Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mild. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mild. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2016

Od Mild cd Phestera - Przemijanie

        Dziewczyna wpatrywała się chwilę w komin dociekając, jakim to cudem nie zauważyła tego wcześniej. Nagle zdała sobie sprawę, że Phester znowu zostawił ją w tyle, znikając w cieniu wnętrza zarośniętego budynku. Gienah i Kraz wlecieli za nią.
  - A ktoś jeszcze o niej wie? - zapytała dorównując kroku medykowi.
  - Nie sądzę - odpowiedział krótko.
  Zanim zdążyła znowu coś powiedzieć, krótki korytarz wyprowadził ich do owej tajemniczej biblioteki. Budynek miał okrągły kształt, był całkiem spory i płaski - jego zdecydowana większość znajdowała się pod ziemią. Mild wychyliła się przez barierkę i popatrzyła w dół. Byli na trzecim piętrze. Ściany biblioteki zasłonięte były całkowicie przez dopasowane do kształtu pomieszczenia ogromne regały. Spiralne schodki tuż obok wyjścia prowadziły na stanowiący parter, wyłożony jasnobrązowymi kafelkami placyk. Na jego środku stała wyschnięta, pęknięta w kilku miejscach fontanna. Światło przebijało się przez w połowie zarośniętą bluszczem kratownicę w suficie. Uparty chwast zajął także resztę budynku: zielone pędy pięły się po balustradach i półkach, przebijały podłogę, zwisały girlandami z pięter, niczym zasłony, nadając całej bibliotece wrażenie długowieczności, ten tajemniczy, magiczny urok.
  Daya stała kilka minut w miejscu nie mogąc wydusić słowa. Dopiero Kraz pociągnęła ją lekko dziobem za kosmyk włosów, bo znowu została w tyle. Phester obserwując pomieszczenie w zupełnej ciszy zszedł na drugie piętro.
  - Ciekawe... - powiedział jakby do siebie. - Całe trzecie piętro jest ukryte w pagórku...
  Elfka pobiegła za nim, dalej nie mogąc się napatrzyć.
  - Kto to zbudował? - spytała licząc, że skoro medyk znał położenie biblioteki to może wiedział coś więcej na jej temat.
  - Zapewne te same istoty, które zostawiły po sobie wioskę na naszej polanie - opowiedział. Przejechał bladą dłonią po grzbietach książek. Wziął jedną do ręki i przekartkował oceniając stan zbioru. W zamyśleniu wpatrywał się w strony, po czym sprawdził także dwie następne.
  - Co jest? - rzuciła Mild chcąc przerwać przedłużającą się ciszę.
  - Dziwne...książki są w dobry stanie.
  - Chyba takie jest z założenia zadanie bibliotek, prawda? Utrzymywanie książek?
  - Ten budynek ma wiele lat, Mild. Papier już dawno powinien zmurszeć przez wilgoć, a szkodniki bez czyjejś pilnej ręki dorwałyby się do okładek - Phester zamknął książkę i odłożył na swoje miejsce.
  - Czyli...myślisz, że ktoś tu mieszka? - dziewczynie na samą myśl zjeżyły się włoski na karku. Nagle poczuła jakby czyiś wzrok wypalał jej dziurę w plecach i całą siłą woli powstrzymała odruch odwrócenia się do tyłu.
  - Niewykluczone - mężczyzna w żelaznej masce ruszył dalej. - Możliwym jest także udział jakiegoś uroku.
  - W sensie, jakiś czarodziej rzucił czar na cały budynek?
  - Musiałby to być naprawdę potężny mag... - zastanowił się na głos.
  Zeszli na sam parter. Mild bez chwili zastanowienia podbiegła do starej fontanny. Miała kształt idealnego okręgu. Na jej środku stała na podwyższeniu kamienna misa, a w niej na cokole Figura sowy z rozpostartymi skrzydłami. Niegdyś pewnie z misy przelewała się kaskadami woda, w której może nawet pływały ryby. Dayi nietrudno było to sobie wyobrazić: chodzących po piętrach cicho rozmawiających ludzi bądź elfy, w starych donicach przy regałach wciąż kwitnące kwiaty, jakąś małą dziewczynkę pluskającą dłonią w fontannie, strasząc małe, pomarańczowo białe rybki, podczas gdy jej mama siedzi obok zajęta lekturą. I jakiegoś poczciwego, starszego bibliotekarza pouczającego dzieciaki, by nie hałasowały, przekładającego książki na ich właściwe miejsca i raz na jakiś czas udzielającego się do rozmów. Kamienna sowa spogląda na to wszystko dumnie ze swojego cokołu, niczym król na własne włości.
  A potem wbrew sobie zobaczyła jak to wszystko przemija. Odwiedzających jest coraz mniej, znikają jedni po drugich zaciągnięci do wojska lub zbyt starzy, by móc tu przyjść. Dzieci dorastają i znajdują ciekawsze zajęcia niż bieganie po bibliotece. Nie jest już dla nich taka ogromna i piękna, kto ma teraz czas by czytać? Stary bibliotekarz nie ma już sił. Nie jest już w stanie dbać o cały budynek: kwiaty dziczeją i więdną, półki porasta kurz, rybki w fontannie umierają z głodu. A gdy znika ostatni strażnik tego miejsca, w posiadanie biorą je zielone palce bluszczu. Niszczą mozaikę w kafelkach, zasłaniają całe piętra kotarami. I pozostaje jedynie sowa - niewzruszona kamienna figura, która nie opuściła swojego królestwa, chociaż przeżarł je czas. Dalej rozpościera skrzydła, jakby chciała je otulić, przygarnąć do piersi.
  Nagle po posadzce przetoczył się cień. Coś z hukiem wylądowało na pierwszym piętrze i zniknęło za pierwszym rzędem regałów. Mild cofnęła się od fontanny ze zduszonym okrzykiem. Phester spiął się lekko, próbując wyśledzić wzrokiem dziwne stworzenie. Daya sięgnęła po miecz.
  - Rzeczywiście, ktoś dalej tu mieszka - powiedział medyk i ruszył powoli w stronę spiralnych schodów.

<Phester? Szczerze powiem, nie miałam pomysłów *^*>

poniedziałek, 30 maja 2016

Od Mild - Żywy las

        Nadepnięcie na ogon humanoidalnego kota nie należy do dobrych początków dnia. Dayi poczerwieniały uszy ze wstydu, gdy odprowadzała wściekłego felina wzrokiem. Za to był jeden plus - teraz już nie chciało jej się w ogóle spać. Ale skoro już wstała, to należałoby coś robić.
  Wszyscy jak widać zdążyli się już zmyć, bo jedynym śpiącym był wywalony na grzbiet Frelser. Lodowy gad zamruczał przez sen i przekręcił się zamiatając bujną trawę ogonem. Wyglądał, jakby nie spał tak dobrze od dłuższego czasu. Mild przyglądała się chwilę nałożonemu na unieruchomione skrzydło opatrunkowi. Jedynym medykiem jakiego znała był Phester, ale uczony podróżował przecież z jej grupą, a gdy pojawili się na polanie smok już był opatrzony. Ciekawe, co mu się przytrafiło. Na razie jednak nie chciała go budzić. Był taki uroczy, zupełnie inny od tych potężnych bestii, o których zdążyła się nasłuchać z opowiastek jako dziecko. Podrapała śpiącego jaszczura po brodzie (pamiętała z wczoraj, że bardzo to lubił) i z piersi przerośniętego dzieciaka wydobył się przyjemny wibrujący dźwięk zadowolenia.
  Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu Viserany lub Ashlotte. Przywiązała się do tych dziewczyn. Może znalazłaby z nimi jakieś zajęcie? Niestety ani jednej ani drugiej nie mogła dostrzec. Westchnęła z braku laku ruszyła w las, szybko znikając między drzewami.
  Dlaczego? Przyzwyczajenie? Jeszcze rok temu, gdy mieszkała wśród dezerterów jej nauczycielka magii pouczała ją ,,Jeśli nie masz gdzie się podziać, idź do lasu - tam zawsze jest miejsce dla takich jak my". I tak robiła. Dobrze się czuła między drzewami. Było to idealne medium dla kogoś nienawidzącego tłumów i obawiającego się otwartych przestrzeni. Porośnięte mchem pnie nie dusiły, nie zaciskały się wokół niczym szpony, nie pachniały potem i brakiem dostępu do czystej wody. Dawały człowiekowi - i nie-człowiekowi - odetchnąć pełnymi płucami, równocześnie obiecując schronienie przed niechcianymi spojrzeniami.
  I tak też było za tym razem - Mild bez strachu spacerowała po miękkim mchu, gładząc dłonią porosty na korach drzew i wodząc wzrokiem wysoko w górze. Trafiła do części lasu zarośniętej ciasno młodymi, iglastymi jodłami. Choć młode, wystrzeliwały wysoko w górę zasłaniając gęstymi koronami nieboskłon, tworząc nad śpiącą ziemią szczelny koc. Tylko gdzieniegdzie ziemię cięły niczym tygrysie pręgi łuny prześwitów słonecznych. Wokół nie było ani jednej wiewiórki, ptaka, nornicy. Cisza, martwa, obrzmiała ciepłem wiosny cisza. Nie, martwa to złe słowo. Naraz Dayi wydało się, że puszysty grunt faluje biorąc wdech i wydycha powietrze szmerem wiatru. Gdzieś pod nią płuca wibrują od pomruku zadowolenia, jak u śpiącego na polanie Frelsera. Las był żywy, był jednym organizmem, a ona i wszyscy jego mieszkańcy żyjącymi z nim w symbiozie żyjątkami.
  Ale nie była sama.
  Niczego nie usłyszała. Cokolwiek właśnie stało za jej plecami nie wydało najdrobniejszego dźwięku. A mimo to po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz. Nie zatrzymywała się. Powoli uniosła lewą rękę do góry, ku wystającej ponad ramieniem rękojeści miecza. Reszta nastąpiła w ciągu dwóch sekund: elfka chwyciła broń i odwracając się na jednej nodze równocześnie wyszarpnęła z pochwy. Trzymając ostrze oburącz skierowała je w las w pełnej gotowości...
  Śledząca ją istota nawet nie drgnęła. Nie przestraszył jej nagły ruch ani broń. Ponadto stała zdecydowanie dalej, chociaż Mild była niemal pewna, że czuła czyjś oddech na karku. Wbiła wzrok w obcego. Z tej odległości wydawał się jedynie sylwetką wśród cienkich pni. Biała, średniej wysokości postać, stojąca na dwóch nogach. Humanoidalny kształt, a jednak biła od niej dzikość. Postać przekrzywiła łeb. I nagle do uszu Dayi dotarł młodzieńczy szept, od którego włoski na karku stawały dęba:

Odłącza się od stada Owieczka
Beztrosko hasa wśród traw
Nie uratuje jej ucieczka
Wilk już trafił na jej ślad

  Nad głową dziewczyny coś przemknęło wśród pni, łamiąc gałązki. Zaskoczona dziewczyna sapnęła i odruchowo spojrzała w górę. Szybko jednak skierowała wzrok z powrotem na białą sylwetkę, pamiętając wpojone jej zasady...
  Istota zniknęła. W jej miejscu nie pozostał nawet ślad. Mild rozejrzała się nerwowo na boki, ale znowu była sama. Las znowu zaczął oddychać owiewając jej twarz wiatrem, mech na nowo nabrał żywych kolorów. Gdzieś rozległ się ptasi śpiew.
  Elfka spróbowała uspokoić oddech. Spokojnie, pomyślała. To tylko złudzenie. Udzieliły ci się lęki po podróży. Nic nam tu nie grozi, Alt tak mówił, a on zna te lasy lepiej od ciebie. Oddychała już miarowo, spokojnie. Mimo wszystko jednak ruszyła w drogę powrotną, chcąc jak najszybciej opuścić tę martwo cichą część puszczy.
  Łaziła jeszcze bez celu pół godziny, plątając się tu i ówdzie. Machała przed sobą z nudów mieczem, czasem inscenizowała w wyobraźni jakąś walkę. I gdy już przykładała się do śmiercionośnego ciosu w odsłonięty kark mantikory, dostrzegła kogoś jeszcze. Dalej lekko przewrażliwiona od razu skierowała w tamtą stronę dwuręczne ostrze, jednak szybko zrugała się w myślach gdy rozpoznała przykucniętą czarną sylwetkę. To tylko Phester.
  O ile zamaskowany medyk w czarnym płaszczu z pozoru nie mógł budzić w ludziach miłych uczuć, Mild poczuła się zgoła bezpieczniej i pewniej. Ruszyła w stronę mężczyzny, ale po jednym kroku wpadła na ciekawszy pomysł. Phester wyglądał, jakby jej nie zauważył. Dziewczyna z łobuzerskim uśmiechem zakradła się do niego od tyłu, stawiając kroki bezszelestnie w miękkim poszyciu. Gdy tylko stanęła nad zajętym czymś medykiem powiedziała najgłośniej jak umiała:
  - Dzień dobry Phester!
  Ku jej rozczarowaniu ani drgnął.
  - Nie musisz się tak drzeć, dziecko - powiedział spokojnie zamiast tego. - Jesteś mniej niż metr obok.
  Mild nadęła policzki i klapnęła niezadowolona na ziemię obok niego. Przez kilka minut siedziała cicho, aż w końcu nie wytrzymała:
  - Co robisz?
  Phester nie odpowiadał, w skupieniu przyglądając się jakiemuś drobnemu przedmiotowi.
  - Zajęty jestem - odpowiedział.
  - To widzę, ale czym? - nie poddawała się dziewczyna, ciekawsko wyglądając mu przez ramię.

Phester? Wybacz Ursuś, że cię zalewam cd, ale nie miałam lepszego pomysłu kogo Mild mogłaby pomęczyć :P

