poniedziałek, 11 maja 2020

List do wszystkich


Cześć!
Z tej strony Lumina, Kiiyuko, Lucy321, Lusia czy jakkolwiek mnie kiedyś znaliście. Jeśli chodzi o tego bloga, jestem matką rodzeństwa Chattres - Hanneona, Jumona, Saraziona i Kiette.

Wiem, to nie mój blog, tylko Ursy (masz pełne prawo usunąć tego posta, kochana, ale chyba nie robię nic złego), ale jednak wystarczająco często wracam tu, żeby powspominać, i... Nie mogę tak niczego po sobie nie zostawić. Nasze konta na Wattpadzie w większości już nie istnieją, stare blogi też nie, więc jeśli ktokolwiek by nas szukał, nie ma szans znaleźć. Teoretycznie większość jeśli nie wszyscy mamy dostęp do edycji tego bloga, jednak to nie do końca to samo. Wiem o tym też z własnego doświadczenia, jeden kontakt bezpowrotnie przepadł...

Mamy swoje życia, swoich znajomych, swoje sprawy. A mimo to... Czasem tęsknię za tymi beztroskimi czasami pisania opowiadań w 2014 roku, a potem reaktywacji tutaj w 2017. Za Wami wszystkimi też.

Mamy kwarantannę  więc tym bardziej zebrało mi się na nostalgiczne myśli. Jeśli ktokolwiek tak jak ja czasem wpada tutaj, żeby zerknąć na swoją postać czy wspominać stare wypociny to może ktoś chciałby też popisać z kimś o podobnych doświadczeniach.

Zostawiam tu swój e-mail - aquilalumina@gmail.com. Jeśli macie ochotę się odezwać, bardzo chętnie porozmawiam, powspominam, jeśli ktoś szuka kontaktu do kogoś z przeszłości, to kilka wciąż mam na Facebooku, choć nawet nie rozmawiamy. Mogę się skontaktować.

Gdziekolwiek teraz jesteście, życzę Wam wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że po tych kilku latach wciąż jesteście tak samo fajnymi ludźmi jak kiedyś.

Całusy, 
~Lusia

wtorek, 5 września 2017

- Miecz. Na plecach. Dlaczego masz na plecach miecz? - Bo wiosło mi ukradli.

