Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashlotte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashlotte. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Od Ashlotte cd Squall - Co kryje się w górach?

Nie rozumiałam za bardzo, dlaczego kotopodobny ubolewa nad stratą napoju jakim jest kawa. Nigdy specjalnie mi nie smakowała. Po względnym opanowaniu sytuacji odezwał się Halt, przedstawiając nam (to znaczy osobom, które nie miały wcześniej wątpliwej przyjemności się z nią zapoznać) kolejną osobę, której wcześniej nie było.
- Panie i Panowie, macie przyjemność poznać wielmożną władczynię mórz i oceanów, a przy okazji niezrównaną w swoim fachu egoistkę - Squall. - Powiedział z ironią i przekąsem łucznik. Na te słowa (jak się domyśliłam) piratka poderwała się natychmiast.
- Jeszcze słowo, a osobiście dopilnuję żeby Cię pożarły rekiny, kiedy następnym razem władujesz mi się na statek. - "Kto się czubi, ten się lubi" - od razu przyszło mi na myśl. Każdy z nas przedstawił się jeszcze raz i można było stwierdzić, że mniej więcej wiemy kto jest kto.
Cóż, cała sytuacja wydała mi się raczej zabawną. Oprócz jednego szczegółu. Zakurzonym przedmiotem, który sprawił tyle kłopotów, a którego pozwoliłam sobie bez pytania obejrzeć - był stary, pożółkły i zniszczony już nieco zwój. Zwój dotyczył linaktropii. Mogły znajdować się tam cenne informacje, które pozwoliłyby mi na kontrolowanie tego czegoś co siedziało wewnątrz mnie. Potwora. W pośpiechu upuściłam tak ważne dla mnie znalezisko i teraz leżało sobie gdzieś na podłodze w tej zakopconej chacie. Całe szczęście, że ten cały kruczy medyk ugasił pożar. W zasadzie to podziwiam go. Ten jego stoicki spokój, aurę tajemniczości i ten dziwny pierwotny strach, który wywołuje. Założę się, że nie tylko mnie przeszedł dreszcz, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. Oczywiście żadne z nas się do tego nie przyzna, zwłaszcza, że mężczyzna jest niezwykle uprzejmy. Trafiłam do dziwnego grona osób. Mała, jednak waleczna elfka, głośna dziewczyna kłócąca się ciągle z lubującym się w kapturach łucznikiem, lekarz z ptasią maską, tajemnicza dziewczyna z chustą na twarzy, wielki, chodzący na dwóch łapach kot, "tutejszy władca" - posiadacz rogów, kobieta wyglądająca jakby ją zdjęto ze statku pirackiego i smok. Teraz już jest nas łącznie dziesięcioro. Nigdy nie lubiłam przebywać w tak licznym towarzystwie, ale, o dziwo z nimi było całkiem...całkiem.... Nie jestem pewna jak to określić....fajnie? To takie prostackie słowo. Jednak frasowała mnie jeszcze jedna rzecz - moje ubrania. Całe czarne. I śmierdziałam dymem. I kawą. Od kawy zdecydowanie bardziej wolę herbatę. Śmiem twierdzić, że żadne z obecnych tutaj nie posiadało w swym ekwipunku perfum, czy choćby zwykłej wody toaletowej. Całe szczęście w poprzednim mieście zaopatrzyłam się w niezbędny flakonik pełen cudownego zapachu. Wyjęłam go z sakiewki, był niewielki, zajmował wyjątkowo mało miejsca, po czym zaczęłam bezceremonialnie opryskiwać się mgiełką słodkiej woni. Duży kocur, o ile dobrze pamiętam - Malik, natychmiastowo przerwał opłakiwanie ukochanego napoju, prychnął głośno i odskoczył niemalże na drugi koniec polany. Cała reszta zaśmiała się, bądź zachichotała chórem.
- Ja zamiast pryskać się pachnidełkami, proponowałabym zmyć tą sadzę w jakiejś rzece, czy czymś. - Wtrąciła Viserany, chociaż jej prawdopodobnie bród nie przeszkadzał tak bardzo jak mi.
- Mamy tutaj wodę, spokojnie, wszyscy będziecie mogli się umyć, gdy tylko budynek trochę się przewietrzy. - Odparł Atlant, właściciel domu. Ta wiadomość niesamowicie mnie ucieszyła, chociaż nie dałam tego po sobie poznać. Z braku zajęcia część towarzystwa wznowiła przygotowywanie ogniska, przytaszczyli jakieś pnie, lub duże kamienie, by każdy z nas miał gdzie usiąść. Ja zajęłam się czesaniem mojej klaczy, stałam na uboczu przyglądając się od czasu do czasu reszcie. Każdy tutaj wygląda raczej na samotnika, no może z wyjątkiem dwóch, trzech osób, a jednak wszyscy trafiliśmy tutaj z jakiegoś powodu. Tak myślę. Przeznaczenie bywa silne, tak silne, że gromadzi grupkę zupełnie obcych sobie, i różnych od siebie stworzeń w jednym miejscu. Moje przemyślenia przerwał nagle głośny trzepot kilkuset skrzydeł. Ogromne stado ptaków, przeróżnych gatunków przeleciało nagle nad naszymi głowami.
