Imię: Miwertia, ale wystarczy zwykłe Miw.
Nazwisko: Jukiynae.
Przydomek: Spróbuj wymyśleć dla niej jakieś, a podpadniesz.
Rasa: Rasa to to żadna… Niby człowiek, ale jednak ma w sobie coś. Jej
rodzice byli „normalni”, a moce i zdolności odziedziczyła po babce,
która przez długi czas studiowała i eksperymentowała z magią aż ta
dogłębnie się w niej zakorzeniła.
Wiek: 19 lat.
Płeć: Kobieta.
Stanowisko: Alchemiczka, ale nie pogardziłaby też staniem się wyrocznią.
Aparycja: Nie jest zbyt wysoka. Ma smukłą, przypominającą dzikiego kota,
sylwetkę. Jej włosy są i długie i krótkie zarazem, i najczęściej
rozczochrane. Nie posiada żadnych charakterystycznych oznaczeń po walce,
ale na kostce u nogi ma wypaloną bliznę w kształcie gwiazdy (podobno to
właśnie ona potwierdza posiadanie magicznych mocy).
Zdolności: Miw jest szybka i zwinna. Potrafi zręcznie chodzić po
drzewach i bezszelestnie się poruszać. Dobrze dogaduje się ze
zwierzętami. Nie posiada za dużej siły i w walce wręcz sprawdza się
bardzo źle. Nie używa broni, a jej największa moc i siła to słowa.
Dzięki magicznym umiejętnością potrafi delikatnie zaginać wolę innych
tylko dzięki rozmowie. Nie używa magii żywiołów, a studiuje zaklęcia i
runy. Bardzo dobrze radzi sobie w przygotowywaniu trucizn, eliksirów.
Czasami ma wizje, ale nie zawsze są one poprawne, choć w każdej jest
coś, co zdarzy się na pewno. Może również (choć nie za bardzo nad tym
panuje) widzieć, co dzieje się w tym samym czasie w różnych miejscach.
Zainteresowania: Lubi przebywać w samotności, choć są momenty, gdy aż
lgnie do innych. Dużo czyta, pogłębia swoją wiedzę i odkrywa. Kocha
podróże, nowe miejsca. Ciężko jest się jej zatrzymać gdzieś na dłużej.
Czasem rysuje, ale chyba największą przyjemnością jest dla niej
śpiewanie. Robi to praktycznie zawsze i przy każdej okazji. Swoistą
przyjemność czerpie również z polowań, które zawsze poprawiają jej
samopoczucie. Nie chodzi o to, że lubi ból, ale po prostu „kręci ją”
tropienie.
Charakter: Dziewczyna ma bardzo trudny charakter. Ciężko jej dogodzić i
podpasować. W ciągu dnia może przejść z jednej skrajności w drugą. Nie
skrywa uczuć, wręcz przeciwnie jest dobitna i szczera do bólu. Wśród
nieznajomych zachowuje się stosunkowo spokojnie, ale przy bliżej
poznanych to istny wulkan emocji. Jest dziwna i mocno pokręcona. Nie
zgrywa ani nie udaje nikogo kim nie jest. Szybko się denerwuje, lecz
tylko jeśli chodzi o bardziej ludzkie formy życia. Kiedy np. podczas
polowań lub tropienia jej cierpliwość byłaby już dawno naderwana przez
inną osobę, to Miw zachowuje niesamowity spokój. Odwrotna sytuacja jest
podczas rozmowy z innymi. Łatwo wyprowadzić ją z równowagi. Jeśli chodzi
o jej ufność to ma ona skrajnie niski poziom. Może wydawać się, że ufa,
ale to tylko pozory. A pozory mylą. Kontakty z ludźmi sprawiają, że
traci trochę na swoim „dzikim” charakterze, a zaczyna być bardziej zimna
i wyrachowana. Po za tym bardzo dużo się śmieje. Nie jest to śmiech
szczęścia, ale śmiech… żenady? Jedynie śmiech pomaga jej uodparniać się
na ludzkie głupoty. Te wszystkie zachowania i cechy charakteru wychodzą
jej raczej na minus, ale samotność i przebywanie wśród natury nauczyło
ją żyć własnym życiem i wsłuchiwać się w potrzeby swoje, a nie te
wyznaczane przez innych. Podobno sprawia wrażenie bardzo dojrzałej,
ponieważ wydaje się dobitnie znać samą siebie…
Każdemu odważnemu, by zagadać i się DOGADAĆ życzę powodzenia.
Historia: Zacznijmy od życia jej babci; była to bardzo ciekawa
wszystkiego kobieta. Nie wiadomo gdzie i kiedy zaczęła się jej przygoda z
magią, ale nigdy już jej nie porzuciła. Stała się potężną czarownicą,
która jednak nie afiszowała się zbytnio ze swoimi darami. W czasie
rozwijania mocy zakochała się i urodziła matkę Miw… Tylko tyle wiemy,
ale przecież tę tajemnicę można odkryć, prawda?