poniedziałek, 23 listopada 2015

Od Mild cd Viserany - Spotkanie

        Mild uśmiechnęła się dwuznacznie.
  - Nic, nic - próbowała się wykręcić, ale powstrzymywanie złośliwego uśmieszku wychodziło jej coraz gorzej. - Po prostu widzę, że miło spędzasz czas z Haltem...
  Ta drobna sugestia wystarczyła. Reakcja Vis była natychmiastowa. Zebrała luźno wiszące wodze swojego wierzchowca i zamachnęła się nimi, by trzepnąć dzieciaka w łeb. Daya zgrabnie uniknęła ciosu. Viserany całe szczęście nie była tak szczerze wściekła. Wiedziała dobrze, że młoda się z nią droczy.
  - Oj, kiedyś się doigrasz - pomachała jej ostrzegawczo palcem wskazującym. - Twój refleks nie przed wszystkim cię uratuje.
  - Na twoje ślimacze ruchy wystarczy - Mild wystawiła starszej dziewczynie język.
  Ta udała teatralne oburzenie, uśmiechu nie powstrzymywała.
  - No proszę! Jaka wyszczekana! A może wyrwę ci ten twój język i każę ci go połknąć? - zaproponowała i w momencie doskoczyła do elfki. 
  Dziewczynka uchyliła się przed chwytem Vis. Odbiegła śmiejąc się, jednak brunetka szybko ją dogoniła. Nie jest może zbyt silna, ale zgarnięcie upierdliwego dzieciaka i wrzucenie go do sterty liści pod drzewem nie było wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza, że wszystko było tylko i wyłącznie wygłupem. Mild poleżała chwilę w liściach dalej parskając śmiechem, aż w końcu Viserany ze zdecydowanie poprawionym humorem podała jej rękę i pomogła wstać.
  Następny fragment podróży na wschód okazał się ich ostatnim. Nie, nie umarli za zakrętem. Dotarli do celu, choć nie było to z miejsca tak oczywiste jakby się można spodziewać...
  Gwizdacz, miedziany ogier Halta, nagle zakwiczał i zaczął się cofać, niemal wpadając na konia Viserany. Łucznik ściągnął wodzę w ostatniej chwili, lecz koń dalej był niespokojny. Mild, jadąca razem z Lisbeth na jednym karoszu, ściągnęła wodze i obejrzała się na nich do tyłu. Phester i Ashlotte zrobili podobnie.
  - Hej! - warknęła na łucznika Bherini. - Daruj sobie, to już nie jest śmieszne!
  - To nie ja - zaparł się chłopak.
  - Tak, poprzednie trzy razy to też nie ty? Nudzi ci się czy jak?!
  Jak się można było spodziewać, Halt po prostu nie mógł przepuścić okazji do rzucenia złośliwym komentarzem. Rozpętało to kolejną przepychankę słowną, tym razem jednak na sporą skalę. Lisbeth westchnęła zniecierpliwiona nad uchem Mild.
  - Oni tak zawsze? - rzuciła, na co Daya jedynie wzruszyła ramionami.
  - Przysięgam, że tym razem to nie ja - powiedział w końcu Halt i dodał, gdy Viserany już otwierała usta do kolejnego komentarza: - Gwizdacz jest po prostu tak wyszkolony.
  - Do denerwowania reszty? - rzuciła kąśliwie dziewczyna.
  - Spokojnie - wtrącił się Phester. Nie mówił głośno, a jednak jego stoicki spokój natychmiast uciszył obu. - Czuje krew, prawda? - dodał kiwając blaszanym dziobem w stronę niespokojnego rumaka.
  Halt zmarszczył brwi podejrzliwie, co nie było oczywiście zbytnio widoczne przez kaptur.
  - Skąd wiesz? - spytał.
  - Zgadywałem - odpowiedział medyk. - Zachowajcie czujność.
  Łucznik bez ociągania zdjął z pleców łuk i nałożył strzałę na cięciwę nie naciągając jej jeszcze, kierując teraz wierzchowcem jedynie nogami. Nie ufał zbytnio temu facetowi, ale wierzył Gwizdaczowi. Ogier nigdy go nie zawiódł. Reszta poszła w ślady Halta. Mild poluzowała nieco pas pochwy na plecach, aby w razie czego mogła wysunąć z niej miecz samym szarpnięciem ramienia i od razu go chwycić. Vis (mimo ciągłej niechęci do łucznika) jechała dalej trzymając w ręce sztylet. Ashlotte, jakby w zamyśleniu, gładziła rękojeść szabli. Lisbeth także trzymała rękę na nożu przy pasie. Tylko Phester dalej jechał, jakby jego własne słowa go ominęły. Dziwny z niego facet, pomyślała Daya.
  W końcu odnaleźli źródło niepokoju Gwizdacza. Wjechali na wydeptaną polankę, która niedawno musiała być miejscem poważnej walki. Pierwszym, co rzuciło się w oczy Mild była rozcięta stalowa siatka, od wewnętrznej strony pokryta cienkimi kolcami. Ziemia pod nią była zakrwawiona i rozorana. Dopiero potem dziewczynka zauważyła ciała jakichś nieznanych sobie mężczyzn. Wyglądali jej na najzwyklejszych bandytów. Lisbeth i Halt zeskoczyli z siodeł. Dziewczyna podeszła do siatki, łucznik natomiast obserwował ślady.
  - Smokobójcy - powiedziała po chwili Lis. - Siatka stworzona do łapania latających gadów.
  - Nie będę się kłócił. Ziemia pod nią jest rozryta i ugnieciona, a tamta sosna ma połamany wierzchołek - dodał Halt. - Coś wielkiego spadło z nieba i uderzyło w polankę...
  - Smok?! - zapytała podniecona Mild. 
  - Dobra, ale gdzie on w takim razie jest? - zaciekawiła się Vis. - Ci mili panowie nie wyglądają jak po walce ze smokiem. 
  - To robota człowieka...a w każdym bądź razie istoty humanoidalnej - odpowiedział chłopak.
  - Rany, to ty takie trudne słowa znasz? - rzuciła złośliwie Viserany.
  Nie skomentował tego.
  - Złapali smoka, ale jakaś obca grupa musiała go uwolnić i zatłuc smokobójców - podsumowała Lisbeth. - Nic tu po nas.
  - Przeciwnie - Halt z uśmieszkiem wskazał szlak prowadzący na wschód. - Zostawili trop...
  - Chcesz iść za tymi wariatami ratującymi smoki? - był to raczej domysł, niźli pytanie.
  - I tak mamy po drodze, prawda panie Kruku?
  Phester jedynie wzruszył ramionami. Łucznik uznał to za zezwolenie i wskoczył na siodło z miejsca ruszając kłusem, a za nim reszta. Mild zaczekała na Lisbeth i popędziła karosza. 
  Wkrótce dotarli do kolejnej polany. Ta była bardziej rozległa...a niemalże na wprost nich znajdował się jakiś domek. Przed nim leżał na słońcu wyciągnięty niczym kot spory jasnoszary kształt...
  - Smok! - pisnęła elfka nie mogąc się powstrzymać.
  Wszyscy wstrzymali oddech. Gad podniósł zaciekawiony łeb i wpatrywał się w nich błękitnymi oczyma. Mimo, iż był jakieś kilkadziesiąt metrów dalej, widział ich jak na dłoni, każdy szczegół, kolor oczu, wyraz twarzy...i broń. Smok nie wiedzieć czemu podniósł się nagle i zaczął cofać, wydając dźwięki niczym wieloryb.
  - Czy on się nas...boi? - powiedział z niedowierzaniem Halt.
  - Ale niby dlaczego? - zdziwiła się Daya. - To przecież smok! Może nie tak wielki, ale jednak smok.
  Grupa niepewnie ruszyła konie i zaczęli zbliżać się do domku. Smok zaczął warczeć ostrzegawczo. Teraz Mild zauważyła opatrunek na jego przedniej łapie. Gdy byli już jakieś dziesięć metrów od chaty, z lasu nagle wyszły dwie postacie: jakiś chłopak z rogami i kot poruszający się na dwóch nogach. Nieśli w rękach drewno na opał. Na widok tego drugiego Halt zamarł.
  - Nie wierzę... - powiedział tylko.
  W tym samym momencie felin zauważył także i jego. Upuścił opał na ziemię, a na jego pysku wykwitł pełen złośliwości uśmiech.
  - Halt! - krzyknął. - Sporo czasu się nie widzieliśmy! - kot ruszył w ich kierunku.
  - Zdecydowanie za krótko, Gambit - warknął łucznik. Zsiadł jednak z konia i pokazał reszcie, że nie ma się czego obawiać.
  - To ty ich znasz? - zdziwił się rogaty.
  - Pewnie Wasza Wysokość - powiedział dalej uśmiechnięty kocur, którego Halt nazwał Gambitem. - A przynajmniej tego w płaszczu...Gdzieś ty wytrzasnął te dziwadła?
  Mild obejrzała się po sobie nie rozumiejąc dlaczego została nazwana dziwadłem. Reszta nie poczuła się urażona. Smok zaskomlał wychylając łeb zza domku. Gambit obejrzał się w jego stronę.
  - Spokojnie, Frel - powiedział. - Nic ci nie zrobią.
  - Nic ci...? - powtórzyła szeptem Lisbeth nie dowierzając w to co słyszy. Od kiedy smoki obawiają się bandy włóczykijów?
  - Wiesz co Alt? - powiedział nagle kot. - Chyba przyda się nam to ognisko nieco większe.
  - Racja, ale najpierw chyba przyda się nieco wyjaśnień - chłopak położył drewno na stosie obok werandy i zwrócił się do nowo przybyłych:  - Nazywam się Atlant Lakoo, tutejszy, w pewnym sensie, władca. Mogę poznać wasze imiona?
  Na chwilę zapadła cisza. Mild obejrzała się na resztę i pierwsza wystąpiła naprzód prostując się dumnie.
  - Jestem Mild Aldre - dygnęła wedle wpojonych jej w dzieciństwie zasad.
  Atlant uśmiechnął się lekko widząc to i również lekko teatralnie się ukłonił. Halt widząc, że obcy nie jest wrogo nastawiony przedstawił się drugi. Po nim Viserany, Phester, Ashlotte i w końcu Lisbeth.Nagle - ku zdziwieniu Atlanta i Halta - odezwał się Gambit:
  - Dobra, skoro po szczerości do po szczerości: Malik Seley el'then - skłonił się lekko przed towarzystwem wzdychając lekko.
  Atlant podniósł pytająco brew. 
  - Czyli to to chciałeś wcześniej mi i Squall powiedzieć, co? - zauważył.
  Halt zesztywniał.
  - Tobie...i komu? - jęknął.
  Malik uśmiechnął się diabolicznie. I wtedy z lasu wyłoniła się kolejna postać. Tym razem była to kobieta. Zastygła w miejscu - nie tyle, co na widok obcej grupy. Raczej gdy zobaczyła samego Halta. Mild obserwowała to jedno to drugie. Atlant widząc co się święci zaprosił grupkę do chaty. Nikt nie oponował. Na podwórzu zostali tylko Halt, Squall i Gambit...no i oczywiście Frelser, który nie mógł wejść do domku Alta, a obecnie patrzył zaciekawiony na człowieka w zielonym płaszczu.

