piątek, 23 września 2016

Od Tenzina c.d. Atlanta

        Tenzin na polityce znał się równie dobrze co kot na łowieniu ryb: niby mgliste pojęcie miał i w razie czego potrafił złapać jedną czy dwie sztuki, ale nie umiał się posłużyć wędką, bo nie miał ku temu możliwości. Tak jak kotu brakuje do tego celu kciuków, tak Owcy brakowało biegłości do tych wszystkich zmian. Polityka to ciąg nagłych przypadków, zmieniających się polityków i władców, a nasze Jagniątko najzwyczajniej nie miało do takich rzeczy głowy. Czasem przychodziło wraz z Wilkiem po ważniejsze osobistości, by zaprowadzić ich na drugą stronę. Dopiero tutaj dało się poznać, który król, wójt lub grododzierżca rzeczywiście dobrze sprawowali daną im władzę. Ci mądrzy przeważnie czuli już, że są zmęczeni życiem i przyjmowali ofertę Tenzina. Jednakże ku wielkiemu smutkowi łagodnego łącznika zdecydowana większość panikowała, rzucając się do bezmyślnej ucieczki albo - co gorsza - wzywając straże. Za to Suowei lubiła takich polityków. Oczywiście na surowo.
  Tak więc chociaż zdarzały się Łowcom te sporadyczne interwencje w politykę śmiertelników, babrali się w tym bagnie względnie rzadko. Najczęściej, wzorem wspomnianego wcześniej kota polującego na ryby, po prostu szkoda było na to wszystko fatygi. Człowiek miał wędkę, sam złowi, tobie pozostaje się połasić o kawałek. I tak samo było w rzeczywistości: większość politycznych rywali wykańczała się samoistnie, chociażby trując sobie wino. Tenzin nienawidził w ludziach nieszczerości i skłonności do nieczystych zagrań, mimo to jednak trzeba przyznać, że znacznie ułatwiali mu polowanie - skatowany trucizną człowiek nie był w stanie uciec przed Wiecznymi Łowcami.
  Mimo braku ogarnięcia do wszystkich oficjalnych tytułów, rang i innych dupereli, Jagnię potrafiło zrozumieć słowo ,,władca" oraz co się z tym słowem wiązało. Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać. Słysząc, że leonis jest władcą Hidden (domyślił się, że to pewnie oficjalna nazwa tej ich małej ojczyzny), przyłożył prawą pięść do serca i z gracją skłonił się dosłownie do linii pasa, odchylając do tyłu drugą rękę.
  - To zaszczyt pana poznać - powiedział szczerze, prostując się.
  Suowei jego zachowanie zupełnie przestało się podobać. Zawarczała ostrzegawczo, na co stojąca obok Tenzina piratka odsunęła się odruchowo, a reszta spojrzała niepewnie na wilkopodobne monstrum. Owca spojrzała na nią dumnie wyprostowana, zakładając ręce na piersi. Nie musiał nic jej mówić. Nawet bez telepatii doskonale zrozumiała przekaz: ,,Rób co chcesz. Nie zamierzam cię słuchać". A to wkurzyło ją jeszcze bardziej. Szybko jednak ucichła, bo wśród tego chaosu cech miała w zanadrzu i dozę wyrozumiałości. Jagniątko było tylko bezrozumnym szczeniakiem. Nie rozumiał w co się wpakował. Nie wiedział, że nie powinni byli tu przychodzić. Pewnie nawet nie rozumiał jakie konsekwencje wiązały się z kłanianiem śmiertelnemu władcy. Ale to nic. Póki ona z nim będzie, nic mu się nie stanie. Jeszcze mu wyperswaduje z głowy pomysł mieszania się wśród tych potworów. Zaraz mu przejdzie. Co przecież może fascynować łącznika tak bardzo w tych marnych kreaturach? Znudzi się i to szybko, niebawem wrócą do bezpańskich lasów na łowy. Wszystko będzie jak dawniej...
  Nie wiedziała jednak, jak bardzo jej myśli odbiegały od rzeczywistości. Jej kochane bezbronne Jagnię nie zamierzało się stąd wynosić. Potem tylko trzeba będzie jej to jakoś wytłumaczyć...
  - Ale z was dziwadła - wypaliła bez namysłu piratka taksując wzrokiem łowców. Tenzin już miał zapytać o co jej dokładnie chodzi, jednak kobieta nagle machnęła niedbale ręką. - A co mi tam. Pozwólcie, że zabiorę swą odrażającą postać sprzed waszych oczu - uśmiechnęła się i ruszyła w swoim kierunku.
  Łucznik i Atlant odprowadzali ją lekko nieufnym wzrokiem. Leonis szybko wrócił do konkretów.
  - Cóż, ja się przedstawiłem, duchowi przyjaciele również to zrobili... - uśmiechnął się zachęcająco najpierw do niebieskiego karzełka, a następnie do siedzącej na gałęzi kotołaczki.
  Biały łucznik przypomniał sobie nagle o obecności drobnej dziewczyny. Znowu zalało go poczucie wstydu i zażenowania. Nie chciał jej wystraszyć, naprawdę. Musiał ją przeprosić, ale znając działanie paniki doskonale wiedział, że w tej chwili odzywając się do niej jedynie dolałby oliwy do ognia. Trzeba będzie to zrobić później...i to najlepiej bez towarzystwa Suowei.
  Blondynka dalej tkwiła na drzewie. Bardziej odważna okazała się ta mała, porośnięta niebieskim meszkiem istotka. Wystąpiła jak przed szereg, zasalutowała po żołniersku i przedstawiła się:
  - Louise Trzecia Andrasta Quartz - do usług!
  - Każda para rąk się przyda! - odpowiedział wesoło Atlant, również salutując. Spojrzał wyczekująco w górę.
  Kotołaczka jeszcze chwilę siedziała niepewnie, wpijając palce w gałąź. W końcu powoli zeszła na ziemię. Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, po czym zebrała się na odwagę by się odezwać.
  - Kiette - mruknęła, po czym zdecydowała się jednak powtórzyć nieco głośniej: - Kiette Chattres.
  - Tak ciężko było? - leonis uśmiechnął się pokrzepiająco. - Nic ci tutaj nie grozi. Nie wiem czym oni cię tak wystraszyli - wskazał kciukiem w stronę Owcy i Wilka - ale jestem pewien, że nie zrobią ci nic złego... - spojrzał znacząco w stronę Tenzina. - Nie chcę mieć z wami kłopotów, dobrze?
  Ten pokiwał energicznie głową.
  ~ Pfft, jasne... ~ prychnęła do siebie Suowei.
  ~ Zachowuj się ~ zbeształ ją przez telepatię łącznik.
  ~ Nie będzie mi żaden śmiertelnik dyktował warunki...
  ~ Więc JA zrobię to za nich jeśli dalej będziesz dawała ku temu powody.
  ~ Nie ośmielisz się...
  Przerwał połączenie z Wilkiem zanim doszło do długiego, bezsensownego monologu jak to głupi i naiwny był Tenzin. Może kiedyś by tego słuchał. Teraz jednak doskonale wiedział czego chce, a tym czymś było pozostanie wśród tej nietypowej społeczności.
  - Ażeby sprawiedliwości stało się zadość - wtrącił się jedyny pełnokrwisty człowiek w towarzystwie - Halt Quicksilver - przedstawił się, podając swoją dłoń w stronę Owcy.
  Duch przekręcił głowę, jakby chciał spojrzeć na rękę ze wszystkich stron, niezbyt rozumiejąc czego łucznik w kapturze od niego oczekuje. Coś mu ten gest mówił, ale nie za bardzo wiedział co dokładnie.
  ~ Potrząśnij nią ~ podpowiedziała mu Su z westchnieniem zniecierpliwienia.
  Tenzin więc niepewnie chwycił w dwa palce palec wskazujący mężczyzny i potrząsnął kilka razy. Suowei mruknęła coś niewyraźnie, jednak ze słyszalnym zażenowaniem. Halt natomiast sprawiał wrażenie rozbawionego.
  - Może być - uśmiechnął się, powstrzymując śmiech. - Chyba nie spędzałeś dużo czasu wśród ludzi, co?
  Owca jedynie wzruszyła ramionami. Spędzać spędzał. Ale wolno się uczył.


Ursa? Reddie? Kiette? No cóż, wiele nie zmieniłam, ale przynajmniej już nie blokuję kolejki :P

wtorek, 6 września 2016

Od Hanneona c.d. Viserany - Wątpliwości

Odwróć się Han - krzyczała już od dłuższego czasu podświadomość. - Idź, zamknij drzwi na klucz i schowaj się w środku! Pomogłeś, to wystarczy...
  Ech... W tym wypadku jednak wygrała kocia ciekawość i zamiast, jak na aspołecznego maga pożegnać się i pozamykać na cztery spusty, zdecydowałem się tam stać i usłyszeć wizję swojej przyszłości.
  Nie spuszczając wzroku z Vis, sięgnąłem do złotego łańcuszka na szyi i zdjąłem przez głowę swój amulet, zawsze noszony pod ubraniem. Przedstawiał perfekcyjnie wykonaną głowę kota-szamana wielkości łapy przeciętnego kota o opalach zamiast oczu. Nie posiadał żadnych magicznych właściwości poza tym, że oczy medalionu zmieniały się tak jak moje w trakcie używania magii. Tak właściwie, w pewnym sensie to były moje oczy, posiadały moje spojrzenie, ale pozostawały niewidzące. Jego wartość jest głównie symboliczna, oznacza dwojaką naturę - kotołaka i maga, no i sentymentalna - mama nam je dała. Kiette dostała srebrny, Jum miał miedziany, a Sarazi platynowy.
  Vis najpierw z zaciekawieniem i pewną dozą podziwu dla twórcy spojrzała na amulet, a potem utkwiła zahipnotyzowany wzrok w kamieniach będących oczami kota. Prychnąłem cicho. Tak częso się zdarza. Viserany potrząsnęła głową i ostrożnie wzięła go do rąk.
  Może i - jakby ktoś chciał w to wątpić przez moją dość lichą posturę - jestem mężczyzną i nie znam się za bardzo na błyskotkach, ale ten amulet był piękny, wykonany z niezwykłą dokładnością i posiadający żywe spojrzenie. Dlatego i ja sam podziwiam moją mamę, gdyż wszystkie cztery od podstaw bez użycia magii zrobiła sama. Użyła jej tylko i wyłącznie do ożywienia opali.
  Viserany zacisnęła dłoń na amulecie, po czym wstrzymała oddech. Na tyle długo, że prawie zacząłem się martwić. Ale wtedy znów zaczęła oddychać i na mnie spojrzała, dość dziwnym wzrokiem.
  - Jakaś... jakaś dziewczyna z nietoperzem zapuka do twoich drzwi - powiedziała, chyba sama z lekka zaskoczona tą wizją.
  - Dziewczyna? - Uniosłem brew. Nikt mnie nie odwiedza, a płci żeńskiej to już zupełnie. - A wiesz, jak wyglądała?
  - Jakaś młodziutka blondynka. Rozwiane włosy, niewysoka.
Czy to możliwe, żeby...
  - Oczy - powiedziałem, zaczynając się z wolna martwić. - Widziałaś oczy?
  - Fiołkowe. Piękny odcień! - odparła, a ja zacisnąłem usta.
  - Kiette - wyszeptałem, ale na pewno usłyszała. - A widziałaś coś jeszcze?
  - Tylko, jak zaskoczony ją przytuliłeś na powitanie.
  - Nie przeszłaby od tak całego kraju, zwłaszcza w obecnych czasach, żeby mnie odwiedzić. Sama - mruknąłem do siebie.
A może Kiet wychodzi za mąż? Ale czy wtedy nie byłaby ze swoim narzeczonym?
Po chwili wlepiania oczu w ziemię zwróciłem się do Viserany:
  - Kiedy spełniają się twoje wizje? Po jakim czasie?
  - Różnie, ale zwykle w niedalekiej przyszłości. - Po jej minie wiedziałem, że usiłuje dociec, czemu te informacje tak na mnie podziałały. - Po twoim zachowaniu wnioskuję, że ją znasz. Kim ona dla ciebie jest?
  Przechyliłem głowę, uświadamiając sobie, że podobieństwo między mną a Kiette jest... Właściwie, to wcale go nie ma. Ona i nasi nieżyjący już bracia odziedziczyli kolor włosów po ojcu, a ja jedyny po mamie. To samo zaś tyczy się oczu, z tą różnicą, że Sarazion też miał brązowe. Jak jeszcze z braćmi cokolwiek mnie łączyło - wspomniane oczy czy w przypadku Jumona kształt i duże podobieństwo twarzy, tak z Kiette w wyglądzie nie mamy ani jednej wspólnej cechy.
  Tak więc, cokolwiek Viserany pomyślała, na pewno nie pomyślała o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
  Już otwierałem usta, żeby jej to wyjaśnić, kiedy ot tak kruk wleciał sobie do mojej chatki, bo zostawiłem otwarte drzwi. Słyszałem jedynie tłuczące się szkło, kiedy usiłował się wydostać.
  Nawet nie wiem, kiedy się tam znalazłem i jakim sposobem miałem kruka między pazurami. Naprawdę tego nie wiem. Ptak zakrakał i wlepił we mnie swoje okrągłe oczy, przestając się szamotać. Momentalnie z lekkim przerażeniem zdjąłem z niego swoje już ręce, a ptak niezwłocznie uciekł, niemal wlatując w nieco rozbawioną Viserany opierającą się o próg.
  On wyglądał jak Nero.
  Nie.
  Niemożliwe.
  Wzdychając ciężko i odganiając tym samym dziwne myśli, przeczesałem włosy dłońmi siedząc na swoich stopach wśród kilku potłuczonych słoików i buteleczek. Tylko kilku na szczęście i z prawie ogólnodostępnymi zawartościami.
  A jednak zbieranie niektórych ziół w lesie samemu zajmie mi przynajmniej cały dzień, a jak na - niestety - w połowie kota przystało, nie chcę marnować całego dnia. Wtedy też coś mi się przypomniało.
  - Chciałaś mi dzisiaj pomóc, prawda? - zwróciłem się do Vis.