Imię: Rita. Jednak jej prawdziwe imię znane tylko nielicznym to Falka.
Nazwisko: Brak.
Przydomek: Niektórzy nazywają ją Smoczym Cieniem, lub elficką wersją – Irath Quedd. Najczęściej jednak słyszy sformułowania typu „Pani Wiedźmin”, „Wiedźmak”, „Monstrum”, „Mutant”, bądź inne, niecenzuralne epitety.
Rasa: Raz na jakiś czas smoki (potrafiące posługiwać się magią) znudzone sianiem postrachu w swej gadziej postaci przybierają ludzką formę i smakują życia. Rita jest "słodkim owocem miłości" smoka wysokogórskiego i leśnej elfki.
Wiek: Białowłosa twierdzi, że ukończyła 23 wiosny, obcy szacują że ledwie 18, a starsi znajomi przekonują niedowiarków, że tak naprawdę przeżyła już 72 lata.
Płeć: Jeśli ktoś podważy jej kobiecą naturę, gotowa jest pokazać mu dosadnie, że się myli.
Stanowisko: Wojownik i Łowca (zabija również potwory, żeby nie wyjść z wprawy, więc jeśli ktoś znajdzie utopca w studni, to śmiało walić do Rity).
Aparycja: Rita to mierząca 176 centymetrów smukła kupka mięśni, skóry i kości. Mimo iż nie jest elfem czystej krwi jej szczupła sylwetka od razu przywołuje na myśl „spiczastouchych”. Wyróżniają ją złotożółte, przypominające kocie, oczy o pionowych źrenicach i liczne na całym ciele blizny oraz nietuzinkowe, śnieżnobiałe włosy zaplecione zawsze w małą kiteczkę (rozpuszczone sięgają ledwie wysokości brody), podgolone z tyłu na wysokość uszu. Rozpoznać ją można również po bezszelestnym, płynnym chodzie oraz dwóch mieczach powieszonych na plecach i medalionie w kształcie głowy wilka. Nigdy nie zakłada sukienek, spódnic, czy innych, w jej mniemaniu, szmat. Przyodziewa się tak, aby zawsze być gotową do walki.
Zdolności: : Wiedźmińskie mutacje, którym dziewczyna została poddana w młodzieńczych latach zaowocowały szybkością, zwinnością, refleksem, odpornością na trucizny i zmysłami wydajniejszymi od przeciętnego człowieka. Ponad to Rita świetnie włada mieczem. Wiele lat praktyk zrobiło z niej zacnego wojownika. Potrafi również strzelać z łuku, ale nie dorównuje umiejętnościami swoim krewniakom od strony matki. Jest zdolnym jeźdźcem, niestety nigdy nie mogła całkowicie poświęcić się ekwitacji. Zna również parę prostych, lecz zaiste przydatnych w jej fachu zaklęć oraz przepisów na eliksiry. Białowłosa wie też jak się wspinać, a w szczególności na drzewa. Płynnie mówi po elficku. Stwierdzić, że potrafi przybrać smoczą postać to dużo powiedziane. Przemiana jest dla niej niezwykle trudna, a na dodatek dziewczyna nie zawsze nad nią panuje, dlatego nie wymienia tej zdolności w swoim Curriculum Vitae.
Zainteresowania: Bardzo lubi być blisko natury, a jak na wiedźmina ma dobrą rękę do zwierząt. Potrafi również całkiem ładnie rysować, do czego nikomu się nie przyznaje. W sekrecie tworzy bestiariusz szczegółowo ilustrując i dokładnie opisując poznane przez siebie stworzenia.
Charakter: Świat postrzega wiedźminów jako bezlitosnych, pozbawionych emocji i zachłannych morderców, którzy zmienili się w potwory, aby móc z nimi walczyć. Rita już dawno temu uznała, że nie ma większego sensu udowadniać im, że tak nie jest. Wiele lat bycia traktowaną gorzej od psa (nie ujmując tym wspaniałym stworzeniom) odebrało jej chęć do zadawania sobie trudu w skomplikowanych relacjach społecznych. Nie ważne, czy jesteś królem, czy świniopasem, nie licz na zbędną uprzejmość, czy szacunek z jej strony. Nie jest jednak cyniczna. Wręcz sprawia wrażenie skromnej, albo raczej tajemniczej, gdyż za dużo o sobie nie opowiada. Generalnie pół elfka odzywa się rzadko. Zazwyczaj wtedy, gdy jest pytana, lub w sytuacjach, w których uboga mowa ciała i język "migowy" nie wystarczają. Na szczęście mało kto w ogóle czuje się zobowiązany do nawiązania konwersacji z tą osóbką. Większość ludzi przebywających w jej towarzystwie odczuwa niepokój, strach, nienawiść bądź pogardę wobec białowłosej, wynikające z jej dzikiego usposobienia. Stylem życia, sposobem w jaki obserwuje otoczenie i się porusza dziewczyna przypomina dzikie zwierzę gotowe w każdej chwili skoczyć ofierze do gardła. Póki co, z tego opisu można by wywnioskować, że nie jest ona materiałem na kompana, a co dopiero przyjaciela. Nic bardziej mylnego. Wystarczy jeden, lub więcej śmiałków obdarzonych anielską cierpliwością, odpowiednio porcjowany upór i mała biesiada, a Rita przeobrazi się w "dawne ja", czyli pełną wigoru, poczucia humoru, pragnienia przygód i wierniejszą niźli królewska gwardia marzycielkę. Oczywiście znacznie łatwiej jest zaleźć jej za skórę, tym samym tworząc bezlitosną, zdeterminowaną i nieznającą granic wrogobójczynię.
Historia: Smoki, a w szczególności samce, nie znają się na rodzicielstwie. Ojciec Rity nie należał do wyjątków. Z niewiadomych przyczyn trzy miesiące po pojawieniu się białowłosej na świecie uciekł od „ukochanej” zabierając potomka ze sobą, matce zostawiając tylko rozpacz i nienawiść wobec świata. Ghe’enkar nie miał jednak dużo czasu na zabawę w kochającego tatusia, gdyż został zabity przez wiedźmina. Ten przeczesując jego leże znalazł małą Ritę. Zamiast jednak zostawić dziecko na pewną śmierć zabrał niemowlę do Kaer Mohren, gdzie szkolono wiedźminów ze szkoły wilka. Nie dziwne więc, że białowłosa została zabójcą potworów. Minęło wiele mniej lub bardziej krwawych lat, które pozostają dziś tematem tabu. Spowodowały one jednak, że dziewczyna postanowiła sobie udawać Szwajcarię i nie wspierać żadnej ze stron konfliktu, trzymać się z daleka od wszelkich gild czy społeczności. Po prostu być zwykłym, wędrującym z miejsca na miejsce wiedźminem. Niestety pewnego dnia przyjęła zlecenie, które ją zdecydowanie przerosło. Poważnie ranna opuściła pole walki, ledwo co uchodząc z życiem. Chcąc nie chcąc musiała znaleźć schronienie, w którym na spokojnie mogłaby wrócić do formy. Los chciał, że w poszukiwaniu azylu trafiła tutaj, gdzie postanowiła zostać, do czasu całkowitego powrotu do zdrowia (hm… może nawet trochę dłużej?...).
Partner: Aktualnie brak (heteroseksualna). Warto by dodać, że wiedźmini są… jałowi, więc o macierzyństwie i szczęśliwej rodzinie dziewczyna może pomarzyć.
Rodzina:
-Ghe'enkar - ojciec, smok wysokogórski.
-Zirael - matka, elfka leśna członkini anarchicznej, elfickiej organizacji na terenie jednego z podbitych przez Sorsinę państw.
-Vesemir- „wujek”, wiedźmin i nauczyciel, oraz ten, który zabrał ją do Kaer Mohren.
Towarzysz: Brak.
Szczegóły :
-Teraz neutralność uważa za rzecz świętą, ale nie zawsze tak było. Jeśli wierzyć plotkom niegdyś należała do hanzy skrytobójców, inni twierdzą, że służyła w sorsińskim wojsku, ale najbardziej lubianą przez wszystkich wersją jest ta, w której siała postrach u boku Dzikiego Gonu.
-Kiedyś zdarzyło się jej niekontrolowanie przemienić, gdy walczyła, a raczej przegrywała z wampirem wyższym. Przez dwa lata nie potrafiła wrócić do ludzkiej postaci.
-Tak jak pewnie każdy wiedźmin rzadko kiedy naprawdę śpi. Przechodzi w stan podobny do medytacji, podczas którego odpoczywa, lecz jest wtedy w stanie rozróżniać dźwięki zwiastujące niebezpieczeństwo.
-Zjawiskową bliznę na twarzy zostawiło jej pierwsze zlecenie, będące piekielnie inteligentnym biesem.
Autor: Deus Ex Machina