- Co...do.... - Mruknęła Squall wpatrując się w niebo.
- To nie wróży nic dobrego. - Stanowczo stwierdziła Lisbeth - dziewczyna z chustą na twarzy. Myślę, że jednak każdy z nas zdawał sobie z tego sprawę. Coś wydarzyło się w jakiejś odległości od nas i nie było to nic pozytywnego.
-...Co robimy? - Zapytała mała elfka, z nutką niepokoju w głosie.
- Na razie najlepiej nic. Te ptaki mają za sobą już kilka godzin drogi, coś musiało bardzo je wystraszyć, ale miało miejsce daleko stąd. Za górami. - Odpowiedział, jak zwykle spokojnym głosem Phester. Faktycznie, kierunek lotu wskazywał na to, że przyleciały znad gór, ponadto wyglądały na zmęczone.
- Tylko dlaczego nie zatrzymały się wcześniej?... - Halt zmrużył oczy nadal patrząc na oddalające się stado.
- Ptaki już tak mają, jak się czegoś wystraszą to lecą przed siebie póki nie wyda im się, że jest już bezpiecznie. A w tych górach raczej nie jest bezpiecznie. - Odparł Atlant.
- ...Co masz na myśli?
- No... Żyją tam różne nieciekawe stworzenia. Ale góry wystarczająco daleko, nic tutaj nie przyjdzie, raczej nie musicie się martwić. - Uśmiechnął się rogaty.
- Jakie "nieciekawe stworzenia"? - twarz Visty wyrażała bardziej zaciekawienie, niż strach.
- Mantikory, strzygi, bazyliszki, demony, stada dzikich likantropów, - na te słowa skrzywiłam się lekko, mam nadzieję, że nikt tego nie zauważył - samotne wiedźmy i wiele innych, nienazwanych jeszcze istot. Mało kto się tam zapuszcza.
~Niedawno byłem w ich pobliżu~ - rozbrzmiał w głowach wszystkich głos smoka - Frelsera. Swoją drogą, ze wszystkich towarzyszy, którzy mieli przyjemność być tu razem ze mną, on był najbardziej niezwykły. Piękny. Smoki od zawsze mnie fascynowały, ale zawsze trzymały się daleko. Oczywiście mówię o dzikich smokach, do tych hodowlanych nie miałam nawet okazji się zbliżyć. Jednak miałam wrażanie, że Frelser mi nie ufa, a przynajmniej mnie unika. Ciekawe czemu.
- I co? Widziałeś jakąś wiedźmę? - Zapytała z nieco drwiącym uśmiechem Squall. Smok zatrzepotał skrzydłami.
~Przecież mówię, że byłem w pobliżu! Wolałem nie podlatywać, bo czułem, że nie czeka tam nic dobrego~
Skończyliśmy rozmowę o górach, ponieważ okazało się, że o dziwo jest już wieczór, a słońce zaszło parę minut temu. Atlant rozpalił ognisko używając swoich mocy, tym razem nie podpalając przy okazji całego lasu. Na szczęście. W trakcie rozpalania skupiłam wszystkie zmysły na unikaniu wszelkiego kurzu. Tak na wszelki wypadek.
Wszyscy usiedliśmy dookoła paleniska, na kamieniach i pieńkach.
- Ej, a co z jedzeniem? Chyba nie będziemy siedzieć przy ognisku bez żadnego żarcia? - Halt rozejrzał się błagająco.
- Wolałbym napić się kawy... - Jęknął Malik.
- Jak jesteś śpiący, to droga wolna. Nikt cię tu nie trzyma. - Powiedziała Squall drapiąc się po policzku.
- Nie o to chooodzi... - Wbrew swoim słowom, kocur ziewnął przeciągle.
- Kawy raczej już nie ma... - W tym momencie "właściciel" krainy zrobił jakby pauzę, przypominając sobie wcześniejsze wydarzenia, przez które tę kawę straciliśmy - Ale gdzieś w domu powinno być schowane jeszcze jakieś jedzenie. Pod stołem była klapa do piwnicy...
- Ja pójdę! - Wstałam nagle. Nikt się tego po mnie raczej nie spodziewał. Jednak przypomniałam sobie o zwoju. On musi gdzieś tam być, a ja muszę go znaleźć. Nikt nie zaprotestował, więc ruszyłam w stronę budynku. Za moimi plecami znowu rozległa się wrzawa rozmowy. Weszłam do środka. Podłoga była czarna. Nie jestem pewna, czy to przez wylaną kawę, czy po prostu się zwęgliła. Nie dostrzegłam zwoju. Klęknęłam i zaczęłam przeszukiwać każdy skrawek pomieszczenia. Zajęło mi to trochę czasu, liczyłam na to, że nikt tego nie zauważy, ale w końcu miałam przynieść jedzenie... Odnalazłam go wreszcie. Nie powstrzymałam ciekawości i rozwinęłam go czytając zawartość. Nie przeczytałam nawet dwóch zdań, gdy do chaty ktoś wszedł.
- Co z tym jedzeniem?