  Zapuszczaliśmy się coraz dalej w las, dość powoli, nie spiesząc się zbytnio. Usta Viserany niemal się nie zamykały, ale - chociaż gaduł nie lubię - nawet wyjątkowo słuchałem. Głównie dlatego, że chciałem być miły, a poza tym, przez to mówienie dowiedziałem się paru ciekawostek o Hidden, co poniekąd interesujące było.
  - Wybacz, że przerywam - powiedziałem, zatrzymując się - ale tutaj jest dość sporo Wrzeszczotków Leśników, które poza obecną listą do zebrania mogą mi się przydać.
  - A tak w ogóle, po co ci to wszystko? Te rośliny i jakieś mikstury - zapytała, dziwnie przy tym gestykulując. - Przecież nie jesteś lekarzem.
  Kucnąłem przy herbacianej roślinie przypominającej jeden malutki kielich konwalii na lichej łodydze i ostrożnie, żeby zadać roślinie jak najmniej bólu odciąłem sam kwiat (i w tym momencie rozległ się dźwięk przypominający stłumiony wrzask) i jeden liść, które magią ziemi natychmiast przywróciłem do poprzedniego stanu.
  - Czasami bawię się w alchemika - prychnąłem, odpowiadając na jej pytanie, a to była zresztą prawda, bo kilka razy usiłowałem coś stworzyć. - Przeważnie opisuję je i ich właściwości w swoich księgach.
  - Czyli można cię nazwać zielarzem? - podsumowała.
  - Nazywaj to jak chcesz. - Wzruszyłem ramionami, chowając wrzeszczotka do malutkiej skrzyneczki, a skrzyneczkę do torby akurat wtedy, gdy po naszej lewej rozległo się wycie wilków.
  Westchnąłem tylko, w duchu licząc, że jakimś sposobem przejdą dookoła, bo zwyczajnie za nimi nie przepadam i dalej szedłem w las, a Viserany, nasłuchując, wędrowała za mną.
  - Są blisko - powiedziała dwa metry za mną, jakby ostrzegawczo.
  - Słyszę.
Kucnąłem, żeby podnieść z ziemi ciekawie wyglądającą szyszkę.
  - I to nie małe stado. - Zapasała ręce, patrząc na mnie, jakbym był niespełna rozumu.
  Z tego też zdawałem sobie sprawę, w końcu przy większym skupieniu się potrafię wyczuć drgania podłoża.
  Uniosłem nieco ironicznie kącik ust, prawie odsłaniając przydługi kieł. Raz przez świecące w ciemności oczy i kły wzięli mnie za wampira. Ta ucieczka wtedy była całkiem niezłą zabawą.
  - Dopóki mnie nie zaskoczą, jestem w stanie sobie bez problemu poradzić bez robienia im krzywdy, nawet, jeśli jestem kotołakiem. - Spojrzałem na nią z ukosa. I wcale nie żartowałem.


<Viserany? Czuj się zaszczycona, bo Han mówi do Ciebie dobrowolnie ;)>

piątek, 26 sierpnia 2016

Od Atlanta c.d. Kiette - Goście

Atlant nie ruszył się widząc z jakim trudem kotka łapała powietrze. Mężczyzna postarał się najmocniej jak mógł wytężyć swój dodatkowy zmysł. Nawet przy jego niskich umiejętnościach wyraźnie wyczuł strach u dziewczyny. Poczuł jednak co jeszcze... ona miała coś wspólnego z kotołakiem który tak wczoraj się ukrywał. Podświadomie czół że to w jakimś stopniu mogła być rodzina, ale nie chciał rzucać swoich podejrzeń bezpodstawnie, może gdyby jeszcze trochę popracował byłby pewny. W pobliżu był ktoś jeszcze, a nawet dwóch ktosiów. Czół wyraźny zapach zwierzęcy, ale i aurę czegoś mądrzejszego od zwykłego zwierza. Między drzewami stała biała, na nieco przykurczonych nogach postać, a tuż za nią unosiło się coś co przypominało ducha. Zapach owcy i wilka, oraz niemal duchowa aura, czyżby łącznik? Leonis zadarł głowę znów w stronę kotki skulonej na drzewie.
  -Jeśli powiem "nie bój się" zapewne nie zadziała hę?- Uśmiechnął się pod nosem i usiadł spokojnie, jak gdyby nigdy nic pod drzewem na którym siedziała nieznajoma.
  -C... co robisz?- Usłyszał słaby głos z góry.
  -Czekam, może nie wyglądam, ale nie jestem potworem. Co ciekawsze ty jesteś moim gościem. Niegrzecznie by było gdybym cię zostawił nawet się nie witając.- Z błogim uśmiechem założył ręce za głowę i przymknął oczy nucąc coś cicho. Gdyby naciskał dziewczyna bez wątpienia uciekłaby i tyle, ale teraz gdy sam czekał, dał jej szanse zarówno do namysłu, jak i oswojenia się z sytuacją.
  -Jak to jestem gościem?- Zdawało się, że głos dziewczyny przybrał nieco na pewności, choć nadal był cichy i nieco drżał.
  -Normalnie, jeśli przychodzisz do kogoś, te jesteś gościem. W tym konkretnym wypadku moim.- Wyjaśnił na spokojnie. Wyczuł jak nagle niepokój dziewczyny wzrósł, ale nie ruszyła się. Lakoo otworzył oczy by sprawdzić co zaniepokoiło kotkę, choć nie musiał, domyślał się co to.
  -Więc i my jesteśmy gośćmi?- Usłyszał dość dziwny głos. Tuż nad nim stał biały łącznik, a za nim krążył cienisty wilk. -Nie chcieliśmy jej nastraszyć.- Alt ponownie musiał wysilić się by wyczuć cokolwiek od nieznajomych, a przychodziło mu to mimo wszystko z trudem. Jagnię wydawało się mówić prawdę i nie miało złych intencji, co do wilka jednak nie był pewien, mimo to postanowił im zaufać.
  -Nazywam się Tenzin, a to Suowei.- Przedstawił się z lekkim skinieniem głowy.
  -Miło mi was poznać, ja jestem...- Nie dokończył bo ktoś mu szybko przerwał uzupełniając mimo woli jego wypowiedź.
  -Atlant!!!- Kawałek dalej szło dwoje ludzi i ktoś od nich niższy. Halt lekko skłonił się, jak przystało przy władcy a mała blondyneczka zrobiła to w ślad za nim. Tylko Squall ominęła tę powinność.
  -Koleżanka chciała do nas dołączyć, a z kim jak z kim to z tobą powinna omawiać takie sprawy, co Bestio?- Piratka wysyczała jego stary przydomek. Atlant zignorował dokuczliwość dziewczyny, choć nie miał z nią wiele styczności sprzed czasów Hidden, wiedział że nie było sensu wdawanie się z nią w dyskusje czy sprzeczki, a i z jego upomnienia niewiele by sobie zdobiła.
  -Więc mamy kolejnego straceńca śród nas.- Uśmiechnął się do bląd karzełka.
  -Więc ty tu odpowiadasz za wszystko?
  -Na to wygląda.- Wzruszył ramionami. W tym czasie Squall z niezbyt miłym uśmiechem fascynacji przyglądała się nieznajomym pół duchom obok.
  -Chwila, czyli kim ty jesteś?- Z nad głów wszystkich dobiegł dziewczęcy głosik. Kotka już nie była kotką, teraz na gałęzi siedziała drobna blondynka.
  -Nie pochwalił się?- Sztorm poklepała go po ramieniu.
  -Jakby nie patrzeć on jest tutaj władcą. Choć może lepszym mianem byłby "Szef grupy renegatów".- Odezwał się Halt który jak dotychczas tylko obserwował zbiegowisko.
  -Faktycznie...- Westchnął, poniekąd miał nadzieję że ci nowi jeszcze chwile nie będą świadomi jego roli w ty miejscu, ale mówi się trudno. -Nazywam się Atlant Lakoo, władca Hidden.- Wyszczerzył się w uśmiechu, który choć miły i szczery ukazywał lwie kły, co spowodowało dyskomfort u dziewczyny na drzewie, więc szybko zamknął usta i starał się uśmiechać z zaciśniętymi wargami.

<Kiette? Tenzin? Louise? Halt? Wybaczcie zbiegowisko i trochę bezsęsowne opko, ale muszę was ruszyć żeby mogła wproadzić nowy event  ;)>

Postać poboczna

Imię: Kizanataki, ale utarło się, że Kiza.
Nazwisko: nie ma, ale można przyjąć, że Lupus.
Przydomek: Zaklinaczka
Rasa: w 3/4 człowiek, w 1/4 nimfa leśna.
Wiek: 19
Płeć: kobieta
Krótki opis: Kizę nazywają Zaklinaczką Wilków. Mieszka wśród nich, odkąd jej rodzice porzucili ją w lesie, gdy miała sześć lat. Nie wie, dlaczego jej to zrobili. Nie lubi mówić, choć to potrafi. Zdarza się, że zapomina słów i się w nich plącze. Często jest zamyślona i gubi się w tym, co sama mówiła. Nie zdziw się, gdy po kilku minutach rozmowy zapomni, o czym z tobą rozmawiała. Jest bardzo nieufna i bojaźliwa. Ciężko jest przekonać ją, że nie chce się niczego złego, a jeszcze trudniej zawiązać współpracę. Posiada niezwykle dużo różnych informacji i plotek, które przynoszą jej dzicy przyjaciele zapuszczający się w najdalsze i najciemniejsze zakątki swych obszernych terytoriów. Dzięki nim jest uszami i oczami lasów i ich okolic. Wszystkie wilki z lasów otaczających Hidden traktują ją jak swoją alfę, a ona rozumie ich mowę. Najczęściej widziana jest ze współalfą - nieprzeciętnych rozmiarów srebrzystym basiorem, który jest zarazem jej osobistym obrońcą. Zazwyczaj można ją spotkać siedzącą na głazie przy jeziorku w lesie, brodzącą patykiem w wodzie. Kiedy chcesz się czegoś dowiedzieć, udaj się do Kizy. Ona będzie wiedzieć. A jeśli nie, to się tego prędzej czy później dowie i wyśle po ciebie wilczego posłańca.
Autor: Lucy321

