Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiette. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 marca 2017

Od Kiette c.d Halta i reszty

   Wczorajszej nocy udało mi się się nie zetknąć z ani jedną kroplą wody, toteż szczęśliwa i wtulona w swojego pupila zasnęłm w kącie w jednym z budynków starej osady.
     Obudziło mnie wpadające przez świeżo powstałą dziurę w dachu słońce. Otworzyłam fiołkowe oczy i się rozejrzałam. Wstałam jako ostatnia z osób śpiących w tym budynku, co w zasadzie nie należało do rzeczy nowych.
    Ostrożnie się podniosłam, uważając, żeby mój nietoperz nie zleciał z moich ramion. Odłożyłam go na koc, po czym on sam się obudził. Biedactwo, przeze mnie został zmuszony do zmiany trybu nocnego na dzienny. Śpij jeszcze, rzuciłam w myślach, a moje oczy rozbłysły czerwienią naszego łącza.
     Sama przeciągnęłam się i otrzepałam z kurzu, po czym ruszyłam w kierunku wyjścia. Jakoś nie chciałam zgubić swoich chwilowych towarzyszy.
    Przez ten wprawdzie bardzo krótki czas, zdążyłam na swój sposób się do nich przyzwyczaić. Wydawali się być w porządku, raczej nie zapowiadało się na to, że na przykład - wyolbrzymiając - w nocy poderżną mi gardło.
    Dawno już z nikim nie rozmawiałam, a więc w pewnym sensie przynieśli mi coś na kształt okazji do powrotu do normalności. Nie zapomniałam i nie zapomnę o tym, co wydażyło się w Mhetuu, ale trzeba nauczyć się żyć w zgodzie z przeszłością, czyż nie?
     Choć wśród nich znalazłam i smoka, i wilczą głowę, co niespecjalnie jest mi na rękę, bo - pomijając już strach - jeszcze bardziej przypomina dawne czasy, to w gruncie rzeczy zdążyłam ich zaakceptować. W końcu i oni sami są zwyczajnie zbitkiem różnorakich istot, które łączy jedynie Hidden. Przynajmniej póki co. Na swój sposób to piękne. Wszechobecna tolerancja i to integracyjne podejście dodały mi jakiejś tam otuchy. Może pobyt pośród nich dobrze mi zrobi, nim będę zmuszona ruszyć w dalszą drogę? A może Hanneon rzeczywiście jest gdzieś pośród nich i dane mi będzie go spotkać? W końcu Shi-Shi tak twierdzi, a w dodatku mój amulet błyszczy na złoto, miedziano i platynowo... Nigdy wcześniej tak nie robił.
       Spojrzałam na otaczające mnie dookoła ruiny osady. Śpiącymi i zmrużonymi jeszcze oczami wypatrzyłam tęczę i jaśniejące na czystym niebie słońce, wychodzące gdzieś ponad lasami i górami. Uśmiechnęłam się delikatnie. Było tu tak spokojnie.
     Myślałam, że nikogo już w pobliżu nie ma, co nieco mnie zmartwiło. Wolałam już być pośród nich, niż pałętać się po obcym terenie sama. Przeszłam między budynkami spory kawałek wzdłuż wydeptanej ścieżki, rozglądając się na boki, aż nagle przed oczami świsnęła mi srebrna strzała. Wylatując spomiędzy budynków przecięła mi drogę i celnie trafiła w znacznie od nas oddaloną, prowizoryczną tarczę z worka na ziemniaki.
       Po niemym okrzyku zaskoczenia zwróciłam twarz w stronę, z której nadleciała strzała i dostrzegłam w cieniu Halta z zawiązanymi oczami. Świadomość, że mogłam zostać przestrzelona, gdybym przechodziła tędy sekundę temu sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz a serce zabiło mocniej. Przez chwilę stałam tam, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, aż pchnięta impulsem postanowiłam się przełamać i zacząć rozmowę.
     - Nie powinieneś być ostrożniejszy? - zapytałam delikatnym tonem, zmierzając w stronę łucznika. Nie wiem, czy to dlatego, że był człowiekiem czy z jakiegokolwiek innego względu, ale nie budził we mnie zbyt wielkiego strachu, mimo tajemniczej otoczki i tego, że prawie mnie przestrzelił. Może dlatego, że chyba nie mam czegoś takiego jak rozsądek? A może dlatego, że w jakimś stopniu przypominał mi mojego brata?
     - A czy ty także nie powinnaś być ostrożniejsza? - odpowiedział mi, wypuszczając kolejną strzałę, która wbiła się w sam środek sąsiedniego worka. - Ja wiedziałem, że tu jesteś, ale ty nie wyczułaś mojej obecności. Straciłaś czujność.
      Westchnęłam tylko, zgadzając się z nim. Rzeczywiście, gdybym się postarała, to bym go dostrzegła już wcześniej. Nie ukrywał się nawet, jednak cień padał na niego tak, że był słabo widoczny. Ale moim kocim oczom to umknąć nie powinno.
      - Masz rację - odparłam, splatając dłonie na szyi. Jak to możliwe, że przez jedno wydarzenie stałam się tak bardzo nieostrożna? Najpierw wpędzili mnie na drzewo, a teraz prawie dałam sobie strzelić w głowę. Chyba zbyt wiele myślę ostatnimi czasy. Nero nie chciałby, aby moja głupota mnie zgubiła.
        Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić. Halt strzelał, a ja po prostu stałam. W końcu podeszłam do najbliższego budynku i oparłam się o niego plecami. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, nie miałam też rozeznania w terenie i nie chciałam się gubić, a więc zdecydowałam się go poobserwować.
        W nie aż tak dalekim tle słyszałam niesione echem odgłosy rozmów. Może część wczorajszej ekipy gdzieś razem zniknęła?
        Moje oczy zalśniły czerwienią i trwały tak do chwili, aż otrzymałam sygnał zwrotny od lecącego już Shi-Shiego.
        - Będę ci tutaj przeszkadzać? - zapytałam niezbyt śmiało Halta, zsuwając się na ziemię, w efekcie siedząc po turecku.