Squall? Nikomu innemu nie mogłam tego dać do dokończenia XD

sobota, 24 października 2015

Od Mild cd Halta - Pan w czarnym płaszczu

[Na początek przepraszam Vis, że pozbawiam cię dokończenia, ale nie mogłam się powstrzymać x3]

        - Ja chcę! - powiedziała nieco zbyt głośno Mild. Halt i Viserany spojrzeli w jej kierunku zaskoczeni. - Chcę się nauczyć strzelać z łuku!
  - Nie jestem pewien, czy to dobry... - zaoponował łucznik, ale Vis mu przerwała:
  - Świetny pomysł, młoda! No dalej, Halt! Pochwalisz się swoimi niesamowitymi zdolnościami strzeleckimi, o których tyle gadasz.
  Chłopak czując, że jest w mniejszości westchnął.
  - Niech będzie - odpowiedział, ale zanim Daya zdążyła się nacieszyć wizją lekcji strzeleckich dodał: - Tylko ostrzegam: na lekcjach robisz WSZYSTKO co ci każę, jasne?
  Dziewczynka pokiwała skwapliwie głową.
  - Zuch dziewczyna - Halt naciągnął na głowę kaptur i wyciągnął się na ścianie. -  A teraz spać.
  Mild wcale nie była zmęczona. Za dużo się tego popołudnia działo. Ale Ash i Vis jak na złość akurat teraz musiały zgodzić się z łucznikiem i również ułożyć się na snu. Jak wszyscy, to wszyscy, pomyślała elfka wzdychając i położyła się obok dziewczyn.

        Następnego dnia obudziła się później niż reszta. Ze zdziwieniem stwierdziła, że poza nią w stajni została tylko Ashlotte. Starsza z dziewczyn czyściła właśnie swoją klacz. 
  - Gdzie reszta? - zapytała zaspana elfka przecierając jedno oko i rozglądając po stajni. Miedziany koń łucznika też zniknął, ale jego siodło i ogłowie zostało.
  - Na zewnątrz - odpowiedziała Ash.
  Mild wstała. Chwyciła swój miecz i idąc w stronę wyjścia przełożyła pas pochwy przez głowę i lewą rękę. Pogoda poprawiła się zdecydowanie. Poranne słońce przyjemnie grzało. Udeptana ziemia przed stajnią dalej była wilgotna, ale nie było już większych kałuż. Musiało przestać padać dobre kilka godzin przed wschodem. Daya zauważyła pasącego się niedaleko rdzawego ogiera należącego do Halta. nie był nigdzie uwiązany, ale nie wyglądał jakby chciał gdziekolwiek iść. Wtedy do uszu elfki dotarło stłumione klapnięcie. Obeszła budynek z jednej strony. Z boku znajdował się ogrodzony padok, gdzie przy płocie tuż przed ścianą lasu łucznik ustawił właśnie jakąś belę siana. Viserany stała oparta o ścianę stajni.
  - Proszę, ktoś postanowił w końcu wstać! - zawołał do dziewczyny Halt. - Jeśli przyjdzie ci jeszcze kiedyś się u mnie uczyć to trzeba będzie popracować nad twoją punktualnością.
  - Wybacz! - odparła Mild i stanęła obok Vis.
  - Mnie nie przepraszaj. To nie mój czas został zmarnowany - stwierdził łucznik otrzepując dłonie z kurzu. - Pani pozwoli.
  Elfka udała się za Haltem. Chłopak stanął w połowie padoku i wyciągnął łuk.
  - Pozwól, że najpierw pokażę ci na czym stoisz - powiedział.
  Dziewczyna pokiwała głową i uważnie patrzyła na każdy ruch łucznika. Halt stanął bokiem do celu na lekko rozstawionych nogach. Wyjął z kołczana strzałę i nałożył ją na cięciwę. Płynnym ruchem uniósł łuk równocześnie naciągając cięciwę aż musnął brzechwą wargę. Odczekał chwilę, by Mild mogła wszystko zapamiętać i puścił strzałę. Zatopiła się aż po lotki w stogu. Halt uśmiechnął się do dziewczyny i podał jej łuk. Ta wzięła broń. Okazała się cięższa niż myślała. Na dodatek zdecydowanie nie była do niej dopasowana. Łucznik zachęcił ją kiwnięciem głowy. Daya wzięła podaną strzałę. Samo nałożenie jej na cięciwę nie było łatwe. Nie wspominając o naciągnięciu. Mild z trudem pociągnęła strzałę do tyłu, a i tak nie naciągnęła łuku do końca. Uniosła broń gotową do strzału i spróbowała wycelować. Ale w ostatniej chwili przed wypuszczeniem strzała przechyliła się w bok i gdy elfka zwolniła cięciwę pocisk przeleciał jakieś dwa metry od stogu siana i zniknął w lesie. Halt zaklaskał sarkastycznie.
  - Pięknie, jak na pierwszy raz - powiedział. 
  - Mogę druga strzałę? - zapytała Mild uparcie chcąc nauczyć się strzelać z łuku.
  - Oj nie, nie! Gdyby dawał ci za każdym strzałem nową zmarnowałabyś mi cały kołczan.
  - To czym mam strzelać?
  Łucznik wymownie machnął ręką w stronę lasu. Dziewczyna zrozumiała przekaz i ruszyła zmizerowana na przeciwną stronę padoku. Przeszła bez trudu przez płot i weszła między drzewa w kierunku gdzie ostatni raz widziała strzałę.
  Dziesięć minut kluczyła między drzewami, by w końcu stwierdzić, że chyba za daleko zabrnęła. Straciła przez moment orientację. Co jakiś czas słyszała jednak głos Halta. Chłopak nie tylko ją w ten sposób pospieszał, ale pomagał jej także w stwierdzeniu skąd przyszła i gdzie powinna się kierować gdy znajdzie nieszczęsną strzałę. Ale pocisk zaginął. Po piętnastu minutach szukania zniecierpliwiona dziewczyna poddała się. Zauważyła prześwit między drzewami po jej lewej, więc ruszyła w tamtym kierunku. Przebrnęła przez gałęzie. Ścieżka była nieco niżej, toteż gdy tylko dziewczynka wyczuła obniżenie terenu na ślepo zbiegła na dół...I na coś wpadła.
  Impet sprawił, że usiadła na tyłku. wysoki mężczyzna, z którym się zderzyła zdołał utrzymać równowagę. Dziewczyna pospieszyła z przeprosinami:
  - Najmocniej pana przepraszam. Nie zauważyłam...
  Urwała, bowiem w tym momencie spojrzała na nieznajomego. Był to wysoki facet w czarnym płaszczu. Mild nawet nie zdziwił fakt, że nosi takie odzienie w słoneczną i ciepłą pogodę. Jej uwagę zwróciła maska mężczyzny, przypominająca kształtem ptasi dziób. Siedziała na ziemi zamurowana.
  - Nic się nie stało - odpowiedział spokojnie pan w czarnym płaszczu i wyciągnął do niej rękę.
  Daya podparła się na niej i wstała, dalej ze zdziwienia nie mogąc nic powiedzieć. Wtedy oboje spojrzeli w kierunku z którego po raz kolejny dobiegł głos Halta:
  - MILD! WRACAJ JUŻ Z TĄ STRZAŁĄ!
  Mężczyzna w masce spojrzał na elfkę pytająco.