środa, 24 sierpnia 2016

Od Phestera c.d. Mild - Księga z księżycem

 -Tak ot sobie idziesz do tego czegoś?!- Zawołała Mild za mężczyzną kompletnie nie rozumiejąc jego postępowania. Każdy choć trochę wyszkolony wojak wiedział, że nigdy, ale to NIGDY! Nie pcha się w stronę czegoś czego się nie zna. Zawsze najpierw trzeba wiedzieć z czym ma się do czynienia. Chwile stała uparcie, ale gdy czarna postać zniknęła za regałem ruszyła biegiem śladami medyka.
 -Wiesz w ogóle co to może być? Duch? Zjawa? Może jakiś potwór pilnujący tego miejsca!- Mówiła zaaferowanym szeptem. Kruk natomiast przemieszczał się i zakręcał coraz głębiej między regały niemal nie wydając przy tym odgłosów.
 -Słuchaj... możesz mi nie wierzyć, ale czasem czuje że coś jest nie tak i właśnie TERAZ to czuję!- Głos dziewczyny nieświadomie z szeptu przechodził do normalnego. Phester nagle stanął, a elfka odbiła się od jego pleców. Mędrzec stał całkowicie nieruchomo, nawet w miejscach na oczy w masce nie mogła nic dostrzec. Mild częściowo przyzwyczaiła się do towarzystwa dziwnego lekarza, mimo to jednak w tej chili nie umiała wyzbyć się nieprzyjemnego uczucia chłodu oraz strachu.
 -Nie ruszaj się...- Powiedział głosem który zdawał się niemal mrozić powietrze. Odruchowo zacisnęła palce na rękojeści. Ciszę przerwał cichy, ale bliski hałas. Tuż za nią z pułki spadła książka. Elfka gwałtownie dobyła broni i obróciła się w kierunku potencjalnego zagrożenia.
 -Nie podoba mi się to, wiesz co to może być?- Zapytała, a gdy po dłuższym czasie nie dostała odpowiedzi obróciła głowę, ale czarnego towarzysza już nie było.
 -Ch*lera jasna...- Syknęła i ostrożnie zaczęła przesuwać się dalej. Długa cisza sprawiała że przechodziły ją ciarki. Nagle rozległ się głośny krzyk, a raczej skrzek jakiś łopot. Później tylko coś zazgrzytało o posadzkę i znów wszystko ucichło. Mild przekroczyła kolejny zakręt między regałami a tuż przed jej twarzą śmignął ogromny cień. Dziwne coś zatrzymało się gwałtownie robiąc przy tym trochę hałasu, następnie zza półek powoli wynurzyła się dziwna... wężowa... głowa.
 -Prosiłem żebyś się nie ruszała.- Znikąd pojawił się czarny medyk, przez co dziewczyna jeszcze bardziej poczuła się zdezorientowana. Nim jednak zdążyła zarejestrować, że to jej przyjaciel czy cokolwiek pomyśleć. Zamachnęła się mieczem i mogłaby dać głowę że w coś trafiła. Mimo to kościste palce złapały ją niczym imadło i odrzuciły w bok. Dosłownie ułamek sekundy przed tym jak korytarz wypełnił błękitny ogień. Rozejrzała się otumaniona za Krukiem.
 -To strażnik.- Odezwał się ponury głos za nią. Wysoki mężczyzna stał wyprostowany, jak gdyby nigdy nic.
 -Czego pilnuje?
 -Czegoś, czego nie powinniśmy znaleźć.- Rzucił nieruchomo patrząc na przygasające płomienie, które o dziwo nie osmoliły nawet jednej książki. Mild przyglądała się miejscu z którego powinno przyjść to gadzie coś. Ale jej towarzysz nie pozwolił jej czekać. Jedną ręką postawił ją z klęczek za połać koszuli. Elfkę nieco zdziwiła siła w tym wątłym ciele, ale nie teraz będzie się zastanawiać. Pobiegła za Phesterem, nie zwróciła nawet uwagi że jedyne co można było usłyszeć to jej oddech i tylko jej kroki. Mężczyzna cały czas przyśpieszał, ale zdawało się że wcale nie biegnie, jakby tylko sunął do przodu zmuszając elfkę do biegu, często zakręcając i zmieniając kierunki. Nagle zatrzymał się , przygnał do ściany i zakrył usta dziewczyny kościstą dłonią zanim zdążyła je otworzyć. Cień śmignął tuż przed nimi, prawie nie wydając dźwięku. Odczekali jeszcze chwilę po czym medyk niemal wepchał ją za drzwi do osobnej sali.
 -O co tu chodzi?- Zapytała szeptem którego niemal nie było słychać.
 -To jest zaklęcie, strażnik powołany do życia by chronić czegoś w tych murach. Podeszliśmy za blisko tego "czegoś" i się obudził.
 -I co? Zabijemy to?- Mild uniosła lekko miecz który cały ten czas trzymała w dłoni. Phester pokiwał przecząco głową.
 -Trzeba znaleźć zaklęcie.
 -Wiesz czego on broni?
 -Podejrzewam , że tego samego czego szukam.- Mruknął. Miał ogromną ochote wyprowadzić stamtąd elfkę. Doskonale wiedział że ona sama nie uaktywniłaby zaklęcia, które obudziło się wyczuwając zagrożenie czyli jego. Ale dobrowolnie też dziewczyna penie nie chciałaby wyjść. Miał więc dwie opcje, albo zniszczy zaklęcie zanim ich znajdzie, albo wyprowadzi ją podstępem.
 -Co więc chcesz zrobić?- Zapytała nie podnosząc nadal głosu.
 -Znasz stare języki magii?- Mild zatrzepotała rzęsami, Phester czując że dziewczyna mogłaby mieć z tym problem szybko zaczął coś innego. -Zaklęcie musi mieć swoją fizyczną formę. Jest ono ukryte w jednej z książek lub przedmiocie, albo nawet w samym strażniku.
-Jak ono wygląda?- Zapytała, ale nie dostała odpowiedzi, bo pod drzwiami zaczął przeciskać się cień. Mild przygotowała się do walki. Phester jednak ponownie nie pozwolił jej choćby przyjąć szermierczej postawy. Otworzył drzwi i zatrzasnął za sobą, a cień zniknął.
 -Znów zostawia mnie samą...- Mruknęła niezadowolona łapiąc za klamkę pewna że jeszcze go dostrzerzec. Nie było jednak nawet śladu ani medyka, ani cienia. Stąpając jak najciszej starała się znaleźć fontannę w centrum biblioteki z nadzieją że znajdzie tam może owe "zaklęcie". Ponownie zaległa cisza. Zdawało się być wyjątkowo cicho i spokojnie. Schowała miecz, była jednak dalej czujna. Odnalezienie fontanny chwile jej zajęło, w końcu jednak to jej się udało. Kamienna sowa dalej stała jak wcześniej wpatrzona gdzieś w jeden punkt.
 -Gdzie schowałabym zaklęcie mające chronić to miejsce?- Zadała sobie ciche pytanie patrząc w oczy sowy. Daya podeszła jeszcze bliżej posągu następnie podążyła wzrokiem w kierunku w jaki wpatrzony był ptak. Na regale na przeciwko fontanny stał zbiór książek, tak jak z resztą wszędzie. Ale tylko jedna z nich na grzbiecie miała srebrną klamrę. Mild podeszła do niej i wyjęła spomiędzy swoich starych towarzyszek. Otrzepała ją od kurzu i dokładniej na nią spojrzała. Była czarna i gładka z wyjątkiem małego symbolu księżyca. Co bardziej ją zdziwiło srebrna klamra zamykająca jej stronnice nie miała dziurki na klucz. Coś jej jednak mówiło że tam może być ukryty potrzebne im zaklęcie. Ale co miałaby zrobić z tym dalej? Możliwe że Phester wiedział, ale gdzie on mógł być? Elfka przymknęła oczy i starała ię jak najuważniej nasłuchiwać jakichkolwiek odgłosów. Wreszcie trafiła. Coś otarło się o regał, a to mógł być jej towarzysz, ale i strażnik. Ruszyła w stronę zlokalizowanego hałasu ponownie zagłębiając się w labirynt korytarzy. Z kolejnymi zakrętami czuła coraz większe napięcie, wiążące się z większym prawdopodobieństwem spotkania dziwnego cienia.
 -Phester...- Odważyła się cicho zawołać medyka. Na co odpowiedział jej cichy syk. Gwałtownie obróciła się zaciskając palce na książce i dobywając miecza, ale nic za nią nie było. Syk zrobił się głośniejszy podniosła głowę. Wężo-podobne zwierze na futrzanych nogach z zakrzywionymi pazurami zwierzało się z górnego regału nad nią. Daya była gotowa na atak i gotowa zaatakować. Pamiętała też brak zniszczeń po błękitnych płomieniach i była pewna że to iluzja stwora. Więc stała twardo pewna zwycięstwa. Jednej chwili strażnik otworzył gębę z której wydobył się niebieski ogień i w następnej coś czarnego przysłoniło jej cały obraz. Jak zwykle znikąd pojawił się Phester stał przed nią, dziób maski przylegał do torsu, a ramionami rozciągał połacie płaszcza od którego odbijał się płomień. Teraz jego postać rzeczywiście przywodziła na myśl ogromnego, czarnego ptaka. Nie trwało to długo, mężczyzna złapał ją jak kocię i pociągnął gdzieś przed sobą. Mild miała mnóstwo pytań, ale widząc dymiący płaszcz ugryzła się w język i postanowiła poczekać jeszcze chwile. Po lekkich nadpaleniach mogła też wywnioskować że jednak to nie była iluzja i mogła ją poparzyć.
 -Myślę że coś może tu być.- Podała swoje znalezisko mędrcowi. Szare oczy mężczyzny spojrzały na srebrny symbol na okładce. Wymamrotał coś co całkiem było dla niej niezrozumiałe. Zamek szczęknął i książka się otworzyła, a z niej wypadła jedna kartka, jakby wyrwana z zeszytu. Mężczyzna złapał ją i przerwał w pół. Cień sunący w ich stronę nagle zatrzymał się i powoli wyparował z posadzki. Phester wyprostował się i zatrzasnął księgę, a zamek ponownie szczęknął.
 -Co to? Tego szukałeś?- Nie wytrzymała w końcu i znów zaczęła pytać
 -Kodeks i nie do końca... Lepiej to schować...- Mruknął i zaczął iść jak gdyby nic się wcześniej nie działo dalej między pułki biblioteki, a za nim biegł mały, jasny cień z milionem pytań.

<Mild? Mam nadzieje że nie zawiodłam oczekiwań :P A o księdzę radze nie zapominać bo mam już małe plany B) >

JESTEM!!!

Ha! Nie spodziewaliście się mnie małe ... khm.. no... W każdym razie jestem! (choć zaraz znów zniknę, ale tylko na chwilę). Wiem że się ie pożegnałam, ale serio zwiedzenie połowy kraju, przejechanie, przegalopowanie i przejście kilu tysięcy kilometrów trochę czasu zajmuje :P
No ale jestem, więc pora ruszyć się do roboty wasz poganiacz chwyta za bat i jak tylko sama się wyrobie to i was ten bat dosięgnie, więc ruszać do pisania!

Niech wena będzie z wami~!

niedziela, 24 lipca 2016

Od Kiette cd Tenzina - Kocie opowieści

        Byliśmy wtedy przed kominkiem w salonie w domu Nero.
  - Opowiem wam historię, która zdarzyła się, nim jeszcze ja zdążyłam przyjść na świat - powiedziałam z uśmiechem, głaszcząc młode kotki jednej z siedmiu sióstr Nero.
  - Opowiadaj, Chaari, opowiadaj! To będą twoje i twojego brata przygody, prawda? - zawołał blondwłosy kotek z piegowatym noskiem, patrząc na mnie zielonymi ślepiami tak podobnymi do tych Hana, kiedy korzystał z magii ziemi, a choć robił to rzadko i wtedy prawie tak nieumiejętnie, jak ja, pamiętam ten kolor doskonale.
  - Wybacz Nihiro, to historia pełna miłości - zauważyłam, na co blondynek zmarszczył nosek, a jego siostrzyczki zaczęły klaskać i nadstawiły swoje kocie uszy.
  Uśmiechnęłam się do nich. Kiedy to ja byłam malutka, uwielbiałam słuchać historii o tym, jak mama poznała tatę. Nie ważne, że historia ta kończyła się tragicznie, o czym młodym kotom nigdy nie wspomniałam a i mnie samej mama tylko raz opowiedziała całość.
  - Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy to Minah-Tian, o rudoczerwonych włosach i oczach ciemnych jak czekolada, pierwszy raz wybrała się na samotną wycieczkę. Jej rodzice, choć mieszkali w wiosce w górach, nie lubili wychodzić, woleli integrować się z przyrodą w przydomowym ogrodzie. Młoda jeszcze Minah spacerowała po górach, bawiąc się magią. Były to czasy jeszcze gorsze, niż teraz, kiedy wojny między różnymi rasami były naprawdę straszne, wiec taka wycieczka była bardzo niebezpieczna! - Zrobiłam minę typowego bajarza, których u nas nie brakowało. Nero opierający się o próg drzwi zaśmiał się cicho, a ja skarciłam go wzrokiem, na co uniósł obronnie ręce.
  - Co to znaczy Minah-Tian? - zapytała głupiutko koteczka o białych jak śnieg włosach i błękitnych oczach.
  - Wiesz, nie mam pojęcia, Shaakite. - Wzruszyłam ramionami, żałując, że tego nie wiem. - Nie wiem, na jakiej podstawie magowie nadawali imiona.
  - Nie ważne, opowiadaj dalej, Kiet, prosimy! - Mała Yunahi zrobiła maślane oczka, a ja kontynuowałam: 
  - Minah przypadkiem potknęła się o kamień i spadła wraz z całą lawiną kamieni na polankę, która nie należała już do magów. Zemdlała wtedy, a kiedy się ocknęła, zobaczyła nad sobą parę fiołkowych oczu...
  - Zupełnie takich, jak twoje? - wtrącił Nero, który znał całą tę historię w jej prawdziwej i całkowitej wersji.
  - Nie przerywaj mi! - Wystawiłam mu język, na chwilę zapominając, że obok są dzieci, które zaraz zaczęły bronić swojego wujka, mówiąc mi, że to nie ładnie.
  - Dobrze, dobrze, wiem i przepraszam - westchnęłam, udając skruchę. - Więc, Minah zobaczyła nad sobą parę kocich oczu, które wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Należały one do przystojnego blondyna, który wyciągnął do niej rękę, aby pomóc jej się podnie...
  - Już jestem! - usłyszeliśmy wołanie Charnini, matki kociąt, które z Hikari na czele natychmiast zerwały się z kojca, wołając wesoło ,,mama". To zazwyczaj oznaczało, że młode kocięta już do nas nie zawitają, zbyt zajęte tym, że ich mama wróciła z dwudniowego rejsu do najbliższego miasteczka, przynosząc im słodycze.
  Uśmiechnęłam się do siebie, po czym sama wstałam, strzepując niewidzialny kurz z ubrań. Miałam zamiar iść się z nią przywitać, ale kiedy przechodziłam przez próg, Nero złapał mnie w pasie i pocałował w policzek.
  - Nareszcie wolni - wyszeptał mi do ucha, na co uśmiechnęłam się szerzej i odwróciłam do niego przodem.
  - Więc? - Zagryzłam wargę, splatając dłonie na jego karku. Czarne koszule naprawdę mu służyły. - Co zamierzasz robić?
  Nie odpowiedział mi, a po prostu złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, a ja wplotłam ręce w jego kruczoczarne włosy.
  I pewnie poszłoby to dalej, w kierunku, w którym się domyślacie, jednakże usłyszeliśmy chichoty dzieci, na co niestety byliśmy zmuszeni przerwać.
  - Co wy tu jeszcze robicie, skrzaty? - Zapytał Nero, mierzwiąc siostrzeńcowi włosy. Raczej nie był szczęśliwy, że nam przerwali, ale w żadnym stopniu nie dało się zobaczyć jego irytacji. On, w przeciwieństwie do mnie, mimo przyłapania na gorącym uczynku potrafił zachowywać się normalnie, podczas gdy ja płonęłam rumieńcem.
  - Chaari nie dokończyła opowiadać! - zauważyła Eunbi, łapiąc mnie za nogę.
  - Shaakite! Eunbi! Yunahi! Hikari! Nihiro! Wracamy do domu! - powiedziała Charnini, pojawiając się za swoimi dziećmi. - Jest już późno, Kiette dokończy wam opowiadać innym razem.

        Nie było mi to jednak dane, a wydarzenia tamtej nocy były ostatnimi, które przeżyłam z małymi kociętami. Nazajutrz cała wioska spłonęła, spalona przez smoki. Niektórzy osierocili dzieci, inny wraz z nimi zginęli. Zginął Nero, jego siostra wraz z dziećmi i mężem, czworo naszych przyjaciół oraz wiele innych rodzin. W jeden dzień śmierć zebrała krwawe żniwo i mnóstwo łez.
  Wtedy, blisko rok temu, po zakończonych uroczystościach pogrzebowych, ostatni raz spojrzałam na portowe miasteczko, zaraz jednak mrużąc oczy ze łzami. Nie chciałam go pamiętać obróconego w proch i pył. Chciałam pamiętać malowane na biało domki, obite ciemnym drewnem, brukowane ulice, zapach morza i przyjemny dla kotów zapach ryb, wesoło biegające po pobliskich łąkach młode kotki czy dzieci zwyczajnych, ludzkich osadników oraz handlowców z innych krajów. Karczmy i tawerny wypełnione wesołymi śpiewakami, mnóstwo kotów chodzących po ulicach, nie ważne, czy to byliśmy my czy nasi dachowi pobratymcy. Tak chciałam pamiętać Mhetuu.
  Niestety, nie do końca mi się to udało. Pamiętam też przyprawiający o mdłości swąd spalonego drewna, ciała i futra, drewniane domostwa obrócone w popiół, kamienne osmolone i bez dachów oraz pełno spalonych żywcem ciał leżących na ulicach, które później chowaliśmy, nie zawsze będąc pewnym, kto był kim. Pamiętam też ziejące tumanami ognia smoki, które następnie z groźnym odgłosem ruchu skrzydeł odleciały za ocean.
  Potem odeszłam, jak i sporo innych kotów i ludzi. Nie chcieliśmy tam zostawać, straciliśmy zbyt wielu bliskich a także kochane przez nas osoby. Moje przyjaciółki, Noirin i Blanir, które tak na dobra sprawę to bliźniaczki o włosach czarnych i białych, również zdecydowały się odejść. A odeszły rozdzielając się, każda w swoja stronę.
  W chwili, w której zdecydowałam się na odejście, zostałam całkiem sama. Między innymi dlatego jeden z wyżej postawionych rangą kotołaków, który zwał się Daraniorem i wychowywał wiele młodych kotów (w tym osiem lat temu mnie), postanowił podarować mi jedno nietoperzątko z pośród potomstwa swojego magicznego pupila. Powiedział mi, że nietoperze, choć i za nimi koty lubią biegać, są najmniej kuszącymi koty zwierzętami i jako jedyne nadają się dla nas jako zwierzątka domowe.