<Halt? Choć właściwie to wszyscy wolni jak się nudzą mogą się dorzucić, po to ten wers z odgłosami rozmów ;)>

wtorek, 3 stycznia 2017

Od Kiette c.d. Tenzina

Stanęłam tak daleko od wilczej paszczy, jak się dało, ale nie na tyle, by odstawać od tłumu. Przyglądałam się wszystkim z niknącym z wolna strachem, ale nadal nieufnością. Nie przysłuchiwałam się o czym mówią, a starałam się opanować wszystkie emocje i odzyskać swój ponury spokój.
Byli dziwni. To znaczy, każde z nich było czymś innym, ale żyli w jednej społeczności. Dawno nie widziałam miejsca, gdzie tyle ras żyje w zgodzie. Co może znaczyć, że jednak mój brat tutaj jest... Chociaż, on by chciał być wśród innych istot? Raczej nie.
Mimo pierwszego wrażenia, chyba najwięcej mojego zaufania wzbudził póki co ich władca, chociaż łucznik oraz towarzysz wilka, ani nawet mała, niebieska istotka nie wydawali się być groźni. Tylko ja już się przekonałam, że nie wolno oceniać po pozorach. Swoją drogą, piratka patrzyła na mnie dość dziwnym wzrokiem, który sprawiał, że miałam ochotę się schować.
Na ziemię sprowadziła mnie ręka Halta, która wyrosła przede mną. Spojrzałam na nią jak na coś z innego świata i niepewnie uścisnęłam, a kąciki moich ust drgnęły na chwilę.
Kiedy już ją puściłam, poczekałam, aż Atlant porozmawia już z nowymi członkami i podeszłam nieco bliżej. Byłam zmęczona i przydałby mi się porządny odpoczynek.
Oczy zaszły mi czerwienią i po chwili Shi-Shi był już w moich ramionach. Wysyłał mi silne impulsy powiadamiające o energii Hanneona. Ale nie chciałam pytać, czy tam jest. Sam Han, jeśli nadal tu przebywa, pewnie stawia na ukrywanie się.
- Mogłabym zatrzymać się tu na jakiś czas? - zapytałam, stając naprzeciw niego. Chyba mogę im na te parę dni zaufać. - Być może zajmie to nieco dłużej niż kilka dni. Chciałabym się zregenerować przed dalszą podróżą, to samo tyczy się mojego nietoperza.
Spojrzałam na Atlanta swoimi na tę chwilę czerwonymi ślepiami w oczekiwaniu.

