wtorek, 29 marca 2016

Od Dheraia - Bajeczki

        Smokobójca uderzył pustym kuflem w stół i oblizał wąsy z piwa. Rozochocony którąś już kolejką dalej zażarcie rozprawiał jak to udało mu się ujść z życiem, podczas gdy jego kamratów spotkał jakiś okrutny los. Siedząca z nim trójka towarzyszy nastawiała uszu. Byli głodni plotek - najbardziej rozpowszechnionej waluty we wsiach. Nie mając dostępu do informacji z dworów i zza granicy nie wahali się opłacać podróżnym pobyt w tawernach w zamian za choćby kilka niezbyt pewnych pogłosek. Teraz chłopi patrzyli z wyczekiwaniem w smokobójcę aż ten się zrewanżuje. Nie W tawernie o tej porze było wielu gości. Hałas nie wypuszczał rzucanych przy stole słów zbyt daleko, nie było też nikogo chętnego, kto by te słowa łapał. Wszyscy mieli coś ciekawszego do omówienia. Wszyscy, poza jednym, tajemniczym jegomościem siedzącym w kącie. Nie miał przy sobie żadnych rozpraszających kompanów, przed nim nie stało żadne jadło ani napitek. Po prostu siedział jak mysz pod miotłą, nie zwracając na siebie żadnej uwagi, wsłuchując się w każde słowo smokobójcy. Czujny, anonimowy słuchacz. Gdyby się do nich dosiadł pewnie słyszałby więcej, jednakże znając ludzkie reakcje na jego obecność, Dherai wolał nie ryzykować zamieszania. Był właściwie niewidzialny i lepiej, by tak pozostało.
- No opowiadajcież, mistrzu smokobójco! - nalegał pierwszy z chłopów. - Cóże was napadło?
- Nie napadło nic - poprawił go najemnik.
- To co się stało?
- Wypadek przy pracy, nic interesującego... - uśmiechnął się podle widząc, jak jego towarzysze nachylają się bliżej, doskonale wiedząc, że to musi być coś ciekawego. - No dobra! - powiedział smokobójca, jakby dopiero teraz przekonując się co do podzielenia się historią.
Dherai również się uśmiechnął. Co za amatorskie metody. Gdyby to od niego zależało, najemnik zacząłby śpiewać o wiele wcześniej, a chłopi nie trawiliby na niego pieniędzy. Ale po co się spieszyć? Przecież on ma na wszystko czas. Całą wieczność właściwie. Mów przyjacielu, pomyślał. Co też się za granicami dzieje?
- No więc zaczęło się od smoka - rozpoczął mężczyzna. Bo jakżeby inaczej, przeszło Dherowi przez myśl. - W takiej wiosce jak ta, jakieś dziesięć mil stąd, ktoś obiecywał nagrodę za ubicie gada mieszkającego w pobliskich lasach. Sprawa śmierdziała, że tak powiem. Ani owiec nie kradł, ani żadnej baby nie porwał...po prostu siedział w lesie. Ale wiadomo jak to jest - gad straszy, nawet jeśli nie robi. Myśleliśmy, że pewnie stary i tylko dogorywa, bo nawet sobie cichszego miejsca na zgon nie wybrał, jeno walnął byle gdzie koło wioski. No to zgłosiliśmy się z chłopakami, zapłacili nam z góry i rura w las. Smoka wytropilimy szybko. I tu dziwy: smok wcale nie stary. Ba! Młody, silny, ino jakiś dziwny. Jakby nie obeznany ze zwyczajami własnego gatunku. Zranilimy go, a ten zwiał. Ze skrzydła krew mu się lała niby deszcz, drażniąc konie i parząc, jeśli który oberwał kroplą. No to posyłamy przodem naszych dwóch specjalistów, by pułapkę zastawili. I wkrótce ŁUP! - walnął ręką w stół dla efektu. - Gad w sieci na ziemi! Dojechalimy do niego zadowoleni. Teraz tylko łeb uciąć i z łusek oprawić...
- Ale ten się uwolnił? - zgadywał jeden z kmiotów. - Napadł was i zeżarł ci kompanów?