        Westchnęłam cicho, gładząc czubek głowy nietoperza, który zwisał śpiąc do góry nogami na gałęzi nade mną. Znów zaczęłam popadać w melancholijny nastrój. Byłam już prawie pewna, że to tutaj, że to tu będzie Han. Tymczasem w okolicy widziałam tylko istotę, która była mała i niebieska, oraz całą zgraję przepełnionych frustracją elfek. Chyba jednak się myliłam - czeka nas dłuższa wędrówka.
  - Idziemy już od dwóch dni bez snu, przyda ci się wypoczynek - powiedziałam do Shi-Shiego, wodząc wskazującym palcem po liniach jego kości na skrzydłach. Ziewnęłam przeciągle i zmrużyłam oczy. - Mnie chyba też...
  Nim jednak moje powieki opadły do końca, jeden dźwięk sprawił, że byłam gotowa do skoku czy ucieczki. Nadstawiłam uszu, po czym z uspokojeniem zauważyłam, że to tylko niewielkie stado jeleni. Przyglądałam im się chwilę. Bardzo piękne stworzenia. Tyle, że jelenie mogą kusić wilki.
Westchnęłam poirytowana, bo chciałam spać spokojnie, a nie chciałam ryzykować bycia kotem wpędzonym na drzewo, z którego nijak nie ma ucieczki, po wiążące gałęzie są za cienkie dla mnie nawet w kociej formie. Zeskoczyłam z drzewa, postanawiając znaleźć inne miejsce do snu. Mój nietoperz niechętnie poderwał się do lotu.
  Wtedy też spokojnie i sennie wędrowałam sobie między krzakami, kiedy to z całym impetem coś na mnie wpadło tak mocno, że aż przeturlaliśmy się po ściółce.
  Powoli podniosłam się z ziemi otrzepując się powierzchownie z liści i gałązek, po czym spojrzałam na owe coś. Było białe i wełniane, a chwilę później dostrzegłam też owcze uszy. Ale stwór nosił wilczą maskę i miał puste oczy, co sprawiło, że zachwiałam się na nogach i usiadłam z powrotem. 
  - C-c-coś ty za jeden?! - wydukałam, modląc się, aby to coś mi się tylko śniło.
  Całą drogę omijałam wszelkie inne istoty, nie zazębiając więzi z nikim. Brak zaufania do innych i pusty wzrok stwora ukrytego za wilczą maską przyczynił się do mojego strachu.
  Nagle dało się słyszeć dobijane zwierzę. Wełniany stwór pobiegł w tamtym kierunku, a ja dostrzegłam wilczą głowę, która spijała krew z rozerwanego brzucha jelenia.
  Otworzyłam szeroko usta na widok, który zmroził mi krew w żyłach. Zdusiłam krzyk, a moja ręka chcąc nie chcąc powędrowała w kierunku przerażającej wilczej głowy. Ja się boję zwykłych wilków, a to coś jest jeszcze gorsze...
  Kiedy wełniany stwór się do mnie obrócił, cofnęłam się o krok, mając nadzieję, że strach nie sparaliżuje mnie przed ucieczką i oba przerażające stworzenia nie zaczną mnie ścigać.
  - Spokojnie - powiedział wełniany, jednak ja ciągle patrzyłam na wilczą głowę. - Nie zrobię ci krzywdy...
  - T-ty mo-że nie... - usiłowałam opanować drżenie głosu.
  Czułam, że się trzęsę. Jak na zawołanie przypomniał mi się dzień, w którym Han poszedł po wodę, a nasz prowizoryczny obóz napadło wilcze stado. Gdyby wtedy nie zapomniał wiadra i - nie kontrolując jeszcze swoich zdolności - nie podpalił ich, pewnie by nas zjadły. Uciekły w popłochu do strumienia, zostawiając pobladłego i przerażonego własnymi zdolnościami Hana samego. Miał wyrzuty sumienia, bo prawie stał się mordercą, choć próbowałam mu tłumaczyć, że uratował nas tym.
  Odpędzając obraz wilczej paszczy z przed kilku lat, zaczęłam się powoli cofać.
  - Nie bój się. - Próbował mnie uspokoić wełniany. Na marne. Wilki prawie mnie zabiły, mam prawo się ich bać.
  Wilcza głowa odwróciła się do mnie i kłapnęła zębami, na co jak skończona idiotka przemieniłam się w kota i uciekłam wysoko w korony drzew, robiąc coś, czego jeszcze przed chwilą unikałam.
  Serce waliło mi jak młotem, a sama ledwo łapałam oddech.
  - No proszę, kolejny kotołak? - Usłyszałam z dołu. Pewnie gdyby nie zaskoczenie, zastanowiłabym się nad słowem ,,kolejny". Nie jestem tchórzem, bez przesady, ale to było zdecydowanie za wiele jak na moje oczekiwania a propos tego miejsca.
  Na dole stał bliznowaty, dobrze zbudowany mężczyzna z rogami, spiczastymi uszami i lwim ogonem. Brawo Kiette, brawo. Miałaś unikać innych istot i stworzeń, a jesteś otoczona i na drzewie. Szczyt kociej inteligencji...

Tenzin? Atlant? Próbowałam na wszelkie sposoby to dokończyć odkąd z Tobą Nyan pisałam, ale moja kreatywność umarła

poniedziałek, 18 lipca 2016

Od Viserany CD Hanneona: Lecznica Pod Wąsem

Wchodzę do chatki Hanneona z całą pewnością siebie jaka mi się na razie odrodziła. Cóż, jak można być pewnym siebie po ataku butów i spacerku z gościem, który jest moim <teoretycznie> naturalnym wrogiem w dodatku władającym huraganami?! No nie powiem, zbił mnie trochę z tropu...
- Ach, więc tak mieszkasz? - Przerywam ciszę, która zaczyna mnie wnerwiać.
Rozglądam się po niewielkiej acz przytulnej przestrzeni. Spodziewałam się raczej zastać magiczne kociołki buchające kolorową parą albo przynajmniej jakieś dzikie pentagramy na podłodze czy zwykły bałagan... Tymczasem jest naprawdę czysto, tylko papiery... Dużo papierów. Przechylam głowę na bok, przypatrując się temu wszystkiemu i zaciskam krwawiącą dłoń.
- Jak widać - rzuca przez ramię kotołak, grzebiąc w dziwnych naczynkach, sprytnie schowanych. - Napijesz się czegoś?
- Mmmm, z tego co widziałam to masz tu obok strumyk nie? Poradzę sobie jak... kkk...ACIIIIIIIU!...oś. - No oczywiście, że musiało tak być. Tak, dla tych mniej zorientowanych - kichnęłam w połowie słowa. Czy tego chcę czy nie, zawsze kicham w dzień pełni księżyca. Przywykłam, ale nie lubię kiedy ledwo poznani to widzą.
Wycofuję się z chatki pewnym krokiem, odprowadzana zaciekawionym spojrzeniem Kitee.
Padam na kolana przy strumyku i zdejmuję opatrunek Hana. Syczę, kiedy materiał szoruje po ledwie wyschniętej krwi. Wkładam dłonie w lodowatą wodę i wzdycham cicho, rozkoszując się uczuciem wbijania igiełek zimna w skórę. Zamykam oczy i obmywam twarz wodą. Przecieram oczy i zanurzam lekko końcówki włosów w strumyku. Potem wstaję i otrzepuję się, potrząsając głową.
- No jeszcze podrap się nogą za uchem, i wszystko się będzie zgadzać... - mówię sama do siebie, prychając.
Taaaaaaaaaaak, no szczególnie w dzień pełni przejmuję zachowania typowe dla wilków.
Schylam się po opaskę Hanneona i gdy dotykam jej czubkami palców... Strzela światło, słyszę wycie, a po chwili w ciemności pojawiają się bordowe oczy wilka.
Upuszczam opaskę, ciężko mi złapać oddech. Takich sytuacji nienawidzę. Lubię swoje zdolności ale nie w tych dziwnych wypadkach kiedy są tylko strzępy i niezrozumiałe sygnały. Zwykle nie mówię o tym właścicielom, chociaż Haltowi kiedyś będę musiała powiedzieć. Wizja dotyczące jego była bardziej niż niepokojąca, a u mnie to rzadkość.
- Znalazłem. Daj rękę - mówi Kitee, wychodząc z chatki.
Szybko potrząsam głową żeby się ogarnąć i przywracam na twarz zwykły, ironiczny wyraz. Wykonuję jego polecenie i wyciągam rękę. Maść ma całkiem ładny zapach, trochę lawendy i jakiś cytrus, nie jestem pewna jaki, być może limonka. Hanneon nakłada grubą warstwę, następnie zawiązuje czysty bandaż.
Obserwuję go z zaciekawieniem. Jego ruchy są płynne, brwi ściągnięte w skupieniu. Przechylam lekko głowę na bok, a ironiczny uśmiech mimo woli pojawia się na mojej twarzy.
- Długo się tym zajmujesz? - pytam.
- Dosyć. A co, wątpisz w moje kwalifikacje?
- Hmmm, z natury nie jestem zbyt ufna, poza tym... Z takimi rzeczami zazwyczaj radzę sobie sama. Ale skoro już się napatoczyłeś to skorzystałam. - Wyszczerzam się wesoło, Han zauważa to kątem oka i tylko prycha. - Nooo... a co robisz tak poza tym? - pytam.
- Poza leczeniem? Nic szczególnego. Kształtuję swoje umiejętności. - Zaciska mocniej bandaż.
Uśmiecham się na to kącikiem ust. Czyżbym kiciusia rozdrażniła?
- Oooooooooo, to ja ci może dzisiaj pomogę, co? I tak nie mam nic do roboty.
- A ta mała? Nie jesteś jej opiekunką czy coś?
- Mmmmmmmm, mentorką. Wiesz, to bardzo poważna funkcja ale dzisiaj mam wolne - odpowiadam z powagą.
- Aha - ucina.
- Oj no weź! Pomogę ci, na serio. Umiem sporo rzeczy. Na przykład... mogę ci przepowiedzieć przyszłość.
- Tak? No i co widzisz?
- Daj mi coś swojego.
Zapada chwila ciszy, Han zawiązuje ostatecznie bandaż i przygląda się efektom swojej pracy. Spogląda na mnie spod rzęs i ocenia czy mówię serio. Wiem to, bo ludzie często tak na mnie patrzą. W ogóle, często patrzą. W końcu jestem taka niesamowita... Czyż nie?
<Hannuś? To jak będzie? Chcesz żeby Lady Visterany przepowiedziała ci pieniądze, miłość i zdrowie? XD >

piątek, 17 czerwca 2016

Od Tenzina - Zapolujmy!

        Owca śledziła czujnym wzrokiem obcych, ukryta w zaroślach na granicy lasu.
  ~ Jak myślisz, to przyjaciele? ~ zapytał w myślach Suowei.
  Wilk tak nie sądził. Su nie potrzebowała nawet wyrażać tego słowami. Tenzin już po jej zachowaniu mógł wszystko wyczytać. A jednak mimo jej ostrzeżeń był zbyt ciekawy. Trójka osób na werandzie starego domku stanowiła raczej nietypowe towarzystwo. Przy mały stoliku jakiś rogaty młodzieniec popijał kawę z brązowym felinem, podczas gdy obok na barierce siedziała harpia, strojąc lutnię. Łowca nie słyszał ich rozmowy, ale nie trudno było się domyślić, że wszyscy żywią wobec siebie raczej przyjazne uczucia.
  ~ Jest ich tu więcej? ~ spytał.
  Suowei wciągnęła powietrze przez nozdrza, czytając z woni niczym z księgi.
  ~ Tak...~ mruknęła. ~ Całkiem sporo...Ale nie wszyscy są obecni na polanie. Powinniśmy uważać, Owieczko. Jeśli trafimy na któregoś z nich, mogą się okazać niegościnni.
  Tenzinowi jakoś ciężko było w to uwierzyć. Jeśli pozostali chociaż trochę przypominają trójkę na ganku, nie powinni chyba z miejsca chcieć ich zabić. Takie skłonności przejawiali ludzie i niecywilizowane potwory, a ci tutaj wyglądali na dość spokojnych. Ale Su nie dawała się przekonać niczym. Dla niej to wszystko były tylko pozory. Oczyma wyobraźni widziała już scenę niewiele różną od ich ostatniego spotkania ze zbrojnymi awanturnikami. Zakuty w blachę durny człowiek stanowił jednak zgoła mniejsze zagrożenie niż humanoidalni. Nie bez powodu pierwsi obawiali się drugich. Nie, jej jagniątko nie może tam iść. Są niebezpieczni, lepiej zostawić ich w spokoju...
  ~ Chodźmy stąd, Tenzinie ~ poprosiła. ~ To nie miejsce dla nas.
  ~ To które JEST, Wilku? ~ nie wytrzymał. ~ Wszystkie poprzednie miejsca też nie były dla nas. Jeśli nie to, to które?
  Suowei umilkła na chwilę, czując, że chyba uraziła czymś swoją Owieczkę. Wepchnęła ogromny łeb pod łagodną dłoń i otarła się o Tenzina nosem.
  ~ Żadne, Jagniątko ~ odpowiedziała. ~ Dla nas nie ma miejsca. 
  Łowca dalej uparcie wpatrywał się w polanę. Bezwiednie głaskał nos Su w zamyśleniu. Jego zachowanie wcale jej się nie podobało. Ale znała sposób na odciągnięcie go od czegokolwiek...
  ~ Jestem głodna, Owieczko ~ zamruczała. ~ Zapolujmy!
  Tenzin niemal natychmiast zwrócił głowę w jej stronę. Wilk poczuł, że z miejsca poweselał.
  - To znajdź trop - szepnął.
  Jego towarzyszka z wesołym warknięciem rzuciła się w las. Owca pobiegła za nią lekkimi skokami przesadzając metr po metrze, huśtając się czasem do przodu na wystających gałęziach i przeskakując nad przewalonymi pniami. W końcu Suowei złapała trop: poruszała się wolniej, kiwając łbem na boki niczym płynąca ryba. Przyczaiła się w zaroślach, wpatrując się w małe stadko jeleni. Tenzin podekscytowany nadchodzącym pościgiem wspiął się na drzewo nad nią. Przykucnął na konarze dobywając łuku.
  ~ Wybierzmy nasz cel... ~ powiedziała do siebie Su.
  Większość polowań wyglądała identycznie jak to. Rzadko zdarzało się, by Łowca kończył je od razu jedną strzałą, chociaż miał ku temu sposobność prawie za każdym razem. Nie, przecież polowania to nie jeden, czysty strzał. To skupienie przy wybieraniu odpowiedniej ofiary, spięcie mięśni w skoku, podniecenie wzrastające z każdą minutą pościgu i wreszcie satysfakcja z zaciśnięcie zębów na wierzgającym ciele. Podczas łowów Wilk i Owca stawali się jednym: razem dzierżyli łuk, razem podgryzali ściganemu kostki, czuli to samo bicie przerażonego serca, szarpnięcie cięciwy boleśnie uderzającej nieostrożnego strzelca w przedramię i spływającą po brodzie ciepłą krew zwierzyny. Suowei dawała Tenzinowi zapał i głód, podczas gdy on użyczał jej swojej cierpliwości i determinacji. Jedno uzupełniało drugie, nie mogło bez niego funkcjonować. Tylko razem tworzyli idealny, nie dający się powstrzymać zespół.
  Łowca naciągnął łuk. Na cięciwie zmaterializowała się widmowa strzała. Nie celował w żadne ze zwierząt, tylko w ziemię między nimi. W ten sposób da im sygnał, że zbliża się śmierć. Był to pewien rodzaj niesprawiedliwego wyboru, bo o ile człowiek wiedział, że kiedyś i tak zginie, przerażone zwierzę zawsze będzie chciało uciec.
  I o to właśnie chodziło.
  Strzała wbiła się ze świstem w ziemię. Odgłos ostrzegł stado i jelenie rzuciły się do ucieczki. Ruszyły w zgoła jednym kierunku i tylko jeden omyłkowo odłączył się od grupy. Suowei z warknięciem poleciała właśnie za nim. Owca zeskoczyła z drzewa i pobiegła za towarzyszką. Pędzili teraz przez las, śmigając zygzakiem między drzewami, równocześnie biegnąc i płynąc, dzieląc tą samą radość. Tenzin szybciej doganiał jelenia i posyłał w jego kierunku strzały. Wtedy zwierzę go wyprzedzało, po czym znowu zwalniało podgryzione w tylne nogi przez Su. Ale nie poddawał się, biegł dalej głupio wierząc, że jest w stanie wygrać ten wyścig.
  Łowca biegł, patrząc niemal cały czas w bok za jeleniem, na ślepo, a jednak skutecznie omijając przeszkody. W lesie spodziewał się tylko kilka ich rodzajów - jakiejś zbyt niskiej gałęzi, przewalonego pniaka, grubszego drzewa czy krzewu. Wyczuwał je niemal instynktownie, bo wiedział, co go może tutaj spotkać.
  I właśnie dlatego nie zdołał ominąć nieświadomej niczego młodej dziewczyny - po prostu się jej tutaj nie spodziewał. Ona jego chyba też.
  Przeturlali się do tyłu po ściółce. Tenzin przez impet poleciał nieco dalej, lądując od razu w przyklęku. Spojrzał zdziwiony na otrzepującą się z gałązek i liści blondynkę. Gdy go zauważyła, aż z powrotem usiadła na ziemi lekko przestraszona.
  - C-c-coś ty za jeden?! - zapytała.
  Wtedy jednak do ich uszu dotarł kwik dobijanego zwierzęcia. Owca od razu straciła zainteresowanie nieznajomą i pobiegła w stronę odgłosów. Spojrzała z góry na zagryzającą jelenia Suowei. Zwierzę musiało się potknąć zbiegając z lekkiej stromizny. Teraz zadowolony Wilk chłeptał krew z rozerwanego brzucha. Tenzin zadowolony oparł się o swój łuk obserwując posilającą się Su. Dopiero zduszony okrzyk za nim przypomniał mu o pewnej istotnej sprawie.
  Obejrzał się na teraz już porządnie przerażoną dziewczynę. Jej usta drgały gdy wskazywała palcem na Suowei. Cofnęła się o krok gdy Łowca się poruszył.
  - Spokojnie - powiedział. - Nie zrobię ci krzywdy...


