Trudno jest nie zauważyć gnolla w karczmie. Może się ukryć pod czarnym
płaszczem, w najdalszym kącie pomieszczenia i poprosić o skromny
posiłek, ale i tak zwróci na siebie uwagę. Havar starał się unikać
kłopotów na wszelkie możliwe sposoby. Jednak czułe ucho rozpozna go
nawet po głosie. Wprawne oko dostrzeże ledwo widoczne uwypuklenia na
głowie wskazujące na to iż jegomość posiada zwierzęce uszka.
Kilka osób go obserwowało. Niski, rudy mężczyzna o bladej skórze
świdrował go spojrzeniem wielkich, niebieskich oczu. Siedzący w
przeciwnym kącie, okuty w żelazo młodzieniec rzucał mu obojętne
spojrzenia znad podniesionego do ust kufla. Natomiast dwóch starszych,
siedzących przy barze, brodatych facetów rozmawiało cicho zerkając na
gnolla co jakieś dwie minuty.
Co czuł Havar? Smak piwa w pysku. Taaak... Reszta zdawała się mu umykać
lub zwyczajnie po nim spływać. ,,Patrzcie i podziwiajcie" pomyślał
odstawiając pusty kufel na blat stołu i usadawiając się wygodniej w
krześle. Rzucił pytające spojrzenie obserwującemu go rudemu. Ten z
niewiadomych powodów uznał to chyba za wyzwanie, bo wstał i stanąwszy
przed gnollem raczył wyrzucić z siebie kilka mało uprzejmych słów.
- Co taki parszywiec jak ty robi w cywilizowanym kraju.
Havar parsknął śmiechem. Być może nie zrobił by tego gdyby nie płynący w jego krwi alkohol.
- Co cię w tym bawi?- wycedził przez zęby mężczyzna.
Gnolla zastanawiało czy ten jegomość zawsze się tak zachowuje czy też
tylko po zażyciu znacznej ilości chmielu. Nie chwiał się i patrzył dość
trzeźwo więc chyba jednak nie.
- O co ci chodzi kolego?- spytał Havar.
Nie za bardzo wiedział jak wybrnąć z tej sytuacji. Nie miał ochoty ani
się tłuc, ani kłócić. Najchętniej dokończyłby zupę i wyszedł jak
najszybciej.
- Brudne, plugawe, zapchlone...- mamrotał pod nosem rudy.
Pies Diabła podniósł do góry jedną brew, czego jego rozmówca nie mógł
zauważyć z racji naciągniętego na twarz kaptura. Nic z tego nie
rozumiał. Wielokrotnie go oczerniano, a na jego łagodne wypowiedzi
odpowiadano pięścią, a ten tu stał przed nim jakby bał się podnieść na
niego rękę. Havar miał jednak przeczucie, że to nie on jest tego
przyczyną. Ledwo dostrzegalny ruch głowy rudego poinformował go o
przyczynie niepokoju. Stojący przed nim mężczyzna zdawał się obawiać
okutego w żelazo młodzieńca. ,,Strażnik pokoju? Obrońca praw zwierząt?
Miecznik pacyfista?". Chłopak zmarszczył brwi awanturnik cofnął się od
gnolla i usiadł na swoim miejscu.
,, Co kraj to obyczaj" pomyślał Havar. ,,Może to jakaś rzadka odmiana
błędnego rycerza?". Tak czy inaczej coś mu tu nie pasowało i nie chciał
sprawdzać co. Dokończył więc zupę i czym prędzej opuścił gospodę.
Ledwo podszedł do bułanej klaczy drzwi otworzyły się i z tawerny wyszedł
okuty w żelazo jegomość. Począł uważnie przyglądać się Havarowi i
trzymanemu w dłoni kawałkowi papieru, którego wcześniej gnoll nie
zauważył. Młodzieniec zmrużył powieki.
,, No i wszystko jasne" pomyślał Pies Diabła gdy światło księżyca padło
na cienki papier. Po drugiej jego stronie pojawił się ledwo dostrzegalny
portret. ,,List gończy. Ciekawe czy w Hidden też mnie znają". Havar nie
był szczególnie ,,popularny" bo od odłączenia się od kompanów napadał
tylko na drobne gospodarstwa. Początkowo był niemalże ignorowany, ale
gdy liczba napadanych w podobny sposób obiektów niepokojąco wzrosła
zaczęto przykładać nieco większą wagę do pozbycia się szkodnika.
Gnoll spojrzał spode łba na rycerzyka. Chłopak nie bał się go, ale nie
był też na tyle głupi by się na niego rzucić. Mogłoby to być fatalne w
skutkach. Zapewne właśnie dlatego nie utrudniał Havarowi dalszej
podróży. Pies Diabła nie wątpił jednak, że ma ograniczony czas na
ucieczkę do Hidden. Prędzej czy później ludzie Arsmana zagrodzą mu
drogę. A jeśli nawet uda mu się ich uniknąć znajdą się inni, żądni
zysku, biedni desperaci.
Havar z powątpiewaniem spoglądał na odległą ścianę drzew. Jest już
prawie u celu. Słońce jeszcze nie wstało. Udało mu się. Rozejrzał się
dookoła by upewnić się, że żaden wiadrogłowy typ nie zepsuje mu planów.
Jednak nikogo nie dostrzegł. Był sam, wolny, a niebawem, ułaskawiony.
Czyste konto, poniekąd nowe życie.
- I co świecie?!- krzyknął wnosząc ręce ku niebu i popędzając konia do galopu- Możesz mnie cmoknąć w d*pę!
Wpadł między drzewa na udeptaną ścieżkę. Po paru minutach dróżka mocno
odbiła w prawo. Uradowany gnoll jechał niemal na oślep, głównie przez
walące mu po twarzy liście i drobne gałązki. Nagle klacz gwałtownie się
zatrzymała. Havar omal nie przeleciał jej nad głową.
Przed nim stało pięciu zbrojnych. Trzech pikinierów i dwóch mieczników. Havar poczuł się lekko urażony.
- Poważnie? Świecie... Ja nie mówiłem serio...
Kątem oka gnoll dostrzegł jakiś ruch w zaroślach. Zmarszczył brwi.
,,Byle nie kusznik. Byle nie łucznik."pomyślał zsuwając się z konia i
idąc prosto na żołnierzy. Bez tarczy, konkretnej zbroi, czy nawet
płaszcza. Zważył Sifę w ręce.
- Panowie- powiedział rozkładając ramiona- dogadajmy się.
- Zabawny jesteś- mruknął wysoki mężczyzna z mieczem w ręce- Szkoda tylko, że nie będziemy mieli szansy lepiej się poznać.
Palce Psa mocniej zacisnęły się na broni gdy usłyszał cichy szelest po
swojej lewej. Tamci zdawali się niczego nie zauważać. ,,Może ten w
krzakach to jeden z nich?" zastanawiał się Havar ,, Pewnie ma mi wbić
nóż w plecy". Nie miał jednak pewności i wolał a razie to zignorować. W
razie czego czuły słuch go ostrzeże, pytanie tylko czy na czas.
Gnoll ponownie skupił się na przeciwnikach. Nie miał bladego pojęcia jak
się z nimi rozprawić. Zastawiali mu całą drogę i mierzyli w niego
długimi wykałaczkami. Postanowił improwizować.
Ruszył na żołnierzy biegiem. Pikinierzy wyszli do przodu trzymając broń
sztywno przed sobą. Stali w równych odstępach. Będąc tuż przed nimi
Havar pochylił się i wślizgnął pomiędzy dwie piki nim tamci zdążyli w
niego wycelować. W tej sytuacji mogli go co najwyżej tymi badylami
poobijać. Nim jednak ktokolwiek zdążył cokolwiek zrobić Pies Diabła
zdzielił dwóch pikinierów po głowach. Mężczyźni z krzykiem opadli na
ziemię. Gnoll uchylił się przed dźgnięciem piką i odskoczył nim dopadli
go miecznicy. Powoli, zbaczając ze ścieżki, wycofał się za gruby dąb po
swojej prawej. Żołnierze postanowili wziąć go z dwóch stron. Byłoby to
całkiem mądre posunięcie gdyby nie fakt, że mieli do czynienia z Psem
Diabła. Będąc chwilowo poza ich polem widzenia Havar chwycił długi badyl
i wyskoczył przed jednego z nich wbijając mu koniec kija w oko.
Oszołomiony miecznik z krzykiem upuścił miecz i cofnął się o parę
kroków. Nim drugi zdążył się połapać w całej sytuacji gnoll doskoczył do
jego pleców i z całej siły rąbnął Sifą odsłonięty kark. Mężczyzna padł.
Pikinier już pędził z wykałaczką. Havar uskoczył na bok. W tych akurat
zaroślach, ten akurat człowiek musiał umrzeć. Pika uderzyła drugi,
młodszy, stojący blisko dąb uniemożliwiając właścicielowi swobodny
obrót. To był jego koniec.
Pies Diabła zdjął pas ze sztyletem pikinierowi. ,,Gdyby go użył jego
szanse by się zwiększyły" stwierdził w myślach Havar. Wzruszył ramionami
zapinając kawał skóry na biodrach. Powrócił do stojącego sztywno,
poddenerwowanego konia. Przez chwilę nasłuchiwał i węszył. Był tu sam.
Być może ,,tamto" było tylko jakimś leśnym zwierzęciem. Dosiadł klaczy i
ruszył w dalszą drogę.
środa, 28 października 2015
Persefona
Imię: Persefona
Rasa: Płomykówka
Wiek: Nieznany. Zapewne coś około 5 lat.
Płeć: samica
Krótki opis: Persefona na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od swych pobratymców. Sowa raczej średniej wielkości zwierzątkiem, o płomiennym ubarwieniu. Jednak to nie jej wygląd jest tutaj istotny, a charakter. To bardzo inteligentna bestia. Czasem, kiedy spojrzy się jej głęboko w oczy, odnosi się wrażenie, że próbuje nawiązać z tobą kontakt, jakby chciała przekazać jakąś wiadomość. Bywa bardzo wredna i kocha zabierać innym przeróżne błyskotki, a nawet i jedzenie. Nie jest jednak typową złodziejką, skąd też wniosek, że ptak jest ponad przeciętnie inteligentny. Najczęściej oddaje zabrane drobiazgi, zupełnie jakby zabierała je tylko po to, by się z kimś podroczyć. Jest bardzo lojalna, nawet jeśli jej właścicielka wyzywa ją od demonów i pomiotów szatana. Nie da się przekupić, ani nie przymila się do osób, które mają smakołyki. Prędzej dziabie w rękę i szarpie za włosy.
Właściciel: Lisbeth Salander
Żaden dzień się nie powtórzy. Nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Imię: Lisbeth (w zasadzie to jej prawdziwe imię to Gwendolyn, jednak
dziewczyna nienawidzi go do tego stopnia, że już dawno przestała z niego
korzystać)
Nazwisko: Salander
Przydomek: Imię można zdrabniać do Lis lub Beth, choć też nie należy z tym przesadzać. Jeśli chodzi o przydomki to dorobiła się całkiem niezłej kolekcji. Do jej ulubionych należą Gotka, Ścieżka i Sonea.
Rasa: Człowiek… no dobra, może nie do końca. Owszem, Lisbeth kiedyś była ludzką kobietą. Łowczynią demonów, wampirów i innych potworów, które ludzkość uznawała za „złe”. Niestety, przez swoją nieuwagę stała się jednym z nich. I choć dalej utrzymuje, że jest człowiekiem, to co poniektórzy już zaczęli urządzać polowania na kolejnego wampira (choć nazwanie jej tak jest dużym uproszczeniem. Sama do końca nie wie czym tak naprawdę się stała). Tak oto zabójca stał się ofiarą. Ironia losu…
Wiek: Wygląda na 20, choć w rzeczywistości ma około 126 lat. Nie jest jednak do końca przekonana, co do swego wieku. Może być młodsza, może być starsza…
Płeć: kobieta
Stanowisko: Szpieg
Aparycja: To całkiem wysoka dziewczyna, o długich nogach. Jest raczej drobnej budowy, posiada wieczną niedowagę, a jej sylwetce daleko do typowo kobiecej. Choć nie jest umięśniona, to pozory mylą i z pewnością nie można nazwać jej słabeuszem. Większość jej ciała, a zwłaszcza ręce i plecy, wyglądają jak mapa- pokryte są licznymi bliznami, szramami i zadrapaniami. Swoje czarne, krótkie, nierówno przycięte włosy zawsze związuje we względnie przekonujący koński ogon, z którego ucieka ponad połowa pasemek. Jednak aby tego dokonać potrzebuje całego zestawu spinek i wsuwek. W efekcie powstaje nastroszone „coś” z niepasującymi do siebie spinkami, które Lisbeth zawsze chowa pod kapeluszem. Wśród tłumu ludzi stara się nie pokazywać twarzy, dlatego też zasłania ją czerwoną, jak krew chustą. Jednie jej szare, burzowe oczy zawsze czujnie obserwują świat zza szkarłatnego materiału. Najczęściej chodzi w ciemnych spodniach, czarnej koszuli i odrobinę za dużym płaszczu, który (jak większość rzeczy) dostała po bracie.
Zdolności: Przede wszystkim Lisbeth jest bardzo zwinna i wygimnastykowana. Bez trudu wspina się na drzewa, bądź urządza ekstremalne pościgi po dachach budynków. Ludzie często mawiają, że Lisbeth jest jak cień. Przychodzi nie wiadomo kiedy, bez przerwy wędruje za tobą, by w końcu zniknąć bezszelestnie. Tak, że ofiara nigdy nie spostrzeże, czy ktoś za nią idzie i kto będzie jej katem. Szkolenia w dużym stopniu bardzo jej w tym pomagają, choć niedowaga też robi swoje. A jeśli chodzi o broń to nie należy do wielbicielek ciężkich i zbyt długich narzędzi, które tylko „przeszkadzają”. Krótkie miecze, sztylety i noże to jej brożka. Zawsze nosi przy pasie zatrute ostrze, tak na wszelki wypadek. Nigdy się z nim nie rozstaje, choć bardzo rzadko musi po nie sięgać. Ma też bardzo wyczulony węch i słuch. Główną przyczyną tej „mutacji” jest jej problem ze wzrokiem. Nie, nie chodzi o to, że Lisbeth jest ślepa, lub niedowidzi (choć czasem obraz częściowo zamazuje jej się przed oczami). Może oglądać świat, ale tylko w czarno-białej wersji. I wielu, naprawdę wielu odcieniach szarości.
Zainteresowania: Większość jej zainteresowań ściśle wiąże się z pracą, którą kiedyś wykonywała. Nie, nie jest pracoholiczką. Spędziła wiele dni i nocy jeżdżąc konno i do tej pory kocha dosiadać tych stworzeń, zwłaszcza tych wrednych i najbardziej nieprzewidywalnych. Ciekawią ją sny i wszelkie wizje. Sama bardzo rzadko ich doświadcza, lecz odkryła u siebie pewne zamiłowanie do interpretowania wszelkich dziwnych zjawisk, których nie potrafi wyjaśnić nauka. Czytanie starych run, tłumaczenie snów, no i przede wszystkim karty tarota. Nie uważa się za wróżkę, jeśli o to chodzi, po prostu interesuje się tego typu rzeczami. Zna wiele „gatunków” potworów, których nauczyła się dekady temu, kiedy pracowała jeszcze jako Łowczyni. Długodystansowe biegi, wspinaczka, przekradanie się bezszelestnie z balkonu na balkon, godziny pozbawione snu i całonocne czuwania- czy to również zalicza się do zainteresowań?