Przepraszam, że tyle nie pisałam, ale już jestem. Too... Ktoś miałby ochotę odpisać? C:

środa, 9 września 2015

Od Ashlotte CD Emmy, Mild i Viserany - Poopowiadajmy straszne historie.

Cóż, chciałam trafić jedynie do miasta, w którym znalazłby się jakiś przytulny nocleg, a trafiłam na awanturę...
- Arogancka. - skwitowałam gdy wyjątkowo pewna siebie kokietka odeszła ze swoim nowym "towarzyszem".
- Arogancka?! To paskudna lafirynda! W dodatku ma się za nie wiadomo kogo! Argh... - Viserany warknęła ze złością. Skierowałam swój wzrok na małą Mild.
- Wszystko w porządku? - W zasadzie nie obchodziło mnie to za bardzo, ale elfka trzęsła się lekko, więc wolałam zapytać.
- Ja... Zgadzam się z Tobą co do słowa. - Momentalnie zacisnęła drobne dłonie w piąstki, a zawstydzenie zastąpił kamienny wyraz twarzy. Nie sądziłam, że potrafi zebrać się do kupy.
- Więc... Chyba nadszedł czas rozstania. Jesteśmy w miasteczku, prawda? - Spróbowałam zmienić temat i przy okazji pozbyć się nowo poznanych.
- Tak, to miasteczko. - Vis uspokoiła się nieco - Zdaje się, że dzisiaj mają jakieś targi, czy coś. W każdym razie chyba otworzyli bazar. - Wskazała na całą masę straganów stojących nieopodal. - Ale chyba długo nie posprzedają, bo pogoda jak pod psem. - Rzeczywiście na niebie było więcej szarości niż błękitu.
- Ile owoców! - Mild zaklaskała wesoło i podbiegła bliżej, całe szczęście chyba przeszła jej złość. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że kompletnie nie potrafię się tutaj poruszać. To znaczy wokół straganów zgromadziło się sporo ludzi co nie sprzyjało przeprowadzeniu konia, musiałabym obejść wszystko dookoła, ale to i tak nie oznaczałoby, że w tamtej części miasta znalazłabym gospodę, w której mogłabym się zatrzymać. Błądzenie nie sprzyjało mi specjalnie, gdyż w każdej chwili mógł złapać mnie deszcz. Chyba znowu byłam zmuszona poprosić o pomoc tę chłopczycę.
- Um... Czy wiesz może, gdzie można się tutaj zatrzymać na noc?
- Gospoda ze stajnią, co? - Vis kiwnęła głową w stronę mojego rumaka i uśmiechnęła się pod nosem.
- Dokładnie.
- Pewnie coś się znajdzie... Dawno tu nie byłam, ale z tego co pamiętam... Za dużo by tłumaczyć, po prostu chodź za mną. - Ruszyła pewnym krokiem w jedną z bocznych ulic, a ja za nią.
- Zaczekajcie! - Elfka biegła w naszą stronę z kilkoma siatkami dojrzałych, niesamowicie smacznie wyglądających owoców.
- Nieźle się obkupiłaś młoda. - Zaśmiała się Viserany, a zaraz po niej Mild. Wyglądały jakby dobrze się ze sobą dogadywały.
Wkrótce dotarłyśmy na miejsce, nie był to raczej na luksusowy hotel, zwykła chata i oddalona od niej ze sto metrów drewniana stajnia, ale cóż, jestem tu tylko przejazdem, na jeden nocleg musi wystarczyć. Dogadałam się z właścicielami i po chwili mogłam już spokojnie rozsiodłać Leonorę i zaprowadzić ją na zasłużony odpoczynek.
- Od dawna podróżujesz? - Usłyszałam głos za sobą, byłam pewna, że one opuściły już to miejsce... Mała elfka przechyliła głowę w bok oczekując na odpowiedź.
