Nieufnie przyglądam się mężczyźnie, bawiąc się nerwowo sztyletem. Skoro jest gościem, to czemu nie pójdzie sobie do gospody tylko siedzi tu? I jeszcze tak milutko się z Mild zapoznał. Pfffffft! Swoją drogą, młoda nie ma żadnych oporów żeby zacząć z nim gadać. Wzdycham cicho. Ashlotte zajęła się sobą - a raczej swoją szpadą. Wygląda, jakby traktowała je jak dziecko. Normalnie wyobrażam sobie, jak kwili nad szpadą w samotności. Prycham, ale tylko Mild zwraca na to uwagę.
Spoglądam na przybysza - przedstawił się Mild jako Halt. Hymmm... Śpi czy nie? Może... W zasadzie, też bym poszła spać, ale nie mogę. Młoda pewnie zaśnie za jakiś czas a nie mogę być pewna, że Ash poradzi sobie z łucznikiem sama w razie czego. No cóż, nic nie pobudza mnie bardziej niż burza!
Kieruję się do drzwi, na co Mild reaguje natychmiast.
- Gdzie idziesz? - ścisza głos i prostuje się na swoim miejscu jakby chciała iść ze mną.
- Na zewnątrz - mówię zwykłym tonem.
Jeśli Śpiący Królewicz faktycznie jest śpiący, to ma problem. Gospoda jest obok.
- Na zewnątrz? Przecież jest burza! - protestuje szeptem mała, dając mi do zrozumienia, że i ja powinnam być ciszej.
- No i właśnie o to chodzi - mówię i mrugam do niej porozumiewawczo.
Wychodzę ze stajni. Burza jak hulała, tak hula dalej. Strzela piorunami, grzmi, wieje i pada lodowaty deszcz. Wciągam powietrze porządnym haustem. Uśmiecham się do siebie i wyciągam sztylet z buta.
>>>>>>
Pół godziny później, mokra do ostatniej nitki siedzę na progu stajni, śmiejąc się cicho sama do siebie, choć może to śmiech obłąkańczy. Nadal bawię się sztyletem - tym samym który przez ostatnie pół godziny wywijałam do nieistniejącego wroga, przekrzykując w miarę cicho burzę. To znaczy, rozmawiając z nią. Gadałam z piorunami, z deszczem, z wiatrem... A potem je wszystkie przeklinałam, gdy piorun walnął niespodziewanie blisko, wytrącając mnie z równowagi, wiatr tak mną targnął że się zachwiałam (tak to jest jak się ma wieczną niedowagę) a mokra od deszczu ręka pozwoliła sztylecikowi trochę zjechać - to jest rozharatać mi całą dłoń.
Tak, powyklinałam ich wszystkich po kolei, wystawiłam rękę do góry. Deszcz wyczyścił ranę, ja sama zatamowałam ją urywając rękaw od koszuli. Oczywiście, była brudna ale zanim dosięgnął jej deszcz więc teraz spokojnie zawinęłam dłoń materiałem i siedzę na progu stajni chichroląc dziwacznie i cicho. Nagle i niespodziewanie, moim ciałem wstrząsa dreszcz a po nim śmieszne i tak nielubiane przeze mnie kichnięcie. Wiecie czemu? Bo kicham jak kot. Mruczę przekleństwo opierając się o drzwi stajni, dokładnie w chwili gdy ktoś - przysięgam, że coś temu komuś zrobię! - je otwiera, więc nie zdążam złapać równowagi, upadając na plecy do stajni. Zamykam oczy, lekki ból otacza moją głowę. Ale zamiast jęczeć czy robić cokolwiek bardziej normalnego - zaczynam (znów) śmiać się wariacko.
<Halt? Ash? Mild?>
sobota, 12 września 2015
Od Viserany CD Mild - Gość gościem, Vista Vistą
czwartek, 10 września 2015
Od Mild cd Ashlotte - Niespodziewany gość
Ashlotte przewróciła oczami. Ostrożność małej elfki wyraźnie ją bawiła.
- Demony NIE ISTNIEJĄ. To tylko jakiś przybłęda. Na pewno jest nie groźny... - dziewczyna pogładziła szablę. - Ale zawsze lepiej zachować ostrożność.
- Dlatego nie powinnaś iść tam sama - upierała się Mild i zgrabnym, płynnym, ruchem wyjęła prawą ręką miecz wystający ponad jej lewym ramieniem.