Miwertia dorastała w niedużej wiosce. Jej rodzice byli zielarzami i
medykami. Wychowywali ją w strachu przed magią i każdą paranormalną
rzeczą jaka tylko była możliwa do wyobrażenia. Trzymali ją blisko i
praktycznie na uwięzi, więc wolności nie posiadała w ogóle. Gdy zaczęła
dorastać – zaczęła się buntować. Bez zbytniego wchodzenia w szczegóły
skończyło się ucieczką i radzeniem sobie zupełnie samemu.
Partner: -
Rodzina: Rodzice na pewno żyją, ale ciężko utrzymywać kontakty na
odległość z takimi ludźmi jak oni (nawet, jeśli to twoi rodzie), a
rodzeństwa nie ma.
Towarzysz: -
Szczegóły:
*zwierzęta traktuje tak samo jak ludzi
*zawsze ma przy sobie bransoletkę, którą podarowała jej matka
*stara się nikogo nie krzywdzić; zabija tylko dla jedzenia i nigdy tak, by miało się zmarnować
*od zawsze wokół niej pachniało fiołkami
Autor: Anwarunya
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archiwum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archiwum. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 kwietnia 2016
środa, 9 marca 2016
Nie być najgorszym, jest to już zaletą w zepsuciu tego świata
Imię: Dherai (w wolnym tłumaczeniu oznacza ,,Wielu”). Skracać nie ma
potrzeby. Jeśli już się ktoś uprze to niech poprzestanie na zwykłym
Dher.
Nazwisko: Brak. Uznaje to za przymiot typowo ludzki. Dherai nie widzi powodu, by się w jakiś sposób wyróżniać barwnym nazwiskiem. Już bez tego jest dość... ,,niepowtarzalną” osobistością.
Przydomek: Żołnierze wojsk Arsmana nazywali go najzwyczajniej w życiu czarnoksiężnikiem, demonem i upiorem. Jednakże gdy już zdobył pewną sławę zyskał nowe, zdecydowanie szerzej znane imię: Legion.
Rasa: Trudno określić czym właściwie jest Dher. Ni to nieumarły, ni to upiór. Po prostu twór jakiegoś szurniętego czarnoksiężnika.
Wiek: Sam Dherai jako jedna, spójna istota ma ponad 60 lat. Jednak zamieszkujące jego ciało dusze umarły będąc w różnym wieku, przez co on sam ma problem z dokładnym określeniem własnego.
Płeć: Mężczyzna...samiec...w każdym razie po prostu ,,on”.
Stanowisko: Mędrzec, mag
Aparycja: Dherai jest dość wysoki i raczej niepozornej budowy. Nie jest mięśniakiem, ale na zupełne chuchro również nie wygląda. Tym, co zapada głęboko w pamięć jest jego twarz. Trudno już to w sumie nazwać ,,twarzą”. Prawdziwa ukryta jest pod pasmami ciemnego, przypominającego bandaże materiału. Oblicze Dhera przywodzi na myśl mumię w średnim stadium rozkładu, podczas którego materiał przylega na stałe do skóry. Otóż ,,maska” Dheraia jest rzeczywiście na stałe przytwierdzona, a raczej przyszyta do jego twarzy, tak jak do całej głowy. Odkryte są jedynie błyszczące upiorną zielenią oczy bez źrenic i usta, aby Dher mógł się w jakiś sposób kontaktować z innymi. Głowa zawsze skryta jest pod kapturem obszarpanego, jakby krzywo skrojonego spinanego klamerkami na paskach płaszcza sięgającego mu zgięcia kolan. Czerwony kaftan i spodnie również wydają się skrojone z przypadkowo znalezionych szmat. Jedynie okryte lekkim pancerzem buty dają wrażenie solidnej roboty. Całe ciało Dheraia jest dokładnie przykryte odzieniem. Nielicznym udaje się zobaczyć jego suchą skórę w kolorze bladej, trupiej zieleni. Charakterystyczną cechą Dhera jest także jego głos: zawsze towarzyszą mu jakby echa jeszcze trzech innych. Gdy unosi się gniewem jest to jeszcze bardziej słyszalne.
Zdolności: Główną i najczęściej wykorzystywaną przez niego mocą jest telekineza. Dherai jest pod tym względem całkiem potężnym magiem. Jego wpływ można rozpoznać po otaczającej chwycony obiekt delikatnej zielonej aurze. Potrafi zmienić każdy przedmiot w śmiercionośny pocisk, jest nawet w stanie unieść w powietrze oraz rzucić żywą istotą. Wszystko zależy od rozmiaru i wagi, bo logiczne, że okrętu nie byłby w stanie długo utrzymać w powietrzu. Też ma swoje ograniczenia, chociaż nie są one takie jak u zwykłych magów. Wszystko dzięki faktowi, że Dherai jest stworzony z tysiąca dusz poległych wojowników, a co za tym idzie potrafi czerpać z nich energię - w razie czego nawet przekazać ją komuś trzeciemu - oraz wiedzę. Tak, Dher jest prawdziwą skarbnicą wiedzy z różnych dziedzin. Nie pamięta może wszystkiego własnym umysłem - tyle informacji nawet dla niego byłoby zbyt trudne do ogarnięcia. Woli jednorazowo wyszukiwać potrzebne wiadomości we wspomnieniach zmarłych, których dusze musi nosić. Wszyscy byli żołnierzami, ale większość przed wstąpieniem do wojska lub przymusowym do niego wcieleniem zajmowała się medycyną, sztuką, magią, kupiectwem czy choćby rolnictwem i rzemieślnictwem. Wiadomo jednak, że Dher nie jest w stanie w pełni zastąpić medyka czy szermierza, bo sama wiedza nie może zastąpić doświadczenia, ale zawsze chętnie służy radą. Nie korzysta z broni, co najwyżej wyszarpniętego komuś sztyletu. Woli walkę wręcz i magię. Dzięki swojej mocy Dherai jest także w stanie lewitować. Jeśli nie musi przy tym zużywać energii na coś innego może całkiem długo utrzymać się w powietrzu.