niedziela, 7 maja 2017

Od Dirhaela c.d Atlanta - Rapido

Pomysł Atlanta, by poszukać w miasteczku koni zdecydowanie przypadł Słowikowi do gustu. Prawdę powiedziawszy myśl o wierzchowcu wywołała na twarzy rudzielca jeszcze szerszy niż dotychczas uśmiech. Sekretem nie było, że Dirhael uwielbiał zwierzęta. One także w przedziwny sposób ciągnęły do niego. Tajemnicza siła pchała Włóczykija w stronę czworonogów, a one zdawały się zwracać nań szczególną uwagę. Ta sama bezimienna magia oddziaływała w obie strony w przypadku każdego innego chowańca, który z własnej woli oddał się pod ludzkie władanie. Co więcej, dzikie zwierzęta, niezależnie od tego czy były bezpieczne czy nie, także wykazywały się zgoła większą chęcią do kontaktów z osobą Włóczykija niż miało to miejsce w przypadku innej osoby. Elf doskonale pamiętał pewną okropnie mroźną, zimową noc, gdy przy ognisku zastała go wataha wilków. Bestie były przemarznięte, lecz obawiały się ognia na tyle, by nie móc podejść do niego na odpowiednią do ogrzania się odległość. Wtedy właśnie, z niewielką pomocą dobrych chęci udało mu się zachęcić watahę do zostania z nim, a resztę nocy spędził pośród miękkich, wilczych futer i zadowolonych popiskiwań. I niejako był z siebie dumny.
Obecnie jednak nikt nie wymagał od niego ponownego zaklinania watahy. Tym razem musiał jedynie znaleźć konia, a to było stanowczo mniej chwalebne zadanie, którego nie dane mu będzie wspominać aż tak długo. Mimo to dobry nastrój Słowika zdawał się być zupełnie nieporuszony takim stanem rzeczy. Każdy kolejny dzień stanowił dla Włóczykija zagadkę. Naturalnym było, że nie codziennie można było spodziewać się nadejścia dnia obfitującego w przygody czy heroizm i tak stan rzeczy jak najbardziej elfowi odpowiadał. Różnorodność jego dni stanowiła istotną równowagę, dzięki której Dirhael nie mógł narzekać ani na nudę, ani na nadmiar mocnych wrażeń. Tym bardziej, że przecież nie tak dawno był świadkiem i równocześnie jednym z uczestników bijatyki, a później spotkał dziwną kobietę z księgarni.
~ Skup się nieco... ~ upomniał go Alt, gdy całą uwagę Słowika przyciągnęła sprzedająca zioła starsza pani. ~ Szukamy konia, a nie zielska.
- Tak, tak... - mruknął Rovidan, wzdychając przy tym cicho. - Pamiętam.
Włóczykij przykazał sobie znaleźć stajnię i wrócił do rozglądania się dookoła w poszukiwaniu. To miasteczko już zawsze będzie kojarzyć mi się z szukaniem wszystkiego.
~ Nie narzekaj. Zawsze mogło być gorzej. ~ odpowiedział mu rozbawiony głos Atlanta. Dirhael parsknął tylko, choć sam nie potrafił opanować ponownie cisnącego się mu na usta uśmiechu.
- Pewnie mogło być. - zgodził się po chwili.
Zaledwie po kwadransie Dirhael znalazł wreszcie odpowiedni, podobny stodole budynek. Dotarł do drzwi stajni i pchnął je. Jego oczom ukazały się cztery częściowo zapełnionych boksów. Cała stajnia była bardzo jasna i starannie wyczyszczona, więc tym milej było Słowikowi oglądać jej wnętrze.Otoczyła go dobrze mu znana woń koni (w żadnym wypadku nie kojarzona przez niego z przykrym zapachem) i siana. Chwilę później w stronę Włóczykija zmierzał wyjątkowo przyjaźnie wyglądający mężczyzna przy tuszy. Przystanąwszy przy rudzielcu, okazał się być od niego nieco niższy, ale, jak na dobrego gospodarza przystało, i tak wyciągnął w jego stronę dłoń, którą Słowik uścisnął.
- Co cię do mnie sprowadza, elfie? - spytał zaskakująco dudniącym barytonem, potrząsając uwięzioną w jego dłoni słowiczą ręką.
- A cóż może mnie sprowadzić do tak wspaniałej stajni? - zaczął Dirhael - Chciałbym pożyczyć na jeden dzień szybkiego wierzchowca. Zapłacę tyle, ile będzie konieczne.
- W okolicy nie ma miasta oddalonego o dzień drogi, a już na pewno nie ma niczego na tyle blisko, by zajechać tam i wrócić jeszcze tego samego dnia. - gospodarz wypuścił dłoń Włóczykija i skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. Dirhael nie dziwił się tak gwałtownemu oziębieniu dialogu. W końcu poprosił o coś pozornie niemożliwego do wykonania. Naturalnym więc było, że człowiek nie chciał dać się oszukać i okraść. Słowik jednak ani myślał zrobić tak paskudną rzecz. Wydobył z kieszeni odpowiednio wysoką kwotę i wręczył ją właścicielowi, uśmiechając się przy tym niewinnie.
- Zaiste jest tak jak mówisz, miły panie. Nie ukrywam, że nie zamierzam tu wracać. Mimo wszystko koń wróci na miejsce, przyrzekam na wszystko, że tak będzie. Ponadto zostawiam przecież znacznie więcej pieniędzy niż ta prośba jest warta, więc niczego pan nie straci, prawda?
Gospodarz przyjął pieniądze i zmierzył Słowika badawczym spojrzeniem. Chłopak rozłożył ręce na boki, tak by sprawiać wrażenie osoby otwartej i faktycznie nie mającej niczego do ukrycia.
Niebawem Dirhael wyprowadzał z boksu osiodłanego gniadosza. Koń nosił imię "Rapido", co wedle gospodarza oznaczać miało mniej więcej "szybki". Gniadosz zdawał się jednak być spokojnym, wręcz leniwym wierzchowcem. Słowik pociągnął za uzdę, zmuszając ogiera do szybszego stępa i gestem ręki pozdrowił odprowadzającego go wzrokiem gospodarza. Już za murami stajni rudzielec wspiął się na siodło i ułożył w nim wygodnie. Włóczykij naprawdę lubił jazdę konną i uważał, że potrafił jeździć. Sprawiało mu to niekłamaną przyjemność. Nie można było mu też odmówić naturalności w siodle. Słowik na grzbiecie wierzchowca, gdyż nie tylko koni dosiadał w swoim życiu, czuł się równie pewnie co na stałym gruncie. Dlatego też bez zbędnego przeciągania, pogładził szyję konia i lekko szturchnął go piętami.
- W drogę, Rapido. - zarządził, świadom tego, że koń i tak zrozumiał przekaz. Nie mógł jednak odmówić sobie choć pozornej rozmowy z ogierem.
~ Jak masz zamiar oddać tego konia? ~ zagadnął Atlant, gdy Rapido spokojnym, niemal żółwim tempem szedł ubitym traktem.
- Najzwyczajniej każę mu wracać do domu? - odpowiedział mu pytaniem Słowik. Jego ton sugerował oczywistość odpowiedzi.
~ Sądzisz, że cię posłucha i wróci? ~ w głosie niematerialnego towarzysza Dirhaela zabrzmiało powątpiewanie.
- Ja jestem pewien, że posłucha i wróci. Zaufaj mi, kolego. Wiem co robię! - Rovidan uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Bez trudu dało się wyczytać z tego podejrzanego grymasu, że elf coś kombinował. Z całą pewnością był to ten uśmiech za który do chłopaka przylgnęło przezwisko "Chochlika". 
Rapido potrząsnął łbem i parsknął, najwyraźniej rozumiejąc, że rozmowa, której połowicznie był świadkiem dotyczy też jego. Ogier zatrzymał się i cofnął o krok.
- Oj... Już chcesz wracać? Rapido, proszę cię! - Słowik zaśmiał się i znowu szturchnął konia łydkami. Tym razem jednak nieco mocniej niż niedawno. Koń znów podjął marsz. Chwilkę później już kłusował.
~ Masz jakieś pomysły na to czym możemy umilić sobie podróż? ~ zagaił w myślach Słowik, nienawykły do ciszy w czyimkolwiek towarzystwie. ~ Mam ci coś zaśpiewać czy może obejdzie się bez?

