poniedziałek, 18 lipca 2016
Od Viserany CD Hanneona: Lecznica Pod Wąsem
- Ach, więc tak mieszkasz? - Przerywam ciszę, która zaczyna mnie wnerwiać.
Rozglądam się po niewielkiej acz przytulnej przestrzeni. Spodziewałam się raczej zastać magiczne kociołki buchające kolorową parą albo przynajmniej jakieś dzikie pentagramy na podłodze czy zwykły bałagan... Tymczasem jest naprawdę czysto, tylko papiery... Dużo papierów. Przechylam głowę na bok, przypatrując się temu wszystkiemu i zaciskam krwawiącą dłoń.
- Jak widać - rzuca przez ramię kotołak, grzebiąc w dziwnych naczynkach, sprytnie schowanych. - Napijesz się czegoś?
- Mmmm, z tego co widziałam to masz tu obok strumyk nie? Poradzę sobie jak... kkk...ACIIIIIIIU!...oś. - No oczywiście, że musiało tak być. Tak, dla tych mniej zorientowanych - kichnęłam w połowie słowa. Czy tego chcę czy nie, zawsze kicham w dzień pełni księżyca. Przywykłam, ale nie lubię kiedy ledwo poznani to widzą.
Wycofuję się z chatki pewnym krokiem, odprowadzana zaciekawionym spojrzeniem Kitee.
Padam na kolana przy strumyku i zdejmuję opatrunek Hana. Syczę, kiedy materiał szoruje po ledwie wyschniętej krwi. Wkładam dłonie w lodowatą wodę i wzdycham cicho, rozkoszując się uczuciem wbijania igiełek zimna w skórę. Zamykam oczy i obmywam twarz wodą. Przecieram oczy i zanurzam lekko końcówki włosów w strumyku. Potem wstaję i otrzepuję się, potrząsając głową.
- No jeszcze podrap się nogą za uchem, i wszystko się będzie zgadzać... - mówię sama do siebie, prychając.
Taaaaaaaaaaak, no szczególnie w dzień pełni przejmuję zachowania typowe dla wilków.
Schylam się po opaskę Hanneona i gdy dotykam jej czubkami palców... Strzela światło, słyszę wycie, a po chwili w ciemności pojawiają się bordowe oczy wilka.
Upuszczam opaskę, ciężko mi złapać oddech. Takich sytuacji nienawidzę. Lubię swoje zdolności ale nie w tych dziwnych wypadkach kiedy są tylko strzępy i niezrozumiałe sygnały. Zwykle nie mówię o tym właścicielom, chociaż Haltowi kiedyś będę musiała powiedzieć. Wizja dotyczące jego była bardziej niż niepokojąca, a u mnie to rzadkość.
- Znalazłem. Daj rękę - mówi Kitee, wychodząc z chatki.
Szybko potrząsam głową żeby się ogarnąć i przywracam na twarz zwykły, ironiczny wyraz. Wykonuję jego polecenie i wyciągam rękę. Maść ma całkiem ładny zapach, trochę lawendy i jakiś cytrus, nie jestem pewna jaki, być może limonka. Hanneon nakłada grubą warstwę, następnie zawiązuje czysty bandaż.
Obserwuję go z zaciekawieniem. Jego ruchy są płynne, brwi ściągnięte w skupieniu. Przechylam lekko głowę na bok, a ironiczny uśmiech mimo woli pojawia się na mojej twarzy.
- Długo się tym zajmujesz? - pytam.
- Dosyć. A co, wątpisz w moje kwalifikacje?
- Hmmm, z natury nie jestem zbyt ufna, poza tym... Z takimi rzeczami zazwyczaj radzę sobie sama. Ale skoro już się napatoczyłeś to skorzystałam. - Wyszczerzam się wesoło, Han zauważa to kątem oka i tylko prycha. - Nooo... a co robisz tak poza tym? - pytam.
- Poza leczeniem? Nic szczególnego. Kształtuję swoje umiejętności. - Zaciska mocniej bandaż.
Uśmiecham się na to kącikiem ust. Czyżbym kiciusia rozdrażniła?
- Oooooooooo, to ja ci może dzisiaj pomogę, co? I tak nie mam nic do roboty.
- A ta mała? Nie jesteś jej opiekunką czy coś?
- Mmmmmmmm, mentorką. Wiesz, to bardzo poważna funkcja ale dzisiaj mam wolne - odpowiadam z powagą.
- Aha - ucina.
- Oj no weź! Pomogę ci, na serio. Umiem sporo rzeczy. Na przykład... mogę ci przepowiedzieć przyszłość.
- Tak? No i co widzisz?
- Daj mi coś swojego.
Zapada chwila ciszy, Han zawiązuje ostatecznie bandaż i przygląda się efektom swojej pracy. Spogląda na mnie spod rzęs i ocenia czy mówię serio. Wiem to, bo ludzie często tak na mnie patrzą. W ogóle, często patrzą. W końcu jestem taka niesamowita... Czyż nie?
<Hannuś? To jak będzie? Chcesz żeby Lady Visterany przepowiedziała ci pieniądze, miłość i zdrowie? XD >
czwartek, 26 maja 2016
Od Viserany - Atak Zabójczych Butów
Tak właśnie czuję się, kiedy rano...
Spokojnie. To tylko przyzwyczajenie z dawnych czasów. Po tylu latach nadal pozostaje w stanie sprawności umysłowej, nawet po takiej dawce rumu od Squall jak to było wczoraj... A może to było dziś? Nie wiem.
Podnoszę się z ziemi otwierając ostrożnie oczy. Przeciągam się, ziewam i w końcu podnoszę tyłek z ziemi. Co prawda nieostrożnie, ale na szczęście po cichu zrzucam z siebie przyklejoną Mild. To dziecko jest jak naszywka - wszyscy myślą teraz że jesteśmy takie nierozłączne, jak rodzina. Ale w sumie...
~~Nie jest tak, Vis? Okłamujesz samą siebie - to świadczy przeciwko tobie.
~Zamknij się!
~~Jakże chętnie cię wysłucham...
