijącym sercem uchyliła odrobinę wieko, by zobaczyć co jest w środku. Było tam pełno pieniędzy, ale poza nimi dziewczyna wypatrzyła coś ciekawszego: biały klucz, prawdopodobnie z jakiejś kości, z osadzonym w nim fioletowym kamieniem szlachetnym. Mild zamaszyście otworzyła wieko… I wtedy przez polanę przedarł się głośny, drażniący uszy pisk zardzewiałych zawiasów.
- Hej, ty! – żołnierze momentalnie obejrzeli się w stronę dźwięku i ruszyli biegiem do klęczącej dziewczyny. Daya zaklęła, chwyciła klucz i torbę z prowiantem po czym pobiegła w las. Żołdacy w leśnym poszyciu poruszali się wolniej, ale w przeciwieństwie do Mild byli wypoczęci i najwyraźniej znali te tereny. Dziewczyna starała się zgubić pościg wszelkimi sposobami. W końcu wypatrzyła jakieś w połowie przewalone drzewo. Wbiegła po jego pniu, po czym odbiła się od niego i wylądowała na grubym konarze rosnocęgo obok dębu. Biegła dalej przeskakując na kolejne gałęzie, powoli zostawiając w tyle zdziwionych żołnierzy. Po pięciu minutach pościgu byli już dość daleko. Mild uśmiechnęła się tryumfalnie, kiedy nagle poślizgnęła się na śliskiej od wody gałęzi. Noga zsunęła się w przód, a dziewczyna walnęła plecami o konar i spadła w dół na trawę. Upadek był dość bolesny. Mild oszołomiona mogła jedynie patrzeć nieprzytomnym wzrokiem w górę. Żołdacy szybko ją dostrzegli i stanęli zadowoleni naokoło dziewczyny. - Wlazł kotek na płotek i spadł – zarechotał jeden z nich, a reszta zawtórowała śmiechem.
- Hej, co tu się dzieje? Wszyscy trzej obejrzeli się nagle w bok, więc Mild wywnioskowała, że wtrącił się ktoś jeszcze. Obejrzała się w tamtą stronę, dalej nieco przyćmionym wzrokiem. Ktoś stał na granicy lasu. Nie martwiąc się, czy to wróg czy swojak, obrała tę drugą wersję. Zerwała się na nogi i szybko podbiegła do obcej postaci, kryjąc się za jej plecami i posyłając obcemu błagalne spojrzenie.
Mój wybawco? XD
- Pięknie! - wypaliła bez ogródek. - Po prostu wspaniale, psia mać! Początkowo Daya liczyła, że podróż piesza nie będzie tak uciążliwa jak myślała na początku. Niestety, najgorszym wrogiem okazał się głód. Trduno było jej się skupić na czymkolwiek słysząc walca w wykonaniu własnego żołądka. - Och, zamknij się, zaraz nam coś wykombinuję - warknęła, co w sumie nie miało najmniejszego sensu. Kto normalny gada z trzewiami? Dziewczyna jednak była rozdrażniona, przemioknięta do suchej nitki i zmarznięta jak nigdy. Deszcz ustał, całe szczęście, jednak po nim pałeczkę przejął wiatr, który dął niepowstrzymanie zimnymi podmuchami prosto z gór. Na dodatek słońce już zaczęło zachodzić. Mild była na skraju wyczerpania. Musiała coś zjeść, inaczej zwariuje. I wtedy zauważyła błysk spomiędzy drzew. Dobrze znała ten ciepły, pomarańczowy blask. Ktoś urządził sobie biwak w lesie i rozpalił ogień. Daya bez namysłu zarzuciła na jasne włosy kaptur ciemnej kamizeli i ruszyła w stronę światła. Zatrzymała się w zaroślach i lekko rozchyliła gałęzie, by zobaczyć z kim ma do czynienia. Dookoła