Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisbeth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisbeth. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 maja 2016

Od Lisbeth - Dzieci lasu

Ognisko wydało z siebie zdławiony trzask, kiedy do płomieni dorzucono kawałki drewna, tym samym podtrzymując je przy życiu. Pomarańczowe, czerwone i żółtawe ogniki początkowo rozbiegły się w nagłym przerażeniu, po czym znów postanowiły kontynuować swój chaotyczny taniec. Źródło światła co chwila wyrzucało z siebie niewielkie iskierki, które gasły w mroku nocy tak szybko, jak się w nim pojawiły.
Na takim właśnie tle cichły kończone rozmowy i rozpoczynały się kolejne wymiany zdań, którym nie przeszkodziła ani późna pora, ani nawet pojawienie się obcego kota… a właściwie to (jak się później okazało) kotołaka, choć dziewczyna poznałaby stwora nawet, gdyby nie ujawniał kolejnej ze swych form. Wszystko dzięki tak zwanemu zmysłowi Obecności, który, o ile u ludzi nie był wykształcony, bądź był, ale na tyle słabo, że uśpione instynkty nie były w stanie odpowiednio zareagować we właściwym momencie, tak u potworów działał zawsze, choć efekty jego funkcjonowania i trafność w identyfikacji potworów zależała w dużej mierze nie tylko od genów właściciela, ale także od umiejętności i stylu życia. Lisbeth, jako jedna z Zarażonych, na dodatek posiadająca w swych żyłach krew wielu bestii, odbierała Obecność na różne sposoby. Raz zmysły dawały jej wyraźne znaki, kiedy indziej, niby bawiąc się w bajarza, opowiadającego dziewczynie zagadki, nie ujawniały niczyjej tożsamości, a jedynie dawały niejasne podpowiedzi i w dość ogólny sposób określały gatunek danego stworzenia. Aczkolwiek w przypadku Salander, rozpoznawanie potworów, niezależnie od kaprysu Obecności, ułatwiała jej jeszcze jedna rzecz. Dar, do którego podrzędne istoty nigdy nie miały dostępu. Nie miały nawet pojęcia o jego istnieniu, gdyż pomniejsze bestie z natury nie grzeszyły inteligencją. Owym darem była oczywiście wiedza, która poza magicznymi talizmanami i osikowymi kołkami, stanowiła jedyną dla ludzi broń przeciwko zagrożeniu, choć tylko pośrednio przyczyniała się do jego zdławienia. Mimo wszystko, znajomość nawet niewielkich fragmentów obszernego bestiariusza była rzeczą cenną, a przynajmniej nikomu jeszcze nie zagroziła.
-Z pijanym żeglarzem, co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- dopiero ciche nucenie piratki, majstrującej przy śpiącym, zakapturzonym mężczyźnie uświadomiło Lisbeth, że nawet nie zdążyła spostrzec, kiedy zasnęła, oparta o jedno z rozłożystych drzew, które, niczym naturalne nieprzebite mury, otaczały Hidden. Zupełnie, jakby ten nieprzebyty gąszcz zacięcie chronił wiernych mu mieszkańców, niczym własne, zagubione dzieci, które po wielu latach odnalazły powrotną drogę do domu…
Squall, najwyraźniej poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie burzowych oczu, podniosła wzrok na dziewczynę z bandanką, po czym puściła w jej stronę oczko, przykładając wyprostowany palec wskazujący do ust. Salander jeszcze tylko chwilę przyglądała się zakapturzonej dziewczynie i śpiącemu mężczyźnie, zastanawiając się, któremu z nich bardziej się dostanie. Czy ofiarą okaże się drzemiący, niczego nieświadomy chłopak, czy może jednak kobieta, kiedy to jej potencjalna ofiara obudzi się, odkrywając rano jakiemu to podłemu kawałowi padła… Aż strach było pomyśleć, które z tej dwójki odniesie większe korzyści z tej dziwnej (jak już Lisbeth zdążyła się domyśleć, przysłuchując się ich wcześniejszej rozmowie przy ognisku) znajomości.
Lis ledwie przeszła taka myśl przez głowę, a już sprawiła, że kobieta uśmiechnęła się odrobinę pod bandanką. Następnie wzruszyła ramionami, obiecując w ten sposób piratce, że nikomu nie powie o czymkolwiek, co miało tutaj zajść, ani nie zbudzi śpiącego mężczyzny. Dobiwszy takiego targu, Salander zdecydowała się ponownie wrócić do snu, szczelniej okrywając się narzuconym płaszczem.

***

Dziewczynę zbudził ze snu hałas, rozbrzmiewający gdzieś w oddali. Właściwie to dotarł do niej jeszcze zanim zdążyła się całkowicie rozbudzić, a kiedy już podniosła się z ziemi, owy dźwięk rozbrzmiewał znacznie wyraźniej. Był jednak dość… niespotykany. Nie, „niespotykany” to może złe określenie, bowiem niektórzy byli w stanie usłyszeć ten odgłos, rzadziej lub częściej, jednak z całą pewnością było to możliwe. Myślę, że określenie dźwięku słowem „dziwny” byłoby znacznie trafniejsze.
Bowiem owy hałas nie przypominał krzyku, odgłosów kroków, czy też walki. Nie było to również wzajemne nawoływanie się zwierząt, ani nic, co chociaż odrobinę mogłoby przypominać dźwięk wydawany przez jakiekolwiek żywe stworzenie. Zaraz okazało się, że owy odgłos wcale nie dobiegał z oddali, jego źródło znajdowało się bardzo blisko dziewczyny…
Dopiero kilka chwil później do Lisbeth dotarło, że była to Obecność.
Ciężko było zatem mówić o czymś tak prostym i powszechnym jak hałas. Obecność bowiem rozbrzmiewała w głowie i choć w osobliwy sposób dało się ją usłyszeć, nie była dźwiękiem. Bliżej jej było do impulsu, albo szóstego zmysłu. Potrafiła mówić i przekazywać przeróżne informacje, nie używając przy tym słów, ani wizji. Obecność, jaka rozbrzmiewała w głowie Gotki była wyraźnym ostrzeżeniem. Czymś, czego dziewczyna nie czuła od dłuższego czasu, możliwe, że nawet kilku miesięcy, jednak mimo upływu tylu tygodni na pewno nie byłaby w stanie pomylić tego odczucia z żadnym innym.
Kiedy podnosiła się z ziemi, dookoła niej panował półmrok. Rozejrzała się przelotnie, jednak to w zupełności wystarczyło, by dostrzec brak zakapturzonego mężczyzny i piratki. Gdy zdecydowała się udać w głąb lasu, dostrzegła, że wśród towarzyszy brakuje jeszcze jednego, może dwóch, jednak nie był to odpowiedni moment na zastanawianie się kto, gdzie, ani po co oddalił się od ogniska. Teraz musiała się skupić na tym, co w jej mniemaniu było najważniejsze, a więc na odgadnięciu co mówi jej Obecność, jakim językiem tym razem do niej przemawia. Skoro instynkt sugerował dziewczynie, że gdzieś czai się jakieś niebezpieczeństwo, musiała coś z tym zrobić. Całe szczęście, Lisbeth nie należała do grona osób, które najpierw robiły, a dopiero później myślały, dlatego priorytetem stało się odnalezienie istoty, przed którą została ostrzeżona. A potem… cóż, kwestia bliższej przyszłości pozostała do uzgodnienia.
Z takimi niepewnymi myślami, Gotka zagłębiła się w szumiący las, pośpiesznie zakładając na głowę stary kapelusz. Wszędzie wokół było szaro, a przynajmniej takie odczuwała wrażenie. Jedynie po ogarniających las odcieniach szarości, prześlizgujących się między poszczególnymi elementami przyrody, była w stanie stwierdzić, że miała jeszcze niecałą godzinę, nim na horyzoncie ukaże się słońce.