<Kiette? Nie taki Wilk straszny jak go malują...>

Od Mild cd Phestera - Przemijanie

        Dziewczyna wpatrywała się chwilę w komin dociekając, jakim to cudem nie zauważyła tego wcześniej. Nagle zdała sobie sprawę, że Phester znowu zostawił ją w tyle, znikając w cieniu wnętrza zarośniętego budynku. Gienah i Kraz wlecieli za nią.
  - A ktoś jeszcze o niej wie? - zapytała dorównując kroku medykowi.
  - Nie sądzę - odpowiedział krótko.
  Zanim zdążyła znowu coś powiedzieć, krótki korytarz wyprowadził ich do owej tajemniczej biblioteki. Budynek miał okrągły kształt, był całkiem spory i płaski - jego zdecydowana większość znajdowała się pod ziemią. Mild wychyliła się przez barierkę i popatrzyła w dół. Byli na trzecim piętrze. Ściany biblioteki zasłonięte były całkowicie przez dopasowane do kształtu pomieszczenia ogromne regały. Spiralne schodki tuż obok wyjścia prowadziły na stanowiący parter, wyłożony jasnobrązowymi kafelkami placyk. Na jego środku stała wyschnięta, pęknięta w kilku miejscach fontanna. Światło przebijało się przez w połowie zarośniętą bluszczem kratownicę w suficie. Uparty chwast zajął także resztę budynku: zielone pędy pięły się po balustradach i półkach, przebijały podłogę, zwisały girlandami z pięter, niczym zasłony, nadając całej bibliotece wrażenie długowieczności, ten tajemniczy, magiczny urok.
  Daya stała kilka minut w miejscu nie mogąc wydusić słowa. Dopiero Kraz pociągnęła ją lekko dziobem za kosmyk włosów, bo znowu została w tyle. Phester obserwując pomieszczenie w zupełnej ciszy zszedł na drugie piętro.
  - Ciekawe... - powiedział jakby do siebie. - Całe trzecie piętro jest ukryte w pagórku...
  Elfka pobiegła za nim, dalej nie mogąc się napatrzyć.
  - Kto to zbudował? - spytała licząc, że skoro medyk znał położenie biblioteki to może wiedział coś więcej na jej temat.
  - Zapewne te same istoty, które zostawiły po sobie wioskę na naszej polanie - opowiedział. Przejechał bladą dłonią po grzbietach książek. Wziął jedną do ręki i przekartkował oceniając stan zbioru. W zamyśleniu wpatrywał się w strony, po czym sprawdził także dwie następne.
  - Co jest? - rzuciła Mild chcąc przerwać przedłużającą się ciszę.
  - Dziwne...książki są w dobry stanie.
  - Chyba takie jest z założenia zadanie bibliotek, prawda? Utrzymywanie książek?
  - Ten budynek ma wiele lat, Mild. Papier już dawno powinien zmurszeć przez wilgoć, a szkodniki bez czyjejś pilnej ręki dorwałyby się do okładek - Phester zamknął książkę i odłożył na swoje miejsce.
  - Czyli...myślisz, że ktoś tu mieszka? - dziewczynie na samą myśl zjeżyły się włoski na karku. Nagle poczuła jakby czyiś wzrok wypalał jej dziurę w plecach i całą siłą woli powstrzymała odruch odwrócenia się do tyłu.
  - Niewykluczone - mężczyzna w żelaznej masce ruszył dalej. - Możliwym jest także udział jakiegoś uroku.
  - W sensie, jakiś czarodziej rzucił czar na cały budynek?
  - Musiałby to być naprawdę potężny mag... - zastanowił się na głos.
  Zeszli na sam parter. Mild bez chwili zastanowienia podbiegła do starej fontanny. Miała kształt idealnego okręgu. Na jej środku stała na podwyższeniu kamienna misa, a w niej na cokole Figura sowy z rozpostartymi skrzydłami. Niegdyś pewnie z misy przelewała się kaskadami woda, w której może nawet pływały ryby. Dayi nietrudno było to sobie wyobrazić: chodzących po piętrach cicho rozmawiających ludzi bądź elfy, w starych donicach przy regałach wciąż kwitnące kwiaty, jakąś małą dziewczynkę pluskającą dłonią w fontannie, strasząc małe, pomarańczowo białe rybki, podczas gdy jej mama siedzi obok zajęta lekturą. I jakiegoś poczciwego, starszego bibliotekarza pouczającego dzieciaki, by nie hałasowały, przekładającego książki na ich właściwe miejsca i raz na jakiś czas udzielającego się do rozmów. Kamienna sowa spogląda na to wszystko dumnie ze swojego cokołu, niczym król na własne włości.
  A potem wbrew sobie zobaczyła jak to wszystko przemija. Odwiedzających jest coraz mniej, znikają jedni po drugich zaciągnięci do wojska lub zbyt starzy, by móc tu przyjść. Dzieci dorastają i znajdują ciekawsze zajęcia niż bieganie po bibliotece. Nie jest już dla nich taka ogromna i piękna, kto ma teraz czas by czytać? Stary bibliotekarz nie ma już sił. Nie jest już w stanie dbać o cały budynek: kwiaty dziczeją i więdną, półki porasta kurz, rybki w fontannie umierają z głodu. A gdy znika ostatni strażnik tego miejsca, w posiadanie biorą je zielone palce bluszczu. Niszczą mozaikę w kafelkach, zasłaniają całe piętra kotarami. I pozostaje jedynie sowa - niewzruszona kamienna figura, która nie opuściła swojego królestwa, chociaż przeżarł je czas. Dalej rozpościera skrzydła, jakby chciała je otulić, przygarnąć do piersi.
  Nagle po posadzce przetoczył się cień. Coś z hukiem wylądowało na pierwszym piętrze i zniknęło za pierwszym rzędem regałów. Mild cofnęła się od fontanny ze zduszonym okrzykiem. Phester spiął się lekko, próbując wyśledzić wzrokiem dziwne stworzenie. Daya sięgnęła po miecz.
  - Rzeczywiście, ktoś dalej tu mieszka - powiedział medyk i ruszył powoli w stronę spiralnych schodów.

<Phester? Szczerze powiem, nie miałam pomysłów *^*>

czwartek, 16 czerwca 2016

Shi-Shi

[widoczna na arcie właścicielki]
Imię: Shi-Shi, które nawiązuję do trzepotu skrzydeł, jaki zazwyczaj wydaje.
Rasa: nietoperz
Wiek: 2,5 roku.
Płeć: Samiec.
Krótki opis: wygląda jak zwyczajny nietoperz i byłby nim, gdyby nie zdolność do wyczuwania energii życiowej i umiejętność łącza telepatycznego. Rozczytuje myśli, przywołuje we wspomnieniach obraz danej osoby i na ich podstawie szuka jej bądź jego energii w miejscu, w którym się znajduje. Jednakże dana osoba musiała tam choć chwilowo przebywać. Kiedy zna energię i ją wyczuwa, jest w stanie podążać za nią, nie ważne, jak wiele czasu minęło od ostatniego pobytu danej osoby w danym miejscu, pod warunkiem, że ta osoba żyje. Jest wbrew pozorom bardzo towarzyskim stworzonkiem i słucha swojej pani.
Właściciel: Kiette

Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić.