<Drodzy zebrani? Przygarniecie Kiette? default smiley ;)>

niedziela, 24 lipca 2016

Od Kiette cd Tenzina - Kocie opowieści

        Byliśmy wtedy przed kominkiem w salonie w domu Nero.
  - Opowiem wam historię, która zdarzyła się, nim jeszcze ja zdążyłam przyjść na świat - powiedziałam z uśmiechem, głaszcząc młode kotki jednej z siedmiu sióstr Nero.
  - Opowiadaj, Chaari, opowiadaj! To będą twoje i twojego brata przygody, prawda? - zawołał blondwłosy kotek z piegowatym noskiem, patrząc na mnie zielonymi ślepiami tak podobnymi do tych Hana, kiedy korzystał z magii ziemi, a choć robił to rzadko i wtedy prawie tak nieumiejętnie, jak ja, pamiętam ten kolor doskonale.
  - Wybacz Nihiro, to historia pełna miłości - zauważyłam, na co blondynek zmarszczył nosek, a jego siostrzyczki zaczęły klaskać i nadstawiły swoje kocie uszy.
  Uśmiechnęłam się do nich. Kiedy to ja byłam malutka, uwielbiałam słuchać historii o tym, jak mama poznała tatę. Nie ważne, że historia ta kończyła się tragicznie, o czym młodym kotom nigdy nie wspomniałam a i mnie samej mama tylko raz opowiedziała całość.
  - Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy to Minah-Tian, o rudoczerwonych włosach i oczach ciemnych jak czekolada, pierwszy raz wybrała się na samotną wycieczkę. Jej rodzice, choć mieszkali w wiosce w górach, nie lubili wychodzić, woleli integrować się z przyrodą w przydomowym ogrodzie. Młoda jeszcze Minah spacerowała po górach, bawiąc się magią. Były to czasy jeszcze gorsze, niż teraz, kiedy wojny między różnymi rasami były naprawdę straszne, wiec taka wycieczka była bardzo niebezpieczna! - Zrobiłam minę typowego bajarza, których u nas nie brakowało. Nero opierający się o próg drzwi zaśmiał się cicho, a ja skarciłam go wzrokiem, na co uniósł obronnie ręce.
  - Co to znaczy Minah-Tian? - zapytała głupiutko koteczka o białych jak śnieg włosach i błękitnych oczach.
  - Wiesz, nie mam pojęcia, Shaakite. - Wzruszyłam ramionami, żałując, że tego nie wiem. - Nie wiem, na jakiej podstawie magowie nadawali imiona.
  - Nie ważne, opowiadaj dalej, Kiet, prosimy! - Mała Yunahi zrobiła maślane oczka, a ja kontynuowałam: 
  - Minah przypadkiem potknęła się o kamień i spadła wraz z całą lawiną kamieni na polankę, która nie należała już do magów. Zemdlała wtedy, a kiedy się ocknęła, zobaczyła nad sobą parę fiołkowych oczu...
  - Zupełnie takich, jak twoje? - wtrącił Nero, który znał całą tę historię w jej prawdziwej i całkowitej wersji.
  - Nie przerywaj mi! - Wystawiłam mu język, na chwilę zapominając, że obok są dzieci, które zaraz zaczęły bronić swojego wujka, mówiąc mi, że to nie ładnie.
  - Dobrze, dobrze, wiem i przepraszam - westchnęłam, udając skruchę. - Więc, Minah zobaczyła nad sobą parę kocich oczu, które wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Należały one do przystojnego blondyna, który wyciągnął do niej rękę, aby pomóc jej się podnie...
  - Już jestem! - usłyszeliśmy wołanie Charnini, matki kociąt, które z Hikari na czele natychmiast zerwały się z kojca, wołając wesoło ,,mama". To zazwyczaj oznaczało, że młode kocięta już do nas nie zawitają, zbyt zajęte tym, że ich mama wróciła z dwudniowego rejsu do najbliższego miasteczka, przynosząc im słodycze.
  Uśmiechnęłam się do siebie, po czym sama wstałam, strzepując niewidzialny kurz z ubrań. Miałam zamiar iść się z nią przywitać, ale kiedy przechodziłam przez próg, Nero złapał mnie w pasie i pocałował w policzek.
  - Nareszcie wolni - wyszeptał mi do ucha, na co uśmiechnęłam się szerzej i odwróciłam do niego przodem.
  - Więc? - Zagryzłam wargę, splatając dłonie na jego karku. Czarne koszule naprawdę mu służyły. - Co zamierzasz robić?
  Nie odpowiedział mi, a po prostu złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, a ja wplotłam ręce w jego kruczoczarne włosy.
  I pewnie poszłoby to dalej, w kierunku, w którym się domyślacie, jednakże usłyszeliśmy chichoty dzieci, na co niestety byliśmy zmuszeni przerwać.
  - Co wy tu jeszcze robicie, skrzaty? - Zapytał Nero, mierzwiąc siostrzeńcowi włosy. Raczej nie był szczęśliwy, że nam przerwali, ale w żadnym stopniu nie dało się zobaczyć jego irytacji. On, w przeciwieństwie do mnie, mimo przyłapania na gorącym uczynku potrafił zachowywać się normalnie, podczas gdy ja płonęłam rumieńcem.
  - Chaari nie dokończyła opowiadać! - zauważyła Eunbi, łapiąc mnie za nogę.
  - Shaakite! Eunbi! Yunahi! Hikari! Nihiro! Wracamy do domu! - powiedziała Charnini, pojawiając się za swoimi dziećmi. - Jest już późno, Kiette dokończy wam opowiadać innym razem.