- Skądże! - zaprzeczył smokobójca. - Proszę mi nie przerywać. Za słaby był, zmęczony lotem i krwi utracił sporo. Poza tym zgaduję, że gdyby się wyplątał, znowu by uciekał. Takie to dziwne, strachliwe bydle było. No to bierem topory i miecze, już gad miał łeb stracić...I wtedy z lasu wypadli ONI...
- K-kto?
- MIESZAŃCY! - ryknął najemnik. - Wybiegli z lasu, otoczyli nas! Zanim zdążyłem zareagować, już trzech naszych zatłukli! Na moich oczach jeden z nich wyrwał naszemu szefowi głowę razem z kręgosłupem, a drugiego spalił ognistym oddechem!
Dherai nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Całe szczęście nikt go nie usłyszał przez harmider. Biorąc pod uwagę zapał z jakim mężczyzna wszystko opisywał oraz jego oczywistą chęć zaimponowania kmiotom, oczywiście zmyślał. A takiej bajeczki Dher nie słyszał jeszcze nigdy. O nim samym niegdyś głosiły legendy, że wyrywa ręce i łamie niczym zapałki, ale to biło wszystko na głowę. Doprawdy, lepszy bajarz niż wojownik. Nic dziwnego, że uciekł.
- Uciekłem stamtąd co sił w nogach, ale diabelstwa mnie jeszcze goniły! - opisywał dalej mężczyzna. - Dopiero przed wieczorem, gdy byłem jakąś milę stąd zostawiły mnie i wróciły do lasu.
- Mieszańce? U nas w lasach? - mówił z przestrachem, jakby do siebie, drugi z kmiotów. - Jak do tego doszło?
- Powiem ci jak! - rzekł pierwszy. - Wojna! Ot co! Narobiliśmy bigosu ciągnąc te wszystkie dziwadła do swoich konfliktów i teraz musimy to zeżreć!
- Mszczą się? - wtrącił się z ironią trzeci. - Jak dla mnie to się pewnie tylko kryją. A że ludzi nie lubią, to już nie nasza wina.
- Nie nasza, tak sądzisz? - zaśmiał się posępnie smokobójca. - Oj bardziej nasza, niżbyś się spodziewał. To wszystko sięga daleko wstecz, jeszcze przed wojną.
- To dlaczego, wedle twoich słów, dopiero teraz mieszańce zaczęły bruździć? - kłócił się dalej trzeci.
- Powiem ci tak - najemnik zaczął bawić się nożem. - Dlaczego wilk samotnie nie napada na owce?
- Bo się boi?
- Bo jest sprytny. Wie, że samemu rady przeciwko pasterzowi i owczarkom nie da. Dlatego zbiera pobratymców i wraca po kilku tygodniach na to samo stado ze wsparciem. Dlatego problemy zaczynają się dopiero teraz - nieuważny pasterz zignorował jednego wilka, a teraz Sorsinie grozi cała wataha. Czają się w lasach, zbierają siły, pewnie nawet już myślą nad założeniem własnego państwa.
- A władcę mają?
Dherai wyprostował się nagle.
- No ba, że mają! Mówią, że Arsmanowi zerwała się z łańcucha Bestyjka. Kto jak kto, ale ten to ma już pewne doświadczenie wojskowe. Sam bym go wybrał na władcę, gdybym był mieszańcem.
Nagle nóż wyrwał mu się samoistnie z ręki i popędził w stronę jego twarzy, otoczony zielonkawą aurą. Zatrzymał się centymetr od oka najemnika, po czym trwał tak w całkowitym bezruchu grożąc, że przesunie się jeszcze bardziej. Chłopi cofnęli się zaskoczeni. Drgnęli na dźwięk odsuwanego krzesła i z przestrachem spojrzeli w bok na zakapturzonego jegomościa, który pojawił się jakby znikąd. Dherai usiadł, jak gdyby nigdy nic, i splótł palce opierając się łokciami o stół.
- Piękna bajka - powiedział spokojnie. - A teraz powiedz nam, bez kolorowania, gdzie zgubiliście tego smoka?