Phester? Dorwałam cię! :D

czwartek, 10 września 2015

Od Mild cd Ashlotte - Niespodziewany gość

        Ashlotte przewróciła oczami. Ostrożność małej elfki wyraźnie ją bawiła.
  - Demony NIE ISTNIEJĄ. To tylko jakiś przybłęda. Na pewno jest nie groźny... - dziewczyna pogładziła szablę. - Ale zawsze lepiej zachować ostrożność.
  - Dlatego nie powinnaś iść tam sama - upierała się Mild i zgrabnym, płynnym, ruchem wyjęła prawą ręką miecz wystający ponad jej lewym ramieniem.
  - Młoda ma rację - powiedziała Vis, za co Daya posłała jej dziękczynne spojrzenie. - Jedną szpadą wiele nie zdziałasz. Ale szpada, sztylet i miecz razem to co innego - wyszarpnęła zza pasa lekko zakrzywiony nóż.
  Ash westchnęła, ale już nie oponowała. Została przegłosowana. Poza tym...mają trochę racji. Ale dalej upierała się w duchu, że jej przymusowe towarzyszki z góry przesadzają.
  Trzy dziewczyny podeszły do podwójnych drzwi stajni. Ashlotte spokojna, z wyciągniętą szablą. Viserany niecierpliwie poprawiała chwyt palców na rękojeści sztyletu. Mild mimo lekkiego strachu pewnie trzymała dwuręczny miecz gotowa do szybkiego sztychu. Przecież tego uczył ją Darim. Miecz był dla niej jak przedłużenie ręki - nigdy się z nim nie rozdzielała, nie stanowił dla niej problemu, poruszała się z nim w ręku równie sprawnie co bez niego. Kimkolwiek był ten przybłęda, jeśli miał wobec nich złe plany to czekało go niemiłe zaskoczenie ze strony trzech, z pozoru bezbronnych podróżniczek.
  Viserany podeszła bezszelestnie do drzwi i nasłuchiwała w milczeniu, trzymając rękę na klamce jednego skrzydła. Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natarczywie. Ashlotte skinęła jej głową i otworzyła je gwałtownie. Wszystkie trzy stanęły z wyciągniętą bronią. Zaskoczony przybysz odskoczył zaskoczony.
  - Hohoho! Spokojnie! - powiedział wyciągając przed siebie ręce. - Jeszcze ktoś się pokaleczy!
  Mild przyjrzała się uważnie przybyszowi. Miał na sobie zielony płaszcz, kolorem przypominający leśne poszycie. Zarzucony na głowę kaptur zupełnie ukrywał twarz w cieniu. Po sylwetce i głosie rozpoznała jednak, że był to mężczyzna. Ubrany był w kaftan ze skóry bryczesy. Dziewczyna zauważyła także dziwny ochraniacz na wewnętrznej stronie lewego przedramienia. Przerzucony przez ramię łuk szybko wyjaśnił jego przeznaczenie.
  - Czego od nas chcesz? - powiedziała twardo Ash.
  - Żebyście mnie przepuściły i dały mi w spokoju rozsiodłać konia - wyjaśnił łucznik. - Za to przynajmniej zapłaciłem właścicielom.
  Mild nagle zrobiło się głupio. To tylko wędrowiec. Taki jak ona, Vis i Ashlotte. Jako pierwsza schowała miecz do pochwy na plecach. Ash i Viserany dalej jednak nie ufały nieznajomemu. Odsunęły się jednak i dały mu przejść. Chłopak wyraźnie zadowolony gwizdnął i po chwili obok niego pojawił się znikąd ogier barwy miedzi. Mężczyzna wprowadził go do środka i zdjął z głowy kaptur, aby wzbudzić w towarzyszkach chociaż odrobinę zaufania. Uśmiechnął się na powitanie i zaprowadził wierzchowca do wolnego boksu. Starsze z dam schowały broń i wróciły do wylegiwania się w boksie, w którym niedawno leżały. Tylko Mild z zaciekawieniem patrzyła jak nieznajomy rozsiodłuje rumaka. Zauważyła kołczan pełen strzał z żółtymi brzechwami w czarne pasy. 
  - Ładny koń - powiedziała śmielej.
  - Dziękuję - chłopak uśmiechnął się. - Widzę, że nieśmiałość twoich koleżanek trzyma je z dala ode mnie.
  - Nie ufają obcym - Daya wzruszyła ramionami.
  - Nikt w tych czasach im nie ufa - westchnął łucznik. Odwiesił siodło na ścianie boksu i położył na nim ogłowie, po czym odwrócił się z wyciągniętą ręką do dziewczynki: - Jestem Halt.
  - Mild - odpowiedziała elfka z uśmiechem przyjmując uścisk dłoni.
  - No to teraz się znamy - stwierdził zadowolony wędrowiec.
  Wyszedł z boksu, a Mild ruszyła za nim do końca stajni, gdzie na sianie leżały Vis i Ash. Halt z ulgą wyłożył się na stogu po przeciwnej stronie i nasunął na głowę kaptur, tak, że trudno było stwierdzić, czy śpi czy uważnie obserwuje otoczenie. Prawdopodobnie to drugie. Mild usiadła na beczce przy ścianie, idealnie pomiędzy dziewczynami, a łucznikiem. Z ciekawością obserwowała bieg wydarzeń...

Viserany? Ashlotte? Całkiem szybko dokończyłam x3

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Od Mild cd Viserany i Emmy

Mild raźno ruszyła za Vis. Starsza dziewczyna bardzo jej zaimponowała. Była niezależna od nikogo i niczego, chodziła własnymi ścieżkami. Darim by ją polubił, pomyślała trzynastolatka wspominając swojego nauczyciela. Ciekawiło ją też coś innego. Daya przeczuwała, że Viserany coś...widziała. Jakąś wizję dotyczącą młodej elfki. I Mild na pewno nie odpuści póki się nie dowie czegoś więcej na ten temat.
Okazało się, że Ashlotte miała także konia - klacz. Wyglądała na konia bojowego, zapewne dziewczyna kupiła ją z wojska. Szła jednak na piechotę, prowadząc rumaka za lejce. Daya poprawiła plecak na ramieniu i przyspieszyła kroku.
- A gdzie uszasty? - zapytała Vis.
- Dean? Nie mam pojęcia - odpowiedziała dziewczyna. - Gdy się obudziłam nie było ani ciebie ani jego. Zniknęła też część zapasów, więc zgarnęłam resztę do plecaka i ruszyłam za tobą.
- A to dlaczego? - krótkowłosa podniosła pytająco brew.
- Chyba dobrze trzymać się w grupie, prawda? - odpowiedziała niepewnie Mild. - W końcu trwa wojna, żołnierze wszędzie... - elfka urwała i w zamyśleniu zacisnęła ręce mocniej na rzemieniu plecaka, co nie uszło uwadze Viserany.
- Hej, coś się stało? - rzuciła dla pewności.
- Mam...niemiłe wspomnienia związane z wojną.
Starsza z dziewczyn nie pytała o więcej.
Nagle Ashlotte zagwizdała. Mild drgnęła zaskoczona kiedy nad jej głową przeleciał ciemny kształt. Był to kruk. Piękny czarny ptak wylądował lekko na ramieniu Ash. Mild nie ukrywała podziwu.
- Łał! Jest twój? - elfka wpatrywała się w pierzastego towarzysza.
- Tak. Oswoiłam go - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. - Nazywa się Rex.
- Jest piękny - Mild wyciągnęła rękę by pogładzić kruka po głowie, ale ten kłapnął na nią dziobem.
Elfka cofnęła rękę. Przypomniała sobie nagle o czymś spoczywającym w jej sakiewce. Zatrzymała się i zaczęła w niej grzebać. Zaskoczone Vis i Ashlotte również się zatrzymały. Zanim jednak którakolwiek z nich się odezwała, dziewczyna zacisnęła rękę na małym krysztale w kształcie ptasiej czaszki. Podrzuciła przedmiot wysoko w górę. Czaszka rozbłysła błękitem i w jej miejscu pojawił się dorosły kruk. Rex zakrakał na niego wrogo. Magiczny zwierzak zataczał koła nad Mild.
- Niezła sztuczka, młoda - powiedziała Viserany.
Daya rozpromieniła się, zadowolona z pokazu. Kruk tymczasem poleciał w stronę miasta. Gdy trzy dziewczyny tam dotarły czekał już na szyldzie tawerny na rozstajach dróg. Viserany rozejrzała się po ulicy.
- No, to chyba tyle z naszej wędrówki - powiedziała do Ashlotte.
Dalszej rozmowy Daya już nie słyszała. Stłumił ją gwar jakiejś kłótni obok. Mild przez moment przyglądała się kłócącym mężczyznom, kiedy nagle usłyszała głośne przekleństwo jakiejś kobiety. Spojrzała w górę. W stronę jej kruka poszybował jakiś przedmiot...złożona parasolka?
- Pie***lony ptak! - kobieta wrzasnęła po raz kolejny.
,,Pocisk" dosięgnął celu. Błysnęło niebieskie światło i w dół spadła zamiast zwierzęcia jedynie kryształowa czaszka. Mild złapała ją w ostatniej chwili.
- TY!
Dziewczyna obejrzała się. Ta sama kobieta, która strąciła jej podopiecznego z nieba zauważyła jak elfka złapała czaszkę. Była pewna, że Daya zrobiła to specjalnie.
- Ty niewychowana dzikusko! - warknęła nieznajoma.
Była to ładna kobieta o złotawych włosach. Miała perfekcyjny makijaż. Ubrana była w krwistoczerwoną sukienkę i nieco ciemniejszy od sukni szal. A ramię zdobiła biała plama ptasiego guana.
Viserany i Ashlotte wyszły z tłumu. Krótkowłosa trzymała w ręce czarną parasolkę. Była równie wściekła co kobieta w czerwieni.
- KTO TYM WE MNIE RZUCIŁ? - zapytała mierząc tłum morderczym wzrokiem.
Jej wzrok padł najpierw na zawstydzoną Mild, a potem na ,,poszkodowaną"...


Viserany? Emma? Ashlotte? Wywołałam wojnę? XD

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Od Mild cd Dean'a - ,,Pieprzony garnek!"