        Nie było mi to jednak dane, a wydarzenia tamtej nocy były ostatnimi, które przeżyłam z małymi kociętami. Nazajutrz cała wioska spłonęła, spalona przez smoki. Niektórzy osierocili dzieci, inny wraz z nimi zginęli. Zginął Nero, jego siostra wraz z dziećmi i mężem, czworo naszych przyjaciół oraz wiele innych rodzin. W jeden dzień śmierć zebrała krwawe żniwo i mnóstwo łez.
  Wtedy, blisko rok temu, po zakończonych uroczystościach pogrzebowych, ostatni raz spojrzałam na portowe miasteczko, zaraz jednak mrużąc oczy ze łzami. Nie chciałam go pamiętać obróconego w proch i pył. Chciałam pamiętać malowane na biało domki, obite ciemnym drewnem, brukowane ulice, zapach morza i przyjemny dla kotów zapach ryb, wesoło biegające po pobliskich łąkach młode kotki czy dzieci zwyczajnych, ludzkich osadników oraz handlowców z innych krajów. Karczmy i tawerny wypełnione wesołymi śpiewakami, mnóstwo kotów chodzących po ulicach, nie ważne, czy to byliśmy my czy nasi dachowi pobratymcy. Tak chciałam pamiętać Mhetuu.
  Niestety, nie do końca mi się to udało. Pamiętam też przyprawiający o mdłości swąd spalonego drewna, ciała i futra, drewniane domostwa obrócone w popiół, kamienne osmolone i bez dachów oraz pełno spalonych żywcem ciał leżących na ulicach, które później chowaliśmy, nie zawsze będąc pewnym, kto był kim. Pamiętam też ziejące tumanami ognia smoki, które następnie z groźnym odgłosem ruchu skrzydeł odleciały za ocean.
  Potem odeszłam, jak i sporo innych kotów i ludzi. Nie chcieliśmy tam zostawać, straciliśmy zbyt wielu bliskich a także kochane przez nas osoby. Moje przyjaciółki, Noirin i Blanir, które tak na dobra sprawę to bliźniaczki o włosach czarnych i białych, również zdecydowały się odejść. A odeszły rozdzielając się, każda w swoja stronę.
  W chwili, w której zdecydowałam się na odejście, zostałam całkiem sama. Między innymi dlatego jeden z wyżej postawionych rangą kotołaków, który zwał się Daraniorem i wychowywał wiele młodych kotów (w tym osiem lat temu mnie), postanowił podarować mi jedno nietoperzątko z pośród potomstwa swojego magicznego pupila. Powiedział mi, że nietoperze, choć i za nimi koty lubią biegać, są najmniej kuszącymi koty zwierzętami i jako jedyne nadają się dla nas jako zwierzątka domowe.