Charakter: Lisbeth jest raczej typem samotnika. Zdecydowanie lepiej czuje się wędrując samotnie pod osłoną nocy, mając nad sobą rozgwieżdżone niebo, niż z hordą głośnych kompanów u boku. Oczywiście nie jest osobą aspołeczną i zapewne jak każdy, nie wytrzymałaby zbyt długo bez towarzysza (choć ona twierdzi inaczej…), ale ogranicza się do jednej, góra dwóch bliskich osób. Choć nawet tym bliskim bardzo rzadko potrafi zaufać. Nie ma to nic wspólnego z nieśmiałością, bardziej z realistycznym (no, może trochę pesymistycznym) podejściem do życia. Przez dekady spędzone na świecie widziała już nie jedno i nauczyła się naprawdę wielu rzeczy. Dostrzega po prostu zbyt wiele oszust i fałszywości, by móc komuś powierzyć swoje życie, tajemnice, czy cenne rzeczy. Owszem, sama też nie gra uczciwie, jednak nigdy nie oczekiwała od kogokolwiek, że jej zaufa. Z resztą, Lisbeth sama twierdzi, że na miejscu innych osób, ona nigdy by sobie nie zaufała. Ale czemu się tutaj dziwić? Osoba, która ma tak wielki dystans do siebie, jak Gotka, bez problemu opowiada takie rzeczy. W jednym jednak ma rację- bardzo ciężko jest jej zaufać, głównie dlatego, że dziewczynę otacza pewna aura tajemniczości. Ciężko jednak stwierdzić, czy Gotka faktycznie jest taka skryta i tajemnicza, za jaką ją mają. Raczej specjalnie „utworzyła” dookoła siebie taką aurę. Stara się wyglądać groźnie i poważnie, ale w myśli śmieje się z tego, jak ludzie koło niej reagują na błyszczące, zakrwawione ostrze w jej dłoni. Choć na pierwszy rzut oka wygląda jak gbur i ponurak, to bardzo daleko jej do takiego zachowania. Posiada dość specyficzne poczucie humoru, choć niektórych jej swobodne podejście do życia potrafi rozbawić. Bardzo często nazywa siebie „córką sarkazmu i ironii”, o czym wiele osób miało wątpliwą przyjemność się przekonać. Jej odzywki często dostają tytuł „chamskich i nie na miejscu”, lecz mimo to nadal chętnie trzyma przy własnym zdaniu. Bardzo ciężko jest ją czymkolwiek zainteresować. A przynajmniej słuchacz często odnosi takie wrażenie. Niestety, wynika to również z jej dziwnych umiejętności aktorskich, które zwykle bywają sprzeczne. Kiedy ktoś jej o czymś opowiada, Lisbeth udaje wierną i uważną słuchaczkę. Dopiero, gdy coś ją naprawdę zaintryguje, zacznie zgrywać obojętną. Niestety, kiedy ktoś ją zainteresuje potrafi łazić za nim godzinami, dniami, a (w szczególnych przypadkach) nawet i tygodniami. Nie ma to jednak zbyt wiele wspólnego z prześladowaniem… raczej zawracaniem tej osobie głowy. Gotka bardzo ceni sobie wolność i wręcz nienawidzi wykonywać czyichś rozkazów (zwykła je łamać, często zupełnie bez powodu). Jej największą zaletą, ale również i wadą jest szczerość. Potrafi obrazić każdego, z kamienną twarzą, jakby nie widziała w tym niczego złego. Dlatego też w jej towarzystwie lepiej nie liczyć na grzecznościowe odpowiedzi. Choć na taką nie wygląda, to bardzo lubi się śmiać, nawet jeśli ona sama przekształca większość własnych żartów w sarkastyczne wypowiedzi. Jest w tej dziewczynie pewna niezależność. Coś bezkompromisowego i porywczość, która zawsze kolarzy się z młodością. Lisbeth ma naprawdę specyficzną, choć i wyjątkową osobowość, którą tylko niektórzy potrafią dostrzec, a tym bardziej docenić.
Nazwisko: Salander
Przydomek: Imię można zdrabniać do Lis lub Beth, choć też nie należy z tym przesadzać. Jeśli chodzi o przydomki to dorobiła się całkiem niezłej kolekcji. Do jej ulubionych należą Gotka, Ścieżka i Sonea.
Rasa: Człowiek… no dobra, może nie do końca. Owszem, Lisbeth kiedyś była ludzką kobietą. Łowczynią demonów, wampirów i innych potworów, które ludzkość uznawała za „złe”. Niestety, przez swoją nieuwagę stała się jednym z nich. I choć dalej utrzymuje, że jest człowiekiem, to co poniektórzy już zaczęli urządzać polowania na kolejnego wampira (choć nazwanie jej tak jest dużym uproszczeniem. Sama do końca nie wie czym tak naprawdę się stała). Tak oto zabójca stał się ofiarą. Ironia losu…
Wiek: Wygląda na 20, choć w rzeczywistości ma około 126 lat. Nie jest jednak do końca przekonana, co do swego wieku. Może być młodsza, może być starsza…
Płeć: kobieta
Stanowisko: Szpieg
Aparycja: To całkiem wysoka dziewczyna, o długich nogach. Jest raczej drobnej budowy, posiada wieczną niedowagę, a jej sylwetce daleko do typowo kobiecej. Choć nie jest umięśniona, to pozory mylą i z pewnością nie można nazwać jej słabeuszem. Większość jej ciała, a zwłaszcza ręce i plecy, wyglądają jak mapa- pokryte są licznymi bliznami, szramami i zadrapaniami. Swoje czarne, krótkie, nierówno przycięte włosy zawsze związuje we względnie przekonujący koński ogon, z którego ucieka ponad połowa pasemek. Jednak aby tego dokonać potrzebuje całego zestawu spinek i wsuwek. W efekcie powstaje nastroszone „coś” z niepasującymi do siebie spinkami, które Lisbeth zawsze chowa pod kapeluszem. Wśród tłumu ludzi stara się nie pokazywać twarzy, dlatego też zasłania ją czerwoną, jak krew chustą. Jednie jej szare, burzowe oczy zawsze czujnie obserwują świat zza szkarłatnego materiału. Najczęściej chodzi w ciemnych spodniach, czarnej koszuli i odrobinę za dużym płaszczu, który (jak większość rzeczy) dostała po bracie.
Zdolności: Przede wszystkim Lisbeth jest bardzo zwinna i wygimnastykowana. Bez trudu wspina się na drzewa, bądź urządza ekstremalne pościgi po dachach budynków. Ludzie często mawiają, że Lisbeth jest jak cień. Przychodzi nie wiadomo kiedy, bez przerwy wędruje za tobą, by w końcu zniknąć bezszelestnie. Tak, że ofiara nigdy nie spostrzeże, czy ktoś za nią idzie i kto będzie jej katem. Szkolenia w dużym stopniu bardzo jej w tym pomagają, choć niedowaga też robi swoje. A jeśli chodzi o broń to nie należy do wielbicielek ciężkich i zbyt długich narzędzi, które tylko „przeszkadzają”. Krótkie miecze, sztylety i noże to jej brożka. Zawsze nosi przy pasie zatrute ostrze, tak na wszelki wypadek. Nigdy się z nim nie rozstaje, choć bardzo rzadko musi po nie sięgać. Ma też bardzo wyczulony węch i słuch. Główną przyczyną tej „mutacji” jest jej problem ze wzrokiem. Nie, nie chodzi o to, że Lisbeth jest ślepa, lub niedowidzi (choć czasem obraz częściowo zamazuje jej się przed oczami). Może oglądać świat, ale tylko w czarno-białej wersji. I wielu, naprawdę wielu odcieniach szarości.
Zainteresowania: Większość jej zainteresowań ściśle wiąże się z pracą, którą kiedyś wykonywała. Nie, nie jest pracoholiczką. Spędziła wiele dni i nocy jeżdżąc konno i do tej pory kocha dosiadać tych stworzeń, zwłaszcza tych wrednych i najbardziej nieprzewidywalnych. Ciekawią ją sny i wszelkie wizje. Sama bardzo rzadko ich doświadcza, lecz odkryła u siebie pewne zamiłowanie do interpretowania wszelkich dziwnych zjawisk, których nie potrafi wyjaśnić nauka. Czytanie starych run, tłumaczenie snów, no i przede wszystkim karty tarota. Nie uważa się za wróżkę, jeśli o to chodzi, po prostu interesuje się tego typu rzeczami. Zna wiele „gatunków” potworów, których nauczyła się dekady temu, kiedy pracowała jeszcze jako Łowczyni. Długodystansowe biegi, wspinaczka, przekradanie się bezszelestnie z balkonu na balkon, godziny pozbawione snu i całonocne czuwania- czy to również zalicza się do zainteresowań?
Charakter: Lisbeth jest raczej typem samotnika. Zdecydowanie lepiej czuje się wędrując samotnie pod osłoną nocy, mając nad sobą rozgwieżdżone niebo, niż z hordą głośnych kompanów u boku. Oczywiście nie jest osobą aspołeczną i zapewne jak każdy, nie wytrzymałaby zbyt długo bez towarzysza (choć ona twierdzi inaczej…), ale ogranicza się do jednej, góra dwóch bliskich osób. Choć nawet tym bliskim bardzo rzadko potrafi zaufać. Nie ma to nic wspólnego z nieśmiałością, bardziej z realistycznym (no, może trochę pesymistycznym) podejściem do życia. Przez dekady spędzone na świecie widziała już nie jedno i nauczyła się naprawdę wielu rzeczy. Dostrzega po prostu zbyt wiele oszust i fałszywości, by móc komuś powierzyć swoje życie, tajemnice, czy cenne rzeczy. Owszem, sama też nie gra uczciwie, jednak nigdy nie oczekiwała od kogokolwiek, że jej zaufa. Z resztą, Lisbeth sama twierdzi, że na miejscu innych osób, ona nigdy by sobie nie zaufała. Ale czemu się tutaj dziwić? Osoba, która ma tak wielki dystans do siebie, jak Gotka, bez problemu opowiada takie rzeczy. W jednym jednak ma rację- bardzo ciężko jest jej zaufać, głównie dlatego, że dziewczynę otacza pewna aura tajemniczości. Ciężko jednak stwierdzić, czy Gotka faktycznie jest taka skryta i tajemnicza, za jaką ją mają. Raczej specjalnie „utworzyła” dookoła siebie taką aurę. Stara się wyglądać groźnie i poważnie, ale w myśli śmieje się z tego, jak ludzie koło niej reagują na błyszczące, zakrwawione ostrze w jej dłoni. Choć na pierwszy rzut oka wygląda jak gbur i ponurak, to bardzo daleko jej do takiego zachowania. Posiada dość specyficzne poczucie humoru, choć niektórych jej swobodne podejście do życia potrafi rozbawić. Bardzo często nazywa siebie „córką sarkazmu i ironii”, o czym wiele osób miało wątpliwą przyjemność się przekonać. Jej odzywki często dostają tytuł „chamskich i nie na miejscu”, lecz mimo to nadal chętnie trzyma przy własnym zdaniu. Bardzo ciężko jest ją czymkolwiek zainteresować. A przynajmniej słuchacz często odnosi takie wrażenie. Niestety, wynika to również z jej dziwnych umiejętności aktorskich, które zwykle bywają sprzeczne. Kiedy ktoś jej o czymś opowiada, Lisbeth udaje wierną i uważną słuchaczkę. Dopiero, gdy coś ją naprawdę zaintryguje, zacznie zgrywać obojętną. Niestety, kiedy ktoś ją zainteresuje potrafi łazić za nim godzinami, dniami, a (w szczególnych przypadkach) nawet i tygodniami. Nie ma to jednak zbyt wiele wspólnego z prześladowaniem… raczej zawracaniem tej osobie głowy. Gotka bardzo ceni sobie wolność i wręcz nienawidzi wykonywać czyichś rozkazów (zwykła je łamać, często zupełnie bez powodu). Jej największą zaletą, ale również i wadą jest szczerość. Potrafi obrazić każdego, z kamienną twarzą, jakby nie widziała w tym niczego złego. Dlatego też w jej towarzystwie lepiej nie liczyć na grzecznościowe odpowiedzi. Choć na taką nie wygląda, to bardzo lubi się śmiać, nawet jeśli ona sama przekształca większość własnych żartów w sarkastyczne wypowiedzi. Jest w tej dziewczynie pewna niezależność. Coś bezkompromisowego i porywczość, która zawsze kolarzy się z młodością. Lisbeth ma naprawdę specyficzną, choć i wyjątkową osobowość, którą tylko niektórzy potrafią dostrzec, a tym bardziej docenić.
Historia:
Podczas wojny wiele ras zaczęło walczyć przeciwko sobie. Ludzcy
żołnierze, walczyli z armiami elfów, krasnoludy napadały na potężne
wojska nieprzyjaciela, a inne stwory, takie jak wampiry, rusałki, czy
demony zajmowały się raczej własnym interesem. Potwory, które ludzie
często określają jako „złe” nie prowadziły wojen na tak wielką skalę.
Wystarczyło im napadanie na okoliczne wsie, niszczenie upraw, zabijanie
zwierząt i porywanie dzieci. Jednak nawet z kimś takim trzeba było
skutecznie walczyć, nawet jeśli owe stwory nie wyrządziły aż tak
wielkich szkód, na skalę państwową. Właśnie po to powołano specjalną
organizację, zwaną Łowcami. Była to zamknięta grupa, w której skład
wchodziło zaledwie kilka, może kilkanaście osób. Jednak dzięki
wieloletnim szkoleniom i wyczerpującym treningom okazali się oni
wyjątkowo skuteczni. Tak się składa, że Lisbeth, choć wtedy jeszcze
nosiła imię Gwendolyn, należała do owej grupy i cieszyła się tytułem
jednej z najlepszych Łowczyń w organizacji. Kiedy zaproponowano jej
wstąpienie w te tajemnicze szeregi, miała zaledwie 11 lat. Była jedną z
najmłodszych Łowców, jednak zdobywając wiele umiejętności, zyskała
również należyty szacunek. Każdy Łowca działał w pojedynkę, a wysyłany
był na misje o różnym stopniu trudności. Wszystko zależało od
doświadczenia oraz umiejętności Łowcy, a Gwendolyn posiadała naprawdę
spore. Od wielu lat wysyłano ją na przeróżne misje, które w wielu
wypadkach mogły skończyć się śmiercią. Ale nie dla niej. Osoba, która w
tak młodym wieku została poddana wielu treningom, była zdecydowanie
lepiej przygotowana niż większość jej starszych towarzyszy.
Niestety, którejś nocy wykazała się zbyt dużą arogancją i nie zdając sobie sprawy z siły przeciwnika, podjęła się zbyt niebezpiecznej misji. Tą bestię ciężko było nawet dopasować do jakiegokolwiek gatunku. Mieszanka wampira, kąsacza, demona i kilku innych, przerażających potworów. Pozostali Łowcy stanowczo odradzali jej tej misji. Tłumaczyli, że jest jeszcze zbyt młoda i za słaba, by skutecznie pozbyć się tamtego dziwadła. Niestety, problem był w tym, że nikt inny nie nadawał się do tego bardziej niż Gwen, a nawet jeśli takowa osoba żyła wśród Łowców, to aktualnie znajdowała się gdzieś daleko, na innej misji.