ogniska siedziało trzech mężczyzn. Sądząc po kolczugach i blaszanych szyszakach na głowach byli to żołnierze. Na ich widok Mild zawrzała krew w żyłach. To właśnie tacy jak oni zabili jej rodziców, zniszczyli kraj w którym mieszkała, a pięć lat później napadli na nią i jej przyjaciół - renegatów. W tym Darima, jej nauczyciela. Korciło ją, by odrąbać im dłonie, obciąć palce u stóp lub zrobić coś jeszcze gorszego za zniszczenie jej życia DWA razy. Powstrzymała się jednak. Była tylko czającą się w krzakach trzynastolatką. Co z tego, że miała miecz i umiała się nim posługiwać - jak miałaby załatwić trzech dorosłych facetów? Nagle Mild przyszła do głowy pewna myśl: po co ich zabijać, skoro można im uprzykrzyć życie i jeszcze na tym skorzystać? Rozejrzała się wokół po czym jej twarz rozjaśnił złośliwy uśmiech. Głupcy trzymali pakunki z prowiantem poza zasięgiem światła, obok jakiejś tajemniczej skrzyni. Korzystając z faktu, że żołnierze zajęci są rozmową dziewczyna bez trudu zakradła się do juków. Przepakowała jedną z toreb w same potrzebne rzeczy, cały czas uważnie obserwując kątem oka żołdaków.
- Mówię wam, był taki wielki! – chwalił się któryś z nich obrazując dłońmi domyślne rozmiary.
- Bajasz, karpie takie wielkie nie rosną… - zaprzeczył mu drugi.
- Takie rybsko to by cię chyba utopiło! – rzucił trzeci klepiąc się ręką w udo i parskając śmiechem. Mild nie słuchała ich dyskusji. Za bardzo skupiona była na swoim zadaniu. Ha, gotowe! Teraz tylko wystarczy się wymknąć, chociaż…Dziewczyna skuszona sukcesem spojrzała łakomie na tajemniczą skrzynię obok. Zamknięta na trzy zamki. Pewnie w środku jest coś cennego, co ci idioci transportują gdzieś na czyiś rozkaz. A może by tak już zupełnie ich pogrążyć? Dalsze wydarzenia zdecydowanie potwierdzają, że Mild przeceniła swoje zdolności. Z miejsca zabrała się za zamki. Podkradanie się i zabieranie go któremuś z tych trzech było zbyt ryzykowne. Po pierwsze nie wiedziała który z nich ma klucz, a po drugie nie jest mistrzowskim kieszonkowcem. Dlatego postawiła na swoje zdolności magiczne. Skupiła się na pierwszym zamku. Przesuwała po nim palcami. Trochę to trwało. Z każdą minutą coraz bardziej się niecierpliwiła, a wiadomo, że presja czasu źle służy skupieniu. W końcu usłyszała ciche stuknięcie, gdy rygle odsunęły się i zamek puścił. Mild obejrzała się niespokojnie na żołnierzy, jednak żaden z nich nie zareagował. Najwyraźniej zamki były nowe. To ją zachęciło do kolejnej próby. Drugi zamek opierał się dłużej, ale również magia okazała się silniejsza. Trzeci, za sprawą nabytej już techniki, puścił niemal od razu. Daya z bijącym sercem uchyliła odrobinę wieko, by zobaczyć co jest w środku. Było tam pełno pieniędzy, ale poza nimi dziewczyna wypatrzyła coś ciekawszego: biały klucz, prawdopodobnie z jakiejś kości, z osadzonym w nim fioletowym kamieniem szlachetnym. Mild zamaszyście otworzyła wieko… I wtedy przez polanę przedarł się głośny, drażniący uszy pisk zardzewiałych zawiasów.