        Westchnęłam cicho, gładząc czubek głowy nietoperza, który zwisał śpiąc do góry nogami na gałęzi nade mną. Znów zaczęłam popadać w melancholijny nastrój. Byłam już prawie pewna, że to tutaj, że to tu będzie Han. Tymczasem w okolicy widziałam tylko istotę, która była mała i niebieska, oraz całą zgraję przepełnionych frustracją elfek. Chyba jednak się myliłam - czeka nas dłuższa wędrówka.
  - Idziemy już od dwóch dni bez snu, przyda ci się wypoczynek - powiedziałam do Shi-Shiego, wodząc wskazującym palcem po liniach jego kości na skrzydłach. Ziewnęłam przeciągle i zmrużyłam oczy. - Mnie chyba też...
  Nim jednak moje powieki opadły do końca, jeden dźwięk sprawił, że byłam gotowa do skoku czy ucieczki. Nadstawiłam uszu, po czym z uspokojeniem zauważyłam, że to tylko niewielkie stado jeleni. Przyglądałam im się chwilę. Bardzo piękne stworzenia. Tyle, że jelenie mogą kusić wilki.
Westchnęłam poirytowana, bo chciałam spać spokojnie, a nie chciałam ryzykować bycia kotem wpędzonym na drzewo, z którego nijak nie ma ucieczki, po wiążące gałęzie są za cienkie dla mnie nawet w kociej formie. Zeskoczyłam z drzewa, postanawiając znaleźć inne miejsce do snu. Mój nietoperz niechętnie poderwał się do lotu.
  Wtedy też spokojnie i sennie wędrowałam sobie między krzakami, kiedy to z całym impetem coś na mnie wpadło tak mocno, że aż przeturlaliśmy się po ściółce.
  Powoli podniosłam się z ziemi otrzepując się powierzchownie z liści i gałązek, po czym spojrzałam na owe coś. Było białe i wełniane, a chwilę później dostrzegłam też owcze uszy. Ale stwór nosił wilczą maskę i miał puste oczy, co sprawiło, że zachwiałam się na nogach i usiadłam z powrotem. 
  - C-c-coś ty za jeden?! - wydukałam, modląc się, aby to coś mi się tylko śniło.
  Całą drogę omijałam wszelkie inne istoty, nie zazębiając więzi z nikim. Brak zaufania do innych i pusty wzrok stwora ukrytego za wilczą maską przyczynił się do mojego strachu.
  Nagle dało się słyszeć dobijane zwierzę. Wełniany stwór pobiegł w tamtym kierunku, a ja dostrzegłam wilczą głowę, która spijała krew z rozerwanego brzucha jelenia.
  Otworzyłam szeroko usta na widok, który zmroził mi krew w żyłach. Zdusiłam krzyk, a moja ręka chcąc nie chcąc powędrowała w kierunku przerażającej wilczej głowy. Ja się boję zwykłych wilków, a to coś jest jeszcze gorsze...
  Kiedy wełniany stwór się do mnie obrócił, cofnęłam się o krok, mając nadzieję, że strach nie sparaliżuje mnie przed ucieczką i oba przerażające stworzenia nie zaczną mnie ścigać.
  - Spokojnie - powiedział wełniany, jednak ja ciągle patrzyłam na wilczą głowę. - Nie zrobię ci krzywdy...
  - T-ty mo-że nie... - usiłowałam opanować drżenie głosu.
  Czułam, że się trzęsę. Jak na zawołanie przypomniał mi się dzień, w którym Han poszedł po wodę, a nasz prowizoryczny obóz napadło wilcze stado. Gdyby wtedy nie zapomniał wiadra i - nie kontrolując jeszcze swoich zdolności - nie podpalił ich, pewnie by nas zjadły. Uciekły w popłochu do strumienia, zostawiając pobladłego i przerażonego własnymi zdolnościami Hana samego. Miał wyrzuty sumienia, bo prawie stał się mordercą, choć próbowałam mu tłumaczyć, że uratował nas tym.
  Odpędzając obraz wilczej paszczy z przed kilku lat, zaczęłam się powoli cofać.
  - Nie bój się. - Próbował mnie uspokoić wełniany. Na marne. Wilki prawie mnie zabiły, mam prawo się ich bać.
  Wilcza głowa odwróciła się do mnie i kłapnęła zębami, na co jak skończona idiotka przemieniłam się w kota i uciekłam wysoko w korony drzew, robiąc coś, czego jeszcze przed chwilą unikałam.
  Serce waliło mi jak młotem, a sama ledwo łapałam oddech.
  - No proszę, kolejny kotołak? - Usłyszałam z dołu. Pewnie gdyby nie zaskoczenie, zastanowiłabym się nad słowem ,,kolejny". Nie jestem tchórzem, bez przesady, ale to było zdecydowanie za wiele jak na moje oczekiwania a propos tego miejsca.
  Na dole stał bliznowaty, dobrze zbudowany mężczyzna z rogami, spiczastymi uszami i lwim ogonem. Brawo Kiette, brawo. Miałaś unikać innych istot i stworzeń, a jesteś otoczona i na drzewie. Szczyt kociej inteligencji...