Gwendolyn miała wtedy równo 20 lat… kto by pomyślał, że na tym rozdziale skończy swój żywot? Nikt. Nawet ona w obliczu śmierci dalej wierzyła, że ma szansę wygrać. Starcie, które przyszło jej stoczyć nie było już nawet zwykłą grą. Nie toczyła się ona o honor, zapłatę, czy nawet bezpieczeństwo ludzi w mieście. Chodziło tu tylko i wyłącznie o jej życie.
Przybyła do tej opuszczonej stodoły, pod osłona nocy. To właśnie tam zamieszkało Dziwadło, równo z którego przybyciem zaczęły znikać dzieci i ginąć starcy. Owa bestia miała dość okropny sposób zabijania, który bardziej przypominał starożytne tortury, niż morderstwo. Trucizna. W okolicy nazywano ją Strachem, bardzo trafnie zresztą. Kiedy jad dostawał się pod skórę i mieszał z krwią, wywoływał halucynacje. Ale nie byle jakie. Człowiek zaczął widzieć wszędzie to, co nie powinno istnieć- jego najgorsze koszmary. Umierał bardzo długo, w bólu, samotności i strachu. Gwendolyn również tego doświadczyła. Dziwadło zaatakowało ją nagle, w najmniej przewidywanym momencie. Nie działały na niego żadne ostrza, ani zaklęcia. Dopadło Gwendolyn, wgryzając się w jej szyję i wstrzykując potężną dawkę trucizny. A potem odeszło, jakby nigdy nic…
Gdyby nie inny Łowca, który dostał misję niedaleko, Gwen zapewne już dawno temu straciłaby życie. Choć krzyczała i szarpała się niemiłosiernie, gdy tamten wiózł ją do siedziby Łowców, to jej towarzysz ani na chwilę nie stracił nadziei na uratowanie Salander. I rzeczywiście, udało się uratować jej życie, choć skutki zapewne były zupełnie inne niż zakładano. Poddano ją operacji. Bolesnemu zabiegowi, który miał na celu zlikwidować toksyny, wyniszczające ciało i umysł dziewczyny. Stary jad zwalczono nowym jadem. Niestety, tej drugiej trucizny, choć nie była szkodliwa (a przynajmniej, nie śmiertelnie) dla zdrowia, nie dało się w żaden sposób usunąć. To właśnie przez jej działania Lisbeth do jej pory widzi świat tylko w czarno-białych barwach. Przez nią również żyje znacznie dłużej i posiada swoje… dziwactwa. Efekt uboczny zbyt dużych dawek trucizny w ciele? Mutacja. Łowcy mieli jak najlepsze intencje, jednak stworzyli potwora. Mieszankę człowieka, wampira, kąsacza, wilkołaka i innych dziwactw, które nigdy nie powinny być ze sobą łączone. Kiedy prawda wyszła na jaw, organizacja starała się usunąć Gwendolyn z tego świata. Całe szczęście, że dziewczyna uciekła. Dowiedziała się o wszystkim w samą porę. Tak oto, przybrawszy imię Lisbeth, ruszyła w najdłuższą podróż swego życia. Jak najdalej od ludzi, jak najdalej od katów. Do krainy wolności, na koniec świata…
Partner: Nie odczuwa potrzeby bliskości żadnego pana… choć, mogłoby być całkiem ciekawie. Zawsze można spróbować, nie? Choć szczerze wątpię, by ktokolwiek wytrzymał z nią na dłużej. Szczerze, to aby przetrwać z nią kilka dni, trzeba wiedzieć jak walczyć o swoje, umieć się odgryźć lub rywalizować.
Rodzina: Znała tylko starszego brata, choć odszedł on dawno temu.
Towarzysz: Persefona
Szczegóły:
~Zdecydowanie bardziej woli noc od dnia, choć jej ulubioną porą są zachody słońca. A konkretnie, moment, w którym słońce jakiś czas temu schowało się za horyzontem, ale niebo ma jeszcze silny pomarańczowo-fioletowy kolor.
~Chciałaby umieć latać.
~Bardzo lubi muzykę. Nie tylko słuchać, ale również i grać na instrumentach. Ogólnie Lisbeth kocha sztukę, od malowania, po śpiew. Wyjątkiem jest taniec, którego dziewczyna szczerze nienawidzi i unika jak ognia.
~Lubi nosić na szyi przeróżne rzemyki, bądź wisiorki. Nie jest to jednak ozdobna biżuteria. Zwykły, płaski, czarny kawałek kamienia na sznurku, nic więcej.
Autor: Annabeth
Niestety, którejś nocy wykazała się zbyt dużą arogancją i nie zdając sobie sprawy z siły przeciwnika, podjęła się zbyt niebezpiecznej misji. Tą bestię ciężko było nawet dopasować do jakiegokolwiek gatunku. Mieszanka wampira, kąsacza, demona i kilku innych, przerażających potworów. Pozostali Łowcy stanowczo odradzali jej tej misji. Tłumaczyli, że jest jeszcze zbyt młoda i za słaba, by skutecznie pozbyć się tamtego dziwadła. Niestety, problem był w tym, że nikt inny nie nadawał się do tego bardziej niż Gwen, a nawet jeśli takowa osoba żyła wśród Łowców, to aktualnie znajdowała się gdzieś daleko, na innej misji.
Gwendolyn miała wtedy równo 20 lat… kto by pomyślał, że na tym rozdziale skończy swój żywot? Nikt. Nawet ona w obliczu śmierci dalej wierzyła, że ma szansę wygrać. Starcie, które przyszło jej stoczyć nie było już nawet zwykłą grą. Nie toczyła się ona o honor, zapłatę, czy nawet bezpieczeństwo ludzi w mieście. Chodziło tu tylko i wyłącznie o jej życie.
Przybyła do tej opuszczonej stodoły, pod osłona nocy. To właśnie tam zamieszkało Dziwadło, równo z którego przybyciem zaczęły znikać dzieci i ginąć starcy. Owa bestia miała dość okropny sposób zabijania, który bardziej przypominał starożytne tortury, niż morderstwo. Trucizna. W okolicy nazywano ją Strachem, bardzo trafnie zresztą. Kiedy jad dostawał się pod skórę i mieszał z krwią, wywoływał halucynacje. Ale nie byle jakie. Człowiek zaczął widzieć wszędzie to, co nie powinno istnieć- jego najgorsze koszmary. Umierał bardzo długo, w bólu, samotności i strachu. Gwendolyn również tego doświadczyła. Dziwadło zaatakowało ją nagle, w najmniej przewidywanym momencie. Nie działały na niego żadne ostrza, ani zaklęcia. Dopadło Gwendolyn, wgryzając się w jej szyję i wstrzykując potężną dawkę trucizny. A potem odeszło, jakby nigdy nic…
Gdyby nie inny Łowca, który dostał misję niedaleko, Gwen zapewne już dawno temu straciłaby życie. Choć krzyczała i szarpała się niemiłosiernie, gdy tamten wiózł ją do siedziby Łowców, to jej towarzysz ani na chwilę nie stracił nadziei na uratowanie Salander. I rzeczywiście, udało się uratować jej życie, choć skutki zapewne były zupełnie inne niż zakładano. Poddano ją operacji. Bolesnemu zabiegowi, który miał na celu zlikwidować toksyny, wyniszczające ciało i umysł dziewczyny. Stary jad zwalczono nowym jadem. Niestety, tej drugiej trucizny, choć nie była szkodliwa (a przynajmniej, nie śmiertelnie) dla zdrowia, nie dało się w żaden sposób usunąć. To właśnie przez jej działania Lisbeth do jej pory widzi świat tylko w czarno-białych barwach. Przez nią również żyje znacznie dłużej i posiada swoje… dziwactwa. Efekt uboczny zbyt dużych dawek trucizny w ciele? Mutacja. Łowcy mieli jak najlepsze intencje, jednak stworzyli potwora. Mieszankę człowieka, wampira, kąsacza, wilkołaka i innych dziwactw, które nigdy nie powinny być ze sobą łączone. Kiedy prawda wyszła na jaw, organizacja starała się usunąć Gwendolyn z tego świata. Całe szczęście, że dziewczyna uciekła. Dowiedziała się o wszystkim w samą porę. Tak oto, przybrawszy imię Lisbeth, ruszyła w najdłuższą podróż swego życia. Jak najdalej od ludzi, jak najdalej od katów. Do krainy wolności, na koniec świata…
Partner: Nie odczuwa potrzeby bliskości żadnego pana… choć, mogłoby być całkiem ciekawie. Zawsze można spróbować, nie? Choć szczerze wątpię, by ktokolwiek wytrzymał z nią na dłużej. Szczerze, to aby przetrwać z nią kilka dni, trzeba wiedzieć jak walczyć o swoje, umieć się odgryźć lub rywalizować.
Rodzina: Znała tylko starszego brata, choć odszedł on dawno temu.
Towarzysz: Persefona
Szczegóły:
~Zdecydowanie bardziej woli noc od dnia, choć jej ulubioną porą są zachody słońca. A konkretnie, moment, w którym słońce jakiś czas temu schowało się za horyzontem, ale niebo ma jeszcze silny pomarańczowo-fioletowy kolor.
~Chciałaby umieć latać.
~Bardzo lubi muzykę. Nie tylko słuchać, ale również i grać na instrumentach. Ogólnie Lisbeth kocha sztukę, od malowania, po śpiew. Wyjątkiem jest taniec, którego dziewczyna szczerze nienawidzi i unika jak ognia.
~Lubi nosić na szyi przeróżne rzemyki, bądź wisiorki. Nie jest to jednak ozdobna biżuteria. Zwykły, płaski, czarny kawałek kamienia na sznurku, nic więcej.
Autor: Annabeth
niedziela, 25 października 2015
Od Viserany c.d. Phestera - Urodzona po to, by utrudniać życie
<Pozwólcie że opowiem co nieco od początku dnia>
Wstawanie nigdy nie było moją mocną stroną. Wiecie czemu? Bo przeważnie, jak teraz, budziłam się nie tam gdzie zasnęłam. W tym momencie była to podłoga z odrobiną nieco zdegustowanej Ashlotte.
- Wybacz - mruczę i podnoszę się z trzaskiem kości.
Ziewam szeroko przeciągając się jednocześnie, trzaskam kręgosłupem, wzdycham cicho i pocieram oczy. Musze się napić. I umyć...
Pół godziny później wychodzę z lodowatego źródełka w środku lasu i szybko ubieram koszulę, spodnie i buty. Oczywiście, od razu przyklejają się do mnie, ale nie przejmuję sie zbytnio. Puszczam się biegiem przez las - wysycham.
Dopadam do stodoły już całkiem sucha i zadowolona. Otwieram drzwi w tym samym momencie co nasz nowy znajomy - Halt.
- Doberek! - rzucam, odsuwając się.
- Dzień dobry. Gdzie byłaś? - pyta.
- Skąd pomysł że gdzieś byłam?
- Stąd - zamyka drzwo stodoły - że wstałem kiedy tak "cicho" zamknęłaś drzwi.
- Aaaaa, to. No tak, byłam... Nad jeziorkiem.
- Hm, skoro tak.
Idziemy na padok i Halt coś tam zaczyna układać. Opieram się o ścianę, ale potem zauważam, że obok leży stóg siana. Uśmiecham się i wskakuję na niego.
- Co robisz? - pytam, machając nogami w powietrzu.
- Pole treningowe. - Przekręca głowę i spogląda na mnie zawadiacko. - Chyba, że wolisz zrobić z tego arenę do walk.
- Łuczników? Jasssssssne.
- Nie przyjmujesz wyzwania?
- Nie. Tego nie. Niezły ze mnie łucznik, ale nie przepadam. Ale sztylety - to mój konik.
- Dobze wiedzieć.
<Resztę historii znamy, dzięki Mild, zacznę natomiast od momentu, kiedy Mild pobiegła za Phesterem>
Mild oddaje strzałę Haltowi i próbują jeszcze parę razy, ale Mild jest jakaś nieskupiona.
- Mild? O co chodzi? - pytam, kiedy nastaje przerwa.
- Ja... chyba pójdę coś... - Ijuż biegnie do gospody.
Uśmiecham się. Idzie za tym gościem. Hmm, no nie powiem, ciekawy osobnik. Sama bym tam chęnie poszła ale...
- Vista. Gdzie Mild? - pyta nagle Halt.
- No, ładny z ciebie nauczyciel. Nie upilnowałeś ucznia.
- Więc?
- Poszła do gospody.
- Ah. No dobrze.
Wracam na stóg siana i zaczynam bawić się źdźbłami. Po chwili jednak wyciągam sztylet z buta i zaczynam nim kręcić.
- Co ty masz z tymi sztyletami? - Podnoszę gwałtownie głowę.
Rozlega się głuchy stukot i Halt łapie sie za szczękę. Ja natomiast za głowę.
- Ałć! Co tak gwałtownie? - pyta mężczyzna.
- No... Nie lubię tak z zaskoczenia i blisko.
- Mhm, będę wiedział na przyszłość.
- A odpowiadajac na twoje pytanie - po prostu je lubię.
- I dlatego wiecznie się nimi bawisz?
- Tak.
- I chwalisz?
- Co? Nie! Po prostu... są jak część mnie, a tak w ogóle to co ci przeszkadza, że... - Zbyt gwałtownie wymachuję rękami, przez co sztylet wylatuje mi z dłoni, leci, obraca się... I przelatuje tuż obok jakiegoś mężczyzny wychodzącego z gospody... Ten wpada lekko w panikę, ucieka... Przepraca się, słychac trzask, wkrzask...
Złamał nogę.
Bravo Vis, barvi!, rugam sie w myślach. Podbiegam do poszkodowanego odpychając po drodze Halta.
- Przepaszam, ja... To wina tego tu, on mnie wkurzył i...
- Odejdź ode mnie kobieto! Jesteś...
Nie słucham dalej. Wiem co powie. Spoglądam miażdżąco na Halta i rzucam się do gospody. Wpadam tam równo z Haltem, który zamiast zostać z tym człowiekiem pobiegł za mną. W tym samym momencie wchodzimy, blokując się. W końcu uderzam go łokciem i wpycham sie do środka. Dopadam do stolika Phestera i Mild, wyciągam ich na zewnątrz i wyjaśniam co sie stało. Potem dopadam Halta.
- No i co? Zadowolony? - warczę.
- O co ci chodzi kobieto?
- O to, ze przez ciebie prawie zabiłam człowieka!
- I to moja wina że masz złą koordynację ruchową?!
- Tak!
<Halt? Wybacz, ze tak słabo ale pisałam to trochę na szybko>
Wstawanie nigdy nie było moją mocną stroną. Wiecie czemu? Bo przeważnie, jak teraz, budziłam się nie tam gdzie zasnęłam. W tym momencie była to podłoga z odrobiną nieco zdegustowanej Ashlotte.
- Wybacz - mruczę i podnoszę się z trzaskiem kości.
Ziewam szeroko przeciągając się jednocześnie, trzaskam kręgosłupem, wzdycham cicho i pocieram oczy. Musze się napić. I umyć...