* * *

        Pobojowisko wyglądało dokładnie tak jak się spodziewał - żadnych wyrwanych kręgosłupów.
Owszem, smokobójcy rzeczywiście marnie skończyli. Dherai jednak nie stawiał, by napadła ich armia mieszańców. Mogło być ich góra trzech. Stalowa sieć bez zmian leżała na ziemi, szczerząc okrutne kolce, ciągle pokryte krwią. Bez wątpienia, smok tu był. Tylko gdzie w takim razie zniknął? Ruszył z mieszańcami? W którym kierunku?
Dher spojrzał wkoło. Był w martwym punkcie. Nie miał żadnych zdolności dedukcyjnych, nie był też tropicielem. Na dodatek zapadły już ciemności. Westchnął, z lekka zirytowany własną bezsilnością. Usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Może medytacja w czymś pomoże, a przynajmniej w niczym nie zaszkodzi.
Uspokoił wszystkie zmysły. Popadł w stan, który dając mu chwilę odpoczynku, równocześnie wzmagał jego czujność. Potrafił rozróżnić wszystkie dźwięku lasu - szeleszczące liście, huczące sowy. Zharmonizował się z nimi...
Aż coś tą harmonię zakłóciło.
Mag zareagował instynktownie. Za jego plecami rozległ się zaskoczony okrzyk i intruz został poderwany za nogę w powietrze, po czym zawisł głową w dół. Dherai wstał i odwrócił się ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Obejrzał od góry do dołu schwytanego nieszczęśnika. Była to młoda dziewczyna, chociaż na pierwszy rzut oka można by wziąć ją za chłopca. Co ciekawe, brakowało jej części jednej nogi. Zamiast stopy posiadała protezę. Dher jednak nie widział w tym powodu, by traktować nieznajomą jakoś łagodniej. Intruz to intruz - przeszkodziła mu w medytacji, to sobie trochę powisi.
- Czego tu szukasz? - zapytał patrząc w dół w oczy dziewczyny.

Erin? Wybacz, że cie trochę przetrzymałam :<

środa, 9 marca 2016

Nie być najgorszym, jest to już zaletą w zepsuciu tego świata

Imię: Dherai (w wolnym tłumaczeniu oznacza ,,Wielu”). Skracać nie ma potrzeby. Jeśli już się ktoś uprze to niech poprzestanie na zwykłym Dher.
Nazwisko: Brak. Uznaje to za przymiot typowo ludzki. Dherai nie widzi powodu, by się w jakiś sposób wyróżniać barwnym nazwiskiem. Już bez tego jest dość... ,,niepowtarzalną” osobistością.
Przydomek: Żołnierze wojsk Arsmana nazywali go najzwyczajniej w życiu czarnoksiężnikiem, demonem i upiorem. Jednakże gdy już zdobył pewną sławę zyskał nowe, zdecydowanie szerzej znane imię: Legion.
Rasa: Trudno określić czym właściwie jest Dher. Ni to nieumarły, ni to upiór. Po prostu twór jakiegoś szurniętego czarnoksiężnika.
Wiek: Sam Dherai jako jedna, spójna istota ma ponad 60 lat. Jednak zamieszkujące jego ciało dusze umarły będąc w różnym wieku, przez co on sam ma problem z dokładnym określeniem własnego.
Płeć: Mężczyzna...samiec...w każdym razie po prostu ,,on”.