Tenzin? Atlant? Próbowałam na wszelkie sposoby to dokończyć odkąd z Tobą Nyan pisałam, ale moja kreatywność umarła

czwartek, 16 czerwca 2016

Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić.


Imię: Kiette. Czyta się tak, jak się pisze, to nawet bardzo ważne, gdyż bez ,,e" byłoby formą męską. Z języka kotów zza oceanu ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję. Kiette zaś tłumaczy się jako ,,pełna nadziei".
Nazwisko: Chattres. Mama nadała im takie, gdyż kotołaki zza oceanu nie używały nazwisk.
Przydomek: rodzina nazywała ją Kiet, zaś ,,ucywilizowane" kotołaki, z którymi mieszkała przechrzciły ją dzięki kolorowi włosów na ,,Chaari", co w ich języku znaczy po prostu ,,biała" albo ,,blondynka" śmiejąc się, że nawiązuje do jej nazwiska.
Rasa: Kototołak z wrodzonymi zdolnościami magicznymi - kotomag. Ojciec był ,,dzikim" kotołakiem, matka magiem.
Wiek: Na chwilę obecną 22, ale zawsze wygadała na młodszą niż rzeczywiście była. Odkąd skończyła dziewiętnaście lat, przestała się starzeć, a kotołaki powiedziały jej, że ten proces rozpocznie się bardzo powoli dopiero w okolicach jej sześćsetnych urodzin. Na oko twierdzą, że ma w granicach 13-17 lat.
Płeć: kobieta/kotka.
Stanowisko: Zwiadowca, ale może wesprzeć - tylko wesprzeć - oddziały magiczne.
Aparycja: Naturalnie jej oczy są fiołkowe. Wzdłuż kręgosłupa ma wytatuowane runy, które, jak kiedyś powiedziała mama, są zaklęciem ożywiającym, ale nie zna nikogo, kto potrafi takie rozczytać. Zaklęcie to działa tylko do dwóch godzin po śmierci osoby czy zwierzęcia, które chcemy ocalić. Kiet jest szczupła i niewysoka, wygląda na bardzo młodziutką, a jej kły są dłuższe niż u przeciętnego człowieka. Włosy zazwyczaj ma potargane przez wiatr i rzadko je spina. Nie nosi sukienek, bo krępują jej ruchy i jak wszystkie poznane kotołaczki zazwyczaj nosi luźne, lniane koszule i wygodne spodnie. Rzadko zakłada buty, częściej ma stopy obwiązane ścierkami, które tłumią odgłosy kroków. Na oko ciężko zauważyć jakieś podobieństwo między nią a najstarszym z jej braci, gdyż on jedyny wdał się w matkę, dziedzicząc po niej rudo-czerwone włosy.
Zdolności: Przede wszystkim, potrafi zamieniać się w pół-kota i kotka uderzająco podobnego do kremowego kota norweskiego leśnego. Najbardziej lubi tak zwaną ,,przemianę pokazową", kiedy jej twarz stopniowo przemienia się w pyszczek i kiedy sylwetka się zmniejsza, obrastając futrem, a na końcu oczy przybierają typowo koci wygląd, choć zrobi to i w kilka sekund. Potrafi świetnie się skradać, co przydaje się na polowaniach. Jest bardzo szybka, zmieści się wszędzie, świetnie wspina się i chodzi po drzewach w obu swoich postaciach. Ma niesamowity słuch i wzrok - w nocy widzi znacznie lepiej niż zwyczajni ludzie czy znaczna część istot. Ma także nieprzeciętną inteligencję. Świetnie posługuje się sztyletem i zawsze ma go przy sobie. Nigdy nie chciała być magiem, a swoje zdolność potępia, gdyż obwinia się za śmierć braci i opiekuna. Jej zdolności magiczne są nierozwinięte i nie używa ich niemal nigdy. Najbardziej ze wszystkich żywiołów nie znosi wody, inne są jej obojętne, choć wiatr kojarzy jej się z bratem. Potrafi czasami na przykład coś podpalić, sprawić, by z nasionka wyrósł kwiatek czy użyć magii tak, że rozstąpi się przed nią woda, albo wywołać słaby wiatr. Ewentualnie jakieś inne drobne czary. I to by było na tyle, jeśli chodzi o magię, chociaż w całej swej egzystencji używa tego tylko okazjonalnie. Poza tym, jest w stanie dogadać się z każdym kotowatym, niezależnie od tego, czy zna jego język. Umie także grać na harfie i harmonijce. Oprócz tego, łączy się telepatycznie ze swoim pupilem, chociaż to już jego umiejętności jej na to pozwalają.