- Młoda ma rację - powiedziała Vis, za co Daya posłała jej dziękczynne spojrzenie. - Jedną szpadą wiele nie zdziałasz. Ale szpada, sztylet i miecz razem to co innego - wyszarpnęła zza pasa lekko zakrzywiony nóż.
Ash westchnęła, ale już nie oponowała. Została przegłosowana. Poza tym...mają trochę racji. Ale dalej upierała się w duchu, że jej przymusowe towarzyszki z góry przesadzają.
Trzy dziewczyny podeszły do podwójnych drzwi stajni. Ashlotte spokojna, z wyciągniętą szablą. Viserany niecierpliwie poprawiała chwyt palców na rękojeści sztyletu. Mild mimo lekkiego strachu pewnie trzymała dwuręczny miecz gotowa do szybkiego sztychu. Przecież tego uczył ją Darim. Miecz był dla niej jak przedłużenie ręki - nigdy się z nim nie rozdzielała, nie stanowił dla niej problemu, poruszała się z nim w ręku równie sprawnie co bez niego. Kimkolwiek był ten przybłęda, jeśli miał wobec nich złe plany to czekało go niemiłe zaskoczenie ze strony trzech, z pozoru bezbronnych podróżniczek.
Viserany podeszła bezszelestnie do drzwi i nasłuchiwała w milczeniu, trzymając rękę na klamce jednego skrzydła. Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natarczywie. Ashlotte skinęła jej głową i otworzyła je gwałtownie. Wszystkie trzy stanęły z wyciągniętą bronią. Zaskoczony przybysz odskoczył zaskoczony.
- Hohoho! Spokojnie! - powiedział wyciągając przed siebie ręce. - Jeszcze ktoś się pokaleczy!
Mild przyjrzała się uważnie przybyszowi. Miał na sobie zielony płaszcz, kolorem przypominający leśne poszycie. Zarzucony na głowę kaptur zupełnie ukrywał twarz w cieniu. Po sylwetce i głosie rozpoznała jednak, że był to mężczyzna. Ubrany był w kaftan ze skóry bryczesy. Dziewczyna zauważyła także dziwny ochraniacz na wewnętrznej stronie lewego przedramienia. Przerzucony przez ramię łuk szybko wyjaśnił jego przeznaczenie.
- Czego od nas chcesz? - powiedziała twardo Ash.
- Żebyście mnie przepuściły i dały mi w spokoju rozsiodłać konia - wyjaśnił łucznik. - Za to przynajmniej zapłaciłem właścicielom.
Mild nagle zrobiło się głupio. To tylko wędrowiec. Taki jak ona, Vis i Ashlotte. Jako pierwsza schowała miecz do pochwy na plecach. Ash i Viserany dalej jednak nie ufały nieznajomemu. Odsunęły się jednak i dały mu przejść. Chłopak wyraźnie zadowolony gwizdnął i po chwili obok niego pojawił się znikąd ogier barwy miedzi. Mężczyzna wprowadził go do środka i zdjął z głowy kaptur, aby wzbudzić w towarzyszkach chociaż odrobinę zaufania. Uśmiechnął się na powitanie i zaprowadził wierzchowca do wolnego boksu. Starsze z dam schowały broń i wróciły do wylegiwania się w boksie, w którym niedawno leżały. Tylko Mild z zaciekawieniem patrzyła jak nieznajomy rozsiodłuje rumaka. Zauważyła kołczan pełen strzał z żółtymi brzechwami w czarne pasy.
- Ładny koń - powiedziała śmielej.
- Dziękuję - chłopak uśmiechnął się. - Widzę, że nieśmiałość twoich koleżanek trzyma je z dala ode mnie.
- Nie ufają obcym - Daya wzruszyła ramionami.
- Nikt w tych czasach im nie ufa - westchnął łucznik. Odwiesił siodło na ścianie boksu i położył na nim ogłowie, po czym odwrócił się z wyciągniętą ręką do dziewczynki: - Jestem Halt.
- Mild - odpowiedziała elfka z uśmiechem przyjmując uścisk dłoni.
- No to teraz się znamy - stwierdził zadowolony wędrowiec.
Wyszedł z boksu, a Mild ruszyła za nim do końca stajni, gdzie na sianie leżały Vis i Ash. Halt z ulgą wyłożył się na stogu po przeciwnej stronie i nasunął na głowę kaptur, tak, że trudno było stwierdzić, czy śpi czy uważnie obserwuje otoczenie. Prawdopodobnie to drugie. Mild usiadła na beczce przy ścianie, idealnie pomiędzy dziewczynami, a łucznikiem. Z ciekawością obserwowała bieg wydarzeń...