Zerkam szybko na młodą elfkę... Trzeba ją jakoś porządnie nazwać. Mild to też ładnie, ale taka moja natura - wszystko nazywam po swojemu!
Ona była pierwszą istotą z tych wszystkich tutaj duszyczek...
Pahale, to znaczy Pierwsza. Pasuje i tyle.
Kopię mały patyk, pozostałość po ognisku. Nawet nie patrzę gdzie idę, po prostu... Biorę torbę i ruszam.
Na początku mam trochę przytłumione myśli, zmysły wyłączone. Potem jednak słyszę wrzaski Halta, jestem prawie pewna że to on. Wyzywa Squall, nie dziwi mnie to bardzo - uśmiecham się tylko i wyobrażam sobie co też takiego zrobiła Złotooka... A no właśnie! Trzeba ją również jakoś nazwać. Jak już zaczęłam to czemu by tak nie wszystkim nadać jakieś przydomki? Ale do tego potrzebuję odpowiedniego miejsca i pomysłów.
Postanawiam przejść jeszcze kawałek w las. Wiatr wieje dosyć mocno, ale jest to przyjemne. Liście trzeszczą pod butami, a promienie słoneczne przebijają się co jakiś czas przez korony drzew. Mrużę oczy i rozglądam się za jakimś dobrym punktem obserwacyjnym.
W końcu wdrapuję się na to cholern.e drzewo. Siadam okrakiem na grubej gałęzi, opieram się o konar zamykam oczy wzdychając głośno.
Po chwili kładę torbę na nogach i wyciągam kartkę oraz rysik. Wypisuję po kolei w słupku imiona moich towarzyszy i zagryzając wargę rozmyślam nad przydomkiem dla Squall. Dziewczyna zdecydowanie uwielbia złoto, jest piratem, nawet oczy ma złote! To sprawa prosta - zostanie Sona - Złoto.
<Pozwolicie że zrobię tutaj krótką listę waszych imion i przydomków? Uwielbiam to robić! Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę>
Mild - Pahale (Pierwsza)
Squall - Sona (Złoto)
Ashlotte - Mahila (Dama)
Lisbeth - Rahasy (Tajemnica)
Ziio - Pankh (Piórko)
Atlant - Neeche (Puszek)
Malik - Kee Topee (Zielony Kapturek)
Phester - Baaz (Jastrząb)
Fresler - Asangat (Sprzeczny)
Hanneon - Kitee (Kiciuś)
Czy kogoś pominęłam? Ach, tak... Halt. Biedaczek. Cały świat kobiet przeciw niemu, co? No dobra, pomyślmy... Co by tu...Och no taaaaaaaaak! Przypominam sobie wydarzenia które miały miejsce w ciągu pierwszych 24 godzin spędzonych z chłopakiem i pisze...
Halt - Raaja (Królewiątko)
Parskam śmiechem wyobrażając go sobie jako pięknisia w jakimś cholern.ym pałacu. Zwijam papier i chowam go razem z rysikiem do torby. Przez chwilkę obserwuję otoczenie, po czym wstaję i rozglądam się. Ohohohohoho! Ładne widoczki. Patrzcie państwo, nawet naszą polankę i ruiny chaty są widoczne. Przynajmniej wiem jak trafić. Ale coś mi tu... Śmierdzi?! Taaak, to jest ten smród którego nie znoszę - dla większości istot będzie to cudowny zapach kwiatów itp. Będąc wilkołakiem w dzień pełni i mając wspomnienia związane z tymi tu... Nie polubisz tego zapachu, oj nie.
Spoglądam w dół i prawie spadam z drzewa. Pod moimi stopami stoją obrzydliwe stwory, a mianowicie...
Śliczne, prawda? Więc czemu nazywam je brzydalami?! Otóż, te panienki doskonale wiedzą kim jestem i nie chodzi tu o moją naturę tylko o samą moją osobę. Przedstawicielki tego rodu elfów mają ze mną mocno na pieńku - kiedyś poważnie obraziłam ich królową i do tej pory próbują mnie dopaść. Teraz... mają mnie na widelcu.
- Viserany, nasza śliczna koleżanko! - odzywa się jedna z nich. - Zejdź kochanie, musimy porozmawiać...
Oj, pamiętam ją. Aż zbyt dobrze - chciała wtedy wydłubać mi oczy swoimi bucikami na szpilce (tak, elfy też takie mają). Nassey - tak ją nazywały.
- Nassey, mordeczko. Nic się nie zmieniłaś. O, i nawet masz te same buty - którymi chciałaś mnie zabić. - Zeskakuję z drzewa, lądując na zgiętych kolanach. Zakładam ręce na biodra i mierzę je wzrokiem. Sześć na jedną? Nie ładnie!
- Owszem, specjalnie wypolerowałam kiedy tylko postawiłaś swoje męskie buty na naszej ziemi! - syczy.
- Oj, a ty zawsze taka spostrzegawcza byłaś! Ha, no cóż. Pogadałyśmy, ale teraz muszę wracać... Wiesz, mam pewne sprawy do załatwienia... Zamówiłam nowe buty u szewca - czas je odebrać.
- Nie przejmuj się - oddam ci swoje!
I na prawdę rzuca we mnie butem! Zdążam się uchylić, a obcas wbija się w drzewo.
- No patrz! Że też ty w tych butach nie zostałaś w miejscu... - mruczę, po czym rzucam się do ucieczki.
Byle jak najdalej, poza zasięgiem ich butów! Święty ogniu, nie sądziłam że będę uciekać przed butami!
Od piętnastu minut biegnę, unikając szpilek, sandałów, wszelkich elfich butów. Usłyszałam, że są nasączone jakimś gazem usypiającym - Nassey wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Jak oberwę, to mnie zawleką do siebie i nigdy więcej nie zjem dobrego obiadu. A tego nie zamierzałam stracić!
Kłopot w tym, że moja rana na dłoni, którą sobie sobie rozwaliłam parę dni temu, teraz się otworzyła i wystarczyło zetknięcie z butem jednej z tych panienek i leżę trupem.
Najchętniej pobiegłabym do grupy ale nie chcę im sprowadzać Zabójczych Butów na głowy. Nie mogę też walczyć - ktokolwiek w życiu walczył z butami?!