Pół godziny później wychodzę z lodowatego źródełka w środku lasu i szybko ubieram koszulę, spodnie i buty. Oczywiście, od razu przyklejają się do mnie, ale nie przejmuję sie zbytnio. Puszczam się biegiem przez las - wysycham.
Dopadam do stodoły już całkiem sucha i zadowolona. Otwieram drzwi w tym samym momencie co nasz nowy znajomy - Halt.
- Doberek! - rzucam, odsuwając się.
- Dzień dobry. Gdzie byłaś? - pyta.
- Skąd pomysł że gdzieś byłam?
- Stąd - zamyka drzwo stodoły - że wstałem kiedy tak "cicho" zamknęłaś drzwi.
- Aaaaa, to. No tak, byłam... Nad jeziorkiem.
- Hm, skoro tak.
Idziemy na padok i Halt coś tam zaczyna układać. Opieram się o ścianę, ale potem zauważam, że obok leży stóg siana. Uśmiecham się i wskakuję na niego.
- Co robisz? - pytam, machając nogami w powietrzu.
- Pole treningowe. - Przekręca głowę i spogląda na mnie zawadiacko. - Chyba, że wolisz zrobić z tego arenę do walk.
- Łuczników? Jasssssssne.
- Nie przyjmujesz wyzwania?
- Nie. Tego nie. Niezły ze mnie łucznik, ale nie przepadam. Ale sztylety - to mój konik.
- Dobze wiedzieć.
<Resztę historii znamy, dzięki Mild, zacznę natomiast od momentu, kiedy Mild pobiegła za Phesterem>
Mild oddaje strzałę Haltowi i próbują jeszcze parę razy, ale Mild jest jakaś nieskupiona.
- Mild? O co chodzi? - pytam, kiedy nastaje przerwa.
- Ja... chyba pójdę coś... - Ijuż biegnie do gospody.
Uśmiecham się. Idzie za tym gościem. Hmm, no nie powiem, ciekawy osobnik. Sama bym tam chęnie poszła ale...
- Vista. Gdzie Mild? - pyta nagle Halt.
- No, ładny z ciebie nauczyciel. Nie upilnowałeś ucznia.
- Więc?
- Poszła do gospody.
- Ah. No dobrze.
Wracam na stóg siana i zaczynam bawić się źdźbłami. Po chwili jednak wyciągam sztylet z buta i zaczynam nim kręcić.
- Co ty masz z tymi sztyletami? - Podnoszę gwałtownie głowę.
Rozlega się głuchy stukot i Halt łapie sie za szczękę. Ja natomiast za głowę.
- Ałć! Co tak gwałtownie? - pyta mężczyzna.
- No... Nie lubię tak z zaskoczenia i blisko.
- Mhm, będę wiedział na przyszłość.
- A odpowiadajac na twoje pytanie - po prostu je lubię.
- I dlatego wiecznie się nimi bawisz?
- Tak.
- I chwalisz?
- Co? Nie! Po prostu... są jak część mnie, a tak w ogóle to co ci przeszkadza, że... - Zbyt gwałtownie wymachuję rękami, przez co sztylet wylatuje mi z dłoni, leci, obraca się... I przelatuje tuż obok jakiegoś mężczyzny wychodzącego z gospody... Ten wpada lekko w panikę, ucieka... Przepraca się, słychac trzask, wkrzask...
Złamał nogę.
Bravo Vis, barvi!, rugam sie w myślach. Podbiegam do poszkodowanego odpychając po drodze Halta.
- Przepaszam, ja... To wina tego tu, on mnie wkurzył i...
- Odejdź ode mnie kobieto! Jesteś...
Nie słucham dalej. Wiem co powie. Spoglądam miażdżąco na Halta i rzucam się do gospody. Wpadam tam równo z Haltem, który zamiast zostać z tym człowiekiem pobiegł za mną. W tym samym momencie wchodzimy, blokując się. W końcu uderzam go łokciem i wpycham sie do środka. Dopadam do stolika Phestera i Mild, wyciągam ich na zewnątrz i wyjaśniam co sie stało. Potem dopadam Halta.
- No i co? Zadowolony? - warczę.
- O co ci chodzi kobieto?
- O to, ze przez ciebie prawie zabiłam człowieka!
- I to moja wina że masz złą koordynację ruchową?!
- Tak!
<Halt? Wybacz, ze tak słabo ale pisałam to trochę na szybko>
sobota, 24 października 2015
Od Phestera c.d. Mild - Rozmowa w karczmie
-Czy tego szukasz?- Wyciągnął długi, drewniany przedmiot w stronę dziewczyny, która nieco ociągając się wzięła strzałę cały czas patrząc na oczy mężczyzny, jedyną rzecz widoczną spod maski.
-Mild?! Długo jeszcze?- Z oddali dobiegł czyjś głos nawołujący elfkę. Coś załopotała i tuż obok nich wylądował kruk. Białowłosa aż podskoczyła zaskoczona gdy ten otworzył dziób i wydał z siebie głośny skrzek.
-Mild!!!- Znów ktoś zawołał.
-Czekają na ciebie dziecko. Idź.- Ton mężczyzny był uprzejmy, ale mimo to dziewczyna poczuła dziwny dreszcz. Obróciła się powoli nie spuszczając oczu z nieznajomego a gdy była już w jej mniemaniu wystarczająco daleko puściła się biegiem. Wypadła z lasu niemal potykając się o własne nogi.
-A tobie co? Ducha zobaczyłaś?- Zaśmiała się dziewczyna oparta o ścianę.
-Tam w lesie.- Wskazała strzałą na drzewa. -Taki wysoki, czarny w masce...- Tłumaczyła gorączkowo.
-Wybaczcie, ale chyba wystraszyłem waszą przyjaciółkę.- Oznajmił zimny głos. Zagadkowa postać pojawiła się nie wiedzieć kiedy za plecami dziewczyny i skłoniła się lekko. A tuż obok wylądowały czarne kruki. Cała trójka drgnęła i zdawało się że sięgają po broń. Nieznajomy postanowił ich uspokoić.
-Proszę, nie szukam zwady. Nazywam się Phester i jestem lekarzem.-Cała trójka popatrzyła po sobie.
-Ja nazywam się Halt, to jest Viserany, a Mild już zdążyłeś poznać.- Przedstawił wszystkich mężczyzna. Nadal jednak jego wzrok był nie ufny.
-Miło mi poznać.- Powiedział raz jeszcze się kłaniając, a lodowaty głos właściciela sprawiał, że mimo słońca zrobiło się jakby chłodniej. -Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem wam nazbyt. A teraz wybaczcie.- Znów się skłonił i ruszył w stronę karczmy. Gdy tylko stanął w drzwiach izby szmery ustały. Reakcja ludzi w jej wnętrzu nie różniła się wiele od tego co spotykało go na co dzień. Wszyscy milkli, zapadała głucha cisza. Phester, nie zwracał na to jednak uwagi wcisnął się w najdalszy z stołów, w najciemniejszy kont by nie rzucać się w oczy. Na parapecie okna, za szybą przysiedli jego towarzysze. Barmanka długo zbierała się by podejść do dziwnego gościa, a inni bywalcy mimo że wrócili do rozmów popatrywali z ukosa na nieznajomego.
-C... Co podać?- Zająknęła się dziewczyna która podeszła do stolika.
-Wodę i trochę surowego mięsa.- Kelnerka otworzyła szerzej oczy, ale skinęła głową i pośpiesznie odeszła. Lekarz wyciągał z swojej torby starą mapę, rozłożył ją na stole i zaczął uważnie studiować. Po chwili barmanka przyniosła zamówienie i odeszła bez słowa. Kruk uchylił okiennice by móc podać całą porcję wołowiny i trochę wody. Po czym wrócił do poprzedniego zajęcia. Mapa była stara, jednak Phester co rusz nanosił na nią poprawki uaktualniające jej treść. Kolor czerwony, czyli miejsca całkowicie podległe Arsmanowi zajmowały niemal całą powierzchnie. Żółty- miejsca stawiające jeszcze opór, ale atakowane, czy pomarańczowy- tereny dawniej podbite, które teraz wznosiły bunty, również zajmowały znaczną większość. Zielony, czyli jak zaplanował sobie zaznaczać kraje neutralne nie ostał użyty ani razu. Jego wzrok przykuwała teraz za to jedyna biała plama. Ogrodzony wysokim pasmem górskim nadmorski teren. Nigdy nie miał żadnych wieści o tym miejscu. Jest uważane za dzikie i opuszczone. Teraz gdy temperatura wzrosła, a rodzina jeszcze zacieklej deptała mu po piętach musiał się tam skierować. Nawet jeśli już coś tam powstało, to z pewnością lepsze od tego piekła. Ocenił swoją podróż na niecały dzień, jeśli tylko zdobędzie w tej gospodzie konia. Poprzedniej nocy został napadnięty i stracił wierzchowca, a to mu bynajmniej nie ułatwiało sprawy.
-Pan Phester?- Usłyszał już znajomy głos i podniósł powoli swój długi dziób znad pergaminu. Białowłosa elfka dosiadła się do stolika. Mężczyzna ponownie wyczuł zaciekawienie gapiów skupione na nim i młodej towarzyszce.
-Chciałam Pana przeprosić, że tak zareagowałam gdy na Pana wpadłam.- Zaczęła dziewczyna. Teraz zdawała się być zaintrygowana postacią w masce. Jej bystry wzrok dokładnie badał mężczyznę w poszukiwaniu przebicia przez maskę. Było to jednak na nic. Jedyne co mogła dostrzec to zimne oczy pozbawione jakiegokolwiek wyrazu i przeraźliwie chude dłonie.
-Nie mam urazy. To ja powinienem przeprosić jeśli Cię nastraszyłem.- Tak jak poprzednim razem był uprzejmy, jednak beznamiętny ton psuł całe wrażenie.
-Ależ skąd!- Machnęła dziarsko ręką, chcąc pokazać że wcale jej nie przestraszył, czy choćby zaskoczył.
-Rozumiem.- Skwitował i zaczął składać mapę. Ręka dziewczyny jednak go powstrzymała, ale gdy tylko zetknęła się z chłodną skórą wampira zaraz cofnęła dłoń.
-Chcesz zobaczyć?- Zapytał podając papier. Mild pokiwała głową i przyjrzała się kolorowym plamom nakreślonym przez właściciela. Dłuższą chwile siedziała w ciszy biegając wzrokiem na wszystkie strony.
-Gdzie się wybierasz? W to białe miejsce?- Zapytała a mężczyzna skinął głową. -Nie ma tam wojsk?- ponownie skinienie i znów zapadła chwila ciszy. -Możemy iść z tobą?- Wypaliła, a Kruk zamarł na moment. Nie zdążył odpowiedzieć bo do karczmy wpadła kobieta i mężczyzna - towarzysze elfki. Obrzucili izbę wzrokiem i zatrzymali się na białej masce mężczyzny. Błyskawicznie dopadli do jego stołu.
-Jesteś medykiem?- Phester kiwnął głową jak przy rozmowie z Mild i już spodziewając się następnych słów zaczął pakować swój dobytek.
-Chodź z nami jest potrzebna twoja pomoc.- Oznajmiła kobieta. Lekarz podniósł się, po czym całą czwórką pośpiesznie opuścili budynek.
<Mild? Halt? Viserany? Załatwiamy szybko sprawę, konia i do wieczora musimy być w Hidden :P >
-Mild?! Długo jeszcze?- Z oddali dobiegł czyjś głos nawołujący elfkę. Coś załopotała i tuż obok nich wylądował kruk. Białowłosa aż podskoczyła zaskoczona gdy ten otworzył dziób i wydał z siebie głośny skrzek.
-Mild!!!- Znów ktoś zawołał.
-Czekają na ciebie dziecko. Idź.- Ton mężczyzny był uprzejmy, ale mimo to dziewczyna poczuła dziwny dreszcz. Obróciła się powoli nie spuszczając oczu z nieznajomego a gdy była już w jej mniemaniu wystarczająco daleko puściła się biegiem. Wypadła z lasu niemal potykając się o własne nogi.
-A tobie co? Ducha zobaczyłaś?- Zaśmiała się dziewczyna oparta o ścianę.
-Tam w lesie.- Wskazała strzałą na drzewa. -Taki wysoki, czarny w masce...- Tłumaczyła gorączkowo.
-Wybaczcie, ale chyba wystraszyłem waszą przyjaciółkę.- Oznajmił zimny głos. Zagadkowa postać pojawiła się nie wiedzieć kiedy za plecami dziewczyny i skłoniła się lekko. A tuż obok wylądowały czarne kruki. Cała trójka drgnęła i zdawało się że sięgają po broń. Nieznajomy postanowił ich uspokoić.
-Proszę, nie szukam zwady. Nazywam się Phester i jestem lekarzem.-Cała trójka popatrzyła po sobie.
-Ja nazywam się Halt, to jest Viserany, a Mild już zdążyłeś poznać.- Przedstawił wszystkich mężczyzna. Nadal jednak jego wzrok był nie ufny.
-Miło mi poznać.- Powiedział raz jeszcze się kłaniając, a lodowaty głos właściciela sprawiał, że mimo słońca zrobiło się jakby chłodniej. -Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem wam nazbyt. A teraz wybaczcie.- Znów się skłonił i ruszył w stronę karczmy. Gdy tylko stanął w drzwiach izby szmery ustały. Reakcja ludzi w jej wnętrzu nie różniła się wiele od tego co spotykało go na co dzień. Wszyscy milkli, zapadała głucha cisza. Phester, nie zwracał na to jednak uwagi wcisnął się w najdalszy z stołów, w najciemniejszy kont by nie rzucać się w oczy. Na parapecie okna, za szybą przysiedli jego towarzysze. Barmanka długo zbierała się by podejść do dziwnego gościa, a inni bywalcy mimo że wrócili do rozmów popatrywali z ukosa na nieznajomego.
-C... Co podać?- Zająknęła się dziewczyna która podeszła do stolika.
-Wodę i trochę surowego mięsa.- Kelnerka otworzyła szerzej oczy, ale skinęła głową i pośpiesznie odeszła. Lekarz wyciągał z swojej torby starą mapę, rozłożył ją na stole i zaczął uważnie studiować. Po chwili barmanka przyniosła zamówienie i odeszła bez słowa. Kruk uchylił okiennice by móc podać całą porcję wołowiny i trochę wody. Po czym wrócił do poprzedniego zajęcia. Mapa była stara, jednak Phester co rusz nanosił na nią poprawki uaktualniające jej treść. Kolor czerwony, czyli miejsca całkowicie podległe Arsmanowi zajmowały niemal całą powierzchnie. Żółty- miejsca stawiające jeszcze opór, ale atakowane, czy pomarańczowy- tereny dawniej podbite, które teraz wznosiły bunty, również zajmowały znaczną większość. Zielony, czyli jak zaplanował sobie zaznaczać kraje neutralne nie ostał użyty ani razu. Jego wzrok przykuwała teraz za to jedyna biała plama. Ogrodzony wysokim pasmem górskim nadmorski teren. Nigdy nie miał żadnych wieści o tym miejscu. Jest uważane za dzikie i opuszczone. Teraz gdy temperatura wzrosła, a rodzina jeszcze zacieklej deptała mu po piętach musiał się tam skierować. Nawet jeśli już coś tam powstało, to z pewnością lepsze od tego piekła. Ocenił swoją podróż na niecały dzień, jeśli tylko zdobędzie w tej gospodzie konia. Poprzedniej nocy został napadnięty i stracił wierzchowca, a to mu bynajmniej nie ułatwiało sprawy.