<Alt? Nie wiem czy to może się spodobać, ale proszę bardzo!>

czwartek, 4 maja 2017

Od Atlanta c.d. Dirhaela - Tajemnicza i ślepa

 ~Wygląda jak księgarnia, jeśli tu nie będzie żadnych map to nie wiem gdzie mogą być~ Mruknął również obserwując szyld sklepiku. Po chwili namysłu elf wszedł do środka. Pomieszczenie było ciemne, a w powietrzy unosił się suchy zapach pergaminów.
 ~Potrzebujemy pierwszej lepszej mapy i kompasu.
 -Dobrze, wiem. Zaraz coś znajdziemy.- Uspokoił go Dirhael zaczynając przeczesywać regały książek. Wszystkie wydawały się być okropnie stare i zakurzone, jakby nikogo tutaj nie było od dawien dawna.
 -W czym mogę Panom pomóc?- Odezwał się miękki, kobiecy głos. Elf aż podskoczył zaskoczony, Alt pewnie zrobił by to samo gdyby miał ciało. Tuż za nim znikąd, bezdźwięcznie pojawiła się kobieta, mogła mieć maksymalnie trzydzieści parę lat. Bardziej zastanawiające były jej oczy, a może raczej ich brak? Były one zasłonięte przepaską.
 -Wybaczy pani, ale jestem sam.- Uśmiechnął się wykonując głęboki ukłon, mimo świadomości że i tak tego nie zobaczy.
 -Nie prawda. Jest was dwoje.- Powiedziała spokojnie.
 ~Pozwól mi mówić, nie musi wiedzieć, że jesteśmy w jednym ciele.~ Dirhael rozluźnił się dając przejąc część kontroli nad sobą.
 -Przepraszamy, ale potrzebujemy mapy i kompasu, czy może jest tutaj coś takiego?- Atlant starał się nadać nie swoim strunom głosowym swój głos, nie udało się to jednak tak dokładnie jak by tego chciał.
 -Oczywiście, mam jednak tylko bardzo stare mapy, jeszcze z ery smoka. Sam kontynent jednak tak bardzo się nie zmienił, więc powinna wam wystarczyć. Czekajcie... gdzieś ją tu położyłam, a tutaj jest!- Kobieta szła pewnie między regałami, mimo że stworzone z nich alejki stanowiły dość skomplikowaną kombinacje, a na ziemi leżało mnóstwo zakurzonych staroci. Od Jakiś figurek i popiersi po dziwne piłki z kolorowymi szlaczkami. W końcu zatrzymała się i wspięła na taboret by zdjąć z najwyższej półki rolkę pergaminu przykrytego tak dużą warstwą kurzu że gody nim tylko poruszyła Dirhael poczuł jak drobinki spadają mu na głowę podobnie jak piasek. Dziewczyna Wzięła głęboki wdech i zdmuchnęła grubą warstwę brudu wprost na elfa. Biedak nawet nie zdążył zaprotestować czy też ostrzec że tam jest, a już był cały siwy.
 ~Co tam dziadku mrozie?~ Usłyszał w głowie śmiech leonisa.
 -Czekaj no tylko aż znajdę twoje ciało i zrobi Ci tak samo...- Mruknął, kończąc zdanie solidnym kichnięciem.
 -Prawie jak nowa!- Ucieszyła się niewidoma, podchodząc do lady i rozkładając pergamin. Atlant widząc to miał tylko jedną myśl "Dla ślepego, może i nowa".
 -No, możecie sobie zobaczyć panowie.- Odsunęła się dając miejsce by podejść do pergaminu. Faktycznie kształt kontynentu był ten sam, ale nazwy znajdujące się na mapie było kompletnie nie znane obojgu.
 ~Widzisz miejsce w które mamy się kierować?~ Zapytał myślach włóczykij. Atlant poruszył jego ręką wskazując palcem punkt na mapie. ~Ten cypelek za górami?
 ~Dokładnie tak. Czekaj... tutaj ma to jakąś nazwę... "Potentem Capit"?
 ~Potężne szpony...~Przetłumaczyli równocześnie. W głowie Atlanta narodziło się w tym momencie milion pytań. Czy ruiny w których mieszkają to właśnie to? Jeśli tak to kto je założył? Dlaczego zostało zniszczone? Czy to była warownia?
 -Ile kosztuje ta mapa?- Leonis wyrwał się do mówienia
 -Sztukę srebra. Rzuciła kobieta
 -A wiesz gdzie my jesteśmy według tej mapy?- Dirhael odzyskał kontrole nad głosem.
 -Tak, miejscowość w które się znajdujemy leży na północny zachód od Potentem Capit
 ~Wiem gdzie jesteśmy!
 ~Nie krzycz tak, błagam...~Elf aż złapał się za głowę
 ~Znam drogę, bierz mapę i idziemy!~ Włóczykij zwinął pergamin, wręczył kobiecie zapłatę i już kierował się do wyjścia. Przy samych drzwiach niewidoma znów się odezwała.
 -Jeśli chcesz wiedzieć więcej o tym królestwie, zejdź do starej biblioteki Lwi Królu... Twoi przyjaciele już tam są. Tylko uważaj, czas tam nie trzyma się swoich ścieżek...- Głos kobiety był dziwny, jakby dobiegał z wnętrza ziemi. Atlant miał wrażenie że już kiedyś spotkał się z czymś takim.
 -Kim jesteś?- Pozwolił sobie zawładnąć ustami towarzysza.
 -To pytanie... zostawię bez odpowiedzi, ale nie bój się, jeszcze się spotkamy...- Po czym zniknęła, tak po prostu.
 -To było trochę przerażające...- Mruknąl elf.
 ~Z pewnością niecodziennie...- Dirhael wyszedł zamykając za sobą drzwi. Znów znaleźli się na gwarnej i rozświetlonej słońcem ulicy. Ludzie chodzili we wszystkie strony.
 ~Przydałyby się konie... wtedy do wieczora uda nam się trafić.~Zaproponował Atl.