Stanowisko: Mędrzec, mag
Aparycja: Dherai jest dość wysoki i raczej niepozornej budowy. Nie jest mięśniakiem, ale na zupełne chuchro również nie wygląda. Tym, co zapada głęboko w pamięć jest jego twarz. Trudno już to w sumie nazwać ,,twarzą”. Prawdziwa ukryta jest pod pasmami ciemnego, przypominającego bandaże materiału. Oblicze Dhera przywodzi na myśl mumię w średnim stadium rozkładu, podczas którego materiał przylega na stałe do skóry. Otóż ,,maska” Dheraia jest rzeczywiście na stałe przytwierdzona, a raczej przyszyta do jego twarzy, tak jak do całej głowy. Odkryte są jedynie błyszczące upiorną zielenią oczy bez źrenic i usta, aby Dher mógł się w jakiś sposób kontaktować z innymi. Głowa zawsze skryta jest pod kapturem obszarpanego, jakby krzywo skrojonego spinanego klamerkami na paskach płaszcza sięgającego mu zgięcia kolan. Czerwony kaftan i spodnie również wydają się skrojone z przypadkowo znalezionych szmat. Jedynie okryte lekkim pancerzem buty dają wrażenie solidnej roboty. Całe ciało Dheraia jest dokładnie przykryte odzieniem. Nielicznym udaje się zobaczyć jego suchą skórę w kolorze bladej, trupiej zieleni. Charakterystyczną cechą Dhera jest także jego głos: zawsze towarzyszą mu jakby echa jeszcze trzech innych. Gdy unosi się gniewem jest to jeszcze bardziej słyszalne.
Zdolności: Główną i najczęściej wykorzystywaną przez niego mocą jest telekineza. Dherai jest pod tym względem całkiem potężnym magiem. Jego wpływ można rozpoznać po otaczającej chwycony obiekt delikatnej zielonej aurze. Potrafi zmienić każdy przedmiot w śmiercionośny pocisk, jest nawet w stanie unieść w powietrze oraz rzucić żywą istotą. Wszystko zależy od rozmiaru i wagi, bo logiczne, że okrętu nie byłby w stanie długo utrzymać w powietrzu. Też ma swoje ograniczenia, chociaż nie są one takie jak u zwykłych magów. Wszystko dzięki faktowi, że Dherai jest stworzony z tysiąca dusz poległych wojowników, a co za tym idzie potrafi czerpać z nich energię - w razie czego nawet przekazać ją komuś trzeciemu - oraz wiedzę. Tak, Dher jest prawdziwą skarbnicą wiedzy z różnych dziedzin. Nie pamięta może wszystkiego własnym umysłem - tyle informacji nawet dla niego byłoby zbyt trudne do ogarnięcia. Woli jednorazowo wyszukiwać potrzebne wiadomości we wspomnieniach zmarłych, których dusze musi nosić. Wszyscy byli żołnierzami, ale większość przed wstąpieniem do wojska lub przymusowym do niego wcieleniem zajmowała się medycyną, sztuką, magią, kupiectwem czy choćby rolnictwem i rzemieślnictwem. Wiadomo jednak, że Dher nie jest w stanie w pełni zastąpić medyka czy szermierza, bo sama wiedza nie może zastąpić doświadczenia, ale zawsze chętnie służy radą. Nie korzysta z broni, co najwyżej wyszarpniętego komuś sztyletu. Woli walkę wręcz i magię. Dzięki swojej mocy Dherai jest także w stanie lewitować. Jeśli nie musi przy tym zużywać energii na coś innego może całkiem długo utrzymać się w powietrzu.
Zainteresowania: Dher jako mieszanka różnorakich osobowości ma także różne zainteresowania. Przez dusze wojowników lubi dobry trening, chociaż nie wymęcza się bez potrzebnie cały wolny czas. Maga fascynują przede wszystkim wszelkie formy życia. Najmniejsza jaszczurka potrafi go zająć na jakąś godzinę. Będzie pozwalał jej łazić sobie między palcami, przekładając ją z jednej ręki na drugą i zastanawiając się co też siedzi takiej gadzinie w głowie, jak wyglądają jej narządy, czy ma jakieś uczucia. W końcu i tak każde takowe żyjątko wypuszcza, bo nie widzi powodu aby je więzić czy rozpruwać. Fascynuje go także sfera psychiczna ludzi. Jako, że sam nie jest człowiekiem nie posiada takich samych potrzeb ani problemów. Dlatego też każdy jego ludzki czy mniej ludzki kompan musi się liczyć z zadawanymi sporadycznie dziwnymi, często niewygodnymi pytaniami. Dherai widzi także rozrywkę w samej rozmowie. Zanim trafił do Hidden nikt nie odważył się zamienić z nim więcej niż kilka słów, dlatego gdy teraz nadarza się okazją do przyjaznej pogawędki o niczym, chętnie ją wykorzystuje. Lubi zwłaszcza zagadnienia filozoficzne i...kulturalne. Dher zaskakująco dobrze orientuje się w sztuce, zwłaszcza w literaturze. Rozpoznaje cytaty, wiersze i ballady, czasem nawet pieśni, ale nigdy nie śpiewa (nie ma do tego nie tylko słuchu, ale i głosu).