-Pan Phester?- Usłyszał już znajomy głos i podniósł powoli swój długi dziób znad pergaminu. Białowłosa elfka dosiadła się do stolika. Mężczyzna ponownie wyczuł zaciekawienie gapiów skupione na nim i młodej towarzyszce.
-Chciałam Pana przeprosić, że tak zareagowałam gdy na Pana wpadłam.- Zaczęła dziewczyna. Teraz zdawała się być zaintrygowana postacią w masce. Jej bystry wzrok dokładnie badał mężczyznę w poszukiwaniu przebicia przez maskę. Było to jednak na nic. Jedyne co mogła dostrzec to zimne oczy pozbawione jakiegokolwiek wyrazu i przeraźliwie chude dłonie.
-Nie mam urazy. To ja powinienem przeprosić jeśli Cię nastraszyłem.- Tak jak poprzednim razem był uprzejmy, jednak beznamiętny ton psuł całe wrażenie.
-Ależ skąd!- Machnęła dziarsko ręką, chcąc pokazać że wcale jej nie przestraszył, czy choćby zaskoczył.
-Rozumiem.- Skwitował i zaczął składać mapę. Ręka dziewczyny jednak go powstrzymała, ale gdy tylko zetknęła się z chłodną skórą wampira zaraz cofnęła dłoń.
-Chcesz zobaczyć?- Zapytał podając papier. Mild pokiwała głową i przyjrzała się kolorowym plamom nakreślonym przez właściciela. Dłuższą chwile siedziała w ciszy biegając wzrokiem na wszystkie strony.
-Gdzie się wybierasz? W to białe miejsce?- Zapytała a mężczyzna skinął głową. -Nie ma tam wojsk?- ponownie skinienie i znów zapadła chwila ciszy. -Możemy iść z tobą?- Wypaliła, a Kruk zamarł na moment. Nie zdążył odpowiedzieć bo do karczmy wpadła kobieta i mężczyzna - towarzysze elfki. Obrzucili izbę wzrokiem i zatrzymali się na białej masce mężczyzny. Błyskawicznie dopadli do jego stołu.
-Jesteś medykiem?- Phester kiwnął głową jak przy rozmowie z Mild i już spodziewając się następnych słów zaczął pakować swój dobytek.
-Chodź z nami jest potrzebna twoja pomoc.- Oznajmiła kobieta. Lekarz podniósł się, po czym całą czwórką pośpiesznie opuścili budynek.
<Mild? Halt? Viserany? Załatwiamy szybko sprawę, konia i do wieczora musimy być w Hidden :P >
Od Mild cd Halta - Pan w czarnym płaszczu
[Na początek przepraszam Vis, że pozbawiam cię dokończenia, ale nie mogłam się powstrzymać x3]
- Ja chcę! - powiedziała nieco zbyt głośno Mild. Halt i Viserany spojrzeli w jej kierunku zaskoczeni. - Chcę się nauczyć strzelać z łuku!
- Nie jestem pewien, czy to dobry... - zaoponował łucznik, ale Vis mu przerwała:
- Świetny pomysł, młoda! No dalej, Halt! Pochwalisz się swoimi niesamowitymi zdolnościami strzeleckimi, o których tyle gadasz.
Chłopak czując, że jest w mniejszości westchnął.
- Niech będzie - odpowiedział, ale zanim Daya zdążyła się nacieszyć wizją lekcji strzeleckich dodał: - Tylko ostrzegam: na lekcjach robisz WSZYSTKO co ci każę, jasne?
Dziewczynka pokiwała skwapliwie głową.
- Zuch dziewczyna - Halt naciągnął na głowę kaptur i wyciągnął się na ścianie. - A teraz spać.
Mild wcale nie była zmęczona. Za dużo się tego popołudnia działo. Ale Ash i Vis jak na złość akurat teraz musiały zgodzić się z łucznikiem i również ułożyć się na snu. Jak wszyscy, to wszyscy, pomyślała elfka wzdychając i położyła się obok dziewczyn.
Następnego dnia obudziła się później niż reszta. Ze zdziwieniem stwierdziła, że poza nią w stajni została tylko Ashlotte. Starsza z dziewczyn czyściła właśnie swoją klacz.
- Gdzie reszta? - zapytała zaspana elfka przecierając jedno oko i rozglądając po stajni. Miedziany koń łucznika też zniknął, ale jego siodło i ogłowie zostało.
- Na zewnątrz - odpowiedziała Ash.
Mild wstała. Chwyciła swój miecz i idąc w stronę wyjścia przełożyła pas pochwy przez głowę i lewą rękę. Pogoda poprawiła się zdecydowanie. Poranne słońce przyjemnie grzało. Udeptana ziemia przed stajnią dalej była wilgotna, ale nie było już większych kałuż. Musiało przestać padać dobre kilka godzin przed wschodem. Daya zauważyła pasącego się niedaleko rdzawego ogiera należącego do Halta. nie był nigdzie uwiązany, ale nie wyglądał jakby chciał gdziekolwiek iść. Wtedy do uszu elfki dotarło stłumione klapnięcie. Obeszła budynek z jednej strony. Z boku znajdował się ogrodzony padok, gdzie przy płocie tuż przed ścianą lasu łucznik ustawił właśnie jakąś belę siana. Viserany stała oparta o ścianę stajni.
- Proszę, ktoś postanowił w końcu wstać! - zawołał do dziewczyny Halt. - Jeśli przyjdzie ci jeszcze kiedyś się u mnie uczyć to trzeba będzie popracować nad twoją punktualnością.
- Wybacz! - odparła Mild i stanęła obok Vis.
- Mnie nie przepraszaj. To nie mój czas został zmarnowany - stwierdził łucznik otrzepując dłonie z kurzu. - Pani pozwoli.
Elfka udała się za Haltem. Chłopak stanął w połowie padoku i wyciągnął łuk.
- Pozwól, że najpierw pokażę ci na czym stoisz - powiedział.
Dziewczyna pokiwała głową i uważnie patrzyła na każdy ruch łucznika. Halt stanął bokiem do celu na lekko rozstawionych nogach. Wyjął z kołczana strzałę i nałożył ją na cięciwę. Płynnym ruchem uniósł łuk równocześnie naciągając cięciwę aż musnął brzechwą wargę. Odczekał chwilę, by Mild mogła wszystko zapamiętać i puścił strzałę. Zatopiła się aż po lotki w stogu. Halt uśmiechnął się do dziewczyny i podał jej łuk. Ta wzięła broń. Okazała się cięższa niż myślała. Na dodatek zdecydowanie nie była do niej dopasowana. Łucznik zachęcił ją kiwnięciem głowy. Daya wzięła podaną strzałę. Samo nałożenie jej na cięciwę nie było łatwe. Nie wspominając o naciągnięciu. Mild z trudem pociągnęła strzałę do tyłu, a i tak nie naciągnęła łuku do końca. Uniosła broń gotową do strzału i spróbowała wycelować. Ale w ostatniej chwili przed wypuszczeniem strzała przechyliła się w bok i gdy elfka zwolniła cięciwę pocisk przeleciał jakieś dwa metry od stogu siana i zniknął w lesie. Halt zaklaskał sarkastycznie.
- Pięknie, jak na pierwszy raz - powiedział.
- Mogę druga strzałę? - zapytała Mild uparcie chcąc nauczyć się strzelać z łuku.
- Oj nie, nie! Gdyby dawał ci za każdym strzałem nową zmarnowałabyś mi cały kołczan.
- To czym mam strzelać?
Łucznik wymownie machnął ręką w stronę lasu. Dziewczyna zrozumiała przekaz i ruszyła zmizerowana na przeciwną stronę padoku. Przeszła bez trudu przez płot i weszła między drzewa w kierunku gdzie ostatni raz widziała strzałę.
Dziesięć minut kluczyła między drzewami, by w końcu stwierdzić, że chyba za daleko zabrnęła. Straciła przez moment orientację. Co jakiś czas słyszała jednak głos Halta. Chłopak nie tylko ją w ten sposób pospieszał, ale pomagał jej także w stwierdzeniu skąd przyszła i gdzie powinna się kierować gdy znajdzie nieszczęsną strzałę. Ale pocisk zaginął. Po piętnastu minutach szukania zniecierpliwiona dziewczyna poddała się. Zauważyła prześwit między drzewami po jej lewej, więc ruszyła w tamtym kierunku. Przebrnęła przez gałęzie. Ścieżka była nieco niżej, toteż gdy tylko dziewczynka wyczuła obniżenie terenu na ślepo zbiegła na dół...I na coś wpadła.
Impet sprawił, że usiadła na tyłku. wysoki mężczyzna, z którym się zderzyła zdołał utrzymać równowagę. Dziewczyna pospieszyła z przeprosinami:
- Najmocniej pana przepraszam. Nie zauważyłam...
Urwała, bowiem w tym momencie spojrzała na nieznajomego. Był to wysoki facet w czarnym płaszczu. Mild nawet nie zdziwił fakt, że nosi takie odzienie w słoneczną i ciepłą pogodę. Jej uwagę zwróciła maska mężczyzny, przypominająca kształtem ptasi dziób. Siedziała na ziemi zamurowana.
- Nic się nie stało - odpowiedział spokojnie pan w czarnym płaszczu i wyciągnął do niej rękę.
Daya podparła się na niej i wstała, dalej ze zdziwienia nie mogąc nic powiedzieć. Wtedy oboje spojrzeli w kierunku z którego po raz kolejny dobiegł głos Halta:
- MILD! WRACAJ JUŻ Z TĄ STRZAŁĄ!
Mężczyzna w masce spojrzał na elfkę pytająco.
Phester? Dorwałam cię! :D
Od Squall c.d. Malika - KAWY!!!
-Powiedzieli że swoje towary zostawili przy napastniku. Po ich zachowaniu można stwierdzić że było to stosunkowo niedawno, więc jeśli będziemy mieli szczęście odbierzemy kawę i inne dobrodziejstwa naszemu konkurentowi.- Uśmiechnęła się patrząc w kierunku z którego nadeszli kupcy. Teraz faktycznie droga wydawała się być nieużywana od czasów rozpoczęcia wojny, albo i dłużej.
-Idziemy, byle żwawiej.- Zakomenderowała i ruszyła dziarskim krokiem.
-Aj, aj kapitanie.- Westchnął Gambit i powłóczył nogami za nią.
-Co jest? Nie chcesz kawusi? Po twojej minie można stwierdzić, że baaardzo jej potrzebujesz.
-Po prostu myślę, że jeśli tamci uciekli bez walki zostawiając swój dobytek to znaczy, że owo Coś nie było niczym przyjemnym ani miłym.
-Farmazony pleciesz.- Machnęła ręką. -Tamci uciekli by nawet przed jeleniem nadybanym przy potoku, skoro nas się tak bali.
-Raczej ciebie... i jakoś się im nie dziwię...- Mruknął do siebie pod nosem.
-Słyszałam....
-Ciekawi mnie co oni tutaj robili, tutaj nawet nic nie ma.- Kot zmienił temat i zamaszystym ruchem kopnął kamień przy drodze.
-Nie mam blade...- Squall przerwała wypowiedź bo kopnięty kamień odbił się od pnia i uderzył ją w bok głowy. Kamyczek był wielkości koniuszka palca, ale mimo wszystko zdenerwowało to dziewczynę -Ty zafajdany sierściuchu...- Syknęła przez zaciśnięte zęby. Gambit przez moment nie rozumiał co się dzieje, dopiero po chwili dotarło do niego, gdy kobieta obróciła się a jej źrenice zwężyły się ze złości.
-Hej to był przypadek.- Zaśmiał się kontem oka już szukając drogi ucieczki.
-Jak z tobą skończę to rodzona matka cię nie pozna.- W tym momencie skoczyła na chłopaka, ale ten zdołał uskoczyć. I już biegł drogą śmiejąc się pod nosem.
-Zobaczysz! Zawiąże tobie ogon z kuśką na supeł!- Warknęła za nim kontynuując pościg. Malik obrócił głowę w biegu by coś odkrzyknąć, ale uderzył coś i się od tego odbił upadając na glebę. Nim się pozbierał Squall już go dopadła. Nie tknęła go jednak. Patrzyła na to coś, a raczej kogoś na kogo wpadł kocur. Wysoki blond mężczyzna z rogami powoli obrócił się w ich stronę.
-Demon?- Zapytał z powontpiewaniem Gambit patrząc na zwierzęce atrybuty chłopaka.
-Gorzej... Wojskowy.- Warknęła dziewczyna prostując się. Miała już styczność z słynnym generałem i była gotowa do ataku w każdej chwili. Nieznajomy uśmiechnął się miło.
-Dawno śmy się nie widzieli kapitanie.- Zwrócił się do dziewczyny.
-Znów na mnie polujesz Bestyjko? Znów chcesz dostać bęcki?- Uśmiechnęła się kpiąco. Mężczyzna jednak zaprzeczył kiwnięciem głowy.
-Czy ja nadal wyglądam na psa Arsmana?- Zadał retoryczne pytanie prezentując swoją postać. Teraz dopiero dziewczyna zauważyła obdarty strój Leonisa.
-To wy się znacie?- Gambit uniósł brew i popatrzył to na dziewczynę to na chłopaka.
-Och oczywiście...- Zaśmiała się dziewczyna.- Ten tutaj to dowódca armii... Raz próbował mnie dopaść. Czyżby nie spodobało ci się na tej rafie?- Zakpiła, na co mężczyzna skrzywił się przypominając sobie swoje ostatnie, a zarazem jedynie spotkanie z piratką.
-Nie specjalnie. Ale tym razem nie musisz mnie wyprowadzać na manowce i usiłować zabić. Nie należę już do wojska.- Oznajmił.
-A cóż to się stało?- Zapytała podchodząc bliżej zalotnie patrząc na niego.
-Nie istotne. Możesz być jednak pewna że nie spróbuję cię złapać, bo jeśli to zrobię i zaprowadzę przed sąd, ja skończę tak samo nędznie jak ty.- Powiedział spokojnie.
-Szczerze wątpię...- Wyszeptała mu do ucha.
-Chwila, chwila!- Kot wcisnął się między nich i rozsunął. -Pierwsze primo kim ty u diabła jesteś?- Wskazał palcem na blondyna. Ten wyszczerzył się i delikatnie ukłonił.
-Atlant Lakoo, dawny dowódca armii, aktualnie banita oraz "władca" Hidden.- Squall wybuchła nagle gromkim śmiechem, a Alt obrzucił ją spojeniem godnym żmii.
-Co cię tak bawi?- Wyprostował się
-Nie wierzę! Słynna Bestia została banitą? Na dodatek ma własny kraj?! Panie ratuj!- Dziewczyna niemal kulała się ze śmiechu.
-Za to ty nadal bawisz się z wojskiem w kotka i myszkę? Jeszcze nie znudziło się tobie ukrywanie prawdziwego Sztormu?- Zapytał pewny siebie, ale zaraz umilkł widząc groźny błysk w oku dziewczyny.
-Mniejsza z tym. Wiesz może coś o kupcach którzy tędy przechodzili?- Zadał kolejne pytanie.