Imię: Kiette. Czyta się tak, jak się pisze, to nawet bardzo ważne, gdyż bez ,,e" byłoby formą męską. Z języka kotów zza oceanu ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję. Kiette zaś tłumaczy się jako ,,pełna nadziei".
Nazwisko: Chattres. Mama nadała im takie, gdyż kotołaki zza oceanu nie używały nazwisk.
Przydomek: rodzina nazywała ją Kiet, zaś ,,ucywilizowane" kotołaki, z którymi mieszkała przechrzciły ją dzięki kolorowi włosów na ,,Chaari", co w ich języku znaczy po prostu ,,biała" albo ,,blondynka" śmiejąc się, że nawiązuje do jej nazwiska.
Rasa: Kototołak z wrodzonymi zdolnościami magicznymi - kotomag. Ojciec był ,,dzikim" kotołakiem, matka magiem.
Wiek: Na chwilę obecną 22, ale zawsze wygadała na młodszą niż rzeczywiście była. Odkąd skończyła dziewiętnaście lat, przestała się starzeć, a kotołaki powiedziały jej, że ten proces rozpocznie się bardzo powoli dopiero w okolicach jej sześćsetnych urodzin. Na oko twierdzą, że ma w granicach 13-17 lat.
Płeć: kobieta/kotka.
Stanowisko: Zwiadowca, ale może wesprzeć - tylko wesprzeć - oddziały magiczne.
Aparycja: Naturalnie jej oczy są fiołkowe. Wzdłuż kręgosłupa ma wytatuowane runy, które, jak kiedyś powiedziała mama, są zaklęciem ożywiającym, ale nie zna nikogo, kto potrafi takie rozczytać. Zaklęcie to działa tylko do dwóch godzin po śmierci osoby czy zwierzęcia, które chcemy ocalić. Kiet jest szczupła i niewysoka, wygląda na bardzo młodziutką, a jej kły są dłuższe niż u przeciętnego człowieka. Włosy zazwyczaj ma potargane przez wiatr i rzadko je spina. Nie nosi sukienek, bo krępują jej ruchy i jak wszystkie poznane kotołaczki zazwyczaj nosi luźne, lniane koszule i wygodne spodnie. Rzadko zakłada buty, częściej ma stopy obwiązane ścierkami, które tłumią odgłosy kroków. Na oko ciężko zauważyć jakieś podobieństwo między nią a najstarszym z jej braci, gdyż on jedyny wdał się w matkę, dziedzicząc po niej rudo-czerwone włosy.
Zdolności: Przede wszystkim, potrafi zamieniać się w pół-kota i kotka uderzająco podobnego do kremowego kota norweskiego leśnego. Najbardziej lubi tak zwaną ,,przemianę pokazową", kiedy jej twarz stopniowo przemienia się w pyszczek i kiedy sylwetka się zmniejsza, obrastając futrem, a na końcu oczy przybierają typowo koci wygląd, choć zrobi to i w kilka sekund. Potrafi świetnie się skradać, co przydaje się na polowaniach. Jest bardzo szybka, zmieści się wszędzie, świetnie wspina się i chodzi po drzewach w obu swoich postaciach. Ma niesamowity słuch i wzrok - w nocy widzi znacznie lepiej niż zwyczajni ludzie czy znaczna część istot. Ma także nieprzeciętną inteligencję. Świetnie posługuje się sztyletem i zawsze ma go przy sobie. Nigdy nie chciała być magiem, a swoje zdolność potępia, gdyż obwinia się za śmierć braci i opiekuna. Jej zdolności magiczne są nierozwinięte i nie używa ich niemal nigdy. Najbardziej ze wszystkich żywiołów nie znosi wody, inne są jej obojętne, choć wiatr kojarzy jej się z bratem. Potrafi czasami na przykład coś podpalić, sprawić, by z nasionka wyrósł kwiatek czy użyć magii tak, że rozstąpi się przed nią woda, albo wywołać słaby wiatr. Ewentualnie jakieś inne drobne czary. I to by było na tyle, jeśli chodzi o magię, chociaż w całej swej egzystencji używa tego tylko okazjonalnie. Poza tym, jest w stanie dogadać się z każdym kotowatym, niezależnie od tego, czy zna jego język. Umie także grać na harfie i harmonijce. Oprócz tego, łączy się telepatycznie ze swoim pupilem, chociaż to już jego umiejętności jej na to pozwalają.
Zainteresowania: Kiette lubi przebywać w towarzystwie i chociaż chodzi własnymi ścieżkami jak na kota przystało, to lubi mieć w drodze towarzysza, nawet, jeśli po niedługim czasie będą musieli się rozstać. Jest nieco leniwa, ale mimo to uwielbia być w ruchu. Lubi wschody słońca i śpiewanie, a śpiewa pięknie, ciesząc uszy słuchaczy, ale nie uznaje tego za zawód. Żyjąc wśród kotów nauczyła się szyć i dziergać, a szyli wełniane swetry głównie po to, aby potem móc je rozpruwać. Lubi wszelkie zabawy w podchody i skradanie się a także szukanie wskazówek. Ach, no uwielbia spać, najlepiej na drzewie oświetlona słonecznymi promieniami w swym futrze, bo opalać się nienawidzi.
Charakter: Kiette jest przede wszystkim niezależna. Poza tym, jest miła i dobrze wychowana. To osóbka, którą najchętniej starsze kotołaki głaskały po główce, gdyż była tą najgrzeczniejszą. Przynajmniej za swych początków, potem od rówieśników przejęła skłonność do psot. Bywają sytuacje, kiedy jednak potrafi pokazać pazurki, które swoją drogą, jak mogłoby się wydawać, takie małe i tępe nie są. Chętnie pomaga innym i podobno potrafi się przyjaźnić ze wszystkim, co się rusza. Bardzo przywiązuje się do miejsc i swoich przyjaciół, nie znosi pożegnań, a każde z nich kończy się potokiem niechcianych łez smutku i wzruszenia. Kiedyś była bardziej wesoła, niż obecnie. Uwielbiała żarty i integrację z innymi, robienie psikusów i podchody. Ostatnie siedem lat spędziła w gronie różnych kotołaków, od których przejęła niektóre zwyczaje i cechy, takie jak przeciąganie się w specyficzny sposób z samego rana czy specjalny rodzaj miauknięcia wyrażający znudzenie. Nauczyła się żyć wolna w grupie, która nie ma lidera, choć poluje, mieszka i śpi razem. Niedawne wydarzenia jednak odbiły na niej dość pokaźne piętno. Jej promienista aura pobladła. Kiet stała się dość ponura i zamyślona, ale nie znaczy to, że wszystkie jej dawne cechy wyparowały. Jest w żałobie po swoim ukochanym i niektórych przyjaciołach, zwłaszcza, że to wszystko jest jeszcze świeże. Przestała ufać życiu i innym, prawie cały czas jest podłamana i rozpamiętuje przeszłość. Po prostu cierpi i potrzebuje czasu na to, aby znów żyć normalnie. Dusi wszystkie te emocje w sobie, bo dopóki nie znajdzie brata, nie ma komu się wypłakać.
Historia: Urodziła się w grocie za wodospadem w kraju dzikich kotołaków jako najmłodsza z miotu, u boku trzech braci. Ojcu całego rodzeństwa dzikie kotołaki wymierzyły karę śmierci za romansowanie z magiem. Mama przez długi czas w ukryciu opiekowała się młodymi kotami, planując ucieczkę w spokojniejsze miejsce. Kiedy jednak chciała to zrobić pewnej bezksiężycowej nocy, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Na ich szczęście, nie rozpoznały w nich istot półkrwi, a tylko porzucone kocięta, którymi jeden z nich postanowił się zaopiekować. Wychowywali się tam dość spokojnie, a opiekun troszczył się o nich jak o własne dzieci, których nie mógł mieć.
 Kiedy miała osiem lat, przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności, w obecności innych kotów, paląc przy tym najbliższe drzewo. Wszystkie kotołaki zgodnie postanowiły pozbyć się nocą czwórki maluchów i ich opiekuna. Wraz z bratem, Hanem, udało jej się uciec, jednakże oba wtedy młodziuteńkie kotki były światkami śmierci swoich braci i opiekuna.
 Przez długi czas szukali matki, ale kiedy po rocznych poszukiwaniach nie znaleźli jej na pobliskich terenach, postanowili ruszyć w świat, jako rudy i kremowy kot. Odwiedzili wiele krajów, długo mając na ogonie tamte dzikie kotołaki, które widziały w nich zagrożenie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Ostatecznie w wieku piętnastu lat pożegnali się w porcie, nazywanym Mhatuu, który zamieszkiwały ucywilizowane koty, skąd Han wyruszył na poszukiwanie magów i gdzie Kiet już została. Przez całe następne sześć lat mieszkała wśród nich. Przyjęli ją jak rodzina, zajęli się nią. Znalazła tam przyjaciół i rówieśników. A także nieco od niej starszego, czarnego kota o niesamowicie niebieskich oczach i kruczych włosach, w którym zakochała się z wzajemnością. Na imię miał Nero, co w języku miejscowych kotołaków oznacza czarnego ptaka. Z czasem zostali parą, byli dla siebie stworzeni, a Nero, nawet mimo młodego wieku, oświadczył jej się.
 Pewnego dnia - a było to święto wszystkich kotowatych (nie tylko kołotoków, ale także innych humanoidalnych kocich braci) - wraz z częścią zgrupowania odpowiedzialnego za łowy, do którego wraz z dwiema przyjaciółkami i kolegą należała, powędrowała na wyprawę do lasu, żeby znaleźć coś, z czego można by sporządzić ucztę.
 Kiedy wrócili, zastali Mhetuu w płomieniach, a nad nim stado smoków, ziejących ogniem po wszystkim, co się ruszało. Tam zginął Nero i czworo ich bliskich przyjaciół z paczki.
 Uroczystości pogrzebowe żegnające około czterystu mieszkańców portu odbyły się następnego dnia. Tuż po nich Kiette, nie mogąc znieść widoku doszczętnie spalonego domu, z bólem zabrała się do pakowania prowiantu na podróż, tak jak i kilkoro z jej rówieśników i starszych członków grupy. Z pięćdziesięciu dwóch pozostałych przy życiu mieszkańców portu zostało ich tam tylko trzydziestu. Oni zabrali się za odnowę, podczas gdy reszta zbierała się do wyprowadzki. Na pożegnanie, od jednego z najstarszych ocalałych mieszkańców, który ją i inne młode koty wychowywał, dostała nietoperza, który potrafi wyczuć energię życiową każdej osoby, której poszukujesz, a która była w miejscu, z którego wyruszasz, niezależnie od tego, ile minęło czasu. A Kiette wiedziała, gdzie chce się udać. Do brata. Tylko on jej pozostał.
 Tonąc we łzach pożegnała przyjaciółki, które także zbierały się do odejścia i ruszenia w świat oraz resztę rodziny. Długo wędrowała szukając brata odwiedzając każde miejsce, którym był, prowadzona przez swojego pupila. Koniec końców trafiła do Hidden.
Partner: Miała. Tak się składa, że spłonął wraz z całym swoim domem i portem. Nie jest gotowa na nowy związek. Jeszcze nie teraz.
Rodzina:
* mama - Miah-Tian
* tata - mama nazywała go ,,Wspaniałym"
* bracia: Hanneon - ,,ten, który jest zwycięzcą", Jumon (nie żyje) - ,,ten, który jest mistrzem" i Sarazion (nie żyje) - ,,ten, który jest cudem".
Towarzysz: Shi-Shi
Szczegóły:
* boi się psów, wilków, smoków i wody
* aury jej zaklęć przybierają kolory: czerwony, biały lub jasnożółty.
* jej oczy zmieniają się w zależności od tego, co robi. Kiedy używa magii ognia, wody, powietrza lub ziemi są odpowiednio żółte, niebieskie, szare lub zielone. Kiedy łączy się telepatycznie ze swoim pupilem, są czerwone.
* zwykłe dachowce często schodzą się do miejsca, w którym się znajduje.
* uważa, że przynosi pecha, choć nie jest czarnym kotem.
* woli ludzkie jedzenie od kociego.
* zdarza jej się zachowywać jak zwykły kot nawet, kiedy jest w ludzkiej formie.
* została jedyną osobą, która w żadnym stopniu nie przeszkadza swym istnieniem swojemu bratu.
* miewa sny o przeszłości, które doprowadzają ją do płaczu.
Autor: Lucy321

piątek, 10 czerwca 2016

Od Phestera c.d. Mild - Biblioteka

Blade, kościste dłonie jak u kostuchy delikatnie wygrzebały coś z trawy i mchu. Czemu bacznie przyglądały się błyszczące oczy ciekawskiej elfki. Omal nie wybiła sobie brody o ramię mężczyzny gdy tuż koło niej coś głośno zakrakało.
  -Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.- Skomentował półgłosem medyk, na co dziewczyna odpowiedziała niewinnym uśmieszkiem.
  -To co takiego tam chowasz?- spięła się na palce próbując dojrzeć przedmiot schowany w dłoniach mężczyzny. W czym już nie przeszkadzał jej czarny kruk na gałęzi obok. Wampir powoli pokazał jej swoje znalezisko, a konkretnie małe, jeszcze nieopierzone pisklę. Mild nieznacznie skrzywiła się patrząc na stworzenie które przypominało raczej przerośniętego robaka nieżeli jakiegoś ptaka.
  -Co z nim zrobisz?- Przeniosła wzrok na maskę usilnie dopatrując czegoś co świadczyłoby o obecności kogokolwiek pod nią. Medyk bez słowa podsunął maleństwo pod dziób swojego towarzysza. Elfka aż otworzyła szerzej oczy.
  -Nie! On go zje!- Zaprotestowała głośno i spruowała wyrwać pisklę z rąk mędrca, ale Gienah był szybszy i pochwycił małego ptaka.
  -Czemu to zrobiłeś?- Oburzyła się, a lekarz dostrzegł że oczy jej się lekko zaszkliły. -Zabiłeś go, a on jeszcze żył! Mogłeś dać go mnie, zaopiekowałabym się nim!- Zaczęła machać w złości rękoma i podnosić głos. Co jednak nie prawiło na mężczyźnie najmniejszego wrażenia. Długi dziób jego maski powoli się podniusł, mimowolnie dziewczyna podążyła za nim wzrokiem i od razu się uśmiechnęła. Okromny czarny ptak, wcale nie zjadł pisklęcia, tylko zaniusł je do gniazda.
  -To gniazdo pustułki. W gnieździe jest pięć skorup jaj, mimo że te ptaki składają zazwyczaj tylko cztery.- Mówił spokojnie, nawet nie spuszczając wzroku z gniazda. Mimo że opowiadał o ptakach, jego jak zwykle beznamiętny ton sprawiał że wokoło robiło sie jakby chłodniej.
  -Jaskółka.- Dodał po chwili. -Podrzuca swoje dzieci innym, a te nieraz wyrzucają soich przyranych braci.- Wyjaśnił jeszcze do końc i zamilkł. Mild poczuła się niezręcznie, że naskoczyła na mężczyznę jak się okazało bezpodstawnie. Spojrzała w kierunku Kruka, ale jego czarnej postaci już tam nie było. Obróciła się wokół własnej osi szukając wzrokiem czarnej postaci, ale nigdzie nie mogła go dostrzec, jakby rozpłynął się w powietrzu.
  -Phester?- Cicho mruknęła licząc na odpowiedź, zamiast niej dostała tylko głośne krakanie. Na jej ramieniu wylądowała Kraz. Rozpoznała w stworzeniu jednego z towarzyszy medyka, co znaczyło że jest w pobliżu.
  -Gdzie twój pan ptaszku?- Zapytała na co kruk zatrzepotał skrzydłami i wzbił się w powietrze. Elfka obróciła się za nim i zobaczyła ponownie smukłą postać w masce powoli idącą przez las. Dziewczyna zamrugała kilka razy zdezorientowana, o czym puściła się pędem w stronę towarzysza.
  -Przepraszam...- Wysapała gdy zrównała z nim kroku, mężczyzna w ciszy kontynuował marsz, tak jakby jej nie było.
  -Jesteś zły?- Zerknęła na niego jak zbity szczeniak.
  -Nie mam do tego powodów.- Końcówka jego maski skierowała się w stronę elfki co od razu wprawiło ją w lepszy humor. Mimo że był to minimalny ruch to u niego zdawał się on być niczym w porównaniu z nawet najżywszą reakcją u kogokolwiek. Mild od razu zaczęła raźniej maszerować ramię w ramię z nieco przerażającym mężczyzną i lecącymi po bokach krukami.
  -Na prawdę nie jesteś zły?- zapytała raz jeszcze dla pewności
  -Nie.- Rzucił krótko już nie patrząc w jej stronę. Dziewczyna chwilę milczała, ale Phester wiedział że to tylko wstęp do kolejnego, długiego pytania.
  -Nigdy nie jesteś zły?
  -Nie.
  -Dlaczego?- Zdawało się że odpowiedź nigdy nie nadejdzie, więc od razu przeszła do kolejnego pytania. -A szczęśliwy? Albo smutny? Też nigdy nie jesteś?
  -Jestem, jak każdy
  -Jakoś nie widać...- Burknęła tak by nie słyszał, a przy najmniej tak jej się zdawało.
  -W ogóle to gdzie idziesz?- Znów pytanie.
  -Do biblioteki.- Tradycyjnie nie dodawał nic więcej.
  -Jest tu taka?- Medyk uznając zbędnym udzielanie odpowiedzi tylko nieznacznie  skinął głową.
  -A gdzie jest?- Dziób maski delikatnie drgnął wskazując jakiś kierunek.
  -A po co tam idziesz?
  -Dowiedzieć się czegoś.
  -A czego?
  -Wielu rzeczy.- Po długie serii pytań dziewczyny zapadła chwilowa cisza. Której Mild jednak nie zniosła i od razu zadała kolejne.
  -A daleko to?
  -Nie.- Rzucił i zatrzymał się. Elfka energicznie zaczęła machać głową w poszukiwaniu owej biblioteki. Ale jedyne co dostrzegła to niezwykle gęste zarośla. Starą bukowinę obrośniętą ciemnym bluszczem i skalną ścianę.
  -To tu?- Zdziwiła się wychylając tak by choć spróbować zajrzeć mu w oczy. Ponownie jej jedyną odpowiedzią była cisza. Phester postąpił kilka kroków i za nużył dłoń w gęstych liściach pnączy. Coś zachrobotało, zaskrzypiało. Kruk jednym szybkim ruchem zerwał sporą część bluszczu odkrywając fragment starego muru i zbutwiałe już drzwi.
  -Skąd wiedziałeś że to tutaj jest?!- Dziewczyna aż szerzej otworzyła oczy widząc znalezisko. Mędrzec podniósł chudy palec wskazując coś nad nimi, a konkretnie komin, który jako jedyny wystawał znad zarośli.