    Mild wzruszyła ramionami, dalej mieszając potrawkę w kociołku. Całe szczęście nauczyła się przyrządzać proste dania polowe zanim na kryjówkę renegatów napadła armia.
  - Nie wiem. Lubię być poinformowana - odparła.
  Dean wzniósł oczy ku niebu. To będzie dla niego ciężki dzień...
  - Ile masz lat? - rzuciła kolejne pytanie Daya.
  - Nie twój interes.
  - I tak się dowiem - dziewczynka  wróciła do mieszania drewnianą łyżką.
  - A ty? Co taka mała, bezbronna dziewczynka - te słowa ujął zupełnie sarkastycznie - robi sama w środku lasu? Rodzice?
  Mild zaprzeczyła kręcąc głową.
  - A opiekunowie, przyjaciele?
  Dziewczyna na tą wzmiankę na chwilę straciła uwagę i przypadkowo musnęła dłonią krawędź rozgrzanego kociołka. Szarpnęła ją do tyłu czując krótki, palący ból na powierzchni skóry. Syknęła przy tym boleśnie i przycisnęła rękę do brzucha. Przykuło to uwagę lykana.
  - Co się stało? - zapytał z lekką troską.
  - Nic! - odparła od razu Mild, powstrzymując cisnące się do oczu łzy. - Psiakrew! Pieprzony garnek!
  Wstała gwałtownie i podeszła do porzuconych przez żołnierzy pakunków. Dean przyglądał się jej z niedowierzaniem. Co jak co, ale NORMALNE trzynastoletnie dziewczęta raczej takiego języka nie używają. Co prawda, Mild i tak "złagodziła" w ostatniej chwili to, co chciała powiedzieć. W końcu znalazła w jukach jałowy bandaż i owinęła nim oparzenie. Jutro już powinno przejść.
  Nagle z krzaków doszły ich jakieś szelesty. Dean zerwał się na nogi i obejrzał na Mild. Dziewczyna podrzuciła lekko lewym barkiem, chwyciła wysunięty lekko miecz i stanęła w gotowości trzymając go oburącz.

Dean? A może ktoś "obcy"? x3

wtorek, 26 maja 2015

Od Mild cd Dean'a - Lykan

Mild nie była pewna co się właściwie dzieje. Facet zmienił się w wilka – ot tak – i rzucił za żołnierzami. Dziewczyna w odruchu paniki wcisnęła ciągle trzymany w dłoni kościany klucz do swojej sakiewki. Tymczasem obcy zmienił się z powrotem w człowieka. Daya zamarła w miejscu, niepewna co teraz zamierza zrobić czarnowłosy. Ten jednak zatrzymał się półtora metra od niej i uśmiechnął w miarę przyjaźnie.
- Coś ty nabroiła? – zapytał cicho.
Mild nie widziała sensu w odpowiadaniu mu. Nie znała go, ani nie ufała po tym „widowisku”.
- Jesteś lykanem? – spytała wymijająco. Mieszkając z renegatami natrafiła kiedyś na tą nazwę. Darim opowiedział jej wtedy kim są lykanie, czyli mówiąc krótko „ludzie-wilki”.
- Nie, dżinem, tylko lampę zgubiłem – odparł sarkastycznie chłopak. – Zadałem ci proste pytanie. Wiem, że żołnierze często ganiają za bezbronnymi dziewczynkami z RÓŻNYCH powodów, w końcu mamy wojnę, ale ty nie jesteś jak widzę całkowicie bezradna w takich sytuacjach – kiwnął znacząco głową patrząc na wystąjącą ponad lewe ramię dziewczyny rękojeść miecza.
Mild podziękowała w duchu, że lykan nie zauważył klucza. Lepiej się takimi znaleziskami nie chwalić.
- Chciałam im dokuczyć – odparła wymijająco. – Poza tym byłam głodna, a oni nie pilnowali swoich zapasów – kiwnęła głową w stronę rozsypanego podczas upadku jedzenia.
Chłopak zmarszczył brwi. Był pewien, że jedna torba z prowiantem to zbyt błachy powód, by wszcząć pościg. Nie naciskał jednak. Jak nie chce mówić, to nie musi. Może kiedyś się dowie, o co naprawdę chodziło.
- Ustalmy, że ci wierzę – powiedział z przekąsem. – Musieli mieć tu gdzieś obozowisko…
- To chyba w tamtym kierunku – Mild spojrzała w stronę, z której jej zdaniem tutaj przybiegła.
- Szkoda by było, gdyby coś się miało zmarnować – lykan uśmiechnął się przebiegle. – I może złapiemy tego trzeciego.
- My? – zapytała niepewnie Daya.
- Mówiłaś, że jesteś głodna. Tym razem chyba już nikt cię nie będzie gonił, prawda? Ale jak nie chcesz, to nie…
Chłopak ruszył w stronę wskazaną przez dziewczynę. Mild zawahała się. Nie ufała mu, ale z drugiej strony rzeczywiście kiszki grały jej marsza. Na dodatek już niemal całkiem się ściemniło, a żołnierze mieli tam przecież całkiem spory zapas chrustu i przygotowane palenisko. Propozycja ciepłego posiłku okazała się zbyt kusząca. Daya pobiegła za odchodzącym lykanem, zanim zniknął jej z oczu.
- Czyli jednak idziesz – powiedział obojętnie nieznajomy, nawet się nie odwracając. Mild była jednak pewna, że na jego twarzy wykwitł uśmieszek tryumfu.
- Śmierć głodowa zdecydowanie nie jest przyjemna – odparła nieufnie.
- Pewnie masz rację – chłopak chyba wyczuł niezdecydowanie dziewczyny. Odwrócił się i ukłonił teatralnie: - Jestem Dean Blackmoon, z rodu Rakszasa.
Dayę wybiło to z rytmu. Skoro pierwszy się przedstawił, to znaczy, że nie ma wobec niej złych zamiarów. A skoro Mild znała już jego imię, to jemu należy się poznać jej imię.
- Mild Aldre, z rodu Dormant – odpowiedziała i dygnęła lekko.
- No to teraz się już znamy – powiedział wesoło lykan i podjął marsz. Mild podąrzała za nim.