Najbliższe miasto jest bardzo daleko, szczerze to nie mam gdzie uciekać. Dlatego po prostu biegnę i po drodze strząsam z drzew owoce, odginam gałęzie, używam wszystkiego żeby tylko spowolnić te Modnisie. Będą musiały uzupełnić szafę jak już wrócą do domu. Powoli zaczynam mieć dosyć, ręka nadal krwawi i szczypie od dotykania żywicy i innych roślin.
- Albo wydarzy się cud dla mnie albo dla tych z tyłu. Choler.a jasna, bogowie, jeśli jest w pobliżu ktoś, kto może zabrać te wariatki dalej ode mnie, niech się tu zjawi a będę mu winna przysługę. I wypełnię ją bez przekrętów. Kur*a mać, poniżona przez buty!
- Cicho bądź, próbuję się skupić Pułapko! - słyszę zza drzewa spokojny głos. Nawet nie odwracam głowy, po prostu skręcam w stronę tego głosu, wpadam za to samo drzewo i opieram się o nie, dysząc ciężko. Udało mi się trochę oddalić od Zabójczych Butów, toteż nie widziały za które drzewo wpadłam.
Kiedy wreszcie uspakajam oddech patrzę na twarz... No nieeee. Następny w kapturze! Tyle że ten kaptur znam.
- Hanneon?!
<To jak będzie Han?>
sobota, 19 grudnia 2015
Od Viserany c.d. Ashlotte - Przepis
W każdym razie, już wiecie czemu siedziałam jak zaczarowana przy ognisku patrząc na Frelsera. Mam nadzieję, że nikt mnie nie widzi. To dosyć żenujące, ale silniejsze ode mnie. Po chwili jednak mój żołądek daje o sobie znać i kiedy towarzysze wspominają o jedzeniu... Skręca mnie od środka, dosłownie. Dziwi mnie nieco, że to akurat Ash zrywa się, by je przynieść. Ale skoro tak... Niech tylko zrobi to szybko.
Myślę, że moje postanowienia czasem są bezcelowe. Po minucie mam ochotę wystrzelić płomieniami jak Atlant. Jeść!, woła mój żołądek. Dlatego zajmuję się analizowaniem całej tej grandy. Tak, może mi to jakoś pomoże odciągnąć uwagę od gło...Szzzzzzzzzzz!
W tym momencie słyszę rozmowę Halta i Phestera, dlatego też wcinam się na moment. Potem jednak wracam do swoich planów.
Powiedzmy, że nie muszę się skupiać na analizowaniu Mild i Ash, bo je już jakoś poznałam ogólnikowo. Halt... Jego na razie odpuszczę. Inaczej mój żołądek będzie zmuszony zwracać powietrze. Phester to intrygujący i irytująco uparty mądrala, a niech mu tam będzie. Chce się chować to niech się chowa. Squall jest tym typem kobiety, z którą albo się dogadam albo się zabijemy. Wolałabym nie, bo wygląda na to, ze ona też ma utarczki z Haltem, a co dwie pary rąk sprawnie posługujących się ostrzem to nie jedna, prawda? (Halcik, nie zaśniesz :D) Lisbeth też się chowa, ale wydaje się w porządku choć mało mówi tego wieczoru. Atlant... No tego to ja już lubię! W końcu bawi się ogniem, to jest mój człowiek! No dobra, człowiek to za dużo powiedziane... Malik to taki wyrośnięty kocur. Przygarnęłam kiedyś jednego - nie, to że jestem wilkołakiem nie znaczy że zjadam koty na śniadanie, obiad i kolację. Lubię je. Ten tu pije trochę za dużo kawy, ale każdy z nas coś popija... tak, nawet wodę. Tak czy owak, jeszcze go dorwę. Ale może nie dziś. Frelser... No mój zachwyt jest oczywisty ale co do jego charakteru, może trochę nieśmiały, ale zobaczycie - my nim tak zakręcimy, że niedługo będzie taki!
A teraz wielki powrót żołądka! No, dosyć tego. Głód to głód - a przecież jutro pełnia! Podrywam się z pieńka mrucząc przekleństwa i idę twardo do piwnicy. Nie martwi mnie, że się pobrudzę - po tym całym pożarze jestem tak utytłana, że mogłabym robić za ziemię.
Wchodzę do piwnicy spodziewając się Ashlotte wybierającej bardziej odżywcze kąski, jednak... Ona klęczy na podłodze i czyta...
- Co z tym jedzeniem? - pytam.
Dziewczyna podskakuje nerwowo, szybko zwija papier i odwraca się, wstając.
- To przepis. Może być przydatny w następnych dniach, nie musimy przecież ciągle jeść surowych warzyw prawda? - Uśmiecha się ale jakoś tak... Hm, no kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną więc po prostu jej nie wierzę. Nie dopytuję - wyjątkowo - bo zaślepia mnie głód. Wzdycham tylko wznosząc oczy ku niebu. W ciszy zbieramy co popadnie do kieszeni i rąk i idziemy do reszty towarzystwa.
- Znajcie łaskę pani! - wołam kąśliwie dołączając do głodnego tłumku.
Zauważam jednak, że nie ma Squall... Może poszła na spacer? A mniejsza, głód wzywa!
Jakieś 15 minut jestem zbyt zajęta jedzeniem, żeby skupić się na czymkolwiek innym. Czuję na sobie co jakiś czas spojrzenia niektórych osób ale już przywykłam. Ludzie zawsze na mnie dziwacznie patrzyli - przez oczy, przez ubiór, przez mój apetyt... Potem jednak rozbrzmiewają pierwsze nuty piosenki marynarskiej, sięgam więc po swoją nienaruszoną jeszcze porcję rumu - cel Squall. Ciesze się, że go przyniosła. Dawno nie piłam zacnego trunku.
Wieczór powoli mija, śpiewamy, rozmawiamy, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Ku mojej uciesze - nie tylko ja mam głośny i niekontrolowany śmiech! Nareszcie! Robi się coraz weselej aż w końcu czuję, że rum zaczyna działać...