-Przechodzili tędy jacyś maruderzy, ale przepędziłem ich. Zostawili tylko trochę cukru, herbaty i...
-KAWY!!!- Dokończyli za niego chórkiem i dopadli do koszy pełnych dobrodziejstw. Atlant nie komentował uniósł jedynie brwi i cofnął się krok jak robi się to przy wariatach.
-Mam ochotę na kawę z rumem...- Rozmarzyła się dziewczyna.
-Jesteś dziwna... kapitanie...- Skwitował Malik, ale ona puściła do mimo uszu.
-Bierzemy to!- Zawołała chwytając jeden z koszy, a kot drugi i ruszyli w stronę statku.
-Hola, hola, moi mili. Kawa należy do mnie, to moje tereny.- Oznajmił spokojnie za nimi.
-Słucham???- Squall powoli przekręciła głowę.
-Dlatego zapraszam was do mnie na kawę.- Uśmiechnął się.
<Malik? Co robimy?>
-Idziemy, byle żwawiej.- Zakomenderowała i ruszyła dziarskim krokiem.
-Aj, aj kapitanie.- Westchnął Gambit i powłóczył nogami za nią.
-Co jest? Nie chcesz kawusi? Po twojej minie można stwierdzić, że baaardzo jej potrzebujesz.
-Po prostu myślę, że jeśli tamci uciekli bez walki zostawiając swój dobytek to znaczy, że owo Coś nie było niczym przyjemnym ani miłym.
-Farmazony pleciesz.- Machnęła ręką. -Tamci uciekli by nawet przed jeleniem nadybanym przy potoku, skoro nas się tak bali.
-Raczej ciebie... i jakoś się im nie dziwię...- Mruknął do siebie pod nosem.
-Słyszałam....
-Ciekawi mnie co oni tutaj robili, tutaj nawet nic nie ma.- Kot zmienił temat i zamaszystym ruchem kopnął kamień przy drodze.
-Nie mam blade...- Squall przerwała wypowiedź bo kopnięty kamień odbił się od pnia i uderzył ją w bok głowy. Kamyczek był wielkości koniuszka palca, ale mimo wszystko zdenerwowało to dziewczynę -Ty zafajdany sierściuchu...- Syknęła przez zaciśnięte zęby. Gambit przez moment nie rozumiał co się dzieje, dopiero po chwili dotarło do niego, gdy kobieta obróciła się a jej źrenice zwężyły się ze złości.
-Hej to był przypadek.- Zaśmiał się kontem oka już szukając drogi ucieczki.
-Jak z tobą skończę to rodzona matka cię nie pozna.- W tym momencie skoczyła na chłopaka, ale ten zdołał uskoczyć. I już biegł drogą śmiejąc się pod nosem.
-Zobaczysz! Zawiąże tobie ogon z kuśką na supeł!- Warknęła za nim kontynuując pościg. Malik obrócił głowę w biegu by coś odkrzyknąć, ale uderzył coś i się od tego odbił upadając na glebę. Nim się pozbierał Squall już go dopadła. Nie tknęła go jednak. Patrzyła na to coś, a raczej kogoś na kogo wpadł kocur. Wysoki blond mężczyzna z rogami powoli obrócił się w ich stronę.
-Demon?- Zapytał z powontpiewaniem Gambit patrząc na zwierzęce atrybuty chłopaka.
-Gorzej... Wojskowy.- Warknęła dziewczyna prostując się. Miała już styczność z słynnym generałem i była gotowa do ataku w każdej chwili. Nieznajomy uśmiechnął się miło.
-Dawno śmy się nie widzieli kapitanie.- Zwrócił się do dziewczyny.
-Znów na mnie polujesz Bestyjko? Znów chcesz dostać bęcki?- Uśmiechnęła się kpiąco. Mężczyzna jednak zaprzeczył kiwnięciem głowy.
-Czy ja nadal wyglądam na psa Arsmana?- Zadał retoryczne pytanie prezentując swoją postać. Teraz dopiero dziewczyna zauważyła obdarty strój Leonisa.
-To wy się znacie?- Gambit uniósł brew i popatrzył to na dziewczynę to na chłopaka.
-Och oczywiście...- Zaśmiała się dziewczyna.- Ten tutaj to dowódca armii... Raz próbował mnie dopaść. Czyżby nie spodobało ci się na tej rafie?- Zakpiła, na co mężczyzna skrzywił się przypominając sobie swoje ostatnie, a zarazem jedynie spotkanie z piratką.
-Nie specjalnie. Ale tym razem nie musisz mnie wyprowadzać na manowce i usiłować zabić. Nie należę już do wojska.- Oznajmił.
-A cóż to się stało?- Zapytała podchodząc bliżej zalotnie patrząc na niego.
-Nie istotne. Możesz być jednak pewna że nie spróbuję cię złapać, bo jeśli to zrobię i zaprowadzę przed sąd, ja skończę tak samo nędznie jak ty.- Powiedział spokojnie.
-Szczerze wątpię...- Wyszeptała mu do ucha.
-Chwila, chwila!- Kot wcisnął się między nich i rozsunął. -Pierwsze primo kim ty u diabła jesteś?- Wskazał palcem na blondyna. Ten wyszczerzył się i delikatnie ukłonił.
-Atlant Lakoo, dawny dowódca armii, aktualnie banita oraz "władca" Hidden.- Squall wybuchła nagle gromkim śmiechem, a Alt obrzucił ją spojeniem godnym żmii.
-Co cię tak bawi?- Wyprostował się
-Nie wierzę! Słynna Bestia została banitą? Na dodatek ma własny kraj?! Panie ratuj!- Dziewczyna niemal kulała się ze śmiechu.
-Za to ty nadal bawisz się z wojskiem w kotka i myszkę? Jeszcze nie znudziło się tobie ukrywanie prawdziwego Sztormu?- Zapytał pewny siebie, ale zaraz umilkł widząc groźny błysk w oku dziewczyny.
-Mniejsza z tym. Wiesz może coś o kupcach którzy tędy przechodzili?- Zadał kolejne pytanie.
-Przechodzili tędy jacyś maruderzy, ale przepędziłem ich. Zostawili tylko trochę cukru, herbaty i...
-KAWY!!!- Dokończyli za niego chórkiem i dopadli do koszy pełnych dobrodziejstw. Atlant nie komentował uniósł jedynie brwi i cofnął się krok jak robi się to przy wariatach.
-Mam ochotę na kawę z rumem...- Rozmarzyła się dziewczyna.
-Jesteś dziwna... kapitanie...- Skwitował Malik, ale ona puściła do mimo uszu.
-Bierzemy to!- Zawołała chwytając jeden z koszy, a kot drugi i ruszyli w stronę statku.
-Hola, hola, moi mili. Kawa należy do mnie, to moje tereny.- Oznajmił spokojnie za nimi.
-Słucham???- Squall powoli przekręciła głowę.
-Dlatego zapraszam was do mnie na kawę.- Uśmiechnął się.
<Malik? Co robimy?>
Od Malika cd Squall - Odmieńcy
Malik złapał butelkę, ale na zawartość spoglądał z powątpiewaniem. Nie żeby podejrzewał kapitan o próbę otrucia go. To by było jak dla niej chyba zbyt proste. Przez ten krótki czas, który w jej towarzystwie spędził zdążył już domyślić się z jakiej gliny jest ulepiona. Takie osoby jak ona zdecydowanie nie lubiły prostych rozwiązań. Gdyby tylko chciała, pozbyłaby się go w bardziej widowiskowy sposób. A mimo to kocur wahał się. Znał starą jak świat zasadę ,,Nie pij ze swoim szefem". Póki siedział na tej łajbie, to Squall była szefem. Jednak z drugiej strony wiedział też, że odmowa przy takiej propozycji może panią kapitan urazić, a tego nie chciał. Za bardzo cenił sobie swoją skórę. Po chwili wahania uniósł lekko butelkę do toastu i pociągnął jeden łyk. Skrzywił się lekko. Nie był przyzwyczajony do alkoholu, poza spirytusem do odkażania ran. Squall widząc to parsknęła śmiechem.
- Cóż to, kiciu? - zadrwiła. - Za mocne dla ciebie?
- Wiesz, jedyny napój który zwykle piję o poranku to porządna kawa - odparł.
- Wybacz, księciulku, nie mamy jej obecnie na stanie - kapitan uśmiechnęła się złośliwie, po czym nagle zmarszczyła brwi z namysłem. - W sumie...czemu by nie uzupełnić zapasów.
Demoniczny uśmiech dziewczyny wcale nie podobał się Gambitowi.
Szybko dotarli na ląd. Plan Squall zakładał, że niedaleko prowadził trakt kupiecki. Sztorm czekał w naturalnym doku, gdzie nikt nie powinien go znaleźć. Piratka natomiast ,,porwała" ze sobą swojego dzielnego majtka i ruszyli w las. Znalezienie owego traktu nie było wielkim wyzwaniem. Problem polegał na czym innym...
- Emmm...Pani kapitan? - zapytał niepewnie Malik.
- Czego? - rzuciła Squall szukając miejsca na zasadzkę.
- Nie jestem perfekcyjnym tropicielem, ale ten szlak wygląda na nieużywany i to od dłuższego czasu - Gambit spoglądał na szeroką drogę z powątpiewaniem.
- Za długo żeś drogi nie widział i bajdurzysz - odparła dziewczyna podciągając się na jednej z grubszych gałęzi. Po chwili już na niej siedziała okrakiem.
- Moja rodzinna wioska zajmowała się kupiectwem. Wiem na czym stoję - upierał się kot. - Stare koleiny po wozach zniekształcone przez deszcze, ślady butów i kopyt zanikły zupełnie, a przede wszystkim nigdzie nie ma świeżych oznak bytności. Coś mi tu śmierdzi i tym razem nie jest to ściera z pokładu.
Squall już miała zripostować stwierdzenie felina. Nagle jednak zamarła w bezruchu i spojrzała w górę szlaku, znikającego w ciemnym lesie. Malik również coś usłyszał. Kroki. Natychmiast skoczył z miejsca i podciągnął się znikając w gęstym listowiu. Usiadł na osobnej gałęzi, naprzeciwko dziewczyny.
- I co teraz? - syknął do Squall.
- Daj mi się zastanowić...Masz przy sobie jakąś broń?
Gambit pogładził swój szeroki sztylet po rękojeści. Wtedy przypomniał sobie o czymś jeszcze. Z sakwy przy pasie wyjął dwa okrągłe przedmioty. Piratka rozpoznała je natychmiast i uśmiechnęła się szeroko.
- Bomby dymne. Niezły pomysł - przyznała.
Malik rzucił jedną kapitan. Oboje czekali na odpowiedni moment. Gdy tylko pod ich drzewem przebiegła trójka ludzi, równocześnie cisnęli im pod nogi bomby dymne. Rozległ się trzask i ścieżkę zakryły geste opary szarego, gryzącego w oczy dymu. Niedoszli rabusie zeskoczyli na ziemię i w chwilę przygnietli do ziemi zaskoczonych ludzi...
I dopiero gdy dym opadł do obu dotarło, że napadli nie tych co trzeba. może i byli to kupcy, ale nie mieli przy sobie nic. Co ciekawsze, nie wyglądali nawet na ofiary napaści: ich ubranie było całe, a sakiewki dalej ciężkie. Po prostu ich towary szlak trafił.
- Co to ma znaczyć, do cholery?! - wrzasnęła zawiedziona Squall i cisnęła trzymanym za kołnierz biedakiem. Malik tymczasem w zamieszaniu jednego zdążył spętać za ręce, a drugi leżał przybity do ziemi sztyletem za rękaw drogiej kurty.
- Kim jesteście? - zapytał. - Kupcami?
Biedacy pokiwali gorliwie głowami.
- To czym wy handlujecie? Powietrzem? - piratka założyła ręce na piersi.
- Nie! - zaprzeczył ten spętany. - Tylko...no...nas okradli.
- Kto? - warknął Malik.
Wtedy ten ciśnięty przez Squall na trawę zdołał niezgrabnie wstać i pobiegł przed siebie tak szybko jak tylko mógł.
- ODMIEŃCY! - wrzeszczał. - WSZĘDZIE ODMIEŃCY!
- Co z nim nie tak? - rzucił sam do siebie felin.
Przesłuchiwany uznał to za pytanie i szybko udzielił odpowiedzi:
- Oni! Tak! Odmieńcy! To oni nas napadli! Tacy jak WY!
- Znaczy się...nie napadli - poprawił go przybity do ziemi. - To my żeśmy im towary oddali...Jakem tylko ich obaczyli, tośmy się tak przerazili, żeśmy rzucili wszystko na ziemię i pobiegli. Znaczy się, tylko jednego my wiedzieli, ale gdzie jeden tam całe leże potworów. Prawdę gadali, że ten szlak już nieczynny...
Gambit spojrzał z tryumfem na Squall. Ta prychnęła, wyrwała z ziemi sztylet Malika uwalniając przybitego biedaka i warknęła do kupców:
- Spieprzać, póki mam dobry humor.
Posłuchali bez namysłu. Zniknęli w przeciwnym kierunku z którego przyszli. Piratka oddała felinowi jego sztylet wpatrując się z namysłem w ciemny las, z którego wybiegli kupcy.
- No to z kawy nici - powiedział kot. Squall nic nie mówiła. - Halo? Żyjesz? - dziewczyna otrząsnęła się nagle. - Coś ty tak zamarła jak słup soli?
Squall? Ruszamy do Hidden? x3
- Cóż to, kiciu? - zadrwiła. - Za mocne dla ciebie?
- Wiesz, jedyny napój który zwykle piję o poranku to porządna kawa - odparł.
- Wybacz, księciulku, nie mamy jej obecnie na stanie - kapitan uśmiechnęła się złośliwie, po czym nagle zmarszczyła brwi z namysłem. - W sumie...czemu by nie uzupełnić zapasów.
Demoniczny uśmiech dziewczyny wcale nie podobał się Gambitowi.
Szybko dotarli na ląd. Plan Squall zakładał, że niedaleko prowadził trakt kupiecki. Sztorm czekał w naturalnym doku, gdzie nikt nie powinien go znaleźć. Piratka natomiast ,,porwała" ze sobą swojego dzielnego majtka i ruszyli w las. Znalezienie owego traktu nie było wielkim wyzwaniem. Problem polegał na czym innym...
- Emmm...Pani kapitan? - zapytał niepewnie Malik.
- Czego? - rzuciła Squall szukając miejsca na zasadzkę.
- Nie jestem perfekcyjnym tropicielem, ale ten szlak wygląda na nieużywany i to od dłuższego czasu - Gambit spoglądał na szeroką drogę z powątpiewaniem.
- Za długo żeś drogi nie widział i bajdurzysz - odparła dziewczyna podciągając się na jednej z grubszych gałęzi. Po chwili już na niej siedziała okrakiem.
- Moja rodzinna wioska zajmowała się kupiectwem. Wiem na czym stoję - upierał się kot. - Stare koleiny po wozach zniekształcone przez deszcze, ślady butów i kopyt zanikły zupełnie, a przede wszystkim nigdzie nie ma świeżych oznak bytności. Coś mi tu śmierdzi i tym razem nie jest to ściera z pokładu.