Zainteresowania: Dher jako mieszanka różnorakich osobowości ma także różne zainteresowania. Przez dusze wojowników lubi dobry trening, chociaż nie wymęcza się bez potrzebnie cały wolny czas. Maga fascynują przede wszystkim wszelkie formy życia. Najmniejsza jaszczurka potrafi go zająć na jakąś godzinę. Będzie pozwalał jej łazić sobie między palcami, przekładając ją z jednej ręki na drugą i zastanawiając się co też siedzi takiej gadzinie w głowie, jak wyglądają jej narządy, czy ma jakieś uczucia. W końcu i tak każde takowe żyjątko wypuszcza, bo nie widzi powodu aby je więzić czy rozpruwać. Fascynuje go także sfera psychiczna ludzi. Jako, że sam nie jest człowiekiem nie posiada takich samych potrzeb ani problemów. Dlatego też każdy jego ludzki czy mniej ludzki kompan musi się liczyć z zadawanymi sporadycznie dziwnymi, często niewygodnymi pytaniami. Dherai widzi także rozrywkę w samej rozmowie. Zanim trafił do Hidden nikt nie odważył się zamienić z nim więcej niż kilka słów, dlatego gdy teraz nadarza się okazją do przyjaznej pogawędki o niczym, chętnie ją wykorzystuje. Lubi zwłaszcza zagadnienia filozoficzne i...kulturalne. Dher zaskakująco dobrze orientuje się w sztuce, zwłaszcza w literaturze. Rozpoznaje cytaty, wiersze i ballady, czasem nawet pieśni, ale nigdy nie śpiewa (nie ma do tego nie tylko słuchu, ale i głosu).
Nazwisko: Brak. Uznaje to za przymiot typowo ludzki. Dherai nie widzi powodu, by się w jakiś sposób wyróżniać barwnym nazwiskiem. Już bez tego jest dość... ,,niepowtarzalną” osobistością.
Przydomek: Żołnierze wojsk Arsmana nazywali go najzwyczajniej w życiu czarnoksiężnikiem, demonem i upiorem. Jednakże gdy już zdobył pewną sławę zyskał nowe, zdecydowanie szerzej znane imię: Legion.
Rasa: Trudno określić czym właściwie jest Dher. Ni to nieumarły, ni to upiór. Po prostu twór jakiegoś szurniętego czarnoksiężnika.
Wiek: Sam Dherai jako jedna, spójna istota ma ponad 60 lat. Jednak zamieszkujące jego ciało dusze umarły będąc w różnym wieku, przez co on sam ma problem z dokładnym określeniem własnego.
Płeć: Mężczyzna...samiec...w każdym razie po prostu ,,on”.
Stanowisko: Mędrzec, mag
Aparycja: Dherai jest dość wysoki i raczej niepozornej budowy. Nie jest mięśniakiem, ale na zupełne chuchro również nie wygląda. Tym, co zapada głęboko w pamięć jest jego twarz. Trudno już to w sumie nazwać ,,twarzą”. Prawdziwa ukryta jest pod pasmami ciemnego, przypominającego bandaże materiału. Oblicze Dhera przywodzi na myśl mumię w średnim stadium rozkładu, podczas którego materiał przylega na stałe do skóry. Otóż ,,maska” Dheraia jest rzeczywiście na stałe przytwierdzona, a raczej przyszyta do jego twarzy, tak jak do całej głowy. Odkryte są jedynie błyszczące upiorną zielenią oczy bez źrenic i usta, aby Dher mógł się w jakiś sposób kontaktować z innymi. Głowa zawsze skryta jest pod kapturem obszarpanego, jakby krzywo skrojonego spinanego klamerkami na paskach płaszcza sięgającego mu zgięcia kolan. Czerwony kaftan i spodnie również wydają się skrojone z przypadkowo znalezionych szmat. Jedynie okryte lekkim pancerzem buty dają wrażenie solidnej roboty. Całe ciało Dheraia jest dokładnie przykryte odzieniem. Nielicznym udaje się zobaczyć jego suchą skórę w kolorze bladej, trupiej zieleni. Charakterystyczną cechą Dhera jest także jego głos: zawsze towarzyszą mu jakby echa jeszcze trzech innych. Gdy unosi się gniewem jest to jeszcze bardziej słyszalne.