<Mild? Mam nadzieję że zadowolona :)>

Od Malika cd Ziio - ,,Niebezpieczni" intruzi

        Gambitowi raczej średnio podobała się wizja łażenia po lesie i, co gorsza, pracowania. To chyba nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt jak bardzo dużo w genach udzieliło mu się typowo kociej natury. Tyle dobrze, że w końcu dostał swoją kawę. Może to powstrzyma go przed uduszeniem minstrelki za podpuszczanie Alta do rozdzielania pożytecznych zadań...
  Za domkiem władcy znajdował się mały skład materiałów. Krzywe, sękate deski leżały we względnym ładzie na stosie po pięć w jednym rzędzie i po dwie ułożone poziomo przy końcach tworząc ,,pięterka". Malik wziął pięć z samej góry, po czym bezpardonowo wepchnął je w ręce harpii.
  - Masz, przydaj się na coś - powiedział i zabrał się za następne pięć. Tyle powinno wystarczyć do tymczasowego zaznaczenia kształtu strażnicy. Będą musieli potem obrócić się po kolejne...
  - Hola! - zbuntowała się Ziio z powrotem oddając deski felinowi. - Po cholerę mam to nosić?
  - Tak będzie szybciej? - doparł sarkastycznie Malik.
  - Oj, nie nie nie, kochany! Mam lepszy pomysł - zaproponowała, a kot skrzywił się lekko za nazwanie go ,,kochanym". - Mogę przelecieć nad lasem i znaleźć zawczasu jakieś dobre miejsce, a potem zawrócić i ci je wskazać. Nie sądzisz, że tak będzie lepiej?
  - To weź to miejsce znajdź od razu przynosząc tam deski - upierał się Gambit.
  - Niby jak? Nie mam osobnej pary skrzydeł!
  - Ale masz orle szpony - chłopak przewrócił oczami. - Od czegoś ptaki drapieżne je mają, prawda?
  Dziewczyna fuknęła niezadowolona z obrotu spraw, ale po minucie dąsów podleciała lekko nad stosik z drewnem i chwyciła w szpony trzy deski. Lepsze to niż nic, pomyślał Malik śledząc wzrokiem lecącą nad las Ziio, po czym wziął jeszcze młotek oraz gwoździe do sakwy i ruszył jej śladem między drzewa. Nie wiedzieć czemu widok obruszonej harpii nieco poprawił mu humor.
  Śpiewaczka chyba się na nim mściła. A przynajmniej tak się wydawało sfrustrowanemu Gambitowi, gdy po raz piąty zmieniała kierunek lotu wołając ,,Nie, czekaj, to chyba było jednak tam!", by zaraz potem znowu zmienić zdanie. Zamruczał pod nosem gdzie też może sobie wsadzić to swoje ,,tam" i skręcił poprawiając w rękach ciążące mu już deski. W końcu jednak chyba już jej wystarczyło, albo sama się zmęczyła, bo w końcu wylądowała na całkiem sporym, rozłożystym dębie. Kot zrzucił deski u jego korzeni i gdy otrzepywał dłonie nagle tuż przed jego nosem poleciały w dół trzy inne, niemal miażdżąc mu stopy. Spojrzał w górę wściekły.
  - Ups - powiedziała złośliwie harpia. - Chyba mi wypadły.
  - To teraz się pofatyguj, by je tam wywlec z powrotem - odparł.
  - Nie marudź. Wiesz jaki stąd jest wspaniały widok?
  Nie widział. Skąd mógł to ocenić? Podszedł więc do grubego pnia i odbił się od wystającego korzenia. Chwycił się kory wbijając w nią kocie pazury, sprawnie wspiął się na górę i usiadł na konarze naprzeciwko Ziio. Rzeczywiście, widok niczego sobie. Co najważniejsze, dobrze było stąd widać szlak...a na nim obecnie dwie znajome Malikowi sylwetki. Zmrużył oczy.
  - Czy to Halt i Squall? - zdziwił się.
  - I ktoś trzeci - dodała minstrelka.
  Dopiero teraz felin dostrzegł małą sylwetkę między nimi. Jakiś dzieciak? Nie, nawet na pięciolatka za małe...skrzat? Machnął łapą niedbale, nie chcąc teraz się nad tym zastanawiać.
  - Kolejny włóczęga - powiedział. - Lepiej zajmijmy się już tymi strażnicami. Jeśli się pospieszymy, jutro będzie już można zacząć właściwą budowę.
  Ziio wzruszyła ramionami i zeskoczyła z drzewa, by podać kotu deski. Gambit cierpliwie i starannie poprzybijał je tworząc szkielet półkolistej platformy ciągnącej się na trzy konary. Na więcej nie starczyło im materiału. Na razie jednak wystarczało jedynie zaznaczyć ogólny kształt. Jutro Frelser już powinien być w stanie latać i zajmie się noszeniem desek do oznaczonych drzew. Trzeba będzie też zaciągnąć jeszcze kogoś do roboty, na przykład Halta i Atlanta. Może i leonis był władcą, ale Malik już zdołał się przekonać, że do typowych to on raczej nie należał i propozycja pomocy w budowie raczej go nie urazi.
  W końcu zadowolony z siebie felin zeskoczył z drzewa lądując miękko na ugiętych nogach.
  - No, to możemy iść do nastę...O BOGOWIE! - krzyknął nagle, bowiem tuż koło jego stopy coś białego nagle warknęło wściekle.
  Harpia spojrzała zdziwiona na powód całej paniki i nie mogła powstrzymać śmiechu. Był to mały, biały terrier z lśniącą, czyściutką pokrywą włosową zamiast sierści. Właściciel aby podkręcić to wrażenie grozy zawiązał mu na szyi czerwoną kokardę. Ziio roześmiała się.
  - To tylko szczeniak! - zawołała szukając wzrokiem Malika, który nagle gdzieś zniknął. W końcu spojrzała w górę - felin trzymał się kurczowo pnia na wysokości około dwóch metrów. Pokręciła głową z niedowierzaniem i wzięła terrierka na ręce. - Spokojnie, bestia spacyfikowana! Możesz już zejść!
  Gambit lekko zażenowany swoją gwałtowną reakcją zsunął się z powrotem na dół.
  - Prawie mnie w stopę użarł... - starał się wybronić otrzepując ubranie z kawałków kory. Ziio jednak przerwała mu chwytając go za czubek głowy i odwracając w stronę lasu.
  A tam na ścieżce stała jak słup soli młoda dziewczyna w nienagannej czerwonej sukience i dobranym pod kolor kapeluszu z szerokim rondem.

Emma? Ziio? Obiecałam ci to opo Ri :P

niedziela, 5 czerwca 2016

Od Tenzina - Uratował Wilk Jagnięcie...

        ~ Tenzinie!
  Łowca uniósł gwałtownie szare powieki. Nie spał. Nie musiał. Jego organizm do najnormalniejszych pod względem podtrzymywania funkcji życiowych nie należał. Nie potrzebował jedzenia, odpoczynku, a nawet i tlenu. Zupełnie jakby jego ciało było tylko zlepkiem samowystarczalnych mięśni przywiązanych do kości ścięgnami. Gdyby z jego skóry wyrastały liście, można by wytłumaczyć to wszystko procesem fotosyntezy, ale do wszelkich dziwactw Tenzina listki zamiast wełny nie należały. Gdy więc kilka godzin temu wspiął się na drzewo, ułożył wygodnie na konarze i tak trwał w tej samej pozycji do teraz, to nie po to, by zasnąć. To on tutaj tulił śmiertelników do snu. Po prostu potrzebował na chwilę zamknąć oczy. Każdy tego potrzebuje. Raz na jakiś czas człowiek musi się położyć lub odchylić na krześle, założyć ręce za głowę i po prostu zmrużyć powieki. Odciąć się od światła. Od męczących obrazów. Na chwilę nie robić nic, nie istnieć dla reszty świata. Niech cię wołają, szukają, ale ciebie teraz nie ma. Jesteś gdzieś indziej. Trudno określić gdzie dokładnie, ale stamtąd nie da się ,,od tak" wrócić.
  Dla Tenzina takie zamknięcie oczu było czymś niezbędnym. Ta czynność zastępowała mu stulecie bez snu, tlenu i pokarmu. Nie potrzebował odpoczynku, a jednak go znajdował. Pogrążony w błogim letargu miał czas myśleć o sprawach, na które normalnie nie miał czasu, bo w porównaniu do jego obowiązków wydawały się po prostu głupie i nieistotne. Mimo wszystko jednak życie służącego śmierci nie pozwala na zbyt długie przerwy. Wystarczyło więc tylko jedno ostrzegawcze warknięcie Suowei, a Owca chwyciła łuk i z pozycji leżącej zerwała się w kucki, czujnie rozglądając dookoła.
  ~ Ktoś tu idzie... ~ Wilk niespokojnie owijał się wokół drzewa.
  - To gościniec, Su. Jedyny w okolicy - zauważył Łowca z westchnieniem. - To raczej nic nadzwyczajnego, że ktoś nim idzie w naszym kierunku. Nie ma innego wyboru.
  ~ Ale oni idą po NAS, Owieczko. Czuję to...
  Tenzin spoważniał. Przyklęknął na gałęzi, twarzą w stronę, z której mieli nadejść obcy. Na przemian rozprostowywał i zaciskał palce na łuku, gotowy w każdej chwili oddać strzał. Ufał instynktowi swojej przyjaciółki. Nigdy go nie zawiodła. Tym razem też nie mogło być inaczej.
  Owca i Wilk zdawali sobie sprawę, że nie każde ludzkie plemię widząc ich od razu pada na kolana. Nie byli czczeni na skalę światową, mało która religia obejmuje cały świat. Zdarzały się kultury, w których ich sylwetki gnębiono za samo bycie powiernikami śmierci. Jednak zgoła częściej trafiali na przypadki, w których przypadkowi świadkowie ich polowań w ogóle nie zdawali sobie sprawy kim właściwie są. Dla niczego nieświadomego wieśniaka Tenzin był jakimś humanoidalnym mutantem, który właśnie zastrzelił człowieka, a warcząca na intruza Suowei wcale nie poprawiała sytuacji. Skąd mógłby wiedzieć, że Łowca nie zrobiłby mu krzywdy, póki sama śmierć by się o niego nie upomniała? Przerażony kmieć wracał pędem do domu i relacjonował, że widział w lesie potwora. Wtedy z reguły następowała powszechna mobilizacja i już wieczorem szykowano obławę na mieszańca. Jakby nie patrzeć, wszelkie konflikty, od zwykłych kłótni po całe wojny, z reguły zaczynają się od zwykłych nieporozumień. Taka pierdoła, a cały świat mógłby się zawalić, bo jakiś ważny człowiek nieopatrznie zrozumiał jeszcze ważniejszego człowieka lub zaszła jakaś literówka w ważnym dokumencie. Przecież wystarczyłoby poczekać, aż Tenzin się wytłumaczy ze swoich czynów...
  Niestety, w parze z niecierpliwością czasem idzie pochopność. Jeśli dodamy do tego skłonności do histerii, wyniki będą katastrofalne. A biedna Owieczka miała to szczęście, że zawsze trafiała na niecierpliwych histeryków wyciągających pochopne wnioski z zaistniałej sytuacji.
  Oczywiście przyszli w sześciu. Magiczna liczba. Gdziekolwiek nie udawaliby się gotowi na bijatykę, ludzie zawsze zabierali ze sobą towarzyszy. Wedle dalej nie zrozumiałej przez Tenzina zasady, liczba kompanów nie powinna być mniejsza niż pięć, ani większa od siedmiu. Tak więc sześć stanowiło to święte medium. Trzymała się ona za to tylko przypadków skrajnego zidiocenia, gdy ktoś był na tyle przestraszony by iść na spotkanie samemu, ale równocześnie nie chciał stracić w oczach towarzyszy za sprowadzanie całej wioski przeciwko jednej osobie.
  Teraz jednak coś się Owcy nie podobało - przybysze byli odziani w grube pancerze porządnej roboty. Przygotowali się na to, że ktoś będzie do nich strzelał. Łowca na wszelki wypadek zaczął celować nieco wyżej, w odsłoniętą przerwę między hełmem a zbroją. Suowei oczywiście nie zamierzała się ukrywać. Zawarczała groźnie opływając dookoła drzewo, na którym czaił się Tenzin. Mężczyźni od razu sięgnęli po broń, chociaż uwadze obojgu Wiecznych Łowców nie umknął fakt, że trójce z nich ręce zaczęły się trząść.
  - Wyłaź, poczwaro! - zakrzyknął gromko ten na przedzie, zapewne lider, po czym ruszył naprzód. Zatrzymał się, gdy tuż koło jego stopy wbiła się biała eteryczna strzała.
  - Ani kroku dalej - ostrzegł go Tenzin. - Nie mam zamiaru was skrzywdzić...
  - Powiedz to Wasilowi i Anielce! - odpowiedział drugi grożąc zaciśniętą pięścią.
  Owca westchnęła. No właśnie. Zupełne nieporozumienie. Cała historia z Wasilem i Anielką ogółem brzmiała dosyć niedorzecznie. Dwójka chciała uciec gdzieś daleko, gdzie nic nie mogłoby ich powstrzymać przed małżeństwem. Anielka wpadła więc na pomysł, by udać własną śmierć, a gdy rodzina wedle zwyczaju zostawiłaby otwartą trumnę, dziewczyna ocknęłaby się i uciekła do Wasila. Wysłała do chłopaka posłańca z wyjaśnieniami...ale ten nie dotarł. Anielka zażyła truciznę z ryby najeżki, która pogrążyła ją w letargu na kilka dni, przekonując co do swojej śmierci nie tylko rodziców, ale i samego Wasila. Chłopak pod osłoną nocy udał się zobaczyć trumnę. Widząc ukochaną ,,martwą", wbił sobie sztylet w serce...a przynajmniej taki był plan, bo zrobił to niecelnie i zamiast zabić się od razu zadał sobie zbędne męki. Dopiero cicha strzała Owcy dała mu to czego chciał. Śmierć z jakiegoś powodu naznaczyła Anielkę jako następną, więc Tenzin przeczekał z Suowei aż się obudzi. Zobaczyła ciało ukochanego i również zapragnęła śmierci. A ponieważ Owca stała tuż obok, wyręczyła ją. Patrząc jak wcześniej jej kochanek na głupa wbił sobie ostrze nie tam gdzie trzeba, tak chyba było lepiej.
  Niestety, do pomieszczenia wparowali ściągnięci krzykiem rozpaczy domownicy. I co zastali? Tenzina strzelającego prosto w serce zaskakująco żywej córki. Co tam fakt, że jeszcze przed chwilą była dla nich martwa! Teraz przynajmniej umarła na serio i mieli ,,mordercę" przed sobą.
  A teraz wysłali swoich triumfatorów na krwawy pojedynek.
  Problem w tym, że Owca przecież nie chciała walki.
  - I jak się z tego wytłumaczysz, mieszańcu?! - trzeci na tę przeciągającą się ciszę nagle nabrał odwagi.
  ~ Zabijmy ich ~ syczała w jego głowie Su.
  ~ Spokojnie, to można jeszcze załatwić pokojowo ~ upierał się Łowca.
  ~ To próbuj ~ parsknęła sarkastycznie.
  - Szlachetni panowie - zaczął już na głos, z trudem wyduszając ,,szlachetni". - Nie miałem nic wspólnego ze śmiercią tej dwójki. Nie spisuję wyroków...
  - ...tylko z miejsca strzelasz, załapaliśmy - przerwał mu pierwszy. - Nie pozwolimy, by takie paskudztwa jak ty panoszyły się w naszej okolicy! Żadnych więcej mieszańców!
  - Żadnych więcej! - podłapali okrzyk jego towarzysze.
  ~ Teraz, Tenzinie! Atakujmy! Nie zdążą zareagować!
  ~ Nie możemy od tak zabijać ~ Owca mimowolnie zacisnęła palce ciaśniej na łęku. - Dajcie nam odejść w spokoju. Obiecuję, że znikniemy stąd jeszcze przed następnym porankiem!
  - To koniec, potworze! - trzymał się swojego dowódca grupy. - Takim jak ty przewidziany jest tylko jedno: ostrze miecza i groty włóczni!
  Reszta poparła to gromkim okrzykiem. Tenzin rozejrzał się jakby w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki. Suowei zaczynała coraz głośniej warczeć, opływając wokoło pień drzewa. Czas podjąć decyzję, Jagniątko. Tyle lat stawiania wyborów śmiertelnikom, a teraz sam trzęsiesz się jak jeden z nich. Dalej, Owieczko! Ześlij na nich grady strzał, spuść głodnego Wilka! Zeskocz z drzewa i tańcz wśród śmierci, jak to robisz zawsze! Ci głupcy nie mają szans! Obrażają cię, wyzywając od mieszańców, ale nie kłamią nazywając cię potworem. Chcą tego? Chcą zobaczyć potwora?! Tchórze chcą umrzeć w płonącej paszczy?! Daj im to, czego chcą!
  Lecz zanim Tenzin zdążył zrobić cokolwiek, okoliczności wybrały za niego. Jeden z mężczyzn stojących z tyłu dzierżył włócznię. Rozochocony słowami przywódcy bandy uniósł drzewce nad ramię i z całą swoją siłą cisnął w stronę Owcy. Roztargniony Łowca zeskoczył z gałęzi o sekundę za późno - jego bok musnęła zimna stal, grot pociągnął za sobą ciemną stróżkę. Chłopak sapnął czując nagły ból. Nienaturalnie ciemna krew splamiła białą wełnę.
  Niczym atrament na akcie zgonu, posoka spisała szóstkę śmiałków na straty.  Coś w Suowei pękło. Ostatnie wodze trzymające jej morderczą naturę na uwięzi puściły. Jak to możliwe? Kto odważył się podnieść rękę na jej kochane Jagniątko?! Który splamił biel krwią?! Z jej pyska wydobył się pełen wściekłości ryk. Wilk z furią rzucił się na tyły grupy. Ci z przodu się uchylili, ale to i tak nie o nich chodziło. Jej wielkie szczęki zacisnęły się na ciele obecnie bezbronnego chłystka. Zmiażdżyła zębami jego barki i żebra, napawając się krzykiem bólu. A gdy niebawem ucichły zwróciła się z powrotem do zastygłej w przerażeniu reszty. Strach. Jeden, wielki, wszechogarniający strach przed śmiercią. Nawet śmiałemu do tej pory dowódcy zaczęły się trząść kolana. Su rozdziawiła paszczę i zaatakowała ponownie mierząc w najbliżej stojącego. Kolejne wrzaski wypełniły las. Pozostała czwórka już wcześniej zaczęła biec w przeciwnym kierunku, ale wtedy z tyłu głowy tego na przedzie wykwitła biała strzała. Owca zastąpiła im drogę trzymając już z powrotem napięty łuk. Teraz już nie miał wyboru. Musiał ich zabić, inaczej zrobi to Suowei, a ona, ogarnięta furią matki pilnującej dziecka, zadawała przed śmiercią zbyt wiele bólu. I tak następna strzała powaliła jeszcze jednego z nich, trudno już stwierdzić którego, a tego z tyłu porwał Wilk. Ten w środku, ostatni, upadł na klęczki błagając, lecz zanim Tenzin zdołał spełnić jego życzenie, zrobiła to Su.
  Nastała cisza. Wszystko trwało tylko chwilę. Chwilę, którą las przemilczał, starając się zapomnieć.
  Suowei oblizała zęby z krwi. Jej temperament ostudził się. Wtedy przypomniała sobie o swojej Owieczce. Podpłynęła do niego skamląc i popchnęła nosem zakrywającą ranę rękę.
  ~ Pokaż to ~ niemal rozkazała. ~ Mocno cię zranił?
  Tenzin odsunął pobrudzoną rękę. Z rozcięcia już nie sączyła się krew - regeneracja zaczęła działać niemal natychmiast. Pogłaskał przyjaciółkę po łbie.
  - To nic wielkiego - uspokoił ją. Spojrzał na pobojowisko. - Chodźmy stąd, proszę. Znajdźmy jakieś inne miejsce na odpoczynek.
  Tym razem zeszli ze ścieżki. Łowca parł naprzód dość długo, starając się oddalić od szlaku jak najbardziej. Zagłębili się w inną stronę tutejszych lasów. Teraz otaczały ich cienkie pnie młodych jodeł. Wokół panował straszliwy mrok, przez ciasną koronę igieł. Nie widać było nieba, gwiazd, księżyca. W zgęstniałej czerni wyraźnie błyszczały dwie pary błękitno fioletowych wyzierających w drewnianych maskach, a spod wełny prześwitywały świecące blado zawijane znamiona. W końcu, gdy zdążył już zapaść zmrok, zatrzymali się na małej polance. Tenzin spojrzał w górę - w tym miejscu nie rosły drzewka i w kożuchu wytworzyło się idealnie okrągłe okienko, z którego widać było gwiazdy. Tu, w zupełnie niezamieszkanej części puszczy, było ich mnóstwo, zupełnie jakby delikatne stworzonka na nieboskłonie bały się ludzi. Suowei opadła w grubą, miękką trawę. Owca usiadła obok niej po turecku i gładząc wielki łeb zaczęła bezwiednie nucić:

Tak uratował Wilk Jagnięcie
Przed światem okrutnym i złym
Owca teraz służyć mu będzie
Aż po kres swoich dni...

piątek, 3 czerwca 2016

Od Hanneona cd Viserany

        Zirytowany przystawiłem palec do ust, a Vis na szczęście mnie posłuchała i pozwoliła mi nasłuchiwać, co zresztą sama po chwili zrobiła. Pomińmy fakt, że nie zbyt cieszyło mnie siedzenie w towarzystwie wilczycy. Nie jestem rasistą, po prostu mój koci instynkt włącza alarm ,,zagrożenie" na sam zapach, przez co automatycznie - w ludzkiej formie - jeżą mi się włosy. A tego wprost nie znoszę.
  Jej pojawienie się zepsuło mi troszkę plany, ale wszyscy tutaj jesteśmy po jednej stronie, a ona potrzebuje pomocy. W dodatku tak jakby Atlant prosił mnie o to, żebym nie odstawał. I po co ja się tu w ogóle przypałętałem? Im dłużej tu jestem, tym więcej istot i stworzeń spotykam... Gdzie jest cisza? Gdzie jest spokój? Mogłem zostać z Kiette wtedy w porcie... Wiatr mi świadkiem, że moja siostra nigdy, przenigdy mi nie przeszkadzała.
  Przypominając sobie, co tu robię, wychyliłem się nieco zza drzewa i jeszcze na długo, zanim zobaczyłem, zdążyłem usłyszeć wściekłe elfki.Westchnąłem cicho. Widziałem je tutaj wcześniej, na nieszczęście mieszkają częściowo w moim sąsiedztwie. Wydawały się takie piękne, niegroźne, a teraz sypały wyzwiskami, przekleństwami i co gorsze, rzucały butami. Oczywiście butami z gazem usypiającym. Jakżeby inaczej...
  Co ty im zrobiłaś, Viserany?
  - Złap się czegoś - szepnąłem do dziewczyny.
  - Co?
  - Nie dyskutuj, tylko się czegoś złap.
  Wiedziałem, że poprzednio usłyszała, mimo trzasku łamanych przez biegnące elfki gałęzi i innych rzeczy. W końcu to wilkołak, ma tak dobry słuch jak ja.
  - Ale ja nie mogę - zwróciła mi uwagę i wskazała na swoją dłoń. Krwawiła. I to dość obficie.
  - Choleraaa... - wymamrotałem przez zaciśnięte zęby i wiedząc, że na leczenie tego w tym momencie nie mamy czasu, bo elfki były niemal dziesięć metrów przed nami (na co zresztą czekałem), zdecydowałem się po prostu złapać ją za zdrową rękę.
  - Mogę wiedzieć, co robisz? - zapytała, instynktownie wyrywając dłoń.
  Zanotować: następnym razem nie łapać nikogo za ręce bez ostrzeżenia. Chwila... Jakim ,,następnym razem"?! Żadnego następnego razu nie będzie i zaszyję się u siebie, żeby nikt mnie nie znalazł i wszyscy zostawili mnie w świętym spokoju. Chociaż z moim cudownym szczęściem to pewnie umierający człowiek dowlekłby się akurat pod moje drzwi.
  - Chcesz się nauczyć latać? - Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego głosu i odruchowo pokręciła głową. - To mnie nie puszczaj.
  W tej chwili zduszonym szeptem zacząłem niecierpliwie prosić wiatr o pomoc, aż poczułem na twarzy pojedyncze mocniejsze podmuchy wiatru, coraz częstsze. W końcu zerwał się jeden bardzo silny, a ja sam, jedną ręką trzymając się drzewa, a drugą trzymając Vis, skuliłem się blisko ziemi, ciągnąc tym samym swoją zdezorientowaną towarzyszkę w dół, żeby stawiać podmuchom jak najmniejszy opór.
  Przymknąłem oczy, czując, że wiatr zaczyna znosić piasek, liście i mniejsze gałązki, tworząc średniej wielkości huragan. Drzewa uginały się, a naszą skuloną dwójkę bardzo mocno ciągnęło w stronę powietrznego wiru. Tak, jak przypuszczałem - elfki podeszły zbyt blisko, przez co ,,pomoc" częściowo objęła też nas. Nie raz miałem podobnie. Osoba, którą chce się skądś ,,wywiać" powinna być najlepiej dokładnie dziesięć metrów przede mną, żebym miał czas na odwrót. Przy siedmiu zaczyna być nieciekawie. Przez podobne sytuacje mam już miarkę w głowie.
  Takie cuda jak huragan nie zdarzają się raczej w środku lasu, toteż elfki niemal od razu zebrały się do ucieczki, piszcząc przy tym na tyle głośno, że przekrzyczały szum wiatru, a ja przywróciłem uszy do ludzkiej, mniej wrażliwej postaci. Przez te ich piski można ogłuchnąć.
  Wiatr jeszcze długo je ścigał, niszcząc pobliską roślinność i zostawiając placek wyrwanej trawy w miejscu swojego powstania. Potem to naprawię.
  Kiedy wszystko wokół ucichło - a nie trwało to wszystko więcej, niż pięć minut - odwróciłem się do Viserany, która trzymała dłoń w górze, aby spowolnić krwawienie.
  - Zgaduję, że po tym biegu nie masz ze sobą nic, czym można by to opatrzyć.
  Zdawałem sobie sprawę, czym się zajmuje, więc nie zdziwiłbym się, gdyby posiadała bandaże choćby w bucie.
  - Nie mam. - Skrzywiła się i pokręciła głową nieszczególnie szczęśliwa. Wydawało mi się, że wolałaby się sama opatrzyć i pewnie radziła sobie z tym sama. Jednak teraz, zanim zdążyłaby sama znaleźć coś, czym mogłaby się opatrzyć, najpewniej straciłaby za dużo krwi i zemdlała.
  W ogóle, z moich obserwacji była raczej gadatliwą osobą, więc dziwiło mnie, że tak niewiele mówiła, ale może po prostu zauważyła mój nastrój do rozmów. Raczej nie wyglądam na gościa, który całą swoją personą woła ,,Hej, pogadaj ze mną! Zaprzyjaźnijmy się!".
  - Żeby tylko nie wdało się żadne zakażenie... - szepnąłem do siebie niemal niedosłyszalnie.
  Skupiłem tyle pary wodnej, która po skropleniu zmieściłaby się w dużym kubku, po czym to właśnie zrobiłem - skropliłem ją, kierując płyn na dłoń dziewczyny. Obmyła ją sobie sama, ja tymczasem ddwiązałem jedną z przepasek, które czasem noszę, żeby nie kaleczyć dłoni w ekstremalnych przypadkach i zrobiłem jej prowizoryczny opatrunek.
  Jak dobrze, że jednak postanowiłem przenieść się do lasu. Moja ,,nowa" chatka, która (wstyd przyznać, w końcu jestem magiem i mógłbym ją jakoś polepszyć) wygląda nie najlepiej, znajduje się parę metrów dalej, za krzakami. Właściwie wygląda... tak, jakby nikt jej nie odwiedzał od wieków. W zasadzie, możliwe, że tak właśnie było.
  - Chodź. - Skinąłem na nią, żeby poszła za mną.
  Powinienem mieć coś na taki lepszej jakości opatrunek, a jak nie, to księgi zaklęć służą pomocą.
  - Jesteś czarodziejem? - zapytała, idąc jakiś metr za mną.
  - Magiem - uściśliłem.
  - A to jakaś różnica? - Czyżby wróciła jej rozmowność?
  - Trochę - uciąłem i resztę krótkiej drogi przebyliśmy w milczeniu.
  Znaleźliśmy się na niewielkiej polance obok strumyka, na której stała w części wkopana w pagórek chatka z ciemnego, wyblakłego drewna z drzwiami zakończonymi strzelistym łukiem i jednym, długim oknem od frontu. Nie miała żadnego ganku ani nic. W środku na szczęście było w miarę czysto, nie licząc stert papierów leżących na prawie rozpadającym się biurku.
  Podszedłem do drzwi i otworzyłem je, puszczając Viserany przodem.
  Wszedłem zaraz za nią, szukając od razu jakichś maści odkażających i innych takich. Przecież coś w swoich tobołkach za pamięci przyniosłem.

<Vis? Mam nadzieję, że nie zepsułam postaci, jest dość skomplikowana>