Dean? Szykuj się na lawinę pytań x3

sobota, 23 maja 2015

Od Mild - Przerost formy nad treścią

Kopyta wybijały monotonny, usypiający rytm. Wszystko wokół wydawało się senne, a nawet martwe. Mild ledwo trzymała się w siodle. Miała za sobą ciężką podróż. Od dwóch tygodni starała się uciec pogoni. Unikała osad, karawan, a nawet samotnych wędrowców. Dopiero trzy dni temu, przymuszona głodem, odważyła się zajechać do jakiejś gospody i kupić trochę jedzenia za ostatnie pieniądze. Starała się oszczędzać siły swoje i konia. Jednak jazda ciągłym stępem była nużąca. Dziewczyna co chwilę musiała się szczypać w rękę, żeby nie zasnąć. Po namyśle stwierdziła jednak, że to wcale nie taki głupi pomysł. Należy jej się odpoczynek. Koń przecież przystanie w miejscu gdy uświadomi sobie, że nikt nie zmusza go do chodu i również skorzysta z drzemki. A poza tym wokół jest tak spokojnie...Ani wiewiórki, wróbla...,,,Nic się nie stanie, jeśli przymknę oczy na minutę...no może dwie, z hakiem" pomyślała Mild i już zaczęła przysypiać... Nagle z lasu po lewej na trakt wyskoczył dziki pies. Zawarczał ostrzegawczo. Nagłe pojawienie się drapieżnika wystraszyło konia Dayi. Wierzchowiec zarżał kwikliwie i stanął dęba. Nieprzygotowany jeździec nie zdołał utrzymać równowagi. Dziewczyna boleśnie wylądowała w błocie. Ogier korzystając z okazji popędził w las. Pies jednak nie pobiegł za uciekającym zwierzęciem. Dziewczynka wydawała mu się łatwiejszym łupem. Mild szybko się opanowała i zerwała na równe nogi odruchowo wstrząsając lewym ramieniem, aby łatwiej było jej sięgnąć po miecz. Nie rzuciła się jednak bezmyślnie na czworonoga. Zaczekała na ruch przeciwnika. Zdziczały kundel nie zwlekając ruszył na dziewczynę. Dopędziłby ją w dwóch susach. Mild jednak w ostatniej sekundzie wykonała piruet w lewo. Gdy zwierzę było tuż obok niej sięgnęła prawą ręką nad lewy bark, chwyciła rękojeść miecza i jednym, płynnym ruchem wysunęła go z pochwy od razu tnąc ostro w dół. Klinga świsnęła złowieszczo i rąbnęła w grzbiet kundla tuż za łopatkami, wbijając się głęboko, aż zgrzytnęła na żebrach. Pęd zwierzęcia zmusił Mild do puszczenia rękojeści, inaczej pies pociągnąłby ją za sobą. Wylądowała więc miękko na nogach, a kundel ciężko zarył nosem w błoto dwa metry od niej. Zapadła cisza. Dziewczyna wyrównała oddech i obejrzała się na zwierzę. Podeszła do niego powoli, dla pewności trzymając dłoń blisko rękojeści sztyletu. Pies był jednak martwy. Tkwiący w nim ciągle miecz drgał lekko. Daya chwyciła broń, jednak głownia utknęła głęboko w ciele. Dziewczyna miała czystego fuksa - klinga musiała idealnie trafić w przerwę między kręgami, tnąc rdzeń kręgowy (powodując natychmiastowy paraliż) i wbijając się do połowy klatki piersiowej. Mild szarpnęła parę razy za rękojeść aż wyswobodziła miecz z truchła. Wytarła go z krwi trawą i schowała do pochwy na plecach. Za koniem już nie było co się rozglądać. Pewnie jest już daleko stąd. Tchórzliwe bydle. Mild zaklęła pod nosem. Miała przytroczone do siodła juki z prowiantem. Teraz został jej jedynie miecz, sztylet i kryształowa, krucza czaszka w sakiewce. Dziewczyna stwierdziła, że gorzej już być nie może, kiedy na jej nos spadła kropla deszczu. Zaraz dołączyły do niej kolejne, aż z niebo zaczęło się lać jak z ukropu.
- Pięknie! - wypaliła bez ogródek. - Po prostu wspaniale, psia mać! Początkowo Daya liczyła, że podróż piesza nie będzie tak uciążliwa jak myślała na początku. Niestety, najgorszym wrogiem okazał się głód. Trduno było jej się skupić na czymkolwiek słysząc walca w wykonaniu własnego żołądka. - Och, zamknij się, zaraz nam coś wykombinuję - warknęła, co w sumie nie miało najmniejszego sensu. Kto normalny gada z trzewiami? Dziewczyna jednak była rozdrażniona, przemioknięta do suchej nitki i zmarznięta jak nigdy. Deszcz ustał, całe szczęście, jednak po nim pałeczkę przejął wiatr, który dął niepowstrzymanie zimnymi podmuchami prosto z gór. Na dodatek słońce już zaczęło zachodzić. Mild była na skraju wyczerpania. Musiała coś zjeść, inaczej zwariuje. I wtedy zauważyła błysk spomiędzy drzew. Dobrze znała ten ciepły, pomarańczowy blask. Ktoś urządził sobie biwak w lesie i rozpalił ogień. Daya bez namysłu zarzuciła na jasne włosy kaptur ciemnej kamizeli i ruszyła w stronę światła. Zatrzymała się w zaroślach i lekko rozchyliła gałęzie, by zobaczyć z kim ma do czynienia. Dookoła ogniska siedziało trzech mężczyzn. Sądząc po kolczugach i blaszanych szyszakach na głowach byli to żołnierze. Na ich widok Mild zawrzała krew w żyłach. To właśnie tacy jak oni zabili jej rodziców, zniszczyli kraj w którym mieszkała, a pięć lat później napadli na nią i jej przyjaciół - renegatów. W tym Darima, jej nauczyciela. Korciło ją, by odrąbać im dłonie, obciąć palce u stóp lub zrobić coś jeszcze gorszego za zniszczenie jej życia DWA razy. Powstrzymała się jednak. Była tylko czającą się w krzakach trzynastolatką. Co z tego, że miała miecz i umiała się nim posługiwać - jak miałaby załatwić trzech dorosłych facetów? Nagle Mild przyszła do głowy pewna myśl: po co ich zabijać, skoro można im uprzykrzyć życie i jeszcze na tym skorzystać? Rozejrzała się wokół po czym jej twarz rozjaśnił złośliwy uśmiech. Głupcy trzymali pakunki z prowiantem poza zasięgiem światła, obok jakiejś tajemniczej skrzyni. Korzystając z faktu, że żołnierze zajęci są rozmową dziewczyna bez trudu zakradła się do juków. Przepakowała jedną z toreb w same potrzebne rzeczy, cały czas uważnie obserwując kątem oka żołdaków.
- Mówię wam, był taki wielki! – chwalił się któryś z nich obrazując dłońmi domyślne rozmiary.
- Bajasz, karpie takie wielkie nie rosną… - zaprzeczył mu drugi.
- Takie rybsko to by cię chyba utopiło! – rzucił trzeci klepiąc się ręką w udo i parskając śmiechem. Mild nie słuchała ich dyskusji. Za bardzo skupiona była na swoim zadaniu. Ha, gotowe! Teraz tylko wystarczy się wymknąć, chociaż…Dziewczyna skuszona sukcesem spojrzała łakomie na tajemniczą skrzynię obok. Zamknięta na trzy zamki. Pewnie w środku jest coś cennego, co ci idioci transportują gdzieś na czyiś rozkaz. A może by tak już zupełnie ich pogrążyć? Dalsze wydarzenia zdecydowanie potwierdzają, że Mild przeceniła swoje zdolności. Z miejsca zabrała się za zamki. Podkradanie się i zabieranie go któremuś z tych trzech było zbyt ryzykowne. Po pierwsze nie wiedziała który z nich ma klucz, a po drugie nie jest mistrzowskim kieszonkowcem. Dlatego postawiła na swoje zdolności magiczne. Skupiła się na pierwszym zamku. Przesuwała po nim palcami. Trochę to trwało. Z każdą minutą coraz bardziej się niecierpliwiła, a wiadomo, że presja czasu źle służy skupieniu. W końcu usłyszała ciche stuknięcie, gdy rygle odsunęły się i zamek puścił. Mild obejrzała się niespokojnie na żołnierzy, jednak żaden z nich nie zareagował. Najwyraźniej zamki były nowe. To ją zachęciło do kolejnej próby. Drugi zamek opierał się dłużej, ale również magia okazała się silniejsza. Trzeci, za sprawą nabytej już techniki, puścił niemal od razu. Daya z bijącym sercem uchyliła odrobinę wieko, by zobaczyć co jest w środku. Było tam pełno pieniędzy, ale poza nimi dziewczyna wypatrzyła coś ciekawszego: biały klucz, prawdopodobnie z jakiejś kości, z osadzonym w nim fioletowym kamieniem szlachetnym. Mild zamaszyście otworzyła wieko… I wtedy przez polanę przedarł się głośny, drażniący uszy pisk zardzewiałych zawiasów.
- Hej, ty! – żołnierze momentalnie obejrzeli się w stronę dźwięku i ruszyli biegiem do klęczącej dziewczyny. Daya zaklęła, chwyciła klucz i torbę z prowiantem po czym pobiegła w las. Żołdacy w leśnym poszyciu poruszali się wolniej, ale w przeciwieństwie do Mild byli wypoczęci i najwyraźniej znali te tereny. Dziewczyna starała się zgubić pościg wszelkimi sposobami. W końcu wypatrzyła jakieś w połowie przewalone drzewo. Wbiegła po jego pniu, po czym odbiła się od niego i wylądowała na grubym konarze rosnocęgo obok dębu. Biegła dalej przeskakując na kolejne gałęzie, powoli zostawiając w tyle zdziwionych żołnierzy. Po pięciu minutach pościgu byli już dość daleko. Mild uśmiechnęła się tryumfalnie, kiedy nagle poślizgnęła się na śliskiej od wody gałęzi. Noga zsunęła się w przód, a dziewczyna walnęła plecami o konar i spadła w dół na trawę. Upadek był dość bolesny. Mild oszołomiona mogła jedynie patrzeć nieprzytomnym wzrokiem w górę. Żołdacy szybko ją dostrzegli i stanęli zadowoleni naokoło dziewczyny. - Wlazł kotek na płotek i spadł – zarechotał jeden z nich, a reszta zawtórowała śmiechem.
- Hej, co tu się dzieje? Wszyscy trzej obejrzeli się nagle w bok, więc Mild wywnioskowała, że wtrącił się ktoś jeszcze. Obejrzała się w tamtą stronę, dalej nieco przyćmionym wzrokiem. Ktoś stał na granicy lasu. Nie martwiąc się, czy to wróg czy swojak, obrała tę drugą wersję. Zerwała się na nogi i szybko podbiegła do obcej postaci, kryjąc się za jej plecami i posyłając obcemu błagalne spojrzenie.

Mój wybawco? XD

czwartek, 21 maja 2015

Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich.