Squall już miała zripostować stwierdzenie felina. Nagle jednak zamarła w bezruchu i spojrzała w górę szlaku, znikającego w ciemnym lesie. Malik również coś usłyszał. Kroki. Natychmiast skoczył z miejsca i podciągnął się znikając w gęstym listowiu. Usiadł na osobnej gałęzi, naprzeciwko dziewczyny.
- I co teraz? - syknął do Squall.
- Daj mi się zastanowić...Masz przy sobie jakąś broń?
Gambit pogładził swój szeroki sztylet po rękojeści. Wtedy przypomniał sobie o czymś jeszcze. Z sakwy przy pasie wyjął dwa okrągłe przedmioty. Piratka rozpoznała je natychmiast i uśmiechnęła się szeroko.
- Bomby dymne. Niezły pomysł - przyznała.
Malik rzucił jedną kapitan. Oboje czekali na odpowiedni moment. Gdy tylko pod ich drzewem przebiegła trójka ludzi, równocześnie cisnęli im pod nogi bomby dymne. Rozległ się trzask i ścieżkę zakryły geste opary szarego, gryzącego w oczy dymu. Niedoszli rabusie zeskoczyli na ziemię i w chwilę przygnietli do ziemi zaskoczonych ludzi...
I dopiero gdy dym opadł do obu dotarło, że napadli nie tych co trzeba. może i byli to kupcy, ale nie mieli przy sobie nic. Co ciekawsze, nie wyglądali nawet na ofiary napaści: ich ubranie było całe, a sakiewki dalej ciężkie. Po prostu ich towary szlak trafił.
- Co to ma znaczyć, do cholery?! - wrzasnęła zawiedziona Squall i cisnęła trzymanym za kołnierz biedakiem. Malik tymczasem w zamieszaniu jednego zdążył spętać za ręce, a drugi leżał przybity do ziemi sztyletem za rękaw drogiej kurty.
- Kim jesteście? - zapytał. - Kupcami?
Biedacy pokiwali gorliwie głowami.
- To czym wy handlujecie? Powietrzem? - piratka założyła ręce na piersi.
- Nie! - zaprzeczył ten spętany. - Tylko...no...nas okradli.
- Kto? - warknął Malik.
Wtedy ten ciśnięty przez Squall na trawę zdołał niezgrabnie wstać i pobiegł przed siebie tak szybko jak tylko mógł.
- ODMIEŃCY! - wrzeszczał. - WSZĘDZIE ODMIEŃCY!
- Co z nim nie tak? - rzucił sam do siebie felin.
Przesłuchiwany uznał to za pytanie i szybko udzielił odpowiedzi:
- Oni! Tak! Odmieńcy! To oni nas napadli! Tacy jak WY!
- Znaczy się...nie napadli - poprawił go przybity do ziemi. - To my żeśmy im towary oddali...Jakem tylko ich obaczyli, tośmy się tak przerazili, żeśmy rzucili wszystko na ziemię i pobiegli. Znaczy się, tylko jednego my wiedzieli, ale gdzie jeden tam całe leże potworów. Prawdę gadali, że ten szlak już nieczynny...
Gambit spojrzał z tryumfem na Squall. Ta prychnęła, wyrwała z ziemi sztylet Malika uwalniając przybitego biedaka i warknęła do kupców:
- Spieprzać, póki mam dobry humor.
Posłuchali bez namysłu. Zniknęli w przeciwnym kierunku z którego przyszli. Piratka oddała felinowi jego sztylet wpatrując się z namysłem w ciemny las, z którego wybiegli kupcy.
- No to z kawy nici - powiedział kot. Squall nic nie mówiła. - Halo? Żyjesz? - dziewczyna otrząsnęła się nagle. - Coś ty tak zamarła jak słup soli?
Squall? Ruszamy do Hidden? x3
Gwizdacz
Imię: Gwizdacz
Rasa: Koń. Szczegółowej nazwy rasy nawet jego właściciel nie zna. Wiadomo tylko, że to koń gorącokrwisty.
Wiek: 5 lat
Płeć: Samiec
Krótki opis: Nie jest to potężny, bojowy rumak. Jego pobratymców hodowano z myślą o gońcach i posłańcach. Miały być wytrzymałe i ,,lekkie", by szybko przebywać znaczne odległości w największych upałach. Gwidacz ma lśniącą kasztanowatą maść, przywodzi na myśl miedzianą figurkę. Ma charakter typowego złośliwca, który nie usłucha nikogo poza swoim właścicielem. Każdego nieproszonego gościa na grzbiecie szybko wita z glebą, a na wszelkie próby przekupstwa smakołykiem odpowiada ugryzieniem w wyciągniętą rękę. Na dodatek ogier zna kilka przydatnych sztuczek. Potrafi poruszać się niesamowicie (jak na konia) cicho, a w razie czego zastygnąć w całkowitym bezruchu. Najszybciej reaguje na gwizdy - stąd imię.
Właściciel: Halt Quicksilver
piątek, 23 października 2015
Gienah i Kraz
Imię: Gienah i Kraz (imiona dwóch najjaśniejszych gwiazd gwiazdozbioru kruka)
Rasa: Kruki
Wiek: 7lat
Płeć: Samiec i samiczka
Krótki opis: Pewien lekarz znalazł w lesie te dwa pisklęta, uratował je i odchował od tego czasu zawsze mu towarzyszą jak cienie. Między innymi dzięki tym ptakom do ich właściciela przylgło miano Kruka. Stworzenia są inteligentne i często pomagają swojemu panu. Gienah jest raczej negatywnie nastawiony do innych, ucieka od nich a w ostateczności umie dziabnąć. Kraz za to jest przeciwieństwem brata przymila się do każdego... każdego kto ma smakołyki.
Właściciel: Phester
Wierzyć oczom swym to najgłupsza z wiar...
Imię: Phester (czyt. Fester)
Nazwisko: Rodzina go wyklęła, więc jego nazwisko zostało wymazane.
Przydomek: Ludzie zwą go Krukiem.
Rasa: Wyższy wampir
Wiek: 689lat
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Mędrzec, Medyk
Aparycja: Ma on wysoką i wyprostowaną, ale mizerną sylwetkę. Zawsze nosi długi płaszcz, kapelusz i maskę. W rzeczywistości jedyną częścią ciała jaką można u niego zobaczyć są kościste dłonie. Nigdy owej maski nie zdejmuje, jedni twierdzą że jest on okropnie oszpecony bliznami, inni myślą że ta maska właściwie jest jego twarzą.Jego postać wszystkim kojarzy się z czarnym ptakiem, jakie mu towarzyszą.
Zdolności: Jest on bardzo dobrze wykształcony i posiada szeroką wiedzę w zakresie wielu dziedzin. Najlepiej jednak zna się na medycynie, zielarstwie i psychologii. Raczej nie umie walczyć, co jednak nie oznacza że jest bezbronny. Jest odporny na ogień, a wszystkie jego rany prędzej czy później zasklepiają się (choć może trwać to nawet dekady). Posiada moce umożliwiające mu manipulację ludźmi oraz uspokajanie zwierz, a także znikanie i bezszelestne przemieszczanie się.
Zainteresowania: Najbardziej lubi ciszę i spokój w której może spokojnie delektować się przyjemną lekturą i poszerzać swoją wiedzę. Może nie wygląda, ale pomaganie innym w aspektach medycznych również przysparza mu wiele przyjemności.
Charakter: Dla większości jest to postać zagadka. Jest on bardzo cichy i spokojny, nikt nigdy nie widział by się kiedykolwiek denerwował czy smucił. Zdaje się on wcale nie odczuwać emocji. Niezwykle powściągliwy i zimny w obyciu. Mimo to miły i opiekuńczy. Zwykł również czasem drwić czy też używać sarkazmu w niektórych przypadkach, choć normalnie jest szczery do bólu. Większości wydaje się straszny, możliwe że to wygląd i czarna aura, a możliwe że właśnie takie chłodne zachowanie. Jego charakter idealnie oddaje głos - zimny, płynny, opanowany i spokojny. Nie wywyższa się, choć posiada ogromną wiedze i mądrość którą nie jednego młodzieniaszka może zagiąć.
Historia: Phester to ten rodzaj wampira który się rodzi. Wychowywał się w samej stolicy Sorsiny gdzie wiele lat był związany z tamtejszą uczelnią w której się uczył, a później wykładał. Pamięta on bardzo dobrze czasy pokoju. Było to spokojne życie które prowadził wraz z rodziną. Miał wtedy również nawet narzeczoną. Do czasu... Gdy ostatni władca kraju umarł. Jego bliscy mieli duży wpływ na tamtejsze wydarzenia. Był on temu jednak bardzo przeciwny i po długiej kłótni postanowił odejść. Przez całą wojnę podróżował on pomagając tym którzy tego potrzebowali. Jego bliskim jednak to nie odpowiadało, uważali oni że wyższy nie może tak hańbić swojego imienia zniżając się do poziomu innych ras. A jako że mieli oni naprawdę duże wpływy u samej głowy państwa Phester był zmuszony ukrywać się i uciekać przed wojskami. Nie przeszkadzało to jednak w kontynuowaniu jego misji. W końcu jednak sytuacja zrobiła się zbyt gorąca więc postanowił przeczekać jakiś czas w Hidden.
Partner: Nigdy nie związał się z żadną na dłużej choć bardzo by chciał.
Rodzina: Owszem ma matkę, ojca i dwoje braci. Jednak ich drogi rozeszły się bardzo dawno temu.
Towarzysz: Gienah i Kraz
Towarzysz: Gienah i Kraz
Szczegóły: -Nie pije on krwi jak zwykłe wampiry, odżywia się jak normalni ludzie.
-Może ze spokojem wychodzić na słońce (i tak jest zakryty)
-Czosnek czy osinowe kołki też na niego nie działają.
-Jak wielu lekarzy nosi przy sobie mnóstwo ziół. Prócz roli farmaceutycznej zagłuszają one też charakterystyczną wampirzą woń.
-Może ze spokojem wychodzić na słońce (i tak jest zakryty)
-Czosnek czy osinowe kołki też na niego nie działają.
-Jak wielu lekarzy nosi przy sobie mnóstwo ziół. Prócz roli farmaceutycznej zagłuszają one też charakterystyczną wampirzą woń.
Autor: Ursa
poniedziałek, 19 października 2015
Od Squall c.d. Malika - Zaraz będzie brzeg
Dziewczyna ponownie zaklęła walcząc z złamaną stęgą (końcówka masztu). Gdyby nie to kontynuowałaby rejs z uśmiechem na ustach. W końcu walka z żywiołem również mogła być zabawą. Nie jednak przy takich uszkodzeniach. Za późno zareagowała i pierwsze uderzenie wiatru za mocno naciągnęło wanty, które złamały drewno niczym zapałkę. Mimo nieprzerwanego deszczu nie chowała się pod pokład. Musiała szybko opuścić ten port. Właściciele, czyli stacjonujące tu wojsko, mogło nie ucieszyć się z takiego gościa jak ona.
-Przynajmniej jedna gęba mniej.- Żachnęła się widząc jak zakapturzona postać wyprowadza konia na brzeg. Nie mógł być to kto inny jak Halt. Kapitan zamocowała kolejną linę na maszcie tak by w miarę możliwości unieruchomić złamanie. Teraz byle by łajba płynęła, a poważną naprawą zajmie się w bezpieczniejszym miejscu. Poklepała raz jeszcze omasztowanie i pocałowała je niczym matka dziecko.
-Już niedaleko, jeśli tę noc przepłyniesz zrobię tobie chwilę wolnego.- Mruknęła po czym skoczyła na staling, przebiegła po nim jak kot następnie zeskoczyła na pokład pośrednio łapiąc jednej z zwisających szot i wykonując salto. Gdy tylko się wyprostowała kichnęła głośno i pociągnęła nosem. Ostatnia godzina spędzona na deszczu i chłodzie zaczynała dawać się we znaki. To był w sumie jedyny powód dla którego Squall przed ponownym wypłynięciem zeszła do swojej kajuty. W pomieszczeniu panował głęboki półmrok. Mimo to zauważyła mały, kanciasty, czarny i błyszczący przedmiot na stole. Następnie poczuła w nozdrzach smród mokrej sierści.
-Miałam nadzieję że zabierzesz tę złodziejską dupę wraz z Haltem... Sierściuchu...- Uśmiechnęła się ukazując białe kły i błyskając demonicznymi oczami.
-To tak się dziękuję za odnalezienie zguby?- Gambit wyszedł z cienia.
-Odnalezienie? Nie... Ale za kradzież owszem.- Odpowiedziała sięgając po karafkę z rumem, nawet nie spojrzała na kieliszek. Pociągnęła tylko długi łyk trunku i westchnęła ocierając brodę. Kot nie spuszczał z niej bacznego spojrzenia. Squall już wiedziała o co może mu chodzić.
-Nie jesteś pierwszym...- Mruknęła w końcu, nie zmieniając swojego diablego uśmiechu. Gość nie odpowiedział, jednak uniósł pytająco brew. -Kim jestem? Demon? Kotołak? Wampir? Zjawa? Daruj sobie. Nie takie opowieści krążą po portach oraz między pozostawionymi za mną zgliszczami. Masz szczęście że prócz tego co o mnie mówią. Nadal lubię zabawić się w człowieka. Może to właśnie dlatego zgodziłam się zabrać na łajbę ciebie i tego drugiego. Nie licz jednak że płyniesz bez zapłaty. A jeśli raz jeszcze spróbujesz wydobyć coś ode mnie. Pamiętaj... Cena rośnie...- Gambit miał przez moment wrażenie, że nie tylko jej kły się wydłużyły.
-A na razie.- Wcisnęła mu w łapy ścierkę i wiadro. -Dawno nie było tutaj załogi, a zęza sama się nie umyje.- Uśmiech nieco się zmienił, teraz był po prostu wredny.
-Co się nie umyje?- Uniósł ponownie brew. Już po chwili stali pod pokładem, nad wejściem do najniższego pokładu - zęzy. Felin aż zmarszczył nos czując ten smród.
-Nie zmieszczę się- Postarał się wyłgać, na co kapitan wepchnęła do dziury.
-Jesteś kotem, więc wszędzie wleziesz. I nie zapominaj o "Pani kapitan".- Wrzuciła mu ścierkę i wyszła na pokład by znów wyjść na morze. Przede wszystkim nie chciała by kotowaty pałętał jej się pod nogami. Poza tym mógł powoli zaczynać się odpłacać za niezostawienie go na wyspie. Teraz gdy była prawie sama, mogła skupić się jedynie na żegludze. Łajba zaskrzypiała, żagiel załopotał i Sztorm znów znalazł się na otwartych wodach.
Squall zmarszczyła nos przez sen i leniwie otworzyła oczy. Słońce było na niebie, a tafla wody gładka. Dziewczyna podniosła się z koła sterowego, na którym się opierała śpiąc. Wiedziała że jacht po pokonaniu burzy sam sobie poradzi.
-Pani kapitan!- Z dolnego pokładu rozległo się wołanie, a przy okazji udało się namierzyć źródło nieprzyjemnego zapachu. -Nienawidzę pani...- Fuknął rzucając ścierkę z złością za burtę. Szatynka z trudem powstrzymywała śmiech widząc naburmuszonego "majtka".