<Dirhael? Sorki że tak mało opisów, ale jakoś tym razem wzięło mnie na dialogi :)>

niedziela, 9 kwietnia 2017

Wyobraź sobie co się stanie, kiedy wszystko co piękne wejdzie w Twoje posiadanie


Imię: Miała ich naprawdę wiele (chociaż zdecydowanie większej części z nich bliżej było do przydomków, tudzież niezwykle kreatywnych i barwnych epitetów), jednak w momencie, kiedy została przygarnięta przez wujostwo, ciotka nadała jej imię Gwenllian, którym posługuje się do tej pory.
Nazwisko: Rofangalus (ruh-fang-uhh-liss), jednak korzysta z niego tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne. Chociaż, nie da się ukryć, zabawnie jest obserwować, jak niejednym, podczas wymowy plącze się język.
Przydomek: Z tych miłych? Gwen, Winny, Willy… chociaż zdrobnienia może nie są zbyt wdzięcznymi przydomkami. Bardzo podoba jej się dumnie brzmiące Eldrvarya, chociaż nikt, poza szalonym, leśnym magiem (który notabene sam jej to przezwisko nadał) nie zwracał się do niej w ten sposób.
Rasa: No i tutaj… cóż, już przy czwartym punkcie zaczynają się schody. Zawsze mogło być gorzej, chociaż nie da się ukryć, że kłopoty w akurat tej rubryce nigdy nie były mile widziane. Po wyglądzie chyba najlepiej uznać ją za istotę będącą w połowie smokiem, a w połowie człowiekiem, jednak jest to na tyle biologicznie niemożliwa krzyżówka, że prostszym rozwiązaniem wydaje się przypisanie jej nazwy osobnej rasy. Niestety, Winny nigdy nie widziała niczego, co chociaż w niewielkim stopniu wyglądem przypominałoby jej samą siebie. Nic dziwnego, że wieśniacy uważali ją za demona (nawet jeśli mijało się to z prawdą). Z resztą, przywykła do tego określenia już na tyle, że sama na pytanie „kim jesteś?” zaczęła odpowiadać, uśmiechając się przy tym łobuzersko „Nazywają mnie diabłem”. Zabawne, jak coś, co z początku miało być obelgą, może zamienić się w noszony w dumą tytuł.
Wiek: Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie więcej, niż wygląda. Wśród ludzi żyła dość krótko, bo blisko pół wieku, jednak wcześniej- wśród górskich lasów, pod gołym niebem spędziła znacznie, znacznie więcej wiosen.
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Taktyk, a poza tym niezwykle zależy jej na pozycji Lotnika. Niestety, do tego musi nauczyć się unosić nieco wyżej, niż na wysokość kilku stóp nad ziemią. Opanowanie umiejętności latania, bez toczenia przegranych wojen z silnymi podmuchami wiatru, oraz lądowania, które nie zagrażałoby życiu i zdrowiu niewinnych przechodniów chyba również może okazać się całkiem przydatne. Pomińmy fakt, że powinna się ich nauczyć co najmniej kilka dekad temu, dobrze? Poza tym, ma też niezłe zadatki na barda, jednak pogoń za marzeniem wydaje się czymś bardziej kuszącym, niż rozwijanie już nabytych umiejętności.
Aparycja: Aż trudno uwierzyć, że w żyłach tej niskiej dziewczyny o drobnej budowie może płynąć smocza krew. Właściwie to do póki nie zetkniemy się twarzą w twarz z jej charakterem i zbyt pośpiesznie ocenimy książkę po okładce, Gwenllian wydaje się nie mieć nic wspólnego z potężnymi, dumnymi, zionącymi ogniem i śmiertelnie niebezpiecznymi bestiami. W szczególności, kiedy zarzuci na siebie długi płaszcz z kapturem, skutecznie zakrywający nie tylko ogon i skrzydła, ale także pozostałe, nieludzkie „atrybuty”, takie jak szpiczaste uszy, czy pojawiające się w niektórych miejscach łuski, dzięki którym już nieraz jednogłośnie uznawano ją za złego ducha, a co za tym idzie, wypędzano z większości wiosek. Z drugiej strony, czemu tu się dziwić? To oczywiste, że w oczach mieszkańców zupełnie obca dziewczyna, nieznanego pochodzenia zawsze będzie kimś podejrzanym, zaś nawet największy kaptur nie byłby w stanie skutecznie zakryć pary złotych, sprawiających wrażenie pozbawionych źrenic oczu i ukazujących się przy każdym radosnym uśmieszku, ostrych, niemalże wampirzych kłów.
Zdolności: Na pewno nie jest to latanie, co zdążyliśmy ustalić w jednym z  wcześniejszych punktów. Właściwie to trudno powiedzieć, czy to przez brak nauczyciela, zaniedbywanie urządzanych sobie lekcji latania, czy też może przez fakt, że przez wieki musiała żyć w ukryciu, zaś ostatnie dekady, spędzone przede wszystkim na podróżowaniu i jako takim próbom życia wśród ludzi bardziej, niż skutecznie uniemożliwiały jej nie tylko próby uczenia się latania, ale nawet uchylenie chociaż najmniejszej łuski, lub rozprostowanie zwiniętego pod płaszczem ogona. Z drugiej strony, wiele można zarzucić drobnej budowie dziewczyny, skoro z przestworzy jest w stanie zdmuchnąć ją właściwie każdy silniejszy wiatr. Oczywiście, nie oznacza to, że Gwenllian złożyła broń… nic  z tych rzeczy! Teraz, kiedy wścibskie spojrzenia dociekliwych, ludzkich ślepi nie stanowią dla niej najmniejszego