- Praktycznie od urodzenia. - skłamałam, chociaż zrobiłam to trochę nieświadomie. - A Wy... Nie wracacie do domu...lasu... Czy gdzie tam mieszkacie?
- W taką pogodę? Po za tym... Nie mieszkamy razem... - Mild zmieszała się trochę i spojrzała w stronę okna, okazało się, że gdy ja spokojnie rozsiodływałam moją klacz na dworze rozpętała się niezła burza. Zagrzmiało groźnie, gdy Viserany weszła do środka stajni, cała przemoczona.
- Z cukru nie jestem, ale zerwał się taki wiatr, że ja pierdziele!
Westchnęłam zrezygnowana, będę skazana na ich towarzystwo jeszcze przez jakiś czas. Obraz na zewnątrz faktycznie przypominał apokalipsę. Drzewa pod naporem wiatru uginały się prawie do samej ziemi, cały czas błyskały pioruny, a ciszę co chwilę przerywał głośny huk. Dziesięć minut później wszystkie trzy siedziałyśmy na słomie w pustym boksie. Po prostu świetnie. Otaczała nas ciemność, tylko delikatne światło starej świecy, którą znalazłam gdzieś w kącie rozpraszało ją odrobinę. Zapanowała nieco niezręczna cisza.
- Hmm... Mam pomysł. - Ostre jak brzytwa zęby Viserany zabłysły w uśmiechu - Może by tak poopowiadać jakieś straszne historie o duchach, czy czymś?
Rzeczywiście, klimat pasował idealnie, a ja znałam wiele miejskich legend, toteż zaklaskałam delikatnie i uśmiechnęłam się pod nosem.
- Świetnie. Ja pierwsza. - Zmrużyłam powieki i ściszyłam głos do szeptu - Istnieje pewna legenda... O demonie. Demon ten żywi się strachem i śmiercią. Powiadają, że nie posiada on ust, a jego oczodoły są zupełnie puste. Pojawia się zawsze, gdy wypowie się jego imię. Pod warunkiem, że przebywa się w zamkniętym, ciemnym pomieszczeniu. Zaczyna się od trzech puknięć. Gdziekolwiek będziecie, usłyszycie trzy puknięcia. Od ostatniego z nich macie równe sześćdziesiąt sześć sekund żeby zgasić wszystkie światła w pobliżu i usypać dookoła siebie krąg z soli. Jeśli zdążycie jesteście bezpieczne, musicie zostać w środku koła do następnego wschodu słońca. Co prawda w ciemności będą pojawiały się różne przerażające obrazy jak i dźwięki, jednak pod żadnym pozorem nie możecie zapalić światła, ani wyjść z kręgu. Jednak jeżeli krąg zostanie przerwany, opuścicie go zbyt wcześnie, lub co gorsza nie zdążycie go usypać, albo zgasić światła na czas, wtedy będziecie musiały zmierzyć się z czymś najbardziej przerażającym w całym piekle. Usłyszycie śmiech, prawdziwy rechot, a później okropnie głośny pisk w głowie. Tak głośny, że bez wątpienia skulicie się trzymając za głowę. Wtedy ON wejdzie do środka i po pokazaniu Wam najgorszych, najbardziej krwawych i przerażających wizji wydłubie Wam oczy, odetnie język, a na końcu przebije serce. Wtedy cały budynek w jakim przebywałyście spłonie razem z Waszymi zwłokami i pozostałymi mieszkańcami. - Na zewnątrz ponownie rozległ się głośny huk. Uśmiechnęłam się szerzej widząc, że moja historia zrobiła wrażenie na obu dziewczynach. Zanim którakolwiek z nich zdążyła się odezwać, kontynuowałam - A jego imię brzmi... Diabhal.