Zdolności: Główną i najczęściej wykorzystywaną przez niego mocą jest telekineza. Dherai jest pod tym względem całkiem potężnym magiem. Jego wpływ można rozpoznać po otaczającej chwycony obiekt delikatnej zielonej aurze. Potrafi zmienić każdy przedmiot w śmiercionośny pocisk, jest nawet w stanie unieść w powietrze oraz rzucić żywą istotą. Wszystko zależy od rozmiaru i wagi, bo logiczne, że okrętu nie byłby w stanie długo utrzymać w powietrzu. Też ma swoje ograniczenia, chociaż nie są one takie jak u zwykłych magów. Wszystko dzięki faktowi, że Dherai jest stworzony z tysiąca dusz poległych wojowników, a co za tym idzie potrafi czerpać z nich energię - w razie czego nawet przekazać ją komuś trzeciemu - oraz wiedzę. Tak, Dher jest prawdziwą skarbnicą wiedzy z różnych dziedzin. Nie pamięta może wszystkiego własnym umysłem - tyle informacji nawet dla niego byłoby zbyt trudne do ogarnięcia. Woli jednorazowo wyszukiwać potrzebne wiadomości we wspomnieniach zmarłych, których dusze musi nosić. Wszyscy byli żołnierzami, ale większość przed wstąpieniem do wojska lub przymusowym do niego wcieleniem zajmowała się medycyną, sztuką, magią, kupiectwem czy choćby rolnictwem i rzemieślnictwem. Wiadomo jednak, że Dher nie jest w stanie w pełni zastąpić medyka czy szermierza, bo sama wiedza nie może zastąpić doświadczenia, ale zawsze chętnie służy radą. Nie korzysta z broni, co najwyżej wyszarpniętego komuś sztyletu. Woli walkę wręcz i magię. Dzięki swojej mocy Dherai jest także w stanie lewitować. Jeśli nie musi przy tym zużywać energii na coś innego może całkiem długo utrzymać się w powietrzu.
Zainteresowania: Dher jako mieszanka różnorakich osobowości ma także różne zainteresowania. Przez dusze wojowników lubi dobry trening, chociaż nie wymęcza się bez potrzebnie cały wolny czas. Maga fascynują przede wszystkim wszelkie formy życia. Najmniejsza jaszczurka potrafi go zająć na jakąś godzinę. Będzie pozwalał jej łazić sobie między palcami, przekładając ją z jednej ręki na drugą i zastanawiając się co też siedzi takiej gadzinie w głowie, jak wyglądają jej narządy, czy ma jakieś uczucia. W końcu i tak każde takowe żyjątko wypuszcza, bo nie widzi powodu aby je więzić czy rozpruwać. Fascynuje go także sfera psychiczna ludzi. Jako, że sam nie jest człowiekiem nie posiada takich samych potrzeb ani problemów. Dlatego też każdy jego ludzki czy mniej ludzki kompan musi się liczyć z zadawanymi sporadycznie dziwnymi, często niewygodnymi pytaniami. Dherai widzi także rozrywkę w samej rozmowie. Zanim trafił do Hidden nikt nie odważył się zamienić z nim więcej niż kilka słów, dlatego gdy teraz nadarza się okazją do przyjaznej pogawędki o niczym, chętnie ją wykorzystuje. Lubi zwłaszcza zagadnienia filozoficzne i...kulturalne. Dher zaskakująco dobrze orientuje się w sztuce, zwłaszcza w literaturze. Rozpoznaje cytaty, wiersze i ballady, czasem nawet pieśni, ale nigdy nie śpiewa (nie ma do tego nie tylko słuchu, ale i głosu).
Charakter: Jest jedna dość znacząca wada bycia żywym pojemnikiem dla
tysiąca poległych na wojnie dusz: konflikt osobowości. Dherai zmagał się
z tym kilkanaście lat, zanim zdołał to opanować. Mag od zawsze czuł się
rozdzierany między tysiącem wariantów charakterów. Musiał się
ustatkować przy jednej z nich, aby nie rozerwać własnego umysłu na
strzępy. W końcu do tego dotarł, ale kosztowało go to sporo wysiłku i
czasu. Tak więc po wielu próbach Dherai zdołał dotrzeć do własnego
charakteru, czerpiąc wspólne cechy dla większości z zamieszkujących jego
ciało dusz, dzięki czemu wewnętrzny konflikt został zażegnany. Pierwszą
z wyróżniających Dhera cech jest nieludzka obojętność. Świat wokół może
się palić, niebo runąć na ziemię, a jego będzie to obchodzić jak
zeszłoroczny śnieg. Sądzi, że jeśli coś nie ma na niego bezpośredniego
wpływu, to nie jest warte zachodu. Mało rusza go także widok krwawych
masakr. I tak nie jest w stanie nic dla martwych zrobić, więc po co się
przejmować? Jednak mimo wszystko nie może być tak, że nie ma się w życiu
celu, nieprawdaż? Każdy żyje dla czegoś. Nawet najbardziej zatwardziali
w swoim zdaniu ,,obojętni” w głębi duszy mają swoje cele i powody,
chociaż ich nie widzą. Także i Dherai ma prosty powód do życia: został
stworzony na sługę. Jego stwórca stworzył go z myślą o oddanym pachołku
(nie przewidział może tylko, że pionek ucieknie z planszy) i nawet po
jego śmierci Dher nie jest w stanie żyć bez władcy, którego rozkazy
będzie wykonywał. Może to ironiczne, ale naprawdę wolny czuje się
dopiero pod czyimś autorytetem. Głównie dlatego, że owy autorytet może
wybrać sobie sam i w każdej chwili z niego dobrowolnie zrezygnować.