Charakter: Jest jedna dość znacząca wada bycia żywym pojemnikiem dla tysiąca poległych na wojnie dusz: konflikt osobowości. Dherai zmagał się z tym kilkanaście lat, zanim zdołał to opanować. Mag od zawsze czuł się rozdzierany między tysiącem wariantów charakterów. Musiał się ustatkować przy jednej z nich, aby nie rozerwać własnego umysłu na strzępy. W końcu do tego dotarł, ale kosztowało go to sporo wysiłku i czasu. Tak więc po wielu próbach Dherai zdołał dotrzeć do własnego charakteru, czerpiąc wspólne cechy dla większości z zamieszkujących jego ciało dusz, dzięki czemu wewnętrzny konflikt został zażegnany. Pierwszą z wyróżniających Dhera cech jest nieludzka obojętność. Świat wokół może się palić, niebo runąć na ziemię, a jego będzie to obchodzić jak zeszłoroczny śnieg. Sądzi, że jeśli coś nie ma na niego bezpośredniego wpływu, to nie jest warte zachodu. Mało rusza go także widok krwawych masakr. I tak nie jest w stanie nic dla martwych zrobić, więc po co się przejmować? Jednak mimo wszystko nie może być tak, że nie ma się w życiu celu, nieprawdaż? Każdy żyje dla czegoś. Nawet najbardziej zatwardziali w swoim zdaniu ,,obojętni” w głębi duszy mają swoje cele i powody, chociaż ich nie widzą. Także i Dherai ma prosty powód do życia: został stworzony na sługę. Jego stwórca stworzył go z myślą o oddanym pachołku (nie przewidział może tylko, że pionek ucieknie z planszy) i nawet po jego śmierci Dher nie jest w stanie żyć bez władcy, którego rozkazy będzie wykonywał. Może to ironiczne, ale naprawdę wolny czuje się dopiero pod czyimś autorytetem. Głównie dlatego, że owy autorytet może wybrać sobie sam i w każdej chwili z niego dobrowolnie zrezygnować. Dopóki więc władca traktuje go z takim samym szacunkiem jak on jego, mag wykonuje każde polecenie bez mrugnięcia okiem. Jest dość...nieprzewidywalny. Zawsze wygląda na istną oazę spokoju. Oazę, w której ktoś podłożył ładunek wybuchowy. Jeśli ma w intencji zaatakowanie kogoś, zawsze robi to znienacka, bez jakichkolwiek oznak. Mimo, iż nie wygląda, Dher ceni sobie towarzystwo innych. Zyskanie jego szacunku to robota trudna, ale wykonalna. Podobnie jest z kwestią przyjaźni, jednak mężczyzna ma co do niej dość niekonwencjonalne podejście. Można powiedzieć, że tylko wobec prawdziwego przyjaciela będzie się zachowywał złośliwie, a jego odzywki na pewno będą przesycone sarkazmem. Jeśli więc ci dokucza w taki czy inny sposób, znaczy to tyle, że lubi twoje towarzystwo. Przyjaciele także zawsze mogą liczyć na jego wsparcie. Nie bywa może bezpośrednio miły w słowach, ale za to często pomaga innym. Nierzadko robi to w sposób dyskretny, tak, że nikt tego nie zauważy. Nie czuje z tego jakiejś satysfakcji ani nie oczekuje podziękowań - po prostu pomaga. Mag nie ma żadnych problemów z okazywaniem uczuć. Prawdziwy problem tkwi w odpowiedniej ich interpretacji. To, że się do ciebie uśmiecha nie świadczy jeszcze, że nic ci nie zrobi (że też zacytuję: ,,Mogę sobie przecież wyobrażać, że płoniesz na stosie”). Ogólnie mimika jego twarzy jest raczej ograniczona. Nigdy nie widać na niej pełnego gniewu ani rozweselenia, a raczej lekkie ich oznaki. Umie się śmiać, ale przez jego upiorny głos bywa, że niektórzy wprost proszą go, by tego więcej nie robił.