***

On również to czuł.
Znajdujący się niecałe dwadzieścia minut drogi od Hidden miał zamiar polować z resztą stada, jednak plan ten uniemożliwił mu zew, wdzierający się niczym złodziej do jego głowy. Wyraźnie czuł cudzą Obecność i to nie jedną, choć tylko pojedyncza zbliżała się ku niemu. Może gdyby byłoby mu bliżej do człowieka, zareagowałby zupełnie inaczej, jak również w zupełnie inny sposób odebrałby dotyk Obecności. Bowiem, podczas gdy była Łowczyni wędrowała spokojnie przez las, współpracując z Obecnością i kierując się jej wskazówkami, gdzieś dalej po ciele pewnego wilkołaka przechodziły paskudne dreszcze. Stwór, nie panując nad doznanym bólem, złapał się pazurami za owłosiony łeb, jęcząc, niemalże jak w agonii. Jemu również instynkt podpowiadał „zagrożenie”, choć w zdecydowanie bardziej brutalny i uproszczony sposób. Niestety, w ten jedyny, jaki jest w stanie zrozumieć zdziczała bestia.
Wilkołak zawył żałośnie, zwracając na siebie uwagę reszty stada. Jakaś suka podniosła się z trawy i niepewnie zbliżyła ku niemu. Przymilnie położyła mu pysk na kolanach, a jej spokojne ślepia odrobinę uspokoiły stwora, choć odczuwana przez niego Obecność znajdowała się już zdecydowanie bliżej. On zaś w przypływie szaleństwa, które co chwila to rosło, to malało w jego głowie, nie był w stanie jasno myśleć. Nie, „myśleć” nie jest w tym wypadku najlepiej dobranym słowem, gdyż, choć owa istota kiedyś była człowiekiem, teraz stała się bestią. Nie była to nawet wina ugryzienia, jakiego doznał kilkanaście lat temu, kiedy to, jeszcze jako młodzian, natknął się na potwora, którym dziś był on sam. Gdyby tylko otrzymał wtedy wsparcie… gdyby tylko nie został wypędzony z wioski, gdyby nie bał się poprosić o pomoc, gdyby w przypływie strachu nie odrzucił ludzi, gdyby tylko nie zaszył się w dziczy, pozwalając wewnętrznej bestii przejąć kontrolę nad jego ciałem i umysłem… wtedy mogłoby być inaczej. Niestety, teraz już było za późno, ta świadomość docierała do malutkiej części jego dawnego, umierającego „ja”. Rozpoznała go znacznie wcześniej, niż on rozpoznał ją, choć dzikie, żółte ślepia, ukryte wśród nieprzebytych zarośli, jako pierwsze dostrzegły dziewczynę, kiedy ta poruszała się wśród leśnych drzew. Chociaż bestia w każdej chwili była gotowa wyskoczyć z krzaków i rzucić się na ofiarę, wciąż czekała w ukryciu. Nie wiedzieć czemu, wilkołak wolał najpierw dobrze przyjrzeć się nieznajomej, nim zaatakuje w ślepej furii. Tak rozkazały mu instynkty.
Kobieta z czerwoną bandanką odwróciła się gwałtownie w kierunku wskazanym przez Obecność, znajdując się nagle w niebezpiecznie małej odległości od stwora. Teraz, kiedy ich spojrzenia się spotkały- ciężki wzrok burzowych oczu i dzikie, pierwotne ślepia- dziewczyna nie miała już żadnych wątpliwości co do tego, że istota, którą miała przed sobą straciła wszelkie kontakty z człowieczeństwem.
Wilkołak rzucił się na nią, kiedy tylko dostrzegł błysk broni w dłoni zamaskowanej dziewczyny. Nie miał pojęcia kim była, bo chociaż w gruncie rzeczy wyglądała jak człowiek, poruszała się zdecydowanie szybciej i sprawniej. W dodatku było w niej coś równie dzikiego, choć różnica między Lisbeth a wilkołakiem była taka, że w jej przypadku owa dzikość została oswojona, dało się z nią współpracować. Ale czy dzikość rzeczywiście da się oswoić? Tego nie wiedział. Nie wiedział i nie myślał nad tym. Tak podpowiadały mu zwierzęce instynkty, a przecież one nigdy się nie myliły.
Kobieta miała wrażenie, jakby atakował ją zwykły zwierz, a nie istota, taka jak ona i wiele innych, w których towarzystwie spędziła ostatni dzień. Odskoczyła w bok, unikając ciosu potężnych kłów i pazurów, a następnie, czekając aż wilkołak znajdzie się w odpowiedniej odległości, wbiła mu ostrze głęboko pod skórę.
Bestia zawyła. Szarpała się chaotycznie, z dzikością większą od wściekłego wilka, bezskutecznie próbując oswobodzić się z uścisku broni. Gdyby to był zwykły sztylet, wilkołak wyrwałby się z dziecinną łatwością, bez problemu zdolny do zaatakowania przeciwnika. Jednak ostrze, trzymane w dłoni Gotki nie było zwykłą bronią, o nie. Rzucona na nie urok wieki temu, przez co posiadało moc cofającą Przemianę. Zostało stworzone przez pewnego Łowcę w celu pozbycia się Lisbeth, która, o ironio, stała się właścicielką owej broni, choć to już inna historia. Ważne jest jednak to, że twórca sztyletu popełnił pewien błąd, bowiem urok działał tylko na stwory, które całkowicie straciły swe człowieczeństwo. Właśnie dlatego nie zadziałałby na Lisbeth. Właśnie dlatego była w stanie użyć go przeciwko wilkołakowi.
Zwierzę zawyło po raz kolejny, jednak tym razem już nie próbowało atakować. Mówimy, że bestia „zmieniła się” w człowieka, jednak za tym jednym słowem kryje się przecież cały proces, w którym to sierść i ogon stopniowo zanikają, uszy robią się mniej szpiczaste, kły tracą wyraźny kształt trójkątów, a pazury zostają zastąpione przez ludzkie paznokcie. Mimo wszystko, stwór pozostał stworem. To, co przez tyle lat Przemiana zrobiła z nim samym, sprawiło, że po ludzkich odruchach nie pozostało już w nim ani śladu.
Podniósł się, bezskutecznie usiłując stanąć na dwóch nogach. Z szeroko rozdziawioną gębą i wywalonym na wierzch językiem, zaczął głupkowato patrzeć się przed siebie. Jego wzrok co chwila omijał Lisbeth, jednak kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, dziewczyna miała wrażenie, że z oczu wilkołaka wyziera tęsknota. Tęsknota za utraconym człowieczeństwem, a teraz również i życiem. Było to jednak tylko chwilowe, albowiem potwór znów zaczął rozglądać się tępo dookoła. Nagi i brudny cuchnął tak okropnie, że Lisbeth straciła do niego resztki współczucia. Najgorsze były jednak jego oczy- wytrzeszczone, czarne jak studnie gałki, rozbiegane na wszystkie strony znów były pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. To było już samo dno zezwierzęcenia.
- To przykre.- mruknęła do siebie, sięgając po dłuższy nóż.- Ludzie są tak zadufani w sobie, a potrafią upaść niżej niż zabłąkane kundle.
Wilkołak spojrzał się na nią. Słuchał tego, co mówiła, choć nie rozumiał już ani słowa. Zdania miały zbyt wiele sylab. Potwór nawet nie zareagował, kiedy dziewczyna zadała mu śmiertelny cios. Nie próbował się bronić, nie miał zamiaru uciekać. Jedyne co zrobił, to upadł na ziemię, a Lisbeth po chwili przestała czuć od niego nawet najsłabszą Obecność.
- To brat…- nieświadomie wypowiedziała słowa na głos, a ta myśl wydała się jej trochę przygnębiająca.- Conquiescat in pace.- dodała, lecz już nie patrzyła na martwą bestię. Oddaliła się od ciała najdalej, jak tylko było to możliwe.
Wreszcie do niej dotarło przed czym ostrzegała ją Obecność. Wilkołak zachowywał się jak dzikie zwierze i nie stanowił dla niej wielkiego zagrożenia. Owszem, gdyby nie zdziczał, mogłaby sobie z nim nie poradzić, ale pod taką postacią… stało się to, co stać się miało. Dziewczynie przeszła przez głowę myśl, że zagrożenie, o jakim mówiła jej Obecność, nie tyczyło się ani jej życia, ani życia kogokolwiek z Hidden. Ona mówiła o wilkołaku. O tym, jakie zagrożenie sam dla siebie stanowił. Czy w takim razie… rozbrzmiała w głowie Lisbeth, prosząc kobietę o pomoc i skrócenie życia bestii, która i tak już powoli umierała? To było bardzo prawdopodobne.
Pochłonięta własnymi myślami, dziewczyna nawet nie spostrzegła, kiedy to jej samotny powrót do Hidden przestał już być taki znowu „samotny”.
- Masz ręce we krwi.- usłyszała spokojny głos, rozbrzmiewający tuż obok. Jednak zamiast rozglądać się za znajomą postacią, Salander wyciągnęła z kieszeni chustkę, przykładając ją do oblepionych palców. Właściwie to zdołała jedynie wyczyścić dłonie, większym problemem stanowiły rękawy płaszcza, jednak nimi będzie mogła zająć się dopiero wtedy, gdy znajdzie jakiś strumień.
- I po kłopocie.- odparła po chwili, pokazując już czyste dłonie w stronę, z której dobiegał głos.