Dopóki więc władca traktuje go z takim samym szacunkiem jak on jego, mag
wykonuje każde polecenie bez mrugnięcia okiem. Jest
dość...nieprzewidywalny. Zawsze wygląda na istną oazę spokoju. Oazę, w
której ktoś podłożył ładunek wybuchowy. Jeśli ma w intencji zaatakowanie
kogoś, zawsze robi to znienacka, bez jakichkolwiek oznak. Mimo, iż nie
wygląda, Dher ceni sobie towarzystwo innych. Zyskanie jego szacunku to
robota trudna, ale wykonalna. Podobnie jest z kwestią przyjaźni, jednak
mężczyzna ma co do niej dość niekonwencjonalne podejście. Można
powiedzieć, że tylko wobec prawdziwego przyjaciela będzie się zachowywał
złośliwie, a jego odzywki na pewno będą przesycone sarkazmem. Jeśli
więc ci dokucza w taki czy inny sposób, znaczy to tyle, że lubi twoje
towarzystwo. Przyjaciele także zawsze mogą liczyć na jego wsparcie. Nie
bywa może bezpośrednio miły w słowach, ale za to często pomaga innym.
Nierzadko robi to w sposób dyskretny, tak, że nikt tego nie zauważy. Nie
czuje z tego jakiejś satysfakcji ani nie oczekuje podziękowań - po
prostu pomaga. Mag nie ma żadnych problemów z okazywaniem uczuć.
Prawdziwy problem tkwi w odpowiedniej ich interpretacji. To, że się do
ciebie uśmiecha nie świadczy jeszcze, że nic ci nie zrobi (że też
zacytuję: ,,Mogę sobie przecież wyobrażać, że płoniesz na stosie”).
Ogólnie mimika jego twarzy jest raczej ograniczona. Nigdy nie widać na
niej pełnego gniewu ani rozweselenia, a raczej lekkie ich oznaki. Umie
się śmiać, ale przez jego upiorny głos bywa, że niektórzy wprost proszą
go, by tego więcej nie robił.
Historia: Wojna popycha ludzi do radykalnych i nieprzemyślanych czynów.
Jedni widzą w niej czyste piekło i brak jakiegokolwiek sensu, a inni
uznają to za świetnie pole do popisu. Tak więc ponad 60 lat temu,
jeszcze pod chorągwią Amirsa Gafonra, służył pewien nie pamiętany już z
imienia czarnoksiężnik. Nie pamiętany, bo niczego wielkiego nie dokonał,
więc uznano jego imię za nieistotne dla historii tej wojny. Cóż, nie
jest to do końca prawdą. Dokonał czegoś wielkiego i
przełomowego...jednak to jego dzieło zebrało laury.
Wszystko zaczęło się od bitwy pod Maingotą, małym państwem-miastem broniącym się przed zjednoczeniem Sorsiny. Była to warownia nie do zdobycia. Wysłana tutaj mała armia złożona z tysiąca i dwustu wojowników miała już na koncie odbite warownie, ale nigdy nie mierzyli się z czymś takim. Jednak zachęceni świadomością, że mają po swojej stronie potężnego maga ruszyli po dwóch miesiącach oblężenia na Maingotę. Może grododzierżca przegapił lekcje taktyki traktującą o oblężeniach, może był zbyt pyszny i chciał się pochwalić swoimi siłami. W każdym razie, zrobił coś czego nikt rozsądny by nie zrobił: wystawił własną armię na otwarte pole. Pomysł radykalny oraz zuchwały, a jednak niewiele liczniejsze siły starły najeźdźcę niemal bez strat. Ludzie Amirsa ginęli stratowani, zgnieceni pociskami trebuszy, zasypani gradami strzał, rozpruci i pozbawieni głów. Ginęli z tą samą upartością z jaką ruszyli. I tak do obozu wróciło równo dwieście rannych. Tysiąc poległo w boju. Czarnoksiężnik widział jednak w tej liczbie moc. Mało kiedy się zdarza, by na polu życie oddała tak równa liczba. Obiecał więc załamanemu generałowi, że da mu broń, przed którą Maingota odda zaciągnięty w ludzkim życiu dług z nawiązką, a następnie zrobią to wszystkie pozostałe buntownicze państewka. W zamian potrzebował jedynie ,,pojemnika” - ludzkiego, martwego ciała.
Dowódca nie miał nic do stracenia. Zgodził się. Ciało znaleziono jeszcze przed zmierzchem: jakiś biedak zmarł po tygodniu gorączkowania. Na zlecenie maga zaszyto wszystkie rany zmarłego i przynoszono wszystkie potrzebne mu przedmioty. W końcu czarnoksiężnik został sam. Wypowiedział ułożone przez siebie eksperymentalne zaklęcie, wymagające potężnej odmiany czarnej magii. W martwym ciele zebrały się dusze poległych pod Maingotą. Wszystkie cierpiące jeszcze bóle niedawnej śmierci, umęczone żądały pozwolenie im na odejście. Ale mag okiełznał je...