Puk! Puk! Puk!

Rytmiczny, głośny dźwięk rozległ się nagle z całej stajni, a wszystkie konie zaczęły kopać i rżeć w swoich boksach. Przeszły mnie ciarki i pojawiła się gęsia skórka, chociaż nie pokazywałam tego po sobie.
- To... to nie jest śmieszne, Ash... - Odezwała się mała elfka zakrywając usta dłońmi.
- Zluzujcie, przecież to nie może być... - Zaczęła Vis, jednak urwała, gdy zobaczyła jak wstaję i kieruję się w stronę drzwi. Jedną ręką odruchowo złapałam za szpadę przy moim boku, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i nie wiedziałam czy powinnam iść sprawdzać kto to, ale nie mogłam przecież pokazać, że boję się jakiegoś demona, o którym przeczytałam w jakiejś tam księdze...
Mild nagle złapała mnie za jedną z falbanek przy moim pasie, odwróciłam się i ujrzałam jej zaniepokojone spojrzenie - Ashlotte... - Szepnęła - Nie idź tam...


< Viserany? Mild? Ja również przepraszam, że dopiero teraz, ale szkoła i te sprawy, każdy chyba wie o czym mówię. W każdym razie czekam na ciąg dalszy opowiadania c; >

środa, 10 czerwca 2015

Życie ze śmiercią w jednym chodzą stroju - Dziś Panią siebie, jutro wśród uboju


Imię: Ashlotte
Nazwisko: Cleverraven
Przydomek: Iníon an Oíche
Rasa: Likantrop
Wiek: 19 lat
Płeć: Żeńska
Stanowisko: Taktyk
Aparycja: Gdy przybiera postać wilka jej sierść jest biała, a ślepia czerwone. Jako człowiek jest niska (ma 160cm) i szczupła. Zawsze nosi na sobie coś z odzieży "eleganckiej". Uwielbia falbany i koronki.
Zdolności: Dobrze posługuje się średniej wielkości mieczem oraz szpadą. Walczy szybko i zwinnie. Zna również tajniki magii, ale zazwyczaj posługuje się tylko tą z zakresu podstawy. Dobrze jeździ konno, ma rękę do zwierząt. Dzięki wilczej klątwie jej rany goją się szybciej niż normalnie i jest silniejsza.
Zainteresowania: Ashlotte interesuje się głównie otaczającym ją światem i zyskiem jaki może z niego czerpać. Zna wiele gatunków roślin, leczniczych jak i trujących. Uwielbia jeździć konno.
Charakter: To dość... Specyficzna dziewczyna. Jest bardzo odważna, o tak. Nie boi się naprawdę niczego. Lubi dyktować innym jak mają się zachowywać, co mają robić i czasem bywa arogancka. Ma o sobie wysokie mniemanie, jednak zachowuje zawsze kulturę osobistą, jest uprzejma i nie podnosi tonu głosu, praktycznie nigdy. Zawsze opanowana, to bardzo ważne w walce i na polowaniu. Szczera w sytuacjach temu sprzyjających, jeśli trzeba - potrafi kłamać, jest jednak lojalna wobec osób dla niej ważnych. Nie pozwala nikomu sobą pomiatać i ma bardzo silny charakter. Przestrzega swoich zasad i chociaż wiele ludzi (i nie tylko) uznało ją za "dziewczynę bez uczuć" to w głębi duszy jest wrażliwa, tak naprawdę często przejmuje się losem innych, jednak nigdy nie pokazuje nikomu swoich łez.