Historia: Wojna popycha ludzi do radykalnych i nieprzemyślanych czynów. Jedni widzą w niej czyste piekło i brak jakiegokolwiek sensu, a inni uznają to za świetnie pole do popisu. Tak więc ponad 60 lat temu, jeszcze pod chorągwią Amirsa Gafonra, służył pewien nie pamiętany już z imienia czarnoksiężnik. Nie pamiętany, bo niczego wielkiego nie dokonał, więc uznano jego imię za nieistotne dla historii tej wojny. Cóż, nie jest to do końca prawdą. Dokonał czegoś wielkiego i przełomowego...jednak to jego dzieło zebrało laury.
Wszystko zaczęło się od bitwy pod Maingotą, małym państwem-miastem broniącym się przed zjednoczeniem Sorsiny. Była to warownia nie do zdobycia. Wysłana tutaj mała armia złożona z tysiąca i dwustu wojowników miała już na koncie odbite warownie, ale nigdy nie mierzyli się z czymś takim. Jednak zachęceni świadomością, że mają po swojej stronie potężnego maga ruszyli po dwóch miesiącach oblężenia na Maingotę. Może grododzierżca przegapił lekcje taktyki traktującą o oblężeniach, może był zbyt pyszny i chciał się pochwalić swoimi siłami. W każdym razie, zrobił coś czego nikt rozsądny by nie zrobił: wystawił własną armię na otwarte pole. Pomysł radykalny oraz zuchwały, a jednak niewiele liczniejsze siły starły najeźdźcę niemal bez strat. Ludzie Amirsa ginęli stratowani, zgnieceni pociskami trebuszy, zasypani gradami strzał, rozpruci i pozbawieni głów. Ginęli z tą samą upartością z jaką ruszyli. I tak do obozu wróciło równo dwieście rannych. Tysiąc poległo w boju. Czarnoksiężnik widział jednak w tej liczbie moc. Mało kiedy się zdarza, by na polu życie oddała tak równa liczba. Obiecał więc załamanemu generałowi, że da mu broń, przed którą Maingota odda zaciągnięty w ludzkim życiu dług z nawiązką, a następnie zrobią to wszystkie pozostałe buntownicze państewka. W zamian potrzebował jedynie ,,pojemnika” - ludzkiego, martwego ciała.
Dowódca nie miał nic do stracenia. Zgodził się. Ciało znaleziono jeszcze przed zmierzchem: jakiś biedak zmarł po tygodniu gorączkowania. Na zlecenie maga zaszyto wszystkie rany zmarłego i przynoszono wszystkie potrzebne mu przedmioty. W końcu czarnoksiężnik został sam. Wypowiedział ułożone przez siebie eksperymentalne zaklęcie, wymagające potężnej odmiany czarnej magii. W martwym ciele zebrały się dusze poległych pod Maingotą. Wszystkie cierpiące jeszcze bóle niedawnej śmierci, umęczone żądały pozwolenie im na odejście. Ale mag okiełznał je...
I następnego dnia przedstawił przerażonemu widokiem generałowi jego nową broń - Dheraia.
Odwet nadszedł szybko. Po niecałych dwóch tygodniach od porażki, na gród natarto ponownie. Miasto dało się zaskoczyć - nikt nie spodziewał się, że Amirs pozwoli od tak posłać niedobitków na pewną śmierć. Przegrupowali się i tym razem bronili miasta z murów. Obrońcy śmiali się widząc biegnący ku nim oddział liczący zaledwie - jak przekazali im zwiadowcy - dwustu ludzi. Może i ludzi było dwustu...ale wojowników dwieście jeden. Jeden z trebuszy wystrzelił. Tak na dobrą sprawę, to jeden porządny strzał, taki jak ten, rozproszyłby łatwo atakujących, a co za tym idzie byłby jedyną przyczyną ostatniej już klęski. Jakież więc było zaskoczenie oblężonych, gdy wystrzelony kamień wrócił i rozbił trebusz w drzazgi. Drugi i trzeci również długo nie stały, trafione wyrwanym drzewem lub gruzem. Obrońcy wystraszyli się - po stronie najeźdźcy stała jakaś diabelska siła. Ta sama siła kilka minut potem wyprzedziła zwarty oddział, podleciała na wysokość murów i zmiotła z nich nieprzygotowanych obrońców. Dalsza część walki była istną jatką.