I następnego dnia przedstawił przerażonemu widokiem generałowi jego nową broń - Dheraia.
Odwet nadszedł szybko. Po niecałych dwóch tygodniach od porażki, na gród natarto ponownie. Miasto dało się zaskoczyć - nikt nie spodziewał się, że Amirs pozwoli od tak posłać niedobitków na pewną śmierć. Przegrupowali się i tym razem bronili miasta z murów. Obrońcy śmiali się widząc biegnący ku nim oddział liczący zaledwie - jak przekazali im zwiadowcy - dwustu ludzi. Może i ludzi było dwustu...ale wojowników dwieście jeden. Jeden z trebuszy wystrzelił. Tak na dobrą sprawę, to jeden porządny strzał, taki jak ten, rozproszyłby łatwo atakujących, a co za tym idzie byłby jedyną przyczyną ostatniej już klęski. Jakież więc było zaskoczenie oblężonych, gdy wystrzelony kamień wrócił i rozbił trebusz w drzazgi. Drugi i trzeci również długo nie stały, trafione wyrwanym drzewem lub gruzem. Obrońcy wystraszyli się - po stronie najeźdźcy stała jakaś diabelska siła. Ta sama siła kilka minut potem wyprzedziła zwarty oddział, podleciała na wysokość murów i zmiotła z nich nieprzygotowanych obrońców. Dalsza część walki była istną jatką.
W ten więc sposób Dherai na czele dwustu osobowego oddziału podbił Maingotę. Co zabawne, zrobił to mając zaledwie dwa tygodnie co czyni go chyba najmłodszym zdobywcą fortów w historii.
I tak wyglądało jego życie. Gdy w którejś części kraju wojskom Amirsa się nie powodziło, na miejsce przybywał czarnoksiężnik ze swoją niepokonaną jak dotąd bronią i szybko równoważył siły. Żołnierze, mimo iż stali po tej samej stronie barykady, obawiali się. Zyskał wśród nich budzące grozę imię Legion, bo ,,powstał z poległego legionu i siłą tysiąca dusz władał”, jak to mawiali. Wielu nawet w niego nie wierzyło. Opisy jego dokonań brzmiały tak absurdalnie, że sam Legion stał się mitem do zastraszania wrogich sił. Dopiero gdy osobiście pojawiał się na polu walki, niedowiarki na obu frontach pluły sobie w brodę. Dherai był bezmyślną maszyną do zabijania. Robił co mu kazano, nawet o tym nie myśląc. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy ani jak, zdecydował się zmienić swojego pana. Czarnoksiężnik traktował go jak broń. Tak więc i ta broń go zniszczyła. Może nie dosłownie. Pewnego dnia Dherai po prostu zniknął w trakcie walki. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Gdy do tego doszło, oddział Amirsa nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. A skoro sam Dherai był jedynie bronią, to na kogo spadała wina? Na wynalazcę. Dalsze losy szurniętego nekromanty nie są już znane.
Legion, zdobywca Maingoty, zniknął. Został Dherai - zagubiony ni to człowiek, ni to nieumarły z mętlikiem w głowie i chęcią znalezienia sobie władcy, któremu będzie gotów służyć po wieczność.
Partner: Dla osób pokroju Dheraia chyba nie ma większych szans na historię miłosną. I twarzy ładnej nie ma, a charakter tym bardziej.
Rodzina: Brak. Teoretycznie ciało, z którego został stworzony może mieć jeszcze gdzieś jakichś krewnych, ale myśląc logiczne to Dherai nie jest z nimi związany niczym.
Towarzysz: Brak
Szczegóły:
~ Dheraiowi zdarza się mówić o sobie w liczbie mnogiej. Raz powie o sobie ,,ja”, a już w następnym zdaniu ,,my”. W sumie obie wersje są poprawne, bo Dher jest równocześnie jednym i tysiącem ludzi.
~ Dusze umarłych także miewają sny. Chociaż sam Dherai nigdy nie śpi, z nudów oraz dla odpoczynku często medytuje. Wtedy nachodzą go wizje z przeszłości którejś z tysiąca dusz. Raz więc wydaje mu się, że tańczy z jakąś dziewczyną w tawernie, innym razem podrzyna komuś gardło w bocznej uliczce. ,,Sny” zawsze mają tą samą długość i kończą się w kluczowych momentach. Po wybudzeniu Dher nie może już do nich wrócić. Zaglądanie we wspomnienia nie jest równe szukaniu informacji - mag nie może zrobić tego kiedy zechce ani wybrać w czyją pamięć chce zajrzeć. Jest to sfera bardziej emocjonalna, chaotyczna, nie da się jej uporządkować jak wiadomości.
~ Nie wiadomo dlaczego, ale do mężczyzny zawsze lgną nieprzyjemne dla większości żyjątka. Owady, szczury, węże, jaszczurki...jakby wszystko co jest oślizgłe i roznosi choroby tylko w jego towarzystwie czuło się dobrze. Samemu Dheraiowi to zupełnie nie przeszkadza. Jak już wspomniałam, uwielbia małe żyjątka.