Historia: Ashlotte urodziła się w małym królestwie, którego nazwy praktycznie nikt już nie pamięta, w czasie wojny. Konflikt został wywołany przez nieco większe cesarstwa chcące zająć terytorium spokojnego królestwa. Trzecia w nocy to dokładna godzina narodzin Ashlotte, stąd przydomek "Inion an Oiche" - "Córka Nocy". Jednak bardzo niewiele osób go zna, ponieważ królowa wraz z córką, w następną noc po porodzie uciekła i skryła się przed wrogimi wojskami w górach. Króla zabito i od tego momentu ucichła wieść o królewskiej rodzinie. Ashlotte wychowywała się razem z matką w ukryciu przez 10 lat. Mieszkały na wsi, a mała wtedy dziewczynka nie miała pojęcia o swoim szlacheckim pochodzeniu. Mimo tego matka uczyła jej walki mieczem i szpadą, które zdążyła przemycić z zamku, etykiety, jazdy konnej, pisania i czytania powtarzając, że wszystkie dziewczynki muszą to wiedzieć. Jednak królowa zachorowała pewnej zimy i z powodu braku leków już niedługo zmarła. Tuż przed śmiercią wyznała swojej córce prawdę o jej pochodzeniu, kazała odzyskać tron i zatrzymać dobre imię rodziny. Mała Ashlotte wzięła sobie do serca słowa jedynej jej bliskiej osoby. Nie była w stanie utrzymać się sama na wsi, więc wyruszyła w podróż zabierając ze sobą jedynie miecz, konia i niektóre z książek. Przez rok tułała się żyjąc z kradzieży. Nie chciała nikogo okradać, jednak inaczej nie zdobyłaby pożywienia i ubrań. W wieku 11 lat trafiła do małego domku w środku lasu należącego do czarownic. Początkowo wiedźmy były nieprzychylnie nastawione do dziewczynki, lecz gdy zauważyły jej eleganckie maniery i dowiedziały się o jej pochodzeniu natychmiast postanowiły zrobić z niej swoją wychowankę. Od tej pory Ashlotte uczyła się sztuki magii i zielarstwa, oraz polowania poprzez zastawianie sprytnych pułapek. Poznawała nowe gatunki zwierząt oraz innych istot, o których istnieniu nawet nie miała pojęcia. Nowy, magiczny świat fascynował ją. Podczas jednej z wypraw, razem z czarownicami natknęły się na stado likantropów. Walka okazała się złym pomysłem, jeden w wilków okaleczył dziewczynę tym samym przemieniając ją w stworzenie swojego gatunku. Gdy wiedźmy zobaczyły bolesną przemianę Ashlotte w śnieżnobiałego wilka i jej niespodziewanie agresywne zachowanie wobec nich zrezygnowały z dalszego edukowania podopiecznej. Porzuciły ją i odleciały z powrotem do swojej chatki. Dziewczyna w swoim wilczym obliczu traciła nad sobą kontrolę i atakowała wszystko, po za tym przemiany były dla niej niezwykle bolesne i odbywały się jedynie przy pełni księżyca. Porzucona rozpoczęła tułaczkę po raz kolejny. Trafiła na piracki statek, gdzie, znów rabując - spędziła 2 lata. Tylko dzięki umiejętnością towarzyszącym wilczej klątwie przeżyła sztorm i rozbicie okrętu na dzikim lądzie. I znów rozpoczęła się podróż.
Partner: Szuka...
Rodzina: Matka Anabelle Cleverraven - zmarła, ojciec Oscar Cleverraven - zmarł.
Szczegóły: Ashlotte nienawidzi swojego wilczego oblicza i nie potrafi nad nim panować. Przemienia się jedynie o pełni księżyca, chociaż gdyby nauczyła się to kontrolować mogłaby robić to kiedy zechce. Jest również niezwykle agresywna i nieobliczalna w wilczej formie, choć i nad tym mogłaby zapanować. Niedawno oswoiła kruka, który towarzyszy jej w podróży, nazywa się Rex. Posiada również klacz, którą kupiła od jednego z żołnierzy, jej imię to Leonora. .
Autor: Shadow333