W ten więc sposób Dherai na czele dwustu osobowego oddziału podbił Maingotę. Co zabawne, zrobił to mając zaledwie dwa tygodnie co czyni go chyba najmłodszym zdobywcą fortów w historii.
I tak wyglądało jego życie. Gdy w którejś części kraju wojskom Amirsa się nie powodziło, na miejsce przybywał czarnoksiężnik ze swoją niepokonaną jak dotąd bronią i szybko równoważył siły. Żołnierze, mimo iż stali po tej samej stronie barykady, obawiali się. Zyskał wśród nich budzące grozę imię Legion, bo ,,powstał z poległego legionu i siłą tysiąca dusz władał”, jak to mawiali. Wielu nawet w niego nie wierzyło. Opisy jego dokonań brzmiały tak absurdalnie, że sam Legion stał się mitem do zastraszania wrogich sił. Dopiero gdy osobiście pojawiał się na polu walki, niedowiarki na obu frontach pluły sobie w brodę. Dherai był bezmyślną maszyną do zabijania. Robił co mu kazano, nawet o tym nie myśląc. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy ani jak, zdecydował się zmienić swojego pana. Czarnoksiężnik traktował go jak broń. Tak więc i ta broń go zniszczyła. Może nie dosłownie. Pewnego dnia Dherai po prostu zniknął w trakcie walki. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Gdy do tego doszło, oddział Amirsa nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. A skoro sam Dherai był jedynie bronią, to na kogo spadała wina? Na wynalazcę. Dalsze losy szurniętego nekromanty nie są już znane.
Legion, zdobywca Maingoty, zniknął. Został Dherai - zagubiony ni to człowiek, ni to nieumarły z mętlikiem w głowie i chęcią znalezienia sobie władcy, któremu będzie gotów służyć po wieczność.
Partner: Dla osób pokroju Dheraia chyba nie ma większych szans na historię miłosną. I twarzy ładnej nie ma, a charakter tym bardziej.
Rodzina: Brak. Teoretycznie ciało, z którego został stworzony może mieć jeszcze gdzieś jakichś krewnych, ale myśląc logiczne to Dherai nie jest z nimi związany niczym.
Towarzysz: Brak
Szczegóły:
~ Dheraiowi zdarza się mówić o sobie w liczbie mnogiej. Raz powie o sobie ,,ja”, a już w następnym zdaniu ,,my”. W sumie obie wersje są poprawne, bo Dher jest równocześnie jednym i tysiącem ludzi.
~ Dusze umarłych także miewają sny. Chociaż sam Dherai nigdy nie śpi, z nudów oraz dla odpoczynku często medytuje. Wtedy nachodzą go wizje z przeszłości którejś z tysiąca dusz. Raz więc wydaje mu się, że tańczy z jakąś dziewczyną w tawernie, innym razem podrzyna komuś gardło w bocznej uliczce. ,,Sny” zawsze mają tą samą długość i kończą się w kluczowych momentach. Po wybudzeniu Dher nie może już do nich wrócić. Zaglądanie we wspomnienia nie jest równe szukaniu informacji - mag nie może zrobić tego kiedy zechce ani wybrać w czyją pamięć chce zajrzeć. Jest to sfera bardziej emocjonalna, chaotyczna, nie da się jej uporządkować jak wiadomości.
~ Nie wiadomo dlaczego, ale do mężczyzny zawsze lgną nieprzyjemne dla większości żyjątka. Owady, szczury, węże, jaszczurki...jakby wszystko co jest oślizgłe i roznosi choroby tylko w jego towarzystwie czuło się dobrze. Samemu Dheraiowi to zupełnie nie przeszkadza. Jak już wspomniałam, uwielbia małe żyjątka.