- Hej, ty! – żołnierze momentalnie obejrzeli się w stronę dźwięku i ruszyli biegiem do klęczącej dziewczyny. Daya zaklęła, chwyciła klucz i torbę z prowiantem po czym pobiegła w las. Żołdacy w leśnym poszyciu poruszali się wolniej, ale w przeciwieństwie do Mild byli wypoczęci i najwyraźniej znali te tereny. Dziewczyna starała się zgubić pościg wszelkimi sposobami. W końcu wypatrzyła jakieś w połowie przewalone drzewo. Wbiegła po jego pniu, po czym odbiła się od niego i wylądowała na grubym konarze rosnocęgo obok dębu. Biegła dalej przeskakując na kolejne gałęzie, powoli zostawiając w tyle zdziwionych żołnierzy. Po pięciu minutach pościgu byli już dość daleko. Mild uśmiechnęła się tryumfalnie, kiedy nagle poślizgnęła się na śliskiej od wody gałęzi. Noga zsunęła się w przód, a dziewczyna walnęła plecami o konar i spadła w dół na trawę. Upadek był dość bolesny. Mild oszołomiona mogła jedynie patrzeć nieprzytomnym wzrokiem w górę. Żołdacy szybko ją dostrzegli i stanęli zadowoleni naokoło dziewczyny. - Wlazł kotek na płotek i spadł – zarechotał jeden z nich, a reszta zawtórowała śmiechem.
- Hej, co tu się dzieje? Wszyscy trzej obejrzeli się nagle w bok, więc Mild wywnioskowała, że wtrącił się ktoś jeszcze. Obejrzała się w tamtą stronę, dalej nieco przyćmionym wzrokiem. Ktoś stał na granicy lasu. Nie martwiąc się, czy to wróg czy swojak, obrała tę drugą wersję. Zerwała się na nogi i szybko podbiegła do obcej postaci, kryjąc się za jej plecami i posyłając obcemu błagalne spojrzenie.
Mój wybawco? XD
W każdym momencie życia tkwimy jedną nogą w świecie baśni, a drugą w otchłani piekieł.
Imię: Dean
Nazwisko: Blackmoon
Przydomek: Lyc, Asmo, Lunatic
Rasa: Likantrop z rodu Rakszasa
Wiek: 21 lat
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Wojownik
Aparycja: Nosi wysokie buty z skóry jelenia, dopasowane spodnie i kamizelę. Oczywiście czarne. Bransolety ma na obydwu nadgarstkach. Tatuaż ma jeden na lewym ramieniu.
Zdolności: Ze względu iż jest likantropem zmienia swoją postać na dużego, szaro- czarnego wilka. Jest silny, zwinny i dobrze wygimnastykowany.
Zainteresowania: Lubi biegać w deszczu i wspinać się na drzewa.
Charakter: Dean jest lojalny i oddany swoim ideałom. Raz da słowo- nigdy go nie złamie. Jest bardziej milczkiem, lecz nie pogardzi jakimś fajnym towarzystwem. Często zachowuje się wobec innych sarkastycznie, ironicznie, złośliwie bądź chamsko, ale tylko on wie co naprawdę do kogo czuje. Przez swoje dzieciństwo, nauczył się kryć swoje emocje. Gdy postawi sobie cel, będzie do niego dążył. Zdarza mu się podejmować impulsywne decyzje, jest wybuchowy. Ma ognisty temperament. Jednak niech was nie zmyli jego zachowanie. Tak naprawdę potrafi być też czuły i troskliwy. Dla najbliższych mu osób, potrafi w ogień skoczyć. Do tego wszystkiego dodajcie też upartość i wychodzi- mieszanka wybuchowa. Jest nieobliczalny i nieprzewidywalny.
Historia: Urodził się w górach, gdzie cały czas był śnieg. Był dzieckiem Alf, więc na starcie miał łatwiej niż inni. Kiedy miał 16 lat, buntował się najbardziej przeciwko zakazom i nakazom. Na złość szlajał się nocami po górach. Jednak pewnej nocy, postanowił z swoimi kolegami zrabować wrogą watahę z pożywienia. Dużo nie mieli brać. Nakryli ich i zrodziła się bójka. Przez przypadek zabił swojego przeciwnika. W ten o to sposób zaczęła się wojna między watahami. Rodzice zawiedli się na nim, wstydzili się go i nie chcieli już. Wyrzucili go wraz z kumplami z watahy. Całe pięć lat wędrowali, opuścili góry. Wtedy pierwszy raz zobaczył wszystko zielone. Potem ich drogi się rozdzieliły. Dowiedział się o wojnie na świecie, załapał się nawet do wojska, lecz zdezerterował. I tak trafił tutaj.