Autor: RedRidingHood
Wszystko zaczęło się od bitwy pod Maingotą, małym państwem-miastem broniącym się przed zjednoczeniem Sorsiny. Była to warownia nie do zdobycia. Wysłana tutaj mała armia złożona z tysiąca i dwustu wojowników miała już na koncie odbite warownie, ale nigdy nie mierzyli się z czymś takim. Jednak zachęceni świadomością, że mają po swojej stronie potężnego maga ruszyli po dwóch miesiącach oblężenia na Maingotę. Może grododzierżca przegapił lekcje taktyki traktującą o oblężeniach, może był zbyt pyszny i chciał się pochwalić swoimi siłami. W każdym razie, zrobił coś czego nikt rozsądny by nie zrobił: wystawił własną armię na otwarte pole. Pomysł radykalny oraz zuchwały, a jednak niewiele liczniejsze siły starły najeźdźcę niemal bez strat. Ludzie Amirsa ginęli stratowani, zgnieceni pociskami trebuszy, zasypani gradami strzał, rozpruci i pozbawieni głów. Ginęli z tą samą upartością z jaką ruszyli. I tak do obozu wróciło równo dwieście rannych. Tysiąc poległo w boju. Czarnoksiężnik widział jednak w tej liczbie moc. Mało kiedy się zdarza, by na polu życie oddała tak równa liczba. Obiecał więc załamanemu generałowi, że da mu broń, przed którą Maingota odda zaciągnięty w ludzkim życiu dług z nawiązką, a następnie zrobią to wszystkie pozostałe buntownicze państewka. W zamian potrzebował jedynie ,,pojemnika” - ludzkiego, martwego ciała.
Dowódca nie miał nic do stracenia. Zgodził się. Ciało znaleziono jeszcze przed zmierzchem: jakiś biedak zmarł po tygodniu gorączkowania. Na zlecenie maga zaszyto wszystkie rany zmarłego i przynoszono wszystkie potrzebne mu przedmioty. W końcu czarnoksiężnik został sam. Wypowiedział ułożone przez siebie eksperymentalne zaklęcie, wymagające potężnej odmiany czarnej magii. W martwym ciele zebrały się dusze poległych pod Maingotą. Wszystkie cierpiące jeszcze bóle niedawnej śmierci, umęczone żądały pozwolenie im na odejście. Ale mag okiełznał je...
I następnego dnia przedstawił przerażonemu widokiem generałowi jego nową broń - Dheraia.
Odwet nadszedł szybko. Po niecałych dwóch tygodniach od porażki, na gród natarto ponownie. Miasto dało się zaskoczyć - nikt nie spodziewał się, że Amirs pozwoli od tak posłać niedobitków na pewną śmierć. Przegrupowali się i tym razem bronili miasta z murów. Obrońcy śmiali się widząc biegnący ku nim oddział liczący zaledwie - jak przekazali im zwiadowcy - dwustu ludzi. Może i ludzi było dwustu...ale wojowników dwieście jeden. Jeden z trebuszy wystrzelił. Tak na dobrą sprawę, to jeden porządny strzał, taki jak ten, rozproszyłby łatwo atakujących, a co za tym idzie byłby jedyną przyczyną ostatniej już klęski. Jakież więc było zaskoczenie oblężonych, gdy wystrzelony kamień wrócił i rozbił trebusz w drzazgi. Drugi i trzeci również długo nie stały, trafione wyrwanym drzewem lub gruzem. Obrońcy wystraszyli się - po stronie najeźdźcy stała jakaś diabelska siła. Ta sama siła kilka minut potem wyprzedziła zwarty oddział, podleciała na wysokość murów i zmiotła z nich nieprzygotowanych obrońców. Dalsza część walki była istną jatką.
W ten więc sposób Dherai na czele dwustu osobowego oddziału podbił Maingotę. Co zabawne, zrobił to mając zaledwie dwa tygodnie co czyni go chyba najmłodszym zdobywcą fortów w historii.
I tak wyglądało jego życie. Gdy w którejś części kraju wojskom Amirsa się nie powodziło, na miejsce przybywał czarnoksiężnik ze swoją niepokonaną jak dotąd bronią i szybko równoważył siły. Żołnierze, mimo iż stali po tej samej stronie barykady, obawiali się. Zyskał wśród nich budzące grozę imię Legion, bo ,,powstał z poległego legionu i siłą tysiąca dusz władał”, jak to mawiali. Wielu nawet w niego nie wierzyło. Opisy jego dokonań brzmiały tak absurdalnie, że sam Legion stał się mitem do zastraszania wrogich sił. Dopiero gdy osobiście pojawiał się na polu walki, niedowiarki na obu frontach pluły sobie w brodę. Dherai był bezmyślną maszyną do zabijania. Robił co mu kazano, nawet o tym nie myśląc. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy ani jak, zdecydował się zmienić swojego pana. Czarnoksiężnik traktował go jak broń. Tak więc i ta broń go zniszczyła. Może nie dosłownie. Pewnego dnia Dherai po prostu zniknął w trakcie walki. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Gdy do tego doszło, oddział Amirsa nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. A skoro sam Dherai był jedynie bronią, to na kogo spadała wina? Na wynalazcę. Dalsze losy szurniętego nekromanty nie są już znane.