zagrożenia, sama zaczęła stanowić zagrożenie dla innych, beztrosko kontynuując walki z prądami powietrznymi, oraz próby bezpiecznego lądowania i kontrolowanego manewrowania w przestworzach. Przejdźmy teraz do umiejętności nabytych, niewymagających już specjalnego kształtowania. Otóż Winny, o czym również wcześniej wspomniałam, ma zadatki na barda. Nie tylko umie, ale i kocha opowiadać przeróżne historie, czy to zmyślone, czy to z życia wzięte. Nie można też odmówić jej talentu aktorskiego, co niestety może okazać się nieco kłopotliwe, kiedy przejdziemy do charakteru dziewczyny…  Poza tym, jak na pół-smoka przystało, umie ziać ogniem, chociaż ludzkie ciało bardzo ogranicza jej wielkość płomieni. Co za tym idzie, jest odporna na wysokie temperatury. Skóra draconki naturalnie jest znacznie cieplejsza od ludzkiej, jednak jej temperatura w dużej mierze zależy od samopoczucia dziewczyny. Stanowczo odradzam zbliżanie się do wściekłej Gwen, chyba, że bardzo zależy Ci na śladach po poparzeniu. Oho, prawie bym zapomniała. Winny jest też zawodowym złodziejem. Potrafi sprzątnąć każdemu jakiś drobiazg (lub i nieco większy przedmiot) sprzed nosa, tak, że ofiara nawet nie spostrzeże, że została okradziona. Nikt tak naprawdę nie wie, jak Gwenllian tego dokonuje, a ona nie ma zamiaru nikomu zdradzać swego sekretu.
Zainteresowania: Większość łączy się z umiejętnościami dziewczyny- tymi zdobytymi, a także tymi, które próbuje wykształcić. Lotnictwo było czymś, czego opanowanie w jej przypadku wydaje się nie tylko naturalną kolejnością rzeczy, ale jest także i pasją- marzeniem, za którym watro brnąć nawet na drugi koniec świata. A skoro o świecie mowa, Winny kocha podróżować. Interesuje ją nawet nie sama wędrówka, ale poznawanie nowych miejsc, a co za tym idzie, także kultury, historii i języka zamieszkujących je ludzi.
Charakter: Jak bezproblemowo opisać charakter osoby, którą w każdej sekundzie potrafi owładnąć najprzeróżniejsza, czasem tak bardzo różniąca się od poprzedniej emocja? Może zacznijmy od tego, że jej charakter jest niesamowicie zmienny, zaś temperament i cała osobowość Eldrvaryi jest taka sama, jak jej przydomek- płonąca. Płonąca, ognista, ale przede wszystkim bardzo, bardzo nieprzewidywalna. Może to i dobrze, że natura nie obdarzyła dziewczyny zbyt potężną, rzucającą się w oczy budową. Dzięki temu, jedyną bronią, jaką posiada jest cięty język, a i z niego nauczyła się korzystać, jak należy i trzeba przyznać, że robi to po mistrzowsku. Winny należy do tej nieczęsto spotykanej i wyjątkowo nielicznej grupy szczerych do bólu osób, które najzwyczajniej w świecie nie myślą o konsekwencjach, jakie niosą ze sobą głoszone przez nie słowa, zawsze mówią tylko to, co mają na myśli, nie owijając przy tym w bawełnę. Nie zdziwcie się więc, gdy napotkawszy na drodze człowieka z przepaską na oku, podejdzie do niego i jakby nigdy nic powie: "Stary! Masz tylko jedną gałę!". Brak wychowania? Cóż, może i odrobinę, choć tego typu zachowanie w jej przypadku trzeba po prostu tolerować (bo zignorować, niestety, jest trochę trudno). Myślę, że w tym wypadku szczerość można uznać nie tylko za jedną z największych zalet dziewczyny, ale także i za ogromną wadę, która w połączeniu z bezpośredniością i brawurą, sprawia, że niemalże każde otwieranie ust przez Gwenllian, niesie ze sobą zagrożenie w postaci kłótni. Tylko, żebyśmy się dobrze zrozumieli, draconka nie jest pozbawioną skrupułów osobą, niewrażliwą na cudzą krzywdę, czy cierpienie. Wręcz przeciwnie! To nieco zdziczała, lecz szalenie ambitna dziewczyna o wielkim sercu i odwadze, znacznie przerastającej jej drobną posturę, która zazwyczaj zupełnie nieświadomie wywołuje spory. Zazwyczaj, ponieważ co jak co, ale konfrontacja, ani słowna potyczka nie stanowią dla niej wielkiego wyzwania i czasami lubi się posprzeczać, tudzież "przyjacielsko" podroczyć, nawet z zupełnie nieznajomymi osobami. Niech was jednak nie zwiedzie ta otwarta postawa i przyjacielski uśmiech- Winny jest bardziej nieufna, niż mogłoby się wydawać, a przy tym niezwykle ostrożna, jeśli chodzi o dobór towarzyszy. Jedynie magia ADHD, upartość, a także wyjątkowo swobodny, zdawałoby się nawet, że pozbawiony trosk i nieprzejmujący się niczym styl życia sprawiają, że nie nikt nie posądzałby jej o podejrzliwość. Chyba każdy, kto choć raz miał do czynienia z Gwen może śmiało powiedzieć, że dziewczyna jest niczym małe, prywatne słońce, niemal bez przerwy emanujące energią i zawstydzające swoją szczerą bezpretensjonalnością. Inni mogą nazwać ją szalonym, pogodnym, a przy tym odrobinę tajemniczym stworzeniem, które mimo natury mola książkowego i zamiłowania do zagłębiania się w przeróżne, barwne opowieści, nie jest w stanie wysiedzieć na miejscu