Ktoś chce dokończyć? Jak nadrabiamy, to nadrabiamy :P

środa, 11 listopada 2015

Od Lisbeth c.d. Phester’a - Tam, gdzie wschodzi słońce…

Dziewczyna delikatnie zmrużyła oczy, zupełnie jakby chciała uchronić je przed promieniami wschodzącego słońca. Choć, tym razem to nie ono kuło ją w oczy. Lis zawsze wykonywała tę czynność, gdy nie była czegoś pewna, lub chciała przejrzeć ludzi na wylot… albo i nie-ludzi, tak jak w tym wypadku. Mrużyła oczy i taksowała obcych szybkim spojrzeniem, od góry do dołu, jakby dzięki temu miała dowiedzieć się o nich absolutnie wszystkiego. Nie żeby ta czynność faktycznie jej coś dawała, ale niektórych nawyków po prostu ciężko jest się pozbyć. Nawet jeśli miało się na to dobre sto lat i dostanie się jeszcze wiele kolejnych wieków.
Zastanowiła się chwilkę nad odpowiedzią, ale niezbyt długo, by grupa nie musiała specjalnie na nią czekać. Z jednej strony właściwie w ogóle ich nie znała. Ale tak naprawdę to od wielu dekad nie znała na tym świecie już nikogo. Wszystko skończyło się dobre pięćdziesiąt lat temu, kiedy starszy brat postanowił opuścić ten świat. Choć już wtedy był wiekowy (a przynajmniej jak na czasy średniowiecza…) i bardzo rzadko się z nim widywała. Właściwie to wszystkich przyjaciół, jeśli kiedykolwiek mogła nazwać tak pozostałych Łowców straciła ponad wiek temu. Z drugiej strony było w tej bandzie coś wyjątkowego, czego nie spotykała u innych istot. Co to było? Nie miała pojęcia, a przynajmniej jeszcze nie. Ale przecież mogła się tego dowiedzieć, wystarczyło jeden gest, jedno słowo.
„Na wschód, co?”- pomyślała i uśmiechnęła się odrobinę, choć przez chustę, zasłaniającą jej pół twarzy nie można było tego dostrzec.- „Zapowiada się ciekawie. Czemu nie?”
W odpowiedzi wzruszyła odrobinę ramionami, po czym skinęła głową.
-Dobrze.- dodała krótko, na wypadek gdyby jej wcześniejsze gesty nie były dość jasne.
Pozostali członkowie grupy też najwyraźniej nie mieli zamiaru rezygnować z podróży na wschód. Każde z nich ruszyło więc z powrotem przed siebie. Prowadzili swoje wierzchowce przez las, depcząc tym samym własną ścieżkę wśród drzew, krzaków, czy też innych gęstych zarośli. Jedno było pewne, ta droga na pewno nie nadawała się na podróż. A już na pewno nie na dłuższą wyprawę, która wymagała przeprowadzania koni. Lisbeth szła tędy zaledwie wcześniejszej nocy, wiedziała więc doskonale, że przez dobre pół godziny szlak będzie robić się coraz gęstszy, węższy i trudniejszy do przejścia. Wiedziała jednak, że po tych kilkudziesięciu minutach męki, trafią na otwartą przestrzeń. I choć nie był to całkowicie odsłonięty teren to nadawał się do jazdy konnej. Ona nie miała wierzchowca, ale nie potrzebowała żadnego transportu. Na własnych nogach też da radę, a na początku wędrówki będzie to nawet znacznym ułatwieniem.
Nie musiała się pakować, bo nigdy nic ze sobą nie miała. A przynajmniej nie były to drobiazgi na tyle duże, by nie zmieściły się do kieszeni płaszcza. Najważniejsza była chusta, noże i kapelusz. Jeśli miała wszystko przy sobie, mogła wyruszyć w każdej chwili. Choć jakby się tak nad tym zastanowić to brakowało jeszcze jednej rzeczy… tym jednak mogła pomartwić się później.
-No i wszystko pięknie!- zauważyła jedna dziewczyna, kiedy kompania znów ruszyła w drogę. Ta sama, która wcześniej ochrzciła Lis „badziewiem”, choć kobieta nie czuła żadnej urazy. Raczej rozbawienie, nawet jeśli tego nie okazywała.
Gotka ruszyła za pozostałymi, trzymając się trochę z tyłu. Obserwowała każdego z nieznajomych, próbując dowiedzieć się chociaż tego z kim ma do czynienia. O dziwo, pierwsza rzuciła jej się w oczy niska, jeżeli nawet nie najniższa dziewczyna z grupy. Wyglądała jak… zwykła, ludzka kobieta, choć było w niej również coś nie-ludzkiego. Salander zbyt dużo czasu poświeciła na tropieniu i rozpoznawaniu wszelkich istot, by nie wiedzieć, że owa długowłosa nieznajoma może wcale nie być człowiekiem. Elegancka, koronkowa odzież sprawiała, że wyglądała bardzo poważnie, choć Lisbeth nigdy nie oceniała ludzi po wyglądzie. Zaraz obok niej swego konia prowadziła białowłosa dziewczynka. Szpiczaste uszy wyraźnie mówiły Gotce, że ma do czynienia z Elfką, do tego nie trzeba być żadnym ekspertem. Zaraz przed nią szła pewna dwójka, która wpadła na nią, gdy zmuszała się do wstawania. Brązowowłosą zdążyła już poznać i kilka zdań z nią zamienić. Co do jej „rasy” to… kobieta miała elfią urodę, która była naprawdę łatwo rozpoznawalna. Nie była jednak Elfką, tego Lisbeth była pewna. A zatem byli tutaj tacy mieszańcy jak ona? Dobrze wiedzieć. To nawet miła odmiana choć raz w życiu spotkać kogoś, kto nie jest pełnej krwi. Mężczyzna, który wędrował i kłócić się z krótkowłosą kobietą miał zasłoniętą twarz zielonym kapturem, więc ciężko było cokolwiek dostrzec. Choć Gotka nie wyczuła w nim niczego obcego… najprawdopodobniej był zwykłym człowiekiem. Człowiekiem, którym niegdyś była i ona.
Dziewczyna skrzywiła się odrobinę. Poczuła ukłucie zazdrości, które opuściło ją tak szybko, jak się w niej zrodziło.
Wśród nich była jeszcze jedna postać, choć przyznam, że rozszyfrowanie go stanowiło dla byłej Łowczyni niełatwą zagadkę. A przecież w swoim fachu nauczyła się rozpoznawać każdego, nawet najdziwniejsze mieszanki… choć ten tutaj stanowił naprawdę wielkie wyzwanie. Może to przez jego tajemniczą aurę, która przez cały czas otaczała mężczyznę?