Partner: Może..
Rodzina: Rodzice możliwe, że już nie żyją, a rodzeństwa nie miał.
Szczegóły: -W postaci ludzkiej czasem zdarza mu się zachowywać jak wilk.
-Jako człowiek nosi takie futro jak widać na arcie.
-Przy sobie nosi żelazne rękawice zakończone pazurami. Zdarza mu się je nosić jako człowiek, ale ma je też jako wilk.
Autor: Ko Ta
Nazwisko: Blackmoon
Przydomek: Lyc, Asmo, Lunatic
Rasa: Likantrop z rodu Rakszasa
Wiek: 21 lat
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Wojownik
Aparycja: Nosi wysokie buty z skóry jelenia, dopasowane spodnie i kamizelę. Oczywiście czarne. Bransolety ma na obydwu nadgarstkach. Tatuaż ma jeden na lewym ramieniu.
Zdolności: Ze względu iż jest likantropem zmienia swoją postać na dużego, szaro- czarnego wilka. Jest silny, zwinny i dobrze wygimnastykowany.
Zainteresowania: Lubi biegać w deszczu i wspinać się na drzewa.
Charakter: Dean jest lojalny i oddany swoim ideałom. Raz da słowo- nigdy go nie złamie. Jest bardziej milczkiem, lecz nie pogardzi jakimś fajnym towarzystwem. Często zachowuje się wobec innych sarkastycznie, ironicznie, złośliwie bądź chamsko, ale tylko on wie co naprawdę do kogo czuje. Przez swoje dzieciństwo, nauczył się kryć swoje emocje. Gdy postawi sobie cel, będzie do niego dążył. Zdarza mu się podejmować impulsywne decyzje, jest wybuchowy. Ma ognisty temperament. Jednak niech was nie zmyli jego zachowanie. Tak naprawdę potrafi być też czuły i troskliwy. Dla najbliższych mu osób, potrafi w ogień skoczyć. Do tego wszystkiego dodajcie też upartość i wychodzi- mieszanka wybuchowa. Jest nieobliczalny i nieprzewidywalny.
Historia: Urodził się w górach, gdzie cały czas był śnieg. Był dzieckiem Alf, więc na starcie miał łatwiej niż inni. Kiedy miał 16 lat, buntował się najbardziej przeciwko zakazom i nakazom. Na złość szlajał się nocami po górach. Jednak pewnej nocy, postanowił z swoimi kolegami zrabować wrogą watahę z pożywienia. Dużo nie mieli brać. Nakryli ich i zrodziła się bójka. Przez przypadek zabił swojego przeciwnika. W ten o to sposób zaczęła się wojna między watahami. Rodzice zawiedli się na nim, wstydzili się go i nie chcieli już. Wyrzucili go wraz z kumplami z watahy. Całe pięć lat wędrowali, opuścili góry. Wtedy pierwszy raz zobaczył wszystko zielone. Potem ich drogi się rozdzieliły. Dowiedział się o wojnie na świecie, załapał się nawet do wojska, lecz zdezerterował. I tak trafił tutaj.
Partner: Może..
Rodzina: Rodzice możliwe, że już nie żyją, a rodzeństwa nie miał.
Szczegóły: -W postaci ludzkiej czasem zdarza mu się zachowywać jak wilk.
-Jako człowiek nosi takie futro jak widać na arcie.
-Przy sobie nosi żelazne rękawice zakończone pazurami. Zdarza mu się je nosić jako człowiek, ale ma je też jako wilk.
Autor: Ko Ta
Subskrybuj:
Posty (Atom)