Viserany? Ashlotte? Całkiem szybko dokończyłam x3
Od Halta cd Squall - Wysiadka
Felin chyba przyjął sobie ostrzeżenie do serca. W każdym razie gdy ktoś trzymał na nim oko. Halt przywykł do bujania kilka godzin po jakże krótkiej rozgrywce w ,,łgarza". Tym razem ku jego uldze trwało to krócej. Chyba zaczął się przyzwyczajać. Zły znak.
Gambit ani trochę nie wzbudził w nim więcej zaufania niż przy pierwszym spotkaniu. Sam jego pseudonim którym się przedstawił z miejsca ostrzegał ,,Uwaga, jestem krętaczem i złodziejem!". Łucznik pilnował go ukradkiem czy aby nie próbował posłać statku z dymem. Nie żeby ta zasrana łajba go cokolwiek obchodziła. Z ulgą o niej zapomni gdy tylko postawi nogę na stałym lądzie. Ale póki to ona trzymała go przy życiu kilka mil od brzegu miał nadzieję, że jeden puszek nie pośle jej na dno. Poza tym robił to też z szacunku do kapitana. Nie w tym zwykłym, uczciwym sensie. Znacie to uczucie, kiedy kogoś szczerze nieznosicie, ale mimo tego odczuwacie pewien mały, ledwo tlący się podziw do tej osoby...chociaż w życiu byście się do tego nie przyznali. To właśnie czuł wobec Squall Halt: mieszaninę nienawiści z drobną dozą podziwu dla zdolności i charakteru.
Nawet gdy wepchnęła mu do rąk szpadel. Kapitan zrobiła to tak niespodziewanie, że pozbawiła łucznika tchu. Chłopak spojrzał na nią pytająco, na co ta uśmiechnęła się tryumfująco.
- No co? - powiedziała. - Mówiłam, że masz posprzątać po tej kobyle. Pronto.
Halt nawet tego nie skomentował. Posłał oddalającej się dziewczynie pełne jadu spojrzenie i ze wzruszeniem ramion ruszył w stronę schodów do ładowni.
Gwizdacz przywitał go od razu pretensjonalnym rżeniem i tupnął kilka razy kopytem. Jak mogłeś mnie tutaj zostawić?!
- Spokojnie, mały, jutro stąd spadamy - łucznik poklepał czworonoga po karku, po czym oberwał w środek czoła końcówką końskiego ogona.
Tym razem ogier parsknął i zarżał zdecydowanie weselej. Po chwili dołączył do niego śmiech bardziej ludzki, chodź zdecydowanie dziwny, jakby bardziej delikatny i zdecydowanie bardziej perfidny. Halt dopiero teraz zauważył wylegującego się na workach z cukrem felina.
- Konie to wredne bestie, nie uważasz? - powiedział kot. Obieżyświat nie odzywał i zajął się swoją robotą. - Że też wy, ludzie, tak je uwielbiacie.
- Wybacz, ale nie mamy czterech łap - odezwał się w końcu. - I nie sramy pod płotami.
- No proszę, dowcip ci się wyostrzył - Gambit uśmiechnął się złośliwie. - Czyżby przeszła ci choroba morska?
- Owszem - przyznał bez cienia emocji łucznik. - Zrobiłbyś coś pożytecznego futrzaku zamiast zostawiać kłaki na cukrze...
- Na przykład co?
- Zanurkować po kostkę pani kapitan - odpowiedział sarkastycznie Halt akcentując ostatnie dwa słowa. I nie wrócić, dodał w myślach.
Ku jego zdziwieniu Gambit roześmiał się ponownie. Na powątpiewające spojrzenie łucznika wyciągnął z kieszeni lnianych spodni jakiś drobny ciemny przedmiot i zaczął podrzucać go w ręce.
- Ludzie mają słaby wzrok z tego co słyszałem. Ty chyba też nie jesteś wyjątkiem. Nie CZYM właściwie jest ,,pani kapitan", bo się za bardzo od was różni, ale mimo kocich oczu widzi nie lepiej - powiedział zagadkowo felin.
Dopiero teraz Obieżyświat rozpoznał w podrzucanym przedmiocie...obsydianową kostkę.
- Skąd ją masz?! - zapytał zaskoczony podchodząc dwa kroki bliżej.
- Wcale nie wypadła za burtę. Nawet nie zdążyła spaść na pokład - odpowiedział Gambit z tryumfalnym uśmiechem.