„No i przez to, że nie widać nawet milimetra jego twarzy.”- pomyślała.
No dobra, rozumiała, że nie każdy musi pokazywać całą twarz, zwłaszcza, że sama należała do wielbicieli chustek i kapturów. Ale na co komu taka wielka maska?! Z ptasim dziobem?! W dodatku mężczyźnie towarzyszyły dwa kruki, które albo latały gdzieś w pobliżu, albo przysiadywały na jego ramieniu.
„Wyglądają jak trzyosobowe stado.”- uznała ironicznie.
Najdziwniejsze było to, że im dłużej zdawała sobie sprawę z tego, iż jest wśród nich ktoś tak skryty i tajemniczy… w dodatku przez tą maskę nie potrafiła określić jego rasy, tym bardziej chciała mu ją zabrać. W końcu, po tych kilkudziesięciu minutach marszu i przepychania się przez gęstwinę roślin, udało im się wydostać z tej plątaniny gałęzi. I choć dalej znajdowali się w lesie, to te tereny nadawały się do jazdy konnej. Dlatego też kompanii (co poniektórzy nawet z ulgą) dosiedli swych wierzchowców. Właściwie to jedyna Lis nie miała swego rumaka, choć od początku uznała, że poradzi sobie bez transportu.
-Nie masz konia?- zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie. Lisbeth odwróciła się i ujrzała młodą, białowłosą Elfkę. Dziewczyna trzymała wodze swego wierzchowca w jednej dłoni, drugą głaskała go po szyi.- Jak chcesz, to możemy pojechać razem, jakoś się zmieścimy.
Gotka uśmiechnęła się z wdzięcznością, choć przez chustkę nie było tego widać.
-Jak ci na imię?
-Mild.
-A więc Mild, dziękuję za propozycję. Ale chyba jakoś dam radę.- Elfka najwyraźniej nie była przekonana, gdyż przyjrzała się nieznajomej, unosząc lekko jedną brew.
-Będziemy jechać przez jakiś czas.- ten głos już nie należał do białowłosej. Był to głos mężczyzny, a Lis już wcześniej go słyszała. Za nią stał ten sam tajemniczy „ktoś”, dosiadający już swego konia.
-Pobiegnę obok.- zauważyła, jakby była to rzecz zupełnie normalna. Właściwie to nadludzka szybkość była jedyną zaletą, jaką otrzymała po swej „mutacji” dekady temu, choć nigdy jeszcze nie musiała biec za końmi.
-Zobaczymy.- ton w jakim to wypowiedział był spokojny, zimny i zdawałoby się nawet, że zupełnie obojętny. Może to było skrzywienie zawodowe, lub fakt, że Lisbeth rzadko kiedy rozmawiała z kimkolwiek, ale wyczuła w nim coś na kształt wyzwania. Choć równie dobrze to mogło być tylko złudzenie.
Kiedy kompania ruszyła, Gotka pobiegła za nimi. Właściwie to na początku, kiedy wierzchowce ruszyły stępa nie musiała się wysilać. Kłus tez nie stanowił żadnego problemu, bo choć musiała już biec, to nie bardzo szybko. Właściwie to przez większość czasu kompania poruszała się żwawym kłusem. Tylko jeden koń ruszył galopem… Gdy Lis zerknęła na wałacha, dostrzegła, że jego jeźdźcem jest nikt inny, jak zamaskowany mężczyzna. Nie miała pojęcia po co wybiegł na przód, choć odniosła dziwne wrażenie, że jest poddawana próbie. Cóż, skoro tak, to nie miała najmniejszego zamiaru się cofnąć.
Ruszyła przed siebie, zostawiając kłusujące towarzystwo. Po jakimś czasie dogoniła galopującego wałacha tak, że teraz biegła z nim na równi. Przez chwile przyszła jej do głowy myśl, by wyprzedzić wierzchowca… nie, wtedy pokazałaby na co ją stać. Poza tym za szybko by się zmęczyła. W końcu jednak i tak musiała przyspieszyć, gdyż zamaskowany mężczyzna pogonił swego konia. To jeszcze nie był cwał, ale daleko było temu do galopu… Mimo to biegła. Nie zatrzymała się, nie myślała nawet o zwolnieniu, choć wszystkie mięśnie bolały ją jak nigdy. Zerknęła w bok i posłała obcemu pełne nienawiści spojrzenie, ale ten nawet nie myślał by się zatrzymać. Dziewczyna wymieniła w myśli kilka przekleństw, które najlepiej pasowały do sytuacji i zwolniła biegu. Zdyszana dotruchtała do nieznajomego, który zatrzymał konia, najwyraźniej czekając na pozostałych.
-A mówiłaś, że dasz radę.- zauważył, znów tym zimnym i opanowanym głosem, który nie wyrażał żadnych emocji.
Lisbeth zaklęła najciszej jak było to możliwe i spiorunowała mężczyznę spojrzeniem, mroźniejszym niż najbardziej sroga zima.
-Zrobiłeś. To. Specjalnie.- wycedziła przez usta. Niestety, przez to, że dalej dyszała i próbowała złapać oddech, dało to mało groźny efekt.
-Zupełnie nie wiem o czym mówisz.- nieznajomy dalej utrzymywał przy swoim. Najgorsze było jednak to, że przez opanowany ton głosu ciężko było się z nim spierać.
„Jasne, bujać to my, nie nas.”
Dziewczyna zacisnęła pięść, choć zaraz zrobiła chyba najmniej oczekiwaną i, możliwe że najmniej odpowiednią rzecz. Zaczęła się śmiać, choć sama do końca nie wiedziała dlaczego. Zaraz jednak się opanowała. Usłyszała za sobą stukot kopyt, co świadczyło, że pozostali już do nich dotarli. Lisbeth wycelowała palcem wskazującym w mężczyznę z maską i, jakby nigdy nic odparła, dysząc jeszcze trochę ze zmęczenia:
-Świat jest stuknięty.- i tyle. Nic więcej. Tego typu zakończenia rozmów były jak najbardziej w jej stylu, zwłaszcza, gdy nie wiedziała co powiedzieć.
Jeszcze zmachana po, zaskakującym krótkim biegu (co jest dowodem, że „moc” jaką otrzymała, jeśli można tak ją nazwać, owszem daje jej szybkość, jednak zabiera wytrzymałość… aczkolwiek bieg za galopującym koniem bywa męczący) podeszła do karego konia, którego dosiadała młoda, białowłosa Elfka. Kaszląc i z trudem łapiąc oddech, spojrzała się w górę i zapytała:
-Czy ta propozycja podwózki… dalej jest aktualna?