Zainteresowania: Kiette lubi przebywać w towarzystwie i chociaż chodzi własnymi ścieżkami jak na kota przystało, to lubi mieć w drodze towarzysza, nawet, jeśli po niedługim czasie będą musieli się rozstać. Jest nieco leniwa, ale mimo to uwielbia być w ruchu. Lubi wschody słońca i śpiewanie, a śpiewa pięknie, ciesząc uszy słuchaczy, ale nie uznaje tego za zawód. Żyjąc wśród kotów nauczyła się szyć i dziergać, a szyli wełniane swetry głównie po to, aby potem móc je rozpruwać. Lubi wszelkie zabawy w podchody i skradanie się a także szukanie wskazówek. Ach, no uwielbia spać, najlepiej na drzewie oświetlona słonecznymi promieniami w swym futrze, bo opalać się nienawidzi.
Charakter: Kiette jest przede wszystkim niezależna. Poza tym, jest miła i dobrze wychowana. To osóbka, którą najchętniej starsze kotołaki głaskały po główce, gdyż była tą najgrzeczniejszą. Przynajmniej za swych początków, potem od rówieśników przejęła skłonność do psot. Bywają sytuacje, kiedy jednak potrafi pokazać pazurki, które swoją drogą, jak mogłoby się wydawać, takie małe i tępe nie są. Chętnie pomaga innym i podobno potrafi się przyjaźnić ze wszystkim, co się rusza. Bardzo przywiązuje się do miejsc i swoich przyjaciół, nie znosi pożegnań, a każde z nich kończy się potokiem niechcianych łez smutku i wzruszenia. Kiedyś była bardziej wesoła, niż obecnie. Uwielbiała żarty i integrację z innymi, robienie psikusów i podchody. Ostatnie siedem lat spędziła w gronie różnych kotołaków, od których przejęła niektóre zwyczaje i cechy, takie jak przeciąganie się w specyficzny sposób z samego rana czy specjalny rodzaj miauknięcia wyrażający znudzenie. Nauczyła się żyć wolna w grupie, która nie ma lidera, choć poluje, mieszka i śpi razem. Niedawne wydarzenia jednak odbiły na niej dość pokaźne piętno. Jej promienista aura pobladła. Kiet stała się dość ponura i zamyślona, ale nie znaczy to, że wszystkie jej dawne cechy wyparowały. Jest w żałobie po swoim ukochanym i niektórych przyjaciołach, zwłaszcza, że to wszystko jest jeszcze świeże. Przestała ufać życiu i innym, prawie cały czas jest podłamana i rozpamiętuje przeszłość. Po prostu cierpi i potrzebuje czasu na to, aby znów żyć normalnie. Dusi wszystkie te emocje w sobie, bo dopóki nie znajdzie brata, nie ma komu się wypłakać.
Historia: Urodziła się w grocie za wodospadem w kraju dzikich kotołaków jako najmłodsza z miotu, u boku trzech braci. Ojcu całego rodzeństwa dzikie kotołaki wymierzyły karę śmierci za romansowanie z magiem. Mama przez długi czas w ukryciu opiekowała się młodymi kotami, planując ucieczkę w spokojniejsze miejsce. Kiedy jednak chciała to zrobić pewnej bezksiężycowej nocy, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Na ich szczęście, nie rozpoznały w nich istot półkrwi, a tylko porzucone kocięta, którymi jeden z nich postanowił się zaopiekować. Wychowywali się tam dość spokojnie, a opiekun troszczył się o nich jak o własne dzieci, których nie mógł mieć.
 Kiedy miała osiem lat, przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności, w obecności innych kotów, paląc przy tym najbliższe drzewo. Wszystkie kotołaki zgodnie postanowiły pozbyć się nocą czwórki maluchów i ich opiekuna. Wraz z bratem, Hanem, udało jej się uciec, jednakże oba wtedy młodziuteńkie kotki były światkami śmierci swoich braci i opiekuna.