-Ten chlew tam na dole został wysprzątany jak kazałaś. A teraz idę się wymyć.- Wycedził z wymuszoną grzecznością i w jak najbardziej obraźliwy sposób ukłonił się i odszedł z skrzypieniem mokrych butów i zostawiając brudne plamy.
-A jak skończysz się wylizywać to posprzątaj po sobie pokład.- Zaśmiała się. Gdy tamten zajmował się swoimi zadaniami. Squall zeszła na moment do kajuty wyliczyć i zaznaczyć na mapie tę końcówkę trasy. Gdy skończyła ponownie wyszła na pokład.
-Za godzinkę dobijamy. I zanim zaczniesz marudzić, ostrzegam, gdy tylko dobijemy. Nie mam ochoty widzieć cię ani sekundy dłużej na mojej łajbie. A na razie łap kocie- Rzuciła towarzyszowi flaszkę, a swoją odkorkowała zębami i wypluła korek.
-Zdrowie.- Uniosła butelkę i uśmiechnęła się.
<Malik? Na lądzie też będzie co robić :D>
-Przynajmniej jedna gęba mniej.- Żachnęła się widząc jak zakapturzona postać wyprowadza konia na brzeg. Nie mógł być to kto inny jak Halt. Kapitan zamocowała kolejną linę na maszcie tak by w miarę możliwości unieruchomić złamanie. Teraz byle by łajba płynęła, a poważną naprawą zajmie się w bezpieczniejszym miejscu. Poklepała raz jeszcze omasztowanie i pocałowała je niczym matka dziecko.
-Już niedaleko, jeśli tę noc przepłyniesz zrobię tobie chwilę wolnego.- Mruknęła po czym skoczyła na staling, przebiegła po nim jak kot następnie zeskoczyła na pokład pośrednio łapiąc jednej z zwisających szot i wykonując salto. Gdy tylko się wyprostowała kichnęła głośno i pociągnęła nosem. Ostatnia godzina spędzona na deszczu i chłodzie zaczynała dawać się we znaki. To był w sumie jedyny powód dla którego Squall przed ponownym wypłynięciem zeszła do swojej kajuty. W pomieszczeniu panował głęboki półmrok. Mimo to zauważyła mały, kanciasty, czarny i błyszczący przedmiot na stole. Następnie poczuła w nozdrzach smród mokrej sierści.
-Miałam nadzieję że zabierzesz tę złodziejską dupę wraz z Haltem... Sierściuchu...- Uśmiechnęła się ukazując białe kły i błyskając demonicznymi oczami.
-To tak się dziękuję za odnalezienie zguby?- Gambit wyszedł z cienia.
-Odnalezienie? Nie... Ale za kradzież owszem.- Odpowiedziała sięgając po karafkę z rumem, nawet nie spojrzała na kieliszek. Pociągnęła tylko długi łyk trunku i westchnęła ocierając brodę. Kot nie spuszczał z niej bacznego spojrzenia. Squall już wiedziała o co może mu chodzić.
-Nie jesteś pierwszym...- Mruknęła w końcu, nie zmieniając swojego diablego uśmiechu. Gość nie odpowiedział, jednak uniósł pytająco brew. -Kim jestem? Demon? Kotołak? Wampir? Zjawa? Daruj sobie. Nie takie opowieści krążą po portach oraz między pozostawionymi za mną zgliszczami. Masz szczęście że prócz tego co o mnie mówią. Nadal lubię zabawić się w człowieka. Może to właśnie dlatego zgodziłam się zabrać na łajbę ciebie i tego drugiego. Nie licz jednak że płyniesz bez zapłaty. A jeśli raz jeszcze spróbujesz wydobyć coś ode mnie. Pamiętaj... Cena rośnie...- Gambit miał przez moment wrażenie, że nie tylko jej kły się wydłużyły.
-A na razie.- Wcisnęła mu w łapy ścierkę i wiadro. -Dawno nie było tutaj załogi, a zęza sama się nie umyje.- Uśmiech nieco się zmienił, teraz był po prostu wredny.
-Co się nie umyje?- Uniósł ponownie brew. Już po chwili stali pod pokładem, nad wejściem do najniższego pokładu - zęzy. Felin aż zmarszczył nos czując ten smród.
-Nie zmieszczę się- Postarał się wyłgać, na co kapitan wepchnęła do dziury.
-Jesteś kotem, więc wszędzie wleziesz. I nie zapominaj o "Pani kapitan".- Wrzuciła mu ścierkę i wyszła na pokład by znów wyjść na morze. Przede wszystkim nie chciała by kotowaty pałętał jej się pod nogami. Poza tym mógł powoli zaczynać się odpłacać za niezostawienie go na wyspie. Teraz gdy była prawie sama, mogła skupić się jedynie na żegludze. Łajba zaskrzypiała, żagiel załopotał i Sztorm znów znalazł się na otwartych wodach.
Squall zmarszczyła nos przez sen i leniwie otworzyła oczy. Słońce było na niebie, a tafla wody gładka. Dziewczyna podniosła się z koła sterowego, na którym się opierała śpiąc. Wiedziała że jacht po pokonaniu burzy sam sobie poradzi.
-Pani kapitan!- Z dolnego pokładu rozległo się wołanie, a przy okazji udało się namierzyć źródło nieprzyjemnego zapachu. -Nienawidzę pani...- Fuknął rzucając ścierkę z złością za burtę. Szatynka z trudem powstrzymywała śmiech widząc naburmuszonego "majtka".
-Ten chlew tam na dole został wysprzątany jak kazałaś. A teraz idę się wymyć.- Wycedził z wymuszoną grzecznością i w jak najbardziej obraźliwy sposób ukłonił się i odszedł z skrzypieniem mokrych butów i zostawiając brudne plamy.
-A jak skończysz się wylizywać to posprzątaj po sobie pokład.- Zaśmiała się. Gdy tamten zajmował się swoimi zadaniami. Squall zeszła na moment do kajuty wyliczyć i zaznaczyć na mapie tę końcówkę trasy. Gdy skończyła ponownie wyszła na pokład.
-Za godzinkę dobijamy. I zanim zaczniesz marudzić, ostrzegam, gdy tylko dobijemy. Nie mam ochoty widzieć cię ani sekundy dłużej na mojej łajbie. A na razie łap kocie- Rzuciła towarzyszowi flaszkę, a swoją odkorkowała zębami i wypluła korek.
-Zdrowie.- Uniosła butelkę i uśmiechnęła się.
<Malik? Na lądzie też będzie co robić :D>
I po niedzieli...
Niedziela minęła, poniedziałek już trwa, więc czas pożegnać kilka osób które nie odpowiedziały, a tym samym uważa je się za zaginione i raczej już nic tu nie napiszą. Na szcęście znalazło się kilku takich co nadal są chętni do pisania i mam nadzieję że po tym poście zapełni się tu od waszych opowiastek :)
A konkretnie są to:
NyanCat^._.^~ - Mild Aldre , Halt Quicksilver i Malik Seley el'then
Shadow333 - Ashlotte Cleverraven
keiraKD - Viserany Bherini
Są też dwie osoby które się nie określiły czyli:
Margo5 - Havar
MrsAnglel20 - Emma Singer
Niestety ale są też tacy na których się szczerze zawiodłam...:
pimik - Hina Kselash, Teroth Kythsawern
Umbra - Creavit, Odayakana Seakantai
Ko Ta - Risu Shito Kagayak, Dean Blackmoon
I ostatnia osoba, która postanowiła nas zostawić, ale miała na tyle odwagi powiedzieć o tym:
Ania0078 - Shinori Tekeia i Blade
Tym samym nasze szeregi uszczuplały zaledwie do 9 postaci... Tak więc zaczynamy nabór na nowo!
Wszystkie postaci "ocalałe" które pisały z tymi których już nie ma niech zaczną nowe historie tak jakby tamte nigdy nie istniały (bo i tak zostaną usunięte).
To na razie było by na tyle, miejmy nadzieje że tym razem wstaniemy z popiołów już na dobre :D
~Ursa
ps. Kto chce może mieć teraz towarzysza :D
A konkretnie są to:
NyanCat^._.^~ - Mild Aldre , Halt Quicksilver i Malik Seley el'then
Shadow333 - Ashlotte Cleverraven
keiraKD - Viserany Bherini
Są też dwie osoby które się nie określiły czyli:
Margo5 - Havar
MrsAnglel20 - Emma Singer
Niestety ale są też tacy na których się szczerze zawiodłam...:
pimik - Hina Kselash, Teroth Kythsawern
Umbra - Creavit, Odayakana Seakantai
Ko Ta - Risu Shito Kagayak, Dean Blackmoon
I ostatnia osoba, która postanowiła nas zostawić, ale miała na tyle odwagi powiedzieć o tym:
Ania0078 - Shinori Tekeia i Blade
Tym samym nasze szeregi uszczuplały zaledwie do 9 postaci... Tak więc zaczynamy nabór na nowo!
Wszystkie postaci "ocalałe" które pisały z tymi których już nie ma niech zaczną nowe historie tak jakby tamte nigdy nie istniały (bo i tak zostaną usunięte).
To na razie było by na tyle, miejmy nadzieje że tym razem wstaniemy z popiołów już na dobre :D
~Ursa
ps. Kto chce może mieć teraz towarzysza :D
środa, 14 października 2015
Od Halta CD Viserany - Żeńska duma i upór...
Halt z powątpiewaniem spojrzał na leżącą na ziemi Viserany. Dziewczyna śmiała się. Nie był jednak pewny czy z niego, czy obok niego. Podniósł pytająco brew.
- Ona tak zawsze? - pytanie skierował bardziej do Mild i Ashlotte niż do Vis.
Elfka wzruszyła ramionami. Ash nie odezwała się dalej polerując szablę.
- Po coś drzwi otwierał? - rzuciła Viserany dalej leżąc.
- Chciałem iść po coś do jedzenia do gospody - wyjaśnił.
Wyciągnął rękę w geście pomocy. Dziewczyna jednak odtrąciła ją i wstała samodzielnie. Łucznik wzruszył ramionami, narzucił na głowę kaptur i wyszedł w noc.
Wrócił niedługo potem. Właściciele gospody byli bardzo miłymi ludźmi. Nie była to najzwyklejsza obskurna tawerna w której przesiadywali głównie pijacy. Tu przesiadywali ludzie spokojni i kulturalni, którzy znali umiar w piciu. A więc głównie zmęczeni pracą w polu chłopi, kupcy, czasem trafiał się jakiś bogatszy mieszczanin. Mijając straż Halt naciągnął lekko kaptur. Nie był pewny czy nie jest przypadkiem dalej ścigany, choć nie pamiętał by kiedykolwiek był w tej mieścinie. Ale przezorny jest zawsze ubezpieczony.
Wszedł do stajni z dwoma małymi pakunkami z jedzeniem. Jeden zostawił na dalszą podróż, drugi zaniósł na tyły stajni.
- Smacznego - powiedział i bez ostrzeżenia rzucił do zamyślonej Mild świeżą bułkę. Dziewczyna złapała ją zaskoczona w ostatniej chwili. Halt podniósł brwi i dodał z uznaniem: - Niezły refleks.
Rzucił też pieczywo Ashlotte i wyciągnął kolejny wypiek dla Viserany, która siedziała najbliżej.
- Podziękuję - powiedziała z tajemniczym uśmieszkiem.
- Na diecie jesteś? - rzucił kąśliwie łucznik, choć jak dla niego dziewczyna była aż niezdrowo chuda. Nie nalegał jednak. Trudno. Więcej zostanie na drogę.
Viserany zmrużyła oczy w geście ,,Nie pozwalaj sobie, bo źle na tym wyjdziesz". Bawiła się przy tym sztyletem, co ostatecznie dało pożądany efekt i Halt zdecydował się nie drążyć tematu. Wyłożył się z powrotem na słomie. Sam zjadł już wcześniej i nie czuł głodu. Nie dane mu było jednak długo leżeć sobie w spokoju.
- Czemu nie siedzisz w gospodzie, skoro podobno zapłaciłeś za nocleg? - rzuciła jakby od niechcenia Ashlotte.
Halt podniósł lekko głowę. Zastanowił się nad odpowiedzią.
- Lubię towarzystwo podobnych sobie - stwierdził po chwili i nie urozmaicał już swojej wypowiedzi.
- A do czego ci łuk? - to pytanie padło z ust Mild.
- Do strzelania? - odparł głupkowato łucznik.
- Nie o to mi chodzi - elfkę nieco oburzyło potraktowanie jej pytania niepoważnie. - Łuk to broń dystansowa, a założę się, że podróżujesz głównie przez miasta. Strzelanie w razie czego w takim tłoku z długiego łuku raczej nie jest zbyt pomocne.
Halt uśmiechnął się lekko.
- No proszę. Czyli nie nosisz miecza dla ozdoby - przyznał. - Owszem, dla każdego zwykłego łucznika byłby to raczej średni pomysł.
- Zwykłego? - prychnęła Viserany. - A dlaczego ty jesteś niby niezwykłym?
- Chcesz się przekonać? - głos Halta brzmiał wyzywająco. - Rano na pewno przestanie padać, a przed stajnią jest sporo miejsca na mały pojedynek strzelecki. Co ty na to?
Viserany? x3
Słowo się żekło...
Cóż blog umarł... co mi sie bardzo nie podoba. Przyznaje sama nie miałam ostatnio czasu żeby się tym zająć. Ale teraz już mam czas i teraz się tym zajmę... *złowieszczy uśmieszek*
Otóż mój plan wygląda następująco, blog zostanie zrestartowany, usunę w nim wszystko do niedzieli (18 X). Wszystko co nie zostanie mi zgłoszone żeby to zostawić... Ja wyśle wam wszystkim wiadomość na hw i będę oczekiwała odpowiedzi czy zostają wasze postaci? Czy zostają wasze opowiadania. Wszystko co nie zostanie mi do tego czasu zgłoszone będzie już stracone na wieki wieków amen. (żart... do końca miesiąca będzie w archiwum później samo zniknie).
A i tylko ostatnia sprawa... hw PhoenixA zostanie usunięte... Od dziś wszystko wysyłacie na mój prywatny hw- Ursa (co do Nyana... to sama jeszcze nie wiem, długo było nic, więc jeszcze muszę ją zapytać czy nadal chce współpracować)
To chyba będzie na tyle... Wiek feniksa (miejmy nadzieję) znów wstanie z popiołów. :D
~Ursa
Otóż mój plan wygląda następująco, blog zostanie zrestartowany, usunę w nim wszystko do niedzieli (18 X). Wszystko co nie zostanie mi zgłoszone żeby to zostawić... Ja wyśle wam wszystkim wiadomość na hw i będę oczekiwała odpowiedzi czy zostają wasze postaci? Czy zostają wasze opowiadania. Wszystko co nie zostanie mi do tego czasu zgłoszone będzie już stracone na wieki wieków amen. (żart... do końca miesiąca będzie w archiwum później samo zniknie).
A i tylko ostatnia sprawa... hw PhoenixA zostanie usunięte... Od dziś wszystko wysyłacie na mój prywatny hw- Ursa (co do Nyana... to sama jeszcze nie wiem, długo było nic, więc jeszcze muszę ją zapytać czy nadal chce współpracować)
To chyba będzie na tyle... Wiek feniksa (miejmy nadzieję) znów wstanie z popiołów. :D
~Ursa
Subskrybuj:
Posty (Atom)