Mild? Phester? A może ktoś inny...?

wtorek, 3 listopada 2015

Od Lisbeth- Upiór

Świat spowiła głęboka czerń. Na granatowym, nocnym niebie zaczęły pojawiać się pierwsze, jasne lecz zimne promienie gwiazd. Jeszcze zaledwie kilka godzin temu nieboskłon przybrał barwę zachodzącego słońca. Na górze dominowały wszelkie odcienie ognistej czerwieni, mieszających się z głębokim fioletem i różem. Teraz świat, który jeszcze tak niedawno spowijały ciepłe kolory, dające sercu i duszy ukojenie, pomagające znaleźć umysłowi spokój, zniknęły bez śladu, zdawałoby się nawet, że nieodwołalnie.
Świat spowiła mgła. Gęsta, mleczna zasłona, nadająca nocnemu krajobrazowi tajemniczy klimat. Tamtej nocy na niebie świeciły tylko nieliczne gwiazdy- księżyc przysłoniły szare, burzowe chmury. Zbierało się na deszcz.
Na ziemi dało się usłyszeć chlupot pierwszych kropli. Z początku spadały one rzadko, od razu wysychając lub wsiąkając w ziemię. Zaledwie kilkanaście minut później mała i niegroźna mżawka przekształciła się w ulewę. Ludzie uciekli z dworu, do swej gospody lub pobliskiego baru, by móc spokojnie przeczekać burzę w towarzystwie swego najlepszego przyjaciela- pełnego kufla. W ciągu zaledwie dwudziestu minut obszar wesołej, tętniącej życiem wioski zmienił się w odludzie… opustoszałą mieścinę, w której nie było słychać oznak życia nawet pojedynczej osoby. Hałas, dobiegający z karczmy został zagłuszony przez głośne i bezlitosne uderzenia setek kropli o ziemię, dachy, płoty… Nawet psy nie szczekały, kiedy to dostrzegły przechodzącego obok nieznajomego.
Z całej tej mrocznej aury, wśród domów i zagród, dało się dostrzec drobną postać. Kroczyła pewnym, lecz ostrożnym krokiem, a jej obecność zdawałaby się nawet niedostrzegalna. Zwłaszcza przez mieszkańców owej wioski, którzy już dawno temu schowali się w swych chatach.
Obca zdawała się wyłonić z tej mieszaniny mlecznej mgły, zamętu silnego wiatru i deszczu. Spowijał ją mrok, choć był on trochę inny od czerni, w jakiej kąpały się zimne gwiazdy na niebie. Było w niej coś tajemniczego. Nieznajoma postać miała w sobie jakąś dziwną cechę, czy też mieszankę wielu cech, przez które nikt nigdy nie mógł być jej pewien. Przedstawić swoje imię, czy może lepiej poczekać, aż ona poda swoje? Zaufać, czy lepiej nie? Poprosić o pomoc, czy może lepiej udawać, że nic się nie stało? Ale ona przecież zabija potwory! Może nam pomóc! Tak, owszem… zabija. Lecz jednocześnie sama jest potworem. Kimś, kogo ani ruchów, ani zachowań nigdy nie można przewidzieć. Nie da się jej niczym zaskoczyć, nie da się jej pokonać… tak w każdym bądź razie uważali wieśniacy.
W rzeczywistości kobieta, która spacerowała przez wioskę, w tę deszczową, pochmurną noc wcale nie była taka straszna, za jaką ją mieli. Owszem, zdarzało jej się wyglądać jak ponurak, czy gbur. Tak, faktycznie czasem niepotrzebnie była aż zbyt sarkastyczna w stosunku do innych i niepotrzebnie spławiała gapiów, którzy w rzeczywistości mogli okazać się dobrymi i przydatnymi kompanami, podczas tej niekończącej się podróży. Każdy ma swoje gorsze dni… no dobra, może grożenie kobiecie z dziećmi, lub celowanie w tamtego mężczyznę nożem też nie było najlepszym pomysłem, choć naprawdę ją denerwował, a w jej mniemaniu przestraszenie kogoś w taki sposób wcale nie było niewłaściwe.
Drobna postać zaklęła cicho i wcale nie tak delikatnie, gdy woda doszczętnie przemoczyła jej długie, skórzane buty. Nieznajoma odziana była w czarny, odrobinę przyduży płaszcz. Miała na sobie ciemne spodnie i koszulę tego samego koloru. Jedyną barwną rzeczą, jaka od razu rzucała się w oczy była szkarłatna chusta, która zakrywała niemalże połowę jej bladej twarzy. To właśnie przez nią tak wielu ludzi jej nie ufało… przez chustę, oraz przez jej burzowe, dzikie oczy. I to dziwne spojrzenie, które niemalże przewiercało ludzi na wylot.
Ale omijano ją szerokim łukiem również z innego powodu.
Choć kobieta na pierwszy rzut oka wyglądała jak człowiek, to po jakimś czasie dało się dostrzec, że było w niej coś nieczłowieczego. Zbyt blada cera, trochę szpiczaste uszy, ostre, białe kły również nie były do końca normalne, a przynajmniej nie u ludzi. Zamiast krwi, z jej ran wypływał czarny szlam. No i jeszcze te oczy… Było w nich coś nieludzkiego, coś dzikiego i jakby pierwotnego. Krążyły pogłoski, słuszne z resztą, że owa nieznajoma jest potworem. Kiedyś była zwykłą dziewczyną, lecz po spotkaniu z bestią i jej tragicznym wypadku przestała już należeć do tej części świata.
Miała swoje grosze dni, jak każdy. Może czasem odbijało jej trochę za bardzo, fakt. Z natury nie była bardzo niebezpieczna, ale zdarzało jej się zachowywać zbyt agresywnie w stosunku do innych, prowokować do bójek. Ciężko jednak być całkowicie spokojnym, gdy ludzie oblewają cię święconą wodą, próbują nabić na widły, spalić, lub oddać w ręce kościoła. Bo choć Lisbeth Salander za wcześniejszego życia była Łowczynią i dalej, nawet po swym wypadku nie przestała zabijać potworów, które stanowiły zagrożenie dla ludzi… cóż, nikt do tej pory nie myślał by w jakiś sposób się jej odwdzięczyć. No chyba, że próba wbicia kołka w serce jest tutejszą formą podzięki. Jeśli tak, powinna szybko stąd znikać. Najlepiej podczas ulewy, kiedy wieśniacy siedzą w swych domach. Razem z widłami i jeszcze nie zapalonymi pochodniami…
Szczerze, to czasem nachodziła ją myśl, by rzucić to wszystko w diabli. Kiedyś za to co robiła traktowano ją z szacunkiem. A teraz? Teraz była po prostu kolejnym z tych potworów, który „z niewyjaśnionych przyczyn”, jak to mawiali ludzie, zabijał swych groźnych pobratymców. Ratując tym samym wiele istnień. Co dostawała w zamian? Przepustki do kościoła i egzorcystów. Normalnie już dawno rzuciłaby to wszystko w cho*erę. Ale wśród ludzi byli też tacy, którzy doceniali jej starania, poświęcenie. Potrafili do niej podejść i powiedzieć dziękuję. Dla nich warto było się narażać przez te kolejne sto lat.
Do uszu dziewczyny dobiegł jakiś hałas. Obróciła się gwałtownie i ruszyła pędem przed siebie. Uciekała wręcz z nieludzką prędkością. Za nią biegli jacyś ludzie, ludzie z widłami. Czy w niektórych okolicach była aż tak rozpoznawalna?
Gdyby chciała, mogłaby stanąć z nimi do walki. Bo co zrobią jej tacy wieśniacy? Nic, absolutnie nic. Problem polegał jednak na tym, że to ona nie chciała im zrobić krzywdy, nie dzisiaj. Wolała uciec, choć ten jeden raz nie stawać do walki, nie wszczynać bójki.
Uciekła, zostawiając wieśniaków daleko z tyłu. Wtopiła się w mieszankę deszczu, mgły i nocy. Uciekła do lasu…