<No, to kto teraz opisze nocno-rumowe "konwersacje" towarzystwa? Ze swojej strony powiem tylko, że Vis robi się nieco drażliwa po rumie ale i bardziej złośliwa i wesoła niż normalnie. Tak, jak trzeba to zatańczy :D >
sobota, 21 listopada 2015
Od Viserany c.d. Lisbeth - Hidden
Do czasu.
- Stchórzyłaś - słyszę nagle obok.
Odwracam się i widzę zacienioną kapturem twarz. Znów się zacznie...
- Nie rozmawiam z tobą - mówie oschle.
- A to czemu? Nadal winisz mnie za tego mężczyznę obok gospody?
- A może mam siebie winić?!
- Szczerze? Tak.
- Szczerze? Nie interesuje mnie co mówisz.
Przez chwilę milczy ale irytująco się uśmiecha. Denerwuje mnie to dlatego po chwili pospieszam lekko konia i zajmuję sie obserwowaniem wszystkiego poza nim. Myślę też o tym dokąd jedziemy. Możliwe ze coś wspominali ale byłam zbyt zdenerwowana całą sytuacją...
- A mi się wydaje, że ciebie bardzo interesuje co mówię. Zwłaszcza jeśli powiem, że stchórzyłaś.
- Och przestań! Jakbyś mnie wtedy nie sprowokował to bym nie rzuciła tym nożem.
- Tak, czyli to moja wina.
- Właśnie tak.
- Aha. No to może jak dotrzemy na miejsce to spróbujemy znowu?
Brzmi to dla mnie nieco śmiesznie, więc parskam śmiechem. Halt nie wie co się dzieje więc mierzy mnie wzrokiem i czeka. Ale nie doczeka się. Słyszę bowiem, że kobieta-cień pyta Mild o miejsce na koniu. Zrywam sie szybko żeby jej odstapić - świetna okazja żeby uwolnić się od tego... osobnika i trochę pobiegać. Zanim jednak zdążę zeskoczyć, nasza droga Mild robi miejsce nowej i już, moja nadzieja odjeżdża razem z nimi. Świetnie.
- Nie zadowolona?
- Skąd!
Halt śmieje się ale ja tylko wywracam oczami i ruszam dalej. Przez jakiś czas jedziemy stałym tempem, bez żadnych przygód. Potem jednak robimy krótki postój. Zsiadam z konia i wdrapuję sie na drzewo. Siadam na wysokiej gałęzi i machając nogami oglądam krajobraz. Jest ładnie. Wiosna, wiadomo. Lubię patrzeć na te wszystkie strumyki które odmarzają, przede wszystkim na nie i na wodospady które zwalczają lód. Uwielbiam na to patrzeć, ale rzadko mam okazję.
- Co tam widzisz? - słyszę znów. No nie, myślałam że tu mnie nie znajdzie.
- Coś, co mnie nie denerwuje - odwarkuję.
- Popatrzę z tobą.
Odwracam do niego głowę i miażdże go wzrokiem. Czy jemu się wydaje, że go nie zrzucę z tego drzewa?! Bardzo się myli...
- Nie, dzięki. Znajdź sobie inne drzewo co?
- Daj spokój, nie jesteś taka gruba, ja tez nie, zmieścimy się.
- Taaaak? - Unoszę brew. - Nie jestem pewna... - Szybko wyciągam ręce i dotykam barku Halta... W tym samym momencie mam wizje.
Otwieram oczy siedząc nadal na gałęzi. Wzdycham cicho i rozglądam się. Halt siedzi obok i trzyma mnie za ramiona.
- W porządku? - pyta.
- Taak...? Puść mnie.
- Pewna jesteś.
- Tak. Mówie niewyraźnie?! - Szarpię sie i szybko schodzę z drzewa. Wskakuję na konia a zaraz potem ruszmay dalej. Przez resztę drogi nie odzywam sie słowem...
W końcu dojeżdżamy do jakiegoś miejsca. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy. Czuję tylko że sie zatrzymujemy więc zsiadam z konia. Głaszczę wierzchowca i mruczę coś do niego. Nagle ktoś kładzie rękę obok mojej na szyi konia. Odwracam się szybko by zmiażdżyć wzrokiem... Mild?
- No i jak ci sie podoba? - pyta.
- Ale co? - odowiadam niemrawo. Szybko zmieniam minę.
<Mild?>
niedziela, 25 października 2015
Od Viserany c.d. Phestera - Urodzona po to, by utrudniać życie
Wstawanie nigdy nie było moją mocną stroną. Wiecie czemu? Bo przeważnie, jak teraz, budziłam się nie tam gdzie zasnęłam. W tym momencie była to podłoga z odrobiną nieco zdegustowanej Ashlotte.
- Wybacz - mruczę i podnoszę się z trzaskiem kości.
Ziewam szeroko przeciągając się jednocześnie, trzaskam kręgosłupem, wzdycham cicho i pocieram oczy. Musze się napić. I umyć...
Pół godziny później wychodzę z lodowatego źródełka w środku lasu i szybko ubieram koszulę, spodnie i buty. Oczywiście, od razu przyklejają się do mnie, ale nie przejmuję sie zbytnio. Puszczam się biegiem przez las - wysycham.
Dopadam do stodoły już całkiem sucha i zadowolona. Otwieram drzwi w tym samym momencie co nasz nowy znajomy - Halt.
- Doberek! - rzucam, odsuwając się.
- Dzień dobry. Gdzie byłaś? - pyta.
- Skąd pomysł że gdzieś byłam?
- Stąd - zamyka drzwo stodoły - że wstałem kiedy tak "cicho" zamknęłaś drzwi.
- Aaaaa, to. No tak, byłam... Nad jeziorkiem.
- Hm, skoro tak.
Idziemy na padok i Halt coś tam zaczyna układać. Opieram się o ścianę, ale potem zauważam, że obok leży stóg siana. Uśmiecham się i wskakuję na niego.
- Co robisz? - pytam, machając nogami w powietrzu.
- Pole treningowe. - Przekręca głowę i spogląda na mnie zawadiacko. - Chyba, że wolisz zrobić z tego arenę do walk.
- Łuczników? Jasssssssne.
- Nie przyjmujesz wyzwania?
- Nie. Tego nie. Niezły ze mnie łucznik, ale nie przepadam. Ale sztylety - to mój konik.
- Dobze wiedzieć.
<Resztę historii znamy, dzięki Mild, zacznę natomiast od momentu, kiedy Mild pobiegła za Phesterem>
Mild oddaje strzałę Haltowi i próbują jeszcze parę razy, ale Mild jest jakaś nieskupiona.
- Mild? O co chodzi? - pytam, kiedy nastaje przerwa.
- Ja... chyba pójdę coś... - Ijuż biegnie do gospody.
Uśmiecham się. Idzie za tym gościem. Hmm, no nie powiem, ciekawy osobnik. Sama bym tam chęnie poszła ale...
- Vista. Gdzie Mild? - pyta nagle Halt.
- No, ładny z ciebie nauczyciel. Nie upilnowałeś ucznia.
- Więc?
- Poszła do gospody.
- Ah. No dobrze.
Wracam na stóg siana i zaczynam bawić się źdźbłami. Po chwili jednak wyciągam sztylet z buta i zaczynam nim kręcić.
- Co ty masz z tymi sztyletami? - Podnoszę gwałtownie głowę.
Rozlega się głuchy stukot i Halt łapie sie za szczękę. Ja natomiast za głowę.
- Ałć! Co tak gwałtownie? - pyta mężczyzna.
- No... Nie lubię tak z zaskoczenia i blisko.
- Mhm, będę wiedział na przyszłość.
- A odpowiadajac na twoje pytanie - po prostu je lubię.
- I dlatego wiecznie się nimi bawisz?
- Tak.
- I chwalisz?
- Co? Nie! Po prostu... są jak część mnie, a tak w ogóle to co ci przeszkadza, że... - Zbyt gwałtownie wymachuję rękami, przez co sztylet wylatuje mi z dłoni, leci, obraca się... I przelatuje tuż obok jakiegoś mężczyzny wychodzącego z gospody... Ten wpada lekko w panikę, ucieka... Przepraca się, słychac trzask, wkrzask...
Złamał nogę.
Bravo Vis, barvi!, rugam sie w myślach. Podbiegam do poszkodowanego odpychając po drodze Halta.
- Przepaszam, ja... To wina tego tu, on mnie wkurzył i...
- Odejdź ode mnie kobieto! Jesteś...
Nie słucham dalej. Wiem co powie. Spoglądam miażdżąco na Halta i rzucam się do gospody. Wpadam tam równo z Haltem, który zamiast zostać z tym człowiekiem pobiegł za mną. W tym samym momencie wchodzimy, blokując się. W końcu uderzam go łokciem i wpycham sie do środka. Dopadam do stolika Phestera i Mild, wyciągam ich na zewnątrz i wyjaśniam co sie stało. Potem dopadam Halta.
- No i co? Zadowolony? - warczę.
- O co ci chodzi kobieto?
- O to, ze przez ciebie prawie zabiłam człowieka!
- I to moja wina że masz złą koordynację ruchową?!
- Tak!
<Halt? Wybacz, ze tak słabo ale pisałam to trochę na szybko>
sobota, 12 września 2015
Od Viserany CD Mild - Gość gościem, Vista Vistą
Nieufnie przyglądam się mężczyźnie, bawiąc się nerwowo sztyletem. Skoro jest gościem, to czemu nie pójdzie sobie do gospody tylko siedzi tu? I jeszcze tak milutko się z Mild zapoznał. Pfffffft! Swoją drogą, młoda nie ma żadnych oporów żeby zacząć z nim gadać. Wzdycham cicho. Ashlotte zajęła się sobą - a raczej swoją szpadą. Wygląda, jakby traktowała je jak dziecko. Normalnie wyobrażam sobie, jak kwili nad szpadą w samotności. Prycham, ale tylko Mild zwraca na to uwagę.
Spoglądam na przybysza - przedstawił się Mild jako Halt. Hymmm... Śpi czy nie? Może... W zasadzie, też bym poszła spać, ale nie mogę. Młoda pewnie zaśnie za jakiś czas a nie mogę być pewna, że Ash poradzi sobie z łucznikiem sama w razie czego. No cóż, nic nie pobudza mnie bardziej niż burza!
Kieruję się do drzwi, na co Mild reaguje natychmiast.
- Gdzie idziesz? - ścisza głos i prostuje się na swoim miejscu jakby chciała iść ze mną.
- Na zewnątrz - mówię zwykłym tonem.
Jeśli Śpiący Królewicz faktycznie jest śpiący, to ma problem. Gospoda jest obok.
- Na zewnątrz? Przecież jest burza! - protestuje szeptem mała, dając mi do zrozumienia, że i ja powinnam być ciszej.
- No i właśnie o to chodzi - mówię i mrugam do niej porozumiewawczo.
Wychodzę ze stajni. Burza jak hulała, tak hula dalej. Strzela piorunami, grzmi, wieje i pada lodowaty deszcz. Wciągam powietrze porządnym haustem. Uśmiecham się do siebie i wyciągam sztylet z buta.
>>>>>>
Pół godziny później, mokra do ostatniej nitki siedzę na progu stajni, śmiejąc się cicho sama do siebie, choć może to śmiech obłąkańczy. Nadal bawię się sztyletem - tym samym który przez ostatnie pół godziny wywijałam do nieistniejącego wroga, przekrzykując w miarę cicho burzę. To znaczy, rozmawiając z nią. Gadałam z piorunami, z deszczem, z wiatrem... A potem je wszystkie przeklinałam, gdy piorun walnął niespodziewanie blisko, wytrącając mnie z równowagi, wiatr tak mną targnął że się zachwiałam (tak to jest jak się ma wieczną niedowagę) a mokra od deszczu ręka pozwoliła sztylecikowi trochę zjechać - to jest rozharatać mi całą dłoń.
Tak, powyklinałam ich wszystkich po kolei, wystawiłam rękę do góry. Deszcz wyczyścił ranę, ja sama zatamowałam ją urywając rękaw od koszuli. Oczywiście, była brudna ale zanim dosięgnął jej deszcz więc teraz spokojnie zawinęłam dłoń materiałem i siedzę na progu stajni chichroląc dziwacznie i cicho. Nagle i niespodziewanie, moim ciałem wstrząsa dreszcz a po nim śmieszne i tak nielubiane przeze mnie kichnięcie. Wiecie czemu? Bo kicham jak kot. Mruczę przekleństwo opierając się o drzwi stajni, dokładnie w chwili gdy ktoś - przysięgam, że coś temu komuś zrobię! - je otwiera, więc nie zdążam złapać równowagi, upadając na plecy do stajni. Zamykam oczy, lekki ból otacza moją głowę. Ale zamiast jęczeć czy robić cokolwiek bardziej normalnego - zaczynam (znów) śmiać się wariacko.
<Halt? Ash? Mild?>
niedziela, 2 sierpnia 2015
Od Viserany do Mild i Ashlotte
Milczenie Młodej i likantropa się dłuży, a mój żołądek wciąż woła o żarcie. Wzdycham ciężko.
- Aleście są rozmowni, nie ma co! No, mniejsza. Mogę się przysiąść, prawda? Dziękuję.
Siadam na trawie koło ogniska i wyciągam ręce do ognia. Odprężam się, słucham cichych szeptów tamtej dwójki. Gadają o mnie, jak mniemam. Pewnie rozmyślają, czy nie jestem jakaś... Niebezpieczna albo coś. Noooooooooooo, może i jestem, ale oni nie wydają się szczególnie... Jakby to... Zdatni do moich zabaw.
Siedzę więc cicho z zamkniętymi oczami i wciągam ciepło ogniska.
- Jak ci na imię? - słyszę nagle, po swojej prawej.
Uchylam prawą powiekę żeby zerknąć na małą elfkę.
- Viserany. Ale mów mi Vis. Albo jak ci się spodoba.
- Jestem Mild. - Mała wyciąga rękę żeby się przywitać.
Ściskam ją mocno i energicznie potrząsam. Po chwili kładę się na plecach i obserwuję niebo.
Tymczasem mała syczy lekko i trzepie ręką po moim uścisku. Kładzie się obok, co mnie odrobinę dziwi.
- Widzisz ten kawałek pustego nieba? - pytam, wskazując na lewo od nas.
- Mhm...
- Tam... ja uważam, że tam jest miejsce na ogień z pyska z smoka.
- Co? Jakiego smoka? - Młoda nie wie o czym gadam i przekręca głowę tak, żeby na mnie spojrzeć.
- No jak to? - pytam. - Tego tam, zaraz obok niebieskiej dziury. Eh, zobacz. - Wyciągam rękę i wskazuję miejsce na niebie. - Tam ma głowę a potem jest długaśny tułów. Wiesz, on nie jest taki... wielki. Czasem się słyszy o tych dziwacznych smokach z kilkoma łbami, normalnymi łapami. A ten akurat, przypomina bardziej węża, rozumiesz?
- Tak, ale chyba nadal go nie widzę!
- Przyjrzyj się mała. Oooooooo, tam!
Chwila ciszy, a potem Mild poszerza oczy i wskazuje palcem na smoka.
- Widzę go! - krzyczy. - Skąd wiedziałaś, że tam jest?
- Bo zawsze go obserwuję. I myślę, że ta właśnie granatowa dziura to jego oddech śmierci...
- Śmierci?
- No wiesz, chyba że się jest ognioodpornym. - Wyszczerzam się.
Mała milknie na chwilę.
- No! Panie likantrop, co z żarciem? - Siadam rozbudzona, przypominając sobie, ze jestem głodna.
- Nazywam się Dean, królewno - prycha.
- Ej, ej, ej, ej! Tylko nie królewno, jasne? - warczę nie podnosząc się z ziemi.
- Jak sobie życzysz... - zaczyna z ironicznym uśmieszkiem.
- Vis. Spróbuj mnie nazwać znowu w ten sposób, a gwarantuję ci, że będziesz wyglądał jak po obcięciu kosą - grożę, pół żartem, pół serio. Nawet na niego nie patrzę, ale wiem że nadal się głupio uśmiecha. - Zetrę ci ten uśmieszek, Kāna, jak się nie przestaniesz głupio śmiać.
- A co to Ka-coś tam niby znaczy? - pyta zaciekawiony.
- No cóż, to już jest moja sprawa. Co z tym żarełkiem? Jesteśmy z młodą trochę głodne, co nie? - Szturcham Mild w ramię, na co ona kiwa głową z uśmiechem.
****** Następnego ranka ******
Budzę się wcześnie. Słońce nawet jeszcze nie wstało. Otwieram oczy powoli, podnosząc się na ręce. To co ukazuje się moim oczom jest... dziwne. Mild śpi tuż obok mnie, rękę ma wyciągniętą w stronę mojej, prawie jej dotyka. Natomiast Dean leży po drugiej stronie, rozwalony jak flaki po najgorszej rzezi.
Powstrzymuję sie przed parsknięciem. Wstaję i otrzepuję się z pyłu. Rozciągam się i ziewam. Wiem że już nie zasnę, więc nawet nie próbuję. Postanawiam pobiegać. Dobrze mi zrobi. Biegnę więc najpierw powoli, potem szybciej i szybciej...
Po jakimś czasie siedzę na drzewie i macham nogami w powietrzu.
- Przepraszam... - słyszę z dołu.
Spuszczam wzrok i widzę młodą panienkę wystrojoną tak, że o ranyyyyyyyyyy! Zeskakuję z gałęzi na nagi i ląduję lekko. Otrzepuję ciuchy, na co damusia marszczy nosek.
- Możesz mi powiedzieć w którą stronę jest jakieś miasto? - pyta, starając sie być uprzejma.
Myślę, że zaczynam sie robić fioletowa od duszenia śmiechu. Jej maniery mnie śmieszą. Ale zaprowadzę ją, po drodze może być zabawnie!
- Tak, jasne. Wiem gdzie to. Jak masz na imię?
- Ach, no tak nie przedstawiłam się. Jestem Ashlotte Cleverraven. A ty to...
- Vista jestem - mówię i wkładam ręce do kieszeni spodni.
- Tak, miło mi. No dobrze, to...
- Vis, czekaj! - słyszę nagle.
Znam ten głos. Odwracam się i widzę biegnącą do nas Mild.
- Ej, młoda co ty tu robisz? - pytam zdziwiona i rozglądam sie za Dean'em.
- No... poszłam za tobą - mówi lekko speszona. - Kto to?
- To jest... Ashlotte. Mogę mówić Ash, co nie? Świetnie! To co? Do miasta, taaaaaaaak?
<Ashlotte? Mild?>
czwartek, 4 czerwca 2015
Od Viserany C.D Mild
niedziela, 24 maja 2015
I'm gonna change you like a remix, then i'll raise you like a fenix
Nazwisko: Bherini
Przydomek: Jako skrót imienia używa Vis albo Erany, ale przydomek ma Lacila.
Rasa: Mieszanka Wilkołaka i Elfa
Wiek: Wygląda na młodą, zaledwie 19 lat, ale tak na prawdę ma 134 lata.
Płeć: Kobieta, choć wielu pomyli ją z mężczyzną
Stanowisko: Wyrocznia
Aparycja: Vis jest niska, ma tylko 163 cm wzrostu. Ale nie narzeka. To drobna i lekka osoba. Długie nogi pozwalają jej na wiele. Jest chuda, ma wieczną niedowagę, ale nie dlatego, że głoduje czy coś. Po prostu tak ma. Co jeszcze można powiedzieć o jej wyglądzie? No, nie wiem. Twarz widać na obrazku... Mogę tylko dodać że Vis nie rozstaje się ze swoim medalikiem. Ma też jeden na nadgarstku, czarny rzemyk, pusty. Oraz kolejny na kostce, też czarny rzemyk, ale z jednym małym szczegółem - ledwie widocznym srebrnym księżycem.
Zdolności: Jak wspomniałam powyżej, ma pewien dar, nie rozwinięty jeszcze w pełni, ale pracuje nad tym - widzi przyszłość. Polega to na tym, że w każdej chwili może ją dopaść jakaś wizja niedalekiej przyszłości. Ona nie wie, kiedy ta wizja będzie. Po prostu się pojawiają. Ale gdy się skupi, bo chce coś zobaczyć, to to zrobi, ale musi dotknąć rzeczy bądź osoby związanej a tą osobą, której przyszłość chce zobaczyć. Jest jeszcze jeden dar - częściowo rozumie mowę zwierząt, w końcu ma coś z Wilkołaka.
Jeśli chodzi o jej zdolności fizyczne, to jest bardzo silna. Mimo swojej budowy, nie raz powaliła większego od siebie. Ale wiadomo, nikt nie jest niepokonany. Jest sprytna i zwinna, uciekła prawie każdemu, kto ją ścigał. Jak mówi jej przydomek, jest elastyczna. Choćbyś postawił przed nią siatkę ze sznurków, ona przejdzie tak, żeby nie dotknąć żadnego z nich. Umie posługiwać się łukiem, mieczem oraz sztyletami, jej ulubionymi. Potrafi jednak z każdej rzeczy zrobić "broń".
Zainteresowania: Jej zainteresowania są okropnie... zmienne. Jeszcze wczoraj chciała być na wojnie, dzisiaj woli siedzieć i opatrywać rannych. Ale nie o to chodzi. Po prostu... ciągle się zmieniają. Ale stałe są takie, że uwielbia skoki z wodospadów. I to nie byle jakich! Im większy, tym lepsza zabawa! Bardzo lubi towarzystwo, ale nie damskie. Częściej przesiaduje z mężczyznami, ale nie Z TYCH powodów. Po prostu, lepiej się z nimi dogaduje. Często rozmawia, a raczej prowadzi monologi z księżycem. Dużo ćwiczy, prawie zawsze, jeśli ma chwilę czasu wolnego. Bardzo często chodzi po lesie i po prostu obserwuje, trenuje albo pomaga zwierzętom, bo jakaś część z Wilkołaka, dała jej prawo do częściowego rozumienia mowy zwierząt. Zdarza się, że mówi sama do siebie.
Charakter: Vis jest zdecydowanie bardziej podobna do mężczyzn i z nimi też częściej przebywa. Zdecydowanie nie lubi być traktowana jak kobieta. Po pierwsze nie ubiera się tak, po drugie kobiety nie powinny ścinać włosów a jak widać ona... Ma zdecydowanie za krótkie włosy jak na te czasy. Ale cóż. Kolejnym powodem jest po prostu to, że nie pasują jej typowe dla jej płci zasady. Jej matka zawsze jej powtarzała, że ma być damą... i inne bzdury. Na szczęście, ojciec szybko zrozumiał jest na prawdę Viserany i pozwalał jej po prostu być sobą. Była okropnym dzieciakiem, można powiedzieć. No ale cóż, ma dar do wpadania w kłopoty. Na szczęście, nauczyła się jak sobie poradzić w każdej sytuacji. Wie, jak zaleczyć poważne rany fizyczne jak i psychiczne. Dzięki temu płakała w swoim życiu bardzo rzadko, a od kiedy ojciec umarł, w ogóle. Nigdy nie była słaba. Zawsze, mimo swej drobnej budowy, radziła sobie świetnie, tak z podciąganiem na gałęziach przy wchodzeniu na drzewa, jak i z pomaganiem w domu. Słaba w znaczeniu psychicznym też nie była nigdy. Oczywiście, zdarzyło się raz na jakiś czas zwątpić ale nauczyła się, jak sobie z tym radzić. Jej słownictwo też nie jest idealne. Ale co zrobić, jeśli wychowywał ją bardziej ojciec, bo matka się poddała po jakimś czasie. Niektórych to dziwi ale ona nie widzi nic niezwykłego w swoim zachowaniu. Jest dumna z tego, że jest odważna, czasem nawet bardziej niż nie jeden mężczyzna. Ale być może wynika to z jej ześwirowanego stylu bycia. Potrafi mieć na prawdę szalone pomysły i pewnie dlatego rzuca się do walki mimo prawie pewnej przegranej. Pewnie to zła cecha ale co zrobić? Erany zdecydowanie nie jest ponurakiem. Uwielbia robić innym żarty, dawać im przezwiska albo po prostu się droczyć. Często się śmieje. I równie często używa sarkazmu. Jest okropnie chaotyczna. Wszędzie jej pełno, co czasem denerwuje innych. Potrafi z każdej niemiłej rzeczy zrobić jakąś sarkastyczną uwagę czy naukę, co pomaga innym. I mimo tego, jaka jest, ma w swoim otoczeniu parę osób, które słuchałyby jej godzinami, do czego przecież jest zdolna, bo Vis to urodzona gaduła. Ale ogólnie rzecz biorąc, to jest twarda dziewczyna która szuka przygód i okazji do sprawdzenia siebie. Albo ją lubisz albo jej nienawidzisz.
Historia: Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest historia osoby, która siedzi koło was? Albo przechodzi, widzicie ją tylko kilka sekund. A może żyjecie z nią na co dzień, widujecie na ulicy... Zastanawialiście się, dlaczego są tacy a nie inni? Że może to nie od nich zależało, że stali się zimni i okrutni, albo tacy weseli, ciepli...?
Otóż, wierzcie mi, nikt nie rodzi się z charakterem. Nie ma tak, że dziecko się rodzi i już wiadomo jakie będzie. Nie. Charakteru nie dziedziczymy też po rodzicach. Rodzimy się z pewnymi lekko rozwiniętymi cechami, ale od nas zależy, które przyjmiemy, które odrzucimy. A raczej, które cechy pozwoli nam przyjąć Los, a które każe odrzucić. Ciekawi was, co sprawiło, że jestem taka? Skoro to nadal czytacie, znaczy że tak. No dobrze, przejdźmy do rzeczy.
Urodziłam się dawno temu...
Wiem, brzmi jak bajka. Ale wierzcie mi, że ta historia bajką nie jest. Po prostu, miała miejsce 134 lata temu. Zadowoleni? Wracamy.
... dawno temu, kiedy na tym świecie panował pokój. Pozorny, jak wiemy. A ja urodziłam się tego feralnego dnia, kiedy zaczęła się wojna. Moja matka, Ebenum, miała już 2 dzieci, męża... Ale los dał jej jeszcze córkę... Która w zasadzie i tak była jak chłopiec, ale o tym później. Fortis, mąż Ebenum był jak spity, kiedy zobaczył małą mieszankę Elfki i Wilkołaka. Nie przejmował się tym, przecież nie było problemów z akceptacjami ras. A synowie pary? Już planowali jak wychowają brata, kiedy matka oznajmiła im, że to dziewczynka. Zdezorientowali się, ale po chwili nie miało to znaczenia. A pod wieczór dostali wiadomość, że rozpoczęła się wojna. Na szczęście, mieszkali daleko na obrzeżach kraju, mieli nadzieję, że nic się nie stanie.
I faktycznie, kilka lat później nadal żyli. Dzięki Fortisowi, oczywiście. Przez ten czas wyrobił sobie kontakty, a kiedy król Amirs doszedł do władzy, Fortis został jego doradcą. Polepszył się stan majątkowy rodziny. W dodatku wojna się skończyła, były już tylko małe wybuchy co jakiś czas, ale w porównaniu z tym, co działo się wcześniej, było naprawdę spokojnie. To wszystko sprawiło, że nasza bohaterka, którą pominęliśmy czyli ja, żyła. I miała się doskonale, choć matka próbowała na złość zrobić ze mnie damę. Dzięki bogu, tata od dawna wiedział, co się kroi. Że wojna, zrobiła ze mnie chłopczycę, a nie przerażoną wszystkim damulkę. Porozmawiał z mamą i ona uległa. A ojciec mógł mnie w spokoju szkolić.
I tak było przez całkiem spory okres czasu. Aż pewnego dnia, mając ok. 117 lat wyszłam z domu. Bracia byli już w wojsku, rodzice wiec zostali sami. Gdybym tylko wiedziała, co się kroi zostałabym w domu. Ale los chciał inaczej i wyszłam. A gdy wróciłam... W zasadzie nie było do czego wracać. Rodzice zamordowani, dom splądrowany... Byłam załamana. Ale doszłam do siebie, zawiadomiłam o tym kogo trzeba i odeszłam, chowając rodziców i całą przeszłość pod ziemią.
Wędrowałam i zarabiałam jak się dało, obojętnie czy zabijając czy szpiegując dla króla i jego ludzi, albo przewidując przyszłość, a zdarzało się nawet, ze lecząc rannych. Nie miało to znaczenia. Bylebym zachowała godność i anonimowość. Minęło sporo lat zanim zamieszkałam tutaj, w tych okolicach. Ale przynajmniej miałam spokój i nikt mnie nie znał. Mogłam zacząć od nowa... I obserwować jak będzie rządził syn Amirs'a - Arsman. Ciekawe, czy stłamsi wojnę do końca...
Partner: Nie, raczej nie myślała o tym żeby mieć partnera. Kiedyś może, ale teraz... nie kiedy są takie niepewne czasy. Poza tym, kto by się chciał związać z taką... wulkaniczną osóbką?!
Rodzina: Miała rodzinę. Dawno temu. Jej ojciec miał na imię Fortis i był doradcą króla Amirsa oraz Wilkołakiem. Matka Viserany miała na imię Ebenum, była Elfem. Pracowała jako Śpiewaczka. Vis miała jeszcze dwóch braci ale poszli do wojska i od tamtego czasu nie ma z nimi kontaktu. Niestety, jej rodzice zmarli dawno temu. Kiedy jej nie było w domu, ktoś napadł na nich, w końcu mieli trochę lepiej niż inni, z racji stanowiska ojca. Rodziców zabili, zabrali to co chcieli i odeszli.
Szczegóły: Viserany nie mieszka w domu. Ona śpi gdzie chce. Co do jej przemiany w Wilkołaka, to tylko po północy, ale na szczęście nad tym panuje. Z racji jej Elfiej części, żyje dłużej.
Autor: keiraKD