 Przez długi czas szukali matki, ale kiedy po rocznych poszukiwaniach nie znaleźli jej na pobliskich terenach, postanowili ruszyć w świat, jako rudy i kremowy kot. Odwiedzili wiele krajów, długo mając na ogonie tamte dzikie kotołaki, które widziały w nich zagrożenie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Ostatecznie w wieku piętnastu lat pożegnali się w porcie, nazywanym Mhatuu, który zamieszkiwały ucywilizowane koty, skąd Han wyruszył na poszukiwanie magów i gdzie Kiet już została. Przez całe następne sześć lat mieszkała wśród nich. Przyjęli ją jak rodzina, zajęli się nią. Znalazła tam przyjaciół i rówieśników. A także nieco od niej starszego, czarnego kota o niesamowicie niebieskich oczach i kruczych włosach, w którym zakochała się z wzajemnością. Na imię miał Nero, co w języku miejscowych kotołaków oznacza czarnego ptaka. Z czasem zostali parą, byli dla siebie stworzeni, a Nero, nawet mimo młodego wieku, oświadczył jej się.
 Pewnego dnia - a było to święto wszystkich kotowatych (nie tylko kołotoków, ale także innych humanoidalnych kocich braci) - wraz z częścią zgrupowania odpowiedzialnego za łowy, do którego wraz z dwiema przyjaciółkami i kolegą należała, powędrowała na wyprawę do lasu, żeby znaleźć coś, z czego można by sporządzić ucztę.
 Kiedy wrócili, zastali Mhetuu w płomieniach, a nad nim stado smoków, ziejących ogniem po wszystkim, co się ruszało. Tam zginął Nero i czworo ich bliskich przyjaciół z paczki.
 Uroczystości pogrzebowe żegnające około czterystu mieszkańców portu odbyły się następnego dnia. Tuż po nich Kiette, nie mogąc znieść widoku doszczętnie spalonego domu, z bólem zabrała się do pakowania prowiantu na podróż, tak jak i kilkoro z jej rówieśników i starszych członków grupy. Z pięćdziesięciu dwóch pozostałych przy życiu mieszkańców portu zostało ich tam tylko trzydziestu. Oni zabrali się za odnowę, podczas gdy reszta zbierała się do wyprowadzki. Na pożegnanie, od jednego z najstarszych ocalałych mieszkańców, który ją i inne młode koty wychowywał, dostała nietoperza, który potrafi wyczuć energię życiową każdej osoby, której poszukujesz, a która była w miejscu, z którego wyruszasz, niezależnie od tego, ile minęło czasu. A Kiette wiedziała, gdzie chce się udać. Do brata. Tylko on jej pozostał.
 Tonąc we łzach pożegnała przyjaciółki, które także zbierały się do odejścia i ruszenia w świat oraz resztę rodziny. Długo wędrowała szukając brata odwiedzając każde miejsce, którym był, prowadzona przez swojego pupila. Koniec końców trafiła do Hidden.
Partner: Miała. Tak się składa, że spłonął wraz z całym swoim domem i portem. Nie jest gotowa na nowy związek. Jeszcze nie teraz.
Rodzina:
* mama - Miah-Tian
* tata - mama nazywała go ,,Wspaniałym"
* bracia: Hanneon - ,,ten, który jest zwycięzcą", Jumon (nie żyje) - ,,ten, który jest mistrzem" i Sarazion (nie żyje) - ,,ten, który jest cudem".
Towarzysz: Shi-Shi
Szczegóły:
* boi się psów, wilków, smoków i wody
* aury jej zaklęć przybierają kolory: czerwony, biały lub jasnożółty.
* jej oczy zmieniają się w zależności od tego, co robi. Kiedy używa magii ognia, wody, powietrza lub ziemi są odpowiednio żółte, niebieskie, szare lub zielone. Kiedy łączy się telepatycznie ze swoim pupilem, są czerwone.
* zwykłe dachowce często schodzą się do miejsca, w którym się znajduje.
* uważa, że przynosi pecha, choć nie jest czarnym kotem.
* woli ludzkie jedzenie od kociego.
* zdarza jej się zachowywać jak zwykły kot nawet, kiedy jest w ludzkiej formie.
* została jedyną osobą, która w żadnym stopniu nie przeszkadza swym istnieniem swojemu bratu.
* miewa sny o przeszłości, które doprowadzają ją do płaczu.
Autor: Lucy321