Resztę nocy spędziła wśród rozłożystych drzew. Zasnęła na ziemi, jak to samotne, zranione zwierze. Przez swoją dziwną mutację nie potrzebowała snu. Potrzebowała jednak odpoczynku i odcięcia się od tego skomplikowanego świata, chociaż na chwilę.
Jasne promienie słońca bezlitośnie raziły i kuły ją w twarz, przypominając, że pora już wstawać.
-A srał się pies.- warknęła, zasłaniając oczy kapeluszem.- Zjeżdżaj mi stąd, idę spać.- słońce miało jednak inne plany i nie przestało świecić. Mało tego! Lisbeth zdawało się, że po tych obelgach zaczęło razić ją jeszcze mocniej.
-Dobra, dobra, już otwieram oczy. Zadowolone?- ale słońce nie odpowiedziało.- Ech, marny z ciebie towarzysz podróży, nie ma co.- Cóż, może i marny, ale przynajmniej przez połowę dnia zawsze był przy niej.
Leżała tak jeszcze chwilę, z zamkniętymi oczami. Wśród rozłożystych drzew, jej ciemne ubranie zdawało się niemalże wtapiać w tło. A ponieważ do snu ściągnęła czerwoną chustę, nie miała na sobie żadnego elementu, który rzucałby się w oczy. Nic więc dziwnego, że ktoś się o nią potknął.
-Cho*era!- odezwał się głos.- Kto rozkłada na środku lasu jakieś badziewia pod nogami?!
„I państwu również dzień dobry”- pomyślała i mała brakowało, a wypowiedziała by te słowa na głos.
-Jak się patrzy pod nogi.- mruknęła, przecierając jeszcze zaspane oczy.- To się po tym „badziewiu” nie depcze.
Nie miała pojęcia kim byli nieznajomi, ile ich było i dlaczego nazwali ją „badziewiem”. Choć z pewnością byli troszkę zaskoczeni, że „to coś” potrafi gadać.

No więc… w końcu musiałam na kogoś wpaść ;p
Kto dokończy?