Imię: Mild (woli tą wersję swojego imienia, gdyż jej prawdziwe, pełne imię nie ma tłumaczenia we wspólnym języku, nie da się go też zbytnio wymówić. No i sama jego właścicielka go zbytnio nie umie zapamiętać)
Nazwisko: Aldre
Przydomek: W jej rodzinie nazywano ją Daya Dormant (w luźnym tłumaczeniu "uśpiona moc"). Kiedy nie ma do kogoś pełnego zaufania przedstawia się właśnie jako Daya. Tak też nazywają ją przyjaciele.
Rasa: Z pierwszego wejrzenia Mild wygląda na elfa. Nie jest wykluczone, że ma w sobie coś z OBECNYCH elfów. Starsi z jej rodu powtarzali jednak, że dziewczynka ma jednak w sobie Starszą Krew, to znaczy krew elfów starożytnych.
Wiek: 13 lat
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Zwiadowca
Aparycja: Mild jest raczej niska i z pozoru zupełnie niegroźna. Ma ostro wyprofilowane niebieskie oczy, prosty nos i różowe usta. Jest jasnej karnacji. Jedynym "defektem" jej gładkiej, jasnej skóry jest mały pieprzyk pod prawym okiem. Sięgające lekko poniżej ramion płowe włosy zawsze ma upięte w niezdarny kucyk. Szpiczaste uszy czasami chowa pod opaską. Ubiera się zdecydowanie nie jak na dziewczynkę przystało: skórzana kamizela spinana rzemykami, pod nią przeważnie koszula z rękawami 3/4, elastyczne, ciasne spodnie i buty z jasnej, miękkiej skóry. Na rękach dodatkowo nosi rękawiczki bez palców, żeby nie poprzecierać sobie dłoni (kto często łazi po drzewach i jeździ konno wie, o co mi chodzi). Na plecach, na pasie przewieszonym przez klatkę piersiową nosi lekki miecz, stara się go jednak używać najrzadziej jak się da. Do pasa zawsze przypina sztylet.
Zdolności: Nie bez powodu jej przydomek jest taki, a nie inny. Mild wbrew wszelkim pozorom kryje w sobie niemały magiczny talent, boi się go jednak używać. Ogranicza się do drobnych magicznych trików, jak zapalanie świeczek (oraz nogawek, jeśli potrzeba) pstryknięciem palców, wyczarowywanie iluzji, przekręcanie zamków bez pomocy klucza itp. Poza zdolnościami magicznymi dziewczyna jest wyjątkowo zdolna fizycznie. Wspinaczka nie stanowi dla niej najmniejszego problemu, podobnie jak jazda konno lub na innym wierzchowcu. Dobrze radzi sobie z mieczem i sztyletem (zbawienną bronią w walce wręcz). Mild umie również grać na flecie i śpiewać.
Zainteresowania: Tak jak już przed chwilą wspomniałam, Mild grywa na flecie, często po prostu z nudów. Jej głównymi zainteresowaniami są obce języki i dzikie zwierzęta (w tym potwory). Nie lubi jednak siedzieć przed książkami. Większość czasu spędza na świeżym powietrzu, a to jeżdżąc konno, trenując szermierkę, lub chociażby biegając po lesie dla samej rozrywki.
Charakter: Mild to z reguły spokojna i łagodna dziewczynka. Jest nieufna wobec obcych, przy których prawie w ogóle się nie odzywa. Jednak gdy tylko nabierze do ciebie zaufania zostaniesz zalany potokiem słów. Daya bywa (a raczej jest) straszną gadułą. Na dodatek ma jedną, denerwującą innych cechę - nigdy nie rezygnuje z raz zadanego pytania, będzie je powtarzać w kółko aż uzyska odpowiedź. Posiada zdecydowanie niezdrową dla niej ciekawość, która często wpędza dziewczynę w kłopoty. Często pyskuje, a nawet klnie (efekty uboczne wychowania wśród renegatów). Z reguły wesoła potrafi stać się śmiertelnie poważna. W obronie własnej i cudzej gotowa jest nawet zabić. W walce jednak ogranicza się do okaleczania przeciwnika (wedle elfickiego wychowania każde życie jest cenne). Źle się czuje w ciasnych pomieszczeniach, jednak znowu nienawidzi wielkich, otwartych przestrzeni. Zdecydowanie preferuje leśne zacisze.
Historia: Mild urodziła się w szlachetnym, elfickim rodzie, którego nazwa przepadła razem z jego istnieniem. Na jej nieszczęście była kimś w rodzaju księżniczki. Każda dziewczynka marzyłaby, by być na jej miejscu. No cóż, albo z Mild było coś nie tak, albo coś jest nie tak z resztą świata. W każdym razie dziewczynka nienawidziła swojego obecnego życia. Nauka, nauka, NAUKA. Ile, do chole*y, musi umieć księżniczka? Nie miała ani chwili czasu dla siebie. Jej matka nie dawała jej żyć: ,,Siedź prosto", ,,Nie mlaszcz", ,,Nie głaskaj tych cuchnących zwierząt", ,,Księżniczce nie wypada biegać, rechotać..." bla, bla, bla. Mild miejscami zaczynała się zastanawiać, kiedy zakażą jej oddychać. Najgorsze były te ciasne sukienki i makijaż. O balach i innych tego typu przyjęciach nie wspominając. Na jednym z takich przyjęć matka wyjaśniła jej, że gdy skończy 12 lat zostanie wydana za mąż, za któregoś z chłopców obecnych w sali, w której właśnie siedziały. Dziewczynka patrząc na te wszystkie "panienki" w ciasnych rajstopach, ze sztucznymi szablami przy bokach i sztucznym uśmiechu nie była do końca pewna, czy chce jej się śmiać, czy płakać. Przecież ci "chłopcy" nie potrafiliby nawet wsiąść na konia, ani naciągnąć łuku (o strzelaniu nie wspominając). Nie takiego życia chciała - u boku faceta nie zwracającego uwagę na nic, oprócz "ładnej buźki" i innych, kobiecych atrybutów. Poza tym kto normalny żeni się w wieku dwunastu lat?! Paranoja!
Życie Mild jednak zmieniło się diametralnie, pewnego brzemiennego w skutki dnia.
Na ich państwo napadła wroga armia, spopielając wioski, zabijając wszystko co się rusza, paląc lasy, wprowadzając chaos i terror. Najechali także na zamek. Zabito wszystkich - rodziców Mild, służbę, polityków, hrabiny, wszystkich! Jednak samą księżniczkę oszczędzono. Jakiś drab zatrzymał ją sobie jako nagrodę. Ośmioletnia dziewczynka miała trafić do niewoli. Bóg wie, co chcieli z nią zrobić zanim tak się miało stać. Jednak do żadnej wymiany niewolników nie doszło. Banda żołnierzy pechem trafiła na tajemniczego wędrowca z mieczem przewieszonym przez plecy. Widząc Mild szybko domyślił się, co się dzieje i rozgromił wszystkich pięciu, dorosłych mężczyzn, samemu wychodząc cało ze starcia. Półżywą, wymęczoną złym traktowaniem Dayę zabrał ze sobą do starego, zniszczonego wojną zamczyska, który służył za kryjówkę jemu i jego przyjaciołom. Poza Darimem (tak miał na imię jej wybawca) mieszkała tam również jego narzeczona i troje przyjaciół. Wszyscy byli dezerterami, ludźmi wymęczonymi wojną, którzy porzucili swoje armie nie widząc sensu w nienawiści i zniszczenia jakie za sobą zostawiały. W zamku zajęto się Mild. Pozwolono jej zostać tam na dłużej. Darim dostrzegł w dziewczynie potencjał i zaczął ją szkolić w szermierce. Jego narzeczona natomiast zauważyła w Dayi talent magiczny i pomogła jej go rozwinąć. Wszyscy zapałali do dziewczyny sympatią. Pewnie do dzisiaj trzymaliby się razem...gdyby nie wojna. Jakiś oddział żołnierzy (ten sam, z którego zdezerterował Darim) postanowił "pozwiedzać" ruiny. Gdy natrafili na bandę renegatów, i to do tego im znajomych, rozgorzała walka. Po raz drugi Mild została pozbawiona domu i - prawdziwych - przyjaciół. Chciała dołączyć do walczących. Nawet udało jej się odrąbać jakiemuś żołnierzowi rękę, jednak jej mistrz kazał jej uciekać. Cóż było zrobić? Daya nigdy nie zignorowała żadnego rozkazu. Zabrała konia ze stajni i uciekła.
Partner: Jak na razie raczej o tym nie myśli.
Rodzina: Mild jest sierotą. Jej mistrz, Darim, w pewnym sensie zastępował jej ojca, jednak pewnie nie go już wśród żywych.
Szczegóły:
- Dziewczyna zawsze nosi przy sobie w sakiewce kryształ w kształcie ptasiej czaszki naturalnych rozmiarów. W razie konieczności potrafi sprawić, że czaszka stanie się żywym krukiem, gotowym wypełnić każdy jej rozkaz.
- Daya jest miłośniczką zwierząt, ma także do nich rękę. Niemal każdego zwierzaka potrafi okiełznać.
Autor: NyanCat^._.^~