dłużej, niż paru minut. Przede wszystkim należy jednak pamiętać, że mimo młodego wyglądu, Rofangalus jest również dojrzałą (no, w granicach możliwości), inteligentną kobietą, a nazwanie jej głupią jest nie tylko obrazą, ale i dowodem własnej głupoty. Pewien stary, równie szalony mag, żyjący samotnie w niewielkiej chatce pośród leśnych drzew powiedział o niej: "Od razu wydawała mi się sympatyczna, chociaż skubanej źle z oczu patrzyło, jakoby to okraść mnie planowała przy pierwszej lepszej okazji. Pomogłem jej w potrzebie, tak mnie ślicznie prosiła, zapewniłem dach nad głową, dałem pryczę i jedzenie. Trochę razem pomieszkaliśmy, aż tu pewnego ranka zniknęła bez śladu. Nie było ani skrzydlatej dziewczyny, ani sakiewki z pieniędzmi i mojej siwej kobyły. Wie pan, nie na darmo zwą mnie magiem, mogłem rzucić zaklęcie, czy dwa, tak, że łobuzina popamiętałaby, że z czarodziejami nie należy zadzierać, ale... Cholera by ją wzięła, ale polubiłem tą małą smoczycę!"
Historia: Pojawienie się czegoś takiego na świecie w dalszym ciągu jest nierozwiązaną zagadką. Tajemnicą, na którą niezwykle ciężko znaleźć jakiekolwiek odpowiedzi, które można podeprzeć nie tylko logicznymi wyjaśnieniami, ale przede wszystkim, dowodami. Draconka żyła odkąd pamięta, a odkąd pamięta żyła w samotności, otoczona lasami, skalistymi zboczami i górskimi potokami, mając za jedyne towarzystwo żyjące w okolicy zwierzęta, oraz piękne gwiazdozbiory, mrugające w jej stronę z granatowego nieba niemal każdej nocy. Przez pierwsze, niezwykle trudne lata swego życia uczyła się przeżyć, później- żyć. Nie jest w stanie zliczyć czasu, który, upływając na wędrówkach, polowaniu, zwiedzania świata, podziwianiu każdej, dosłownie każdej mijanej obok rośliny, czy zwierzęcia i bezcelowych włóczęgach, zdawał się być jednym, wyjątkowo długim i nigdy niekończącym się, magicznym zachodem słońca. Pech chciał, że dziewczyna pewnego ranka natrafiła na pewną górską osadę, chociaż, kiedy została przygarnięta przez starsze małżeństwo, gotowe zaopiekować się nieznajomą nie zważywszy na jej wygląd, przez chwilę miała wrażenie, że los się do niej uśmiechnął. Niestety, pozostali mieszkańcy okazali się zdecydowanie mniej wyrozumiali i przyjaźni, w stosunku do nieznajomej , bezimiennej włóczęgi, która na dodatek nie potrafiła posługiwać się ich językiem. A nawet, kiedy po miesiącach opanowała nie tylko sztukę mówienia, ale i pisania, nauczyła się życia wśród ludzi pod nowym imieniem, nadanym jej przez przemiła kobietę, która kazała nazywać siebie ciotką, nastawienie mieszkańców nie zmieniło się na lepsze. Właściwie, stało się jeszcze gorsze, kiedy chłopi odkryli, że ten dziwny, skrzydlaty potwór, który każdej nocy pojawiał się na niebie, demolując wioskę, zakłócając spokój śpiących mieszkańców okazał się nikim innym, jak dziewczyną, która kilka lat temu zamieszkała u pary staruszków. Na nic zdał się płaszcz dziewczyny, kiedy odkryto jej skrzydła, ogon, łuski i szpiczaste uszy. Gwenllian Rofangalus- ani imię, ani nazwisko nie było w stanie wiele zmienić. Do ludzi nie upodobniły jej też wyzwiska, jakimi ją obrzucano. Nazywano ją demonem, diabłem, zarazą, gargulcem, wampirem, odmieńcem, a nawet strzygą (której pod żadnym pozorem nie przypominała) i wygnano z wioski. W niczym nie pomogła jej także nagła śmierć wujostwa, o które szybko posądzono niewinną dziewczynę. Wieść o groźnym, skrzydlatym potworze rozprzestrzeniła się dosyć szybko, chociaż całe szczęście, dzięki powtarzaniu tej samej plotki przez wiele osób, podkoloryzowana historia uległa takiemu zniekształceniu, że opisywana bestia w żadnym procencie nawet nie przypominała zakapturzonej dziewczyny, która od tej pory wędrowała kupieckimi szlakami, zarabiając na życie barwnymi opowieściami, starając się unikać większych miast i wiosek. Nic dziwnego, że po latach wędrówki w końcu natrafiła na Hidden.
Partner: Nie widzi przeszkód, chociaż jak na razie sprawia wrażenie za bardzo zakochanej w otaczającym ją świecie, żeby zwrócić większą uwagę na pojedynczą osobę.
Rodzina: Nigdy takowej nie posiadała, a przynajmniej biologicznej.
Szczegóły: - Kiedyś bała się dotykać zwierząt w obawie, że niechcący je oparzy.
- Jeszcze zanim natrafiła na ludzi, spędziła wiele wieków w samotności, jednak przez dziecięcy wygląd każdy bierze ją za młodą dziewczynę. Z resztą, wcześniej pojęcie lat było jej zupełnie obce, więc koniec końców nawet sama Gwenllian nie zna swojego wieku.
- Bardzo lubi nazywać wiele przedmiotów, wymyślając im swoje własne imiona. Z początku tyczyło się to jedynie gwiazd i gwiazdozbiorów (również przez nią stworzonych), jednak z czasem ofiarą owego dziwnego zwyczaju padły również rośliny i niektóre gatunki zwierząt.
Autor: Annabeth // Earl Blue