środa, 28 października 2015

Żaden dzień się nie powtórzy. Nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Imię: Lisbeth (w zasadzie to jej prawdziwe imię to Gwendolyn, jednak dziewczyna nienawidzi go do tego stopnia, że już dawno przestała z niego korzystać)
Nazwisko: Salander
Przydomek: Imię można zdrabniać do Lis lub Beth, choć też nie należy z tym przesadzać. Jeśli chodzi o przydomki to dorobiła się całkiem niezłej kolekcji. Do jej ulubionych należą Gotka, Ścieżka i Sonea.
Rasa: Człowiek… no dobra, może nie do końca. Owszem, Lisbeth kiedyś była ludzką kobietą. Łowczynią demonów, wampirów i innych potworów, które ludzkość uznawała za „złe”. Niestety, przez swoją nieuwagę stała się jednym z nich. I choć dalej utrzymuje, że jest człowiekiem, to co poniektórzy już zaczęli urządzać polowania na kolejnego wampira (choć nazwanie jej tak jest dużym uproszczeniem. Sama do końca nie wie czym tak naprawdę się stała). Tak oto zabójca stał się ofiarą. Ironia losu…
Wiek: Wygląda na 20, choć w rzeczywistości ma około 126 lat. Nie jest jednak do końca przekonana, co do swego wieku. Może być młodsza, może być starsza…
Płeć: kobieta
Stanowisko: Szpieg
Aparycja: To całkiem wysoka dziewczyna, o długich nogach. Jest raczej drobnej budowy, posiada wieczną niedowagę, a jej sylwetce daleko do typowo kobiecej. Choć nie jest umięśniona, to pozory mylą i z pewnością nie można nazwać jej słabeuszem. Większość jej ciała, a zwłaszcza ręce i plecy, wyglądają jak mapa- pokryte są licznymi bliznami, szramami i zadrapaniami. Swoje czarne, krótkie, nierówno przycięte włosy zawsze związuje we względnie przekonujący koński ogon, z którego ucieka ponad połowa pasemek. Jednak aby tego dokonać potrzebuje całego zestawu spinek i wsuwek. W efekcie powstaje nastroszone „coś” z niepasującymi do siebie spinkami, które Lisbeth zawsze chowa pod kapeluszem. Wśród tłumu ludzi stara się nie pokazywać twarzy, dlatego też zasłania ją czerwoną, jak krew chustą. Jednie jej szare, burzowe oczy zawsze czujnie obserwują świat zza szkarłatnego materiału. Najczęściej chodzi w ciemnych spodniach, czarnej koszuli i odrobinę za dużym płaszczu, który (jak większość rzeczy) dostała po bracie.
Zdolności: Przede wszystkim Lisbeth jest bardzo zwinna i wygimnastykowana. Bez trudu wspina się na drzewa, bądź urządza ekstremalne pościgi po dachach budynków. Ludzie często mawiają, że Lisbeth jest jak cień. Przychodzi nie wiadomo kiedy, bez przerwy wędruje za tobą, by w końcu zniknąć bezszelestnie. Tak, że ofiara nigdy nie spostrzeże, czy ktoś za nią idzie i kto będzie jej katem. Szkolenia w dużym stopniu bardzo jej w tym pomagają, choć niedowaga też robi swoje. A jeśli chodzi o broń to nie należy do wielbicielek ciężkich i zbyt długich narzędzi, które tylko „przeszkadzają”. Krótkie miecze, sztylety i noże to jej brożka. Zawsze nosi przy pasie zatrute ostrze, tak na wszelki wypadek. Nigdy się z nim nie rozstaje, choć bardzo rzadko musi po nie sięgać. Ma też bardzo wyczulony węch i słuch. Główną przyczyną tej „mutacji” jest jej problem ze wzrokiem. Nie, nie chodzi o to, że Lisbeth jest ślepa, lub niedowidzi (choć czasem obraz częściowo zamazuje jej się przed oczami). Może oglądać świat, ale tylko w czarno-białej wersji. I wielu, naprawdę wielu odcieniach szarości.
Zainteresowania: Większość jej zainteresowań ściśle wiąże się z pracą, którą kiedyś wykonywała. Nie, nie jest pracoholiczką. Spędziła wiele dni i nocy jeżdżąc konno i do tej pory kocha dosiadać tych stworzeń, zwłaszcza tych wrednych i najbardziej nieprzewidywalnych. Ciekawią ją sny i wszelkie wizje. Sama bardzo rzadko ich doświadcza, lecz odkryła u siebie pewne zamiłowanie do interpretowania wszelkich dziwnych zjawisk, których nie potrafi wyjaśnić nauka. Czytanie starych run, tłumaczenie snów, no i przede wszystkim karty tarota. Nie uważa się za wróżkę, jeśli o to chodzi, po prostu interesuje się tego typu rzeczami. Zna wiele „gatunków” potworów, których nauczyła się dekady temu, kiedy pracowała jeszcze jako Łowczyni. Długodystansowe biegi, wspinaczka, przekradanie się bezszelestnie z balkonu na balkon, godziny pozbawione snu i całonocne czuwania- czy to również zalicza się do zainteresowań?
Charakter: Lisbeth jest raczej typem samotnika. Zdecydowanie lepiej czuje się wędrując samotnie pod osłoną nocy, mając nad sobą rozgwieżdżone niebo, niż z hordą głośnych kompanów u boku. Oczywiście nie jest osobą aspołeczną i zapewne jak każdy, nie wytrzymałaby zbyt długo bez towarzysza (choć ona twierdzi inaczej…), ale ogranicza się do jednej, góra dwóch bliskich osób. Choć nawet tym bliskim bardzo rzadko potrafi zaufać. Nie ma to nic wspólnego z nieśmiałością, bardziej z realistycznym (no, może trochę pesymistycznym) podejściem do życia. Przez dekady spędzone na świecie widziała już nie jedno i nauczyła się naprawdę wielu rzeczy. Dostrzega po prostu zbyt wiele oszust i fałszywości, by móc komuś powierzyć swoje życie, tajemnice, czy cenne rzeczy. Owszem, sama też nie gra uczciwie, jednak nigdy nie oczekiwała od kogokolwiek, że jej zaufa. Z resztą, Lisbeth sama twierdzi, że na miejscu innych osób, ona nigdy by sobie nie zaufała. Ale czemu się tutaj dziwić? Osoba, która ma tak wielki dystans do siebie, jak Gotka, bez problemu opowiada takie rzeczy. W jednym jednak ma rację- bardzo ciężko jest jej zaufać, głównie dlatego, że dziewczynę otacza pewna aura tajemniczości. Ciężko jednak stwierdzić, czy Gotka faktycznie jest taka skryta i tajemnicza, za jaką ją mają. Raczej specjalnie „utworzyła” dookoła siebie taką aurę. Stara się wyglądać groźnie i poważnie, ale w myśli śmieje się z tego, jak ludzie koło niej reagują na błyszczące, zakrwawione ostrze w jej dłoni. Choć na pierwszy rzut oka wygląda jak gbur i ponurak, to bardzo daleko jej do takiego zachowania. Posiada dość specyficzne poczucie humoru, choć niektórych jej swobodne podejście do życia potrafi rozbawić. Bardzo często nazywa siebie „córką sarkazmu i ironii”, o czym wiele osób miało wątpliwą przyjemność się przekonać. Jej odzywki często dostają tytuł „chamskich i nie na miejscu”, lecz mimo to nadal chętnie trzyma przy własnym zdaniu. Bardzo ciężko jest ją czymkolwiek zainteresować. A przynajmniej słuchacz często odnosi takie wrażenie. Niestety, wynika to również z jej dziwnych umiejętności aktorskich, które zwykle bywają sprzeczne. Kiedy ktoś jej o czymś opowiada, Lisbeth udaje wierną i uważną słuchaczkę. Dopiero, gdy coś ją naprawdę zaintryguje, zacznie zgrywać obojętną. Niestety, kiedy ktoś ją zainteresuje potrafi łazić za nim godzinami, dniami, a (w szczególnych przypadkach) nawet i tygodniami. Nie ma to jednak zbyt wiele wspólnego z prześladowaniem… raczej zawracaniem tej osobie głowy. Gotka bardzo ceni sobie wolność i wręcz nienawidzi wykonywać czyichś rozkazów (zwykła je łamać, często zupełnie bez powodu). Jej największą zaletą, ale również i wadą jest szczerość. Potrafi obrazić każdego, z kamienną twarzą, jakby nie widziała w tym niczego złego. Dlatego też w jej towarzystwie lepiej nie liczyć na grzecznościowe odpowiedzi. Choć na taką nie wygląda, to bardzo lubi się śmiać, nawet jeśli ona sama przekształca większość własnych żartów w sarkastyczne wypowiedzi. Jest w tej dziewczynie pewna niezależność. Coś bezkompromisowego i porywczość, która zawsze kolarzy się z młodością. Lisbeth ma naprawdę specyficzną, choć i wyjątkową osobowość, którą tylko niektórzy potrafią dostrzec, a tym bardziej docenić.