Autor: RedRidingHood

poniedziałek, 7 marca 2016

Od Ziio cd Halta - Pierwsze wrażenie

        Zapadła niezręczna cisza. Ziio stała jak wryta nie za bardzo wiedząc co zrobić. Wszyscy wokół ogniska patrzyli na nią z ciekawością. Jedynie Halt wydawał się w owej scence żywy - jak gdyby nigdy nic wrócił na swoje miejsce. Harpia uniosła dłoń w geście przywitania i uśmiechnęła się nerwowo.
- No proszę, wystarczy naszego łucznika do lasu puścić i od razu coś przywlezie - rzuciła żartobliwie kobieta w kapturze. Po morderczym spojrzeniu Halta widać było, że miłymi uczuciami to oni się raczej nie darzą.
- Witamy w Hidden! - ktoś podniósł się z miejsca: rogaty młodzieniec o przyjaznym uśmiechu. - Trochę już nas tu jest, ale dobrego towarzystwa nigdy za wiele...
- Zwłaszcza minstrela - rzucił humanoidalny kot z kapturem kiwając głową w stronę wystającego ponad ramieniem Ziio gryfu lutni.
- Muzyka?! - ożywiła się ta sama dziewczyna co wcześniej. - Trzeba było tak od razu! - wstała, podeszła do harpii i bezpardonowo zaciągnęła ją na wolne miejsce.
Kyra spodziewała się po wspomnianej przez łucznika ,,gromadce” grupy uciekinierów składającej się głównie z chorych, rannych i starych lub zbyt młodych. Takiego typu uchodźców nie widziała jeszcze nigdy. W krótkim czasie starała się rozpoznać rasę każdej z obecnych osób: ludzie, elfy, felin, leonis, nawet smok i dwójkę w maskach, którzy przynajmniej z sylwetki przypominali człowieka. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, dziewczyna posadziła ją na pniaku w centrum zainteresowania reszty.
- Squall, może daj jej odetchnąć co? - rzucił kotowaty. - Nawet się z imion nie znamy.
- Pardon - leonis uśmiechnął się przepraszająco. Ziio już domyśliła się, że pełni tu funkcję władcy. - Atlant Lakoo - mężczyzna skłonił się lekko. - A pani nazwisko...?
- Neomë'thakkí - Kyra odkłoniła się. - Wśród ludzi znana jako Kyra.
- Wśród ludzi? - zainteresowała się kobieta z czerwoną bandaną. - Czyżby w tych czasach harpie blisko ludzkich siedzib nie wzbudzały już żadnych podejrzeń?
- Muzyka potrafi niejednego cudu dokonać - Ziio uśmiechnęła się tajemniczo.
- No to przejdźmy do prezentacji! - upierała się dziewczyna nazwana wcześniej Squall.
Felin ponownie zgromił ją wzrokiem, ale minstrelka machnęła ręką pojednawczo.
- Nic się nie stało - wyjaśniła. - Poza tym takiego pierwszego wrażenie nie będę już miała okazji zrobić.
Zdjęła lutnię z pleców i usadowiła na kolanie. Wszyscy wokół nagle ucichli. Mała elfka - przez wiek zapewne najśmielsza - przysunęła się bliżej, a biały smok nachylił łeb nad grupką. Harpia odchrząknęła, namyśliła się, po czym zagrała pierwsze akordy...
        Zdecydowała się na krótszy utwór, nie posiadający zbyt przytłaczającego nastroju, ale również nie całkowicie wesoły. Takie medium między wydarzeniami wojny, a nadzieją na lepsze jutro. Robiła tak już nie pierwszy raz, gdyż i nie pierwszy raz przychodziło jej się w taki sposób ,,przedstawiać”. Zawsze wolała się upewnić, że ludzie zapamiętają ją w ten właściwy sposób.

Ktoś? Weny brakło :< Może reszta ma ciekawsze pomysły ;P