czwartek, 6 kwietnia 2017

Od Hanneona

     Ja i Viserany nazbieraliśmy wszystko, co zdołaliśmy znaleźć, choć zabrakło mi specyficznego jaskraworóżowego kwiatu typowego dla polanek. Kiedy skończyliśmy powiedziała, że musi już iść. Jak dowiedziałem się następnego dnia, odeszła już na stałe, ruszając w dalszą wędrówkę, z daleka od nielubianych elfek, i przyrzekając milczenie o istnieniu Hidden.
      Takim oto sposobem znów zostałem w świętym spokoju. Sam.
       Nie spałem dużo poprzedniej nocy, budzony wilczym wyciem, a dla kogoś, kto ma kocie geny sen jest najpiękniejszą rzeczą. Niestety, kiedy już się obudzę, to nie ma szans, abym zasnął raz jeszcze.
        Zatem, w na poły sennym stanie, plątałem się trochę po okolicy, bo w końcu zamierzam osiąść tutaj na stałe, więc warto znać to wszystko jak najlepiej. No i może znajdę ten różowy kwiat, czyli rozonek pospolity.
       Co ciekawe, mój medalion postanowił lśnić na srebrno, miedziano i platynowo, choć srebra od kilkunastu metrów nie widziałem, a miedź pojawiła się dopiero niedawno. Początkowo myślałem, że chodzi o Kiette, jak w wizji Viserany, ale dwa pozostałe kolory uświadomiły mnie w tym, że amulet zwyczajnie zwariował. Gdybym jeszcze potrafił w to uwierzyć.
      Kiedy tak właśnie przemierzałem las w drodze na polanę, bo przypomniałem sobie o tym kwiecie, usłyszałem nad sobą smoczy ryk, brzmiący dziwnie wesoło, a gdy spojrzałem w górę, ujrzałem Frelsera. Mówiłem już, że zdążyłem większość nieco z obserwacji poznać, a był z tych znanych mi sąsiadów jedynym smokiem. I chyba rannym, więc dlaczego lata?
        Ciekawość zgubiła kota, tak to szło? Oby maga z kiepską przytomnością nie zgubiła...
        Ruszyłem więc smoczym śladem przez cholerną ciekawość w stronę polany, na której zdaje się smok próbował wylądować, a na którą i tak się po zioła wybierałem. Było to parę metrów dalej i jakoś postanowiłem spojrzeć na to po prostu z pod kaptura.
        Wyszedłem zza krzaków i najprościej stałem na skraju padającego z drzew cienia, przyglądając się smokowi, który rozglądał się za czymś lub za kimś. I miał założony opatrunek, więc zakładam, że odwiedził Malika. Czy też odwrotnie, ale mniejsza.
        Odpowiedź na swoje pytanie dostałem - po prostu jest wyleczony - więc miałem zamiar już iść, ale przymoniało mi się o rozonku, a do mojej jeszcze nie do końca przytomnej głowy doatrło pytanie, kogo Frelser szuka. I to właśnie pytanie zaważyło o tym, że smok mnie zauważył.
         Głupio było w tym momencie sobie pójść, zwłaszcza, że kwiat, który rósł dokładnie pod Frelserem był mi potrzebny na zaraz, bo eliksir sam się nie wykona. Więc przez grzeczność zdjąłem kaptur i skinąłem głową w jego stronę na powitanie. Pewnie by usłyszał, ale na taką odległość jest to bardziej komfortowe.
 I takim oto sposobem ciekawość zgubiła i maga - zaczęła się rozmowa. 

<Frel? Masz wolną rękę, tylko pamiętaj, że Han niepytany raczej się nie odezwie ;) >

piątek, 31 marca 2017

Od Saraziona cd. Malika

   Spojrzeliśmy po sobie z Jumonem, zastanawiając się, jak wiele można powiedzieć nowopoznanej osobie.
    - Tak się składa, że kogoś szukamy - odpowiedziałem, nonszalancko wzruszając ramionami. - Ale mniejsza o to.
     Felin spojrzał na nas z podejrzliwością. Nie dziwię mu się, w końcu wokół toczą się podboje, a dwójka obcych, w dodatku poinformowana o ich społeczności nagle znikąd się zjawia.
     W zasadzie od dość dawna nie widziałem żadnych przedstawicieli jego gatunku, który przecież jest z kotołakami nie tak dalego spokrewniony.
    - W takim razie, kim jesteście? - dopytał felin, ale nie było to uwarunkowane nieufną otoczką, tylko zwykłym pytaniem.
    - Jesteśmy zwykłymi podróżnikami bez swojego miejsca na ziemi - dorzucił dyplomatycznym tonem Jumon, a ja dostrzegłem, że jego amulet miał złote oczy, ale nie zwrócił na to uwagi. Mój pod ubraniem pewnie też ma.
     Kotowaty słuchał nas, nie pokazując emocji.
     - Przybywamy z dalekiego wschodu - uzupełniłem, tłumacząc tym samym że z tymi terenami nie mamy za wiele wspólnego.
     - Mówią na mnie Shin, a to mój brat, Aku. - Jum wskazał na mnie dłonią, a ja skinąłem lekko głową, przytakując mu. Od jakichś dziesięciu lat używamy tych imion, więc stały się dla nas niczym te prawdziwe.
     - Malik - przedstawił się felin, wymieniając z nami uściski dłoni.
    Spojrzałem na Jumona, a ten jakby czytając mi w myślach, niemal niezauważalnie skinął głową.
   - Jeśli chcesz, to możemy Ci pomóc znaleźć tego twojego smoka - powiedziałem, ponownie wsuwając ręce do kieszeni płaszcza i odchylając głowę. Może dzięki temu uda nam się sprawdzić, czy nasze przypuszczenia są słuszne?

<Malik? Jaka decyzja?>