Historia: Podczas wojny wiele ras zaczęło walczyć przeciwko sobie. Ludzcy żołnierze, walczyli z armiami elfów, krasnoludy napadały na potężne wojska nieprzyjaciela, a inne stwory, takie jak wampiry, rusałki, czy demony zajmowały się raczej własnym interesem. Potwory, które ludzie często określają jako „złe” nie prowadziły wojen na tak wielką skalę. Wystarczyło im napadanie na okoliczne wsie, niszczenie upraw, zabijanie zwierząt i porywanie dzieci. Jednak nawet z kimś takim trzeba było skutecznie walczyć, nawet jeśli owe stwory nie wyrządziły aż tak wielkich szkód, na skalę państwową. Właśnie po to powołano specjalną organizację, zwaną Łowcami. Była to zamknięta grupa, w której skład wchodziło zaledwie kilka, może kilkanaście osób. Jednak dzięki wieloletnim szkoleniom i wyczerpującym treningom okazali się oni wyjątkowo skuteczni. Tak się składa, że Lisbeth, choć wtedy jeszcze nosiła imię Gwendolyn, należała do owej grupy i cieszyła się tytułem jednej z najlepszych Łowczyń w organizacji. Kiedy zaproponowano jej wstąpienie w te tajemnicze szeregi, miała zaledwie 11 lat. Była jedną z najmłodszych Łowców, jednak zdobywając wiele umiejętności, zyskała również należyty szacunek. Każdy Łowca działał w pojedynkę, a wysyłany był na misje o różnym stopniu trudności. Wszystko zależało od doświadczenia oraz umiejętności Łowcy, a Gwendolyn posiadała naprawdę spore. Od wielu lat wysyłano ją na przeróżne misje, które w wielu wypadkach mogły skończyć się śmiercią. Ale nie dla niej. Osoba, która w tak młodym wieku została poddana wielu treningom, była zdecydowanie lepiej przygotowana niż większość jej starszych towarzyszy.
Niestety, którejś nocy wykazała się zbyt dużą arogancją i nie zdając sobie sprawy z siły przeciwnika, podjęła się zbyt niebezpiecznej misji. Tą bestię ciężko było nawet dopasować do jakiegokolwiek gatunku. Mieszanka wampira, kąsacza, demona i kilku innych, przerażających potworów. Pozostali Łowcy stanowczo odradzali jej tej misji. Tłumaczyli, że jest jeszcze zbyt młoda i za słaba, by skutecznie pozbyć się tamtego dziwadła. Niestety, problem był w tym, że nikt inny nie nadawał się do tego bardziej niż Gwen, a nawet jeśli takowa osoba żyła wśród Łowców, to aktualnie znajdowała się gdzieś daleko, na innej misji.
Gwendolyn miała wtedy równo 20 lat… kto by pomyślał, że na tym rozdziale skończy swój żywot? Nikt. Nawet ona w obliczu śmierci dalej wierzyła, że ma szansę wygrać. Starcie, które przyszło jej stoczyć nie było już nawet zwykłą grą. Nie toczyła się ona o honor, zapłatę, czy nawet bezpieczeństwo ludzi w mieście. Chodziło tu tylko i wyłącznie o jej życie.
Przybyła do tej opuszczonej stodoły, pod osłona nocy. To właśnie tam zamieszkało Dziwadło, równo z którego przybyciem zaczęły znikać dzieci i ginąć starcy. Owa bestia miała dość okropny sposób zabijania, który bardziej przypominał starożytne tortury, niż morderstwo. Trucizna. W okolicy nazywano ją Strachem, bardzo trafnie zresztą. Kiedy jad dostawał się pod skórę i mieszał z krwią, wywoływał halucynacje. Ale nie byle jakie. Człowiek zaczął widzieć wszędzie to, co nie powinno istnieć- jego najgorsze koszmary. Umierał bardzo długo, w bólu, samotności i strachu. Gwendolyn również tego doświadczyła. Dziwadło zaatakowało ją nagle, w najmniej przewidywanym momencie. Nie działały na niego żadne ostrza, ani zaklęcia. Dopadło Gwendolyn, wgryzając się w jej szyję i wstrzykując potężną dawkę trucizny. A potem odeszło, jakby nigdy nic…
Gdyby nie inny Łowca, który dostał misję niedaleko, Gwen zapewne już dawno temu straciłaby życie. Choć krzyczała i szarpała się niemiłosiernie, gdy tamten wiózł ją do siedziby Łowców, to jej towarzysz ani na chwilę nie stracił nadziei na uratowanie Salander. I rzeczywiście, udało się uratować jej życie, choć skutki zapewne były zupełnie inne niż zakładano. Poddano ją operacji. Bolesnemu zabiegowi, który miał na celu zlikwidować toksyny, wyniszczające ciało i umysł dziewczyny. Stary jad zwalczono nowym jadem. Niestety, tej drugiej trucizny, choć nie była szkodliwa (a przynajmniej, nie śmiertelnie) dla zdrowia, nie dało się w żaden sposób usunąć. To właśnie przez jej działania Lisbeth do jej pory widzi świat tylko w czarno-białych barwach. Przez nią również żyje znacznie dłużej i posiada swoje… dziwactwa. Efekt uboczny zbyt dużych dawek trucizny w ciele? Mutacja. Łowcy mieli jak najlepsze intencje, jednak stworzyli potwora. Mieszankę człowieka, wampira, kąsacza, wilkołaka i innych dziwactw, które nigdy nie powinny być ze sobą łączone. Kiedy prawda wyszła na jaw, organizacja starała się usunąć Gwendolyn z tego świata. Całe szczęście, że dziewczyna uciekła. Dowiedziała się o wszystkim w samą porę. Tak oto, przybrawszy imię Lisbeth, ruszyła w najdłuższą podróż swego życia. Jak najdalej od ludzi, jak najdalej od katów. Do krainy wolności, na koniec świata…
Partner: Nie odczuwa potrzeby bliskości żadnego pana… choć, mogłoby być całkiem ciekawie. Zawsze można spróbować, nie? Choć szczerze wątpię, by ktokolwiek wytrzymał z nią na dłużej. Szczerze, to aby przetrwać z nią kilka dni, trzeba wiedzieć jak walczyć o swoje, umieć się odgryźć lub rywalizować.
Rodzina: Znała tylko starszego brata, choć odszedł on dawno temu.
Towarzysz: Persefona
Szczegóły:
~Zdecydowanie bardziej woli noc od dnia, choć jej ulubioną porą są zachody słońca. A konkretnie, moment, w którym słońce jakiś czas temu schowało się za horyzontem, ale niebo ma jeszcze silny pomarańczowo-fioletowy kolor.
~Chciałaby umieć latać.
~Bardzo lubi muzykę. Nie tylko słuchać, ale również i grać na instrumentach. Ogólnie Lisbeth kocha sztukę, od malowania, po śpiew. Wyjątkiem jest taniec, którego dziewczyna szczerze nienawidzi i unika jak ognia.
~Lubi nosić na szyi przeróżne rzemyki, bądź wisiorki. Nie jest to jednak ozdobna biżuteria. Zwykły, płaski, czarny kawałek kamienia na sznurku, nic więcej.
Autor: Annabeth