Legion, zdobywca Maingoty, zniknął. Został Dherai - zagubiony ni to człowiek, ni to nieumarły z mętlikiem w głowie i chęcią znalezienia sobie władcy, któremu będzie gotów służyć po wieczność.
Partner: Dla osób pokroju Dheraia chyba nie ma większych szans na historię miłosną. I twarzy ładnej nie ma, a charakter tym bardziej.
Rodzina: Brak. Teoretycznie ciało, z którego został stworzony może mieć jeszcze gdzieś jakichś krewnych, ale myśląc logiczne to Dherai nie jest z nimi związany niczym.
Towarzysz: Brak
Szczegóły:
~ Dheraiowi zdarza się mówić o sobie w liczbie mnogiej. Raz powie o sobie ,,ja”, a już w następnym zdaniu ,,my”. W sumie obie wersje są poprawne, bo Dher jest równocześnie jednym i tysiącem ludzi.
~ Dusze umarłych także miewają sny. Chociaż sam Dherai nigdy nie śpi, z nudów oraz dla odpoczynku często medytuje. Wtedy nachodzą go wizje z przeszłości którejś z tysiąca dusz. Raz więc wydaje mu się, że tańczy z jakąś dziewczyną w tawernie, innym razem podrzyna komuś gardło w bocznej uliczce. ,,Sny” zawsze mają tą samą długość i kończą się w kluczowych momentach. Po wybudzeniu Dher nie może już do nich wrócić. Zaglądanie we wspomnienia nie jest równe szukaniu informacji - mag nie może zrobić tego kiedy zechce ani wybrać w czyją pamięć chce zajrzeć. Jest to sfera bardziej emocjonalna, chaotyczna, nie da się jej uporządkować jak wiadomości.
~ Nie wiadomo dlaczego, ale do mężczyzny zawsze lgną nieprzyjemne dla większości żyjątka. Owady, szczury, węże, jaszczurki...jakby wszystko co jest oślizgłe i roznosi choroby tylko w jego towarzystwie czuło się dobrze. Samemu Dheraiowi to zupełnie nie przeszkadza. Jak już wspomniałam, uwielbia małe żyjątka.
Autor: RedRidingHood
sobota, 2 stycznia 2016
Od Erin - Czerwony ogier
Był wczesny, jeszcze ciemny ranek, kiedy piegowata szatynka otworzyła oczy. Leżała bezwładnie na trawie, na ostrych, kredowych klifach. Mimo niewyspania, jej zielone oczy były żywe jak zawsze, przyglądały się wszystkiemu z takim samym zainteresowaniem i uwagą. Od spania pod drzewem miała we włosach pełno liści i nawet jedną gałązkę, choć nie przejmowała się tym zbytnio. Ziewnęła i zamrugała szybko, by przyzwyczaić zaspane oczy do światła. Wyglądała trochę jak lalka, powołana do życia. Dziewczyna wstała powoli, przeciągnęła się leniwie, mamrocząc przy okazji pod nosem coś o hałaśliwych ludziach, którzy nie dali jej dłużej pospać.
Erin wstała powoli, otrzepując za duże ubranie z ziemi i pojedynczych źdźbeł trawy, jakie zdążyły się do niej przykleić podczas zaledwie tej jednej nocy. Rozejrzała się pospiesznie, taksując swym przenikliwym wzrokiem to plażę i wodę przed sobą, to niebo nad głową, to przypadkowych mieszkańców wioski, przechodzących niedaleko. Jednak podczas tej obserwacji, ludzie byli dla niej najmniej istotni.
Dopiero teraz, gdy postała przez dłuższą chwilę na klifach, usłyszała silne wycie wiatru nad głową, odgłosy przypływu, oraz skrzeki białych mew, zataczających coraz to większe koła na niebie. Gdzieś tam da dole grupa ludzi prowadziła przez piaszczystą plażę konia, a kiedy zatrzymali się w dogodnym miejscu, dookoła nich ustawiło się co najmniej kilkunastu gapiów. Ogier był niespokojny. Szarpał się co chwila i szamotał, próbując uwolnić się od lin, krępujących jego ruchy. Choć zachowywał się naprawdę gwałtownie, rżał cicho, nawołując w stronę morza. Już na pierwszy rzut oka widać było, że wierzchowiec był zaniepokojony wszystkim, co go otaczało. Sztormem, silnym wiatrem, oraz krzykami, dobiegającymi ze wszystkich stron. To właśnie ten krzyk obudził Erin, nie silny wiatr.
Tłok na plaży o tej porze, w dodatku w tak małej wiosce był naprawdę niecodziennym widokiem.
Nie zajęło to zbyt wiele czasu, gdy piegowata dziewczyna postanowiła udać się w dół klifów, na piaszczystą plażę. Przez chwilę zdawało się to nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że wąska droga do najłagodniejszych nie należała, a ciężko jest poruszać się po takich terenach ze sztuczną kończyną. Jednak kiedy Erin dotarła na plażę, okazało się, że strome zbocza klifów były jej najmniejszym problemem.
Pomijając już fakt, że dla tak niskiej