Haltowi mimowolnie podniósł się jeden kącik ust.
- Nie doceniłem cię - przyznał. - I co teraz z nią zrobisz?
- Powiedzmy...że ją sobie pożyczę. Oddam dopiero gdy Sztorm przybije tam, gdzie JA zechcę. A przyznam...bardzo mi ten statek odpowiada - kot przeciągnął się i poprawił na swoim ,,legowisku".
- Co miałeś na myśli mówiąc, że Squall jest...inna? - zainteresował się nagle łucznik.
Felin otworzył oczy i zmarszczył brwi.
- Tak bardzo interesują cię tajemnice tych ślicznych ocząt? - zadrwił.
- Nie. Interesuje mnie za to co wiesz o Sztormie. I lepiej mów prawdę.
- Mam być szczery? Nic nie wiem. Ale czuję. Ta pannica nie jest zdecydowanie kim za kogo się podaje. I dlatego zostaję na tym ,,przeklętym" okręcie dopóki się tego nie dowiem.
- Powodzenia życzę - parsknął śmiechem Halt.
Nagle łajbą zabujało silniej niż zwykle. Obieżyświat zatoczył się do tyłu i w ostatniej chwili odzyskał równowagę. Gwizdacz zarżał szarpiąc łbem czując jakieś zagrożenie. Nawet spokojny do tej pory felin zjeżył się i syknął zaniepokojony.
- Lepiej to sprawdźmy - mruknął Halt i ruszył do barierki schodów powstrzymując cisnący żołądek.
Squall klęła walcząc z kołem sterowym. Wiatr szarpał olinowaniem, które samo zamiast załogi walczyło z burzą. Deszcz lał się strumieniami. Halt został pchnięty w stronę masztu i postanowił zostać przy nim trzymając się kurczowo. Gambit natomiast wbił pazury wszystkich czterech kończyn w pokład gdy wicher rzucił nim do tyłu.
- Czyżby Sztorm spotkał swojego imiennika?! - przekrzyczał huk.
- ZAMKNIJ SIĘ! - odwrzasnęła kapitan. - PIE***LONA BURZA!
Halt w przerwie między bujnięciami przebiegł w stronę steru. W ostatniej chwili chwycił się balustrady.
- I co teraz?! - zawołał do Squall.
- Płyniemy do portu! - odpowiedziała dziewczyna. - Musimy to przeczekać!
Łucznik słysząc przekleństwo w niezrozumiałym sobie języku obejrzał się. To Gambit straciwszy równowagę spadł z łoskotem na dolny pokład. Halt postanowił pójść jego śladem. Z tą różnicą, że jemu udało się normalnie skorzystać ze schodów. Zatrzasnął klapę i osunął się na stopień. Kot mimo obtłuczeń zdołał zaśmiać się złośliwie widząc jak gwałtowne bujanie przypomniało łucznikowi o chorobie morskiej.
Statek przybił chyba cudem do najbliższego portu. Kołysanie nie ustało, ale przynajmniej zmalało na tyle, by Halt mógł opanować protestujące trzewia. Stęknął i podniósł się na nogi. Po niewygodnej drzemce utwierdził się w przekonaniu, że ma dość. Dosyć tego okrętu, dosyć Squall, dosyć nawet towarzystwa Gambita. Po krótkim namyśle chwycił leżące w nieładzie oporządzenie Gwizdacza i osiodłał zdziwionego, aczkolwiek rozweselonego konia. Czyżby opuszczali statek? Nareszcie!
Gdy łucznik skończył, cichcem zakradł się do wyjścia. Podniósł lekko klapę. Deszcz dalej siąpił niemiłosiernie, ale jechać się dało. Wyprowadził konia (całe szczęście, że umiał się poruszać odpowiednio cicho, chwała długoletnim treningom!) na pokład i opuścił trap. Sprowadził Gwizdacza ostrożnie na molo i sarkastycznie zasalutował okrętowi. Po tym wskoczył na siodło, a ogier natychmiast zerwał się do biegu. Tego mu brakowało! Piekielny rejs nareszcie się skończył!
Wybacz, że cię tak zostawiam z puszkiem, Squall, ale nabrałam nagle weny x3 Miłego rejsu z kocurem!
środa, 9 września 2015
Usuwanko...
Termin upłynął już jakiś czas temu jednak nie miałam komputera i nie mogłam tego zweryfikować. Teraz jednak mogę i widzę aż dwa opowiadania i aż dwa komentarze. Jej cztery osoby dały znać że żyją no naprawdę jestem wzruszona... Cała reszta cisza... no fajnie naprawdę fajnie. Wiem że miałam pousuwać te nieaktywne postaci, ale wiecie co? Nie chce mi się, nie chce mi się również gadać do obrazu (a obraz ni razu). Więc zostawiam to waszej własnej weryfikacji. Bloga nie zamknę, choć zainteresowania nie ma. Ale ostrzegam, za dwa tygodnie (27.09.) USUWAM wszystkie postaci które nie dały znaku życia, choćby w zwykłym komentarzu i wiadomości na hw "żyję, ale chwilowo nie napiszę."albo chociaż "pocałuj mnie w d*pę". To chyba na tyle, więcej was nie będę męczyć bo i mnie się już odechciało stać z batem.
~Ursa
~Ursa
Od Ashlotte CD Emmy, Mild i Viserany - Poopowiadajmy straszne historie.
Cóż, chciałam trafić jedynie do miasta, w którym znalazłby się jakiś przytulny nocleg, a trafiłam na awanturę...
- Arogancka. - skwitowałam gdy wyjątkowo pewna siebie kokietka odeszła ze swoim nowym "towarzyszem".
- Arogancka?! To paskudna lafirynda! W dodatku ma się za nie wiadomo kogo! Argh... - Viserany warknęła ze złością. Skierowałam swój wzrok na małą Mild.
- Wszystko w porządku? - W zasadzie nie obchodziło mnie to za bardzo, ale elfka trzęsła się lekko, więc wolałam zapytać.
- Ja... Zgadzam się z Tobą co do słowa. - Momentalnie zacisnęła drobne dłonie w piąstki, a zawstydzenie zastąpił kamienny wyraz twarzy. Nie sądziłam, że potrafi zebrać się do kupy.
- Więc... Chyba nadszedł czas rozstania. Jesteśmy w miasteczku, prawda? - Spróbowałam zmienić temat i przy okazji pozbyć się nowo poznanych.
- Tak, to miasteczko. - Vis uspokoiła się nieco - Zdaje się, że dzisiaj mają jakieś targi, czy coś. W każdym razie chyba otworzyli bazar. - Wskazała na całą masę straganów stojących nieopodal. - Ale chyba długo nie posprzedają, bo pogoda jak pod psem. - Rzeczywiście na niebie było więcej szarości niż błękitu.
- Ile owoców! - Mild zaklaskała wesoło i podbiegła bliżej, całe szczęście chyba przeszła jej złość. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że kompletnie nie potrafię się tutaj poruszać. To znaczy wokół straganów zgromadziło się sporo ludzi co nie sprzyjało przeprowadzeniu konia, musiałabym obejść wszystko dookoła, ale to i tak nie oznaczałoby, że w tamtej części miasta znalazłabym gospodę, w której mogłabym się zatrzymać. Błądzenie nie sprzyjało mi specjalnie, gdyż w każdej chwili mógł złapać mnie deszcz. Chyba znowu byłam zmuszona poprosić o pomoc tę chłopczycę.
- Um... Czy wiesz może, gdzie można się tutaj zatrzymać na noc?
- Gospoda ze stajnią, co? - Vis kiwnęła głową w stronę mojego rumaka i uśmiechnęła się pod nosem.
- Dokładnie.
- Pewnie coś się znajdzie... Dawno tu nie byłam, ale z tego co pamiętam... Za dużo by tłumaczyć, po prostu chodź za mną. - Ruszyła pewnym krokiem w jedną z bocznych ulic, a ja za nią.
- Zaczekajcie! - Elfka biegła w naszą stronę z kilkoma siatkami dojrzałych, niesamowicie smacznie wyglądających owoców.
- Nieźle się obkupiłaś młoda. - Zaśmiała się Viserany, a zaraz po niej Mild. Wyglądały jakby dobrze się ze sobą dogadywały.
Wkrótce dotarłyśmy na miejsce, nie był to raczej na luksusowy hotel, zwykła chata i oddalona od niej ze sto metrów drewniana stajnia, ale cóż, jestem tu tylko przejazdem, na jeden nocleg musi wystarczyć. Dogadałam się z właścicielami i po chwili mogłam już spokojnie rozsiodłać Leonorę i zaprowadzić ją na zasłużony odpoczynek.
- Od dawna podróżujesz? - Usłyszałam głos za sobą, byłam pewna, że one opuściły już to miejsce... Mała elfka przechyliła głowę w bok oczekując na odpowiedź.
- Praktycznie od urodzenia. - skłamałam, chociaż zrobiłam to trochę nieświadomie. - A Wy... Nie wracacie do domu...lasu... Czy gdzie tam mieszkacie?
- W taką pogodę? Po za tym... Nie mieszkamy razem... - Mild zmieszała się trochę i spojrzała w stronę okna, okazało się, że gdy ja spokojnie rozsiodływałam moją klacz na dworze rozpętała się niezła burza. Zagrzmiało groźnie, gdy Viserany weszła do środka stajni, cała przemoczona.
- Z cukru nie jestem, ale zerwał się taki wiatr, że ja pierdziele!
Westchnęłam zrezygnowana, będę skazana na ich towarzystwo jeszcze przez jakiś czas. Obraz na zewnątrz faktycznie przypominał apokalipsę. Drzewa pod naporem wiatru uginały się prawie do samej ziemi, cały czas błyskały pioruny, a ciszę co chwilę przerywał głośny huk. Dziesięć minut później wszystkie trzy siedziałyśmy na słomie w pustym boksie. Po prostu świetnie. Otaczała nas ciemność, tylko delikatne światło starej świecy, którą znalazłam gdzieś w kącie rozpraszało ją odrobinę. Zapanowała nieco niezręczna cisza.
- Hmm... Mam pomysł. - Ostre jak brzytwa zęby Viserany zabłysły w uśmiechu - Może by tak poopowiadać jakieś straszne historie o duchach, czy czymś?
Rzeczywiście, klimat pasował idealnie, a ja znałam wiele miejskich legend, toteż zaklaskałam delikatnie i uśmiechnęłam się pod nosem.
- Świetnie. Ja pierwsza. - Zmrużyłam powieki i ściszyłam głos do szeptu - Istnieje pewna legenda... O demonie. Demon ten żywi się strachem i śmiercią. Powiadają, że nie posiada on ust, a jego oczodoły są zupełnie puste. Pojawia się zawsze, gdy wypowie się jego imię. Pod warunkiem, że przebywa się w zamkniętym, ciemnym pomieszczeniu. Zaczyna się od trzech puknięć. Gdziekolwiek będziecie, usłyszycie trzy puknięcia. Od ostatniego z nich macie równe sześćdziesiąt sześć sekund żeby zgasić wszystkie światła w pobliżu i usypać dookoła siebie krąg z soli. Jeśli zdążycie jesteście bezpieczne, musicie zostać w środku koła do następnego wschodu słońca. Co prawda w ciemności będą pojawiały się różne przerażające obrazy jak i dźwięki, jednak pod żadnym pozorem nie możecie zapalić światła, ani wyjść z kręgu. Jednak jeżeli krąg zostanie przerwany, opuścicie go zbyt wcześnie, lub co gorsza nie zdążycie go usypać, albo zgasić światła na czas, wtedy będziecie musiały zmierzyć się z czymś najbardziej przerażającym w całym piekle. Usłyszycie śmiech, prawdziwy rechot, a później okropnie głośny pisk w głowie. Tak głośny, że bez wątpienia skulicie się trzymając za głowę. Wtedy ON wejdzie do środka i po pokazaniu Wam najgorszych, najbardziej krwawych i przerażających wizji wydłubie Wam oczy, odetnie język, a na końcu przebije serce. Wtedy cały budynek w jakim przebywałyście spłonie razem z Waszymi zwłokami i pozostałymi mieszkańcami. - Na zewnątrz ponownie rozległ się głośny huk. Uśmiechnęłam się szerzej widząc, że moja historia zrobiła wrażenie na obu dziewczynach. Zanim którakolwiek z nich zdążyła się odezwać, kontynuowałam - A jego imię brzmi... Diabhal.
Puk! Puk! Puk!
Rytmiczny, głośny dźwięk rozległ się nagle z całej stajni, a wszystkie konie zaczęły kopać i rżeć w swoich boksach. Przeszły mnie ciarki i pojawiła się gęsia skórka, chociaż nie pokazywałam tego po sobie.
- To... to nie jest śmieszne, Ash... - Odezwała się mała elfka zakrywając usta dłońmi.
- Zluzujcie, przecież to nie może być... - Zaczęła Vis, jednak urwała, gdy zobaczyła jak wstaję i kieruję się w stronę drzwi. Jedną ręką odruchowo złapałam za szpadę przy moim boku, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i nie wiedziałam czy powinnam iść sprawdzać kto to, ale nie mogłam przecież pokazać, że boję się jakiegoś demona, o którym przeczytałam w jakiejś tam księdze...
Mild nagle złapała mnie za jedną z falbanek przy moim pasie, odwróciłam się i ujrzałam jej zaniepokojone spojrzenie - Ashlotte... - Szepnęła - Nie idź tam...
< Viserany? Mild? Ja również przepraszam, że dopiero teraz, ale szkoła i te sprawy, każdy chyba wie o czym mówię. W każdym razie czekam na ciąg dalszy opowiadania c; >
- Arogancka. - skwitowałam gdy wyjątkowo pewna siebie kokietka odeszła ze swoim nowym "towarzyszem".
- Arogancka?! To paskudna lafirynda! W dodatku ma się za nie wiadomo kogo! Argh... - Viserany warknęła ze złością. Skierowałam swój wzrok na małą Mild.
- Wszystko w porządku? - W zasadzie nie obchodziło mnie to za bardzo, ale elfka trzęsła się lekko, więc wolałam zapytać.
- Ja... Zgadzam się z Tobą co do słowa. - Momentalnie zacisnęła drobne dłonie w piąstki, a zawstydzenie zastąpił kamienny wyraz twarzy. Nie sądziłam, że potrafi zebrać się do kupy.
- Więc... Chyba nadszedł czas rozstania. Jesteśmy w miasteczku, prawda? - Spróbowałam zmienić temat i przy okazji pozbyć się nowo poznanych.
- Tak, to miasteczko. - Vis uspokoiła się nieco - Zdaje się, że dzisiaj mają jakieś targi, czy coś. W każdym razie chyba otworzyli bazar. - Wskazała na całą masę straganów stojących nieopodal. - Ale chyba długo nie posprzedają, bo pogoda jak pod psem. - Rzeczywiście na niebie było więcej szarości niż błękitu.
- Ile owoców! - Mild zaklaskała wesoło i podbiegła bliżej, całe szczęście chyba przeszła jej złość. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że kompletnie nie potrafię się tutaj poruszać. To znaczy wokół straganów zgromadziło się sporo ludzi co nie sprzyjało przeprowadzeniu konia, musiałabym obejść wszystko dookoła, ale to i tak nie oznaczałoby, że w tamtej części miasta znalazłabym gospodę, w której mogłabym się zatrzymać. Błądzenie nie sprzyjało mi specjalnie, gdyż w każdej chwili mógł złapać mnie deszcz. Chyba znowu byłam zmuszona poprosić o pomoc tę chłopczycę.
- Um... Czy wiesz może, gdzie można się tutaj zatrzymać na noc?
- Gospoda ze stajnią, co? - Vis kiwnęła głową w stronę mojego rumaka i uśmiechnęła się pod nosem.
- Dokładnie.
- Pewnie coś się znajdzie... Dawno tu nie byłam, ale z tego co pamiętam... Za dużo by tłumaczyć, po prostu chodź za mną. - Ruszyła pewnym krokiem w jedną z bocznych ulic, a ja za nią.
- Zaczekajcie! - Elfka biegła w naszą stronę z kilkoma siatkami dojrzałych, niesamowicie smacznie wyglądających owoców.
- Nieźle się obkupiłaś młoda. - Zaśmiała się Viserany, a zaraz po niej Mild. Wyglądały jakby dobrze się ze sobą dogadywały.
Wkrótce dotarłyśmy na miejsce, nie był to raczej na luksusowy hotel, zwykła chata i oddalona od niej ze sto metrów drewniana stajnia, ale cóż, jestem tu tylko przejazdem, na jeden nocleg musi wystarczyć. Dogadałam się z właścicielami i po chwili mogłam już spokojnie rozsiodłać Leonorę i zaprowadzić ją na zasłużony odpoczynek.
- Od dawna podróżujesz? - Usłyszałam głos za sobą, byłam pewna, że one opuściły już to miejsce... Mała elfka przechyliła głowę w bok oczekując na odpowiedź.
- Praktycznie od urodzenia. - skłamałam, chociaż zrobiłam to trochę nieświadomie. - A Wy... Nie wracacie do domu...lasu... Czy gdzie tam mieszkacie?
- W taką pogodę? Po za tym... Nie mieszkamy razem... - Mild zmieszała się trochę i spojrzała w stronę okna, okazało się, że gdy ja spokojnie rozsiodływałam moją klacz na dworze rozpętała się niezła burza. Zagrzmiało groźnie, gdy Viserany weszła do środka stajni, cała przemoczona.
- Z cukru nie jestem, ale zerwał się taki wiatr, że ja pierdziele!
Westchnęłam zrezygnowana, będę skazana na ich towarzystwo jeszcze przez jakiś czas. Obraz na zewnątrz faktycznie przypominał apokalipsę. Drzewa pod naporem wiatru uginały się prawie do samej ziemi, cały czas błyskały pioruny, a ciszę co chwilę przerywał głośny huk. Dziesięć minut później wszystkie trzy siedziałyśmy na słomie w pustym boksie. Po prostu świetnie. Otaczała nas ciemność, tylko delikatne światło starej świecy, którą znalazłam gdzieś w kącie rozpraszało ją odrobinę. Zapanowała nieco niezręczna cisza.
- Hmm... Mam pomysł. - Ostre jak brzytwa zęby Viserany zabłysły w uśmiechu - Może by tak poopowiadać jakieś straszne historie o duchach, czy czymś?
Rzeczywiście, klimat pasował idealnie, a ja znałam wiele miejskich legend, toteż zaklaskałam delikatnie i uśmiechnęłam się pod nosem.
- Świetnie. Ja pierwsza. - Zmrużyłam powieki i ściszyłam głos do szeptu - Istnieje pewna legenda... O demonie. Demon ten żywi się strachem i śmiercią. Powiadają, że nie posiada on ust, a jego oczodoły są zupełnie puste. Pojawia się zawsze, gdy wypowie się jego imię. Pod warunkiem, że przebywa się w zamkniętym, ciemnym pomieszczeniu. Zaczyna się od trzech puknięć. Gdziekolwiek będziecie, usłyszycie trzy puknięcia. Od ostatniego z nich macie równe sześćdziesiąt sześć sekund żeby zgasić wszystkie światła w pobliżu i usypać dookoła siebie krąg z soli. Jeśli zdążycie jesteście bezpieczne, musicie zostać w środku koła do następnego wschodu słońca. Co prawda w ciemności będą pojawiały się różne przerażające obrazy jak i dźwięki, jednak pod żadnym pozorem nie możecie zapalić światła, ani wyjść z kręgu. Jednak jeżeli krąg zostanie przerwany, opuścicie go zbyt wcześnie, lub co gorsza nie zdążycie go usypać, albo zgasić światła na czas, wtedy będziecie musiały zmierzyć się z czymś najbardziej przerażającym w całym piekle. Usłyszycie śmiech, prawdziwy rechot, a później okropnie głośny pisk w głowie. Tak głośny, że bez wątpienia skulicie się trzymając za głowę. Wtedy ON wejdzie do środka i po pokazaniu Wam najgorszych, najbardziej krwawych i przerażających wizji wydłubie Wam oczy, odetnie język, a na końcu przebije serce. Wtedy cały budynek w jakim przebywałyście spłonie razem z Waszymi zwłokami i pozostałymi mieszkańcami. - Na zewnątrz ponownie rozległ się głośny huk. Uśmiechnęłam się szerzej widząc, że moja historia zrobiła wrażenie na obu dziewczynach. Zanim którakolwiek z nich zdążyła się odezwać, kontynuowałam - A jego imię brzmi... Diabhal.
Puk! Puk! Puk!
Rytmiczny, głośny dźwięk rozległ się nagle z całej stajni, a wszystkie konie zaczęły kopać i rżeć w swoich boksach. Przeszły mnie ciarki i pojawiła się gęsia skórka, chociaż nie pokazywałam tego po sobie.
- To... to nie jest śmieszne, Ash... - Odezwała się mała elfka zakrywając usta dłońmi.
- Zluzujcie, przecież to nie może być... - Zaczęła Vis, jednak urwała, gdy zobaczyła jak wstaję i kieruję się w stronę drzwi. Jedną ręką odruchowo złapałam za szpadę przy moim boku, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i nie wiedziałam czy powinnam iść sprawdzać kto to, ale nie mogłam przecież pokazać, że boję się jakiegoś demona, o którym przeczytałam w jakiejś tam księdze...
Mild nagle złapała mnie za jedną z falbanek przy moim pasie, odwróciłam się i ujrzałam jej zaniepokojone spojrzenie - Ashlotte... - Szepnęła - Nie idź tam...
< Viserany? Mild? Ja również przepraszam, że dopiero teraz, ale szkoła i te sprawy, każdy chyba wie o czym mówię. W każdym razie czekam na ciąg dalszy opowiadania c; >
Subskrybuj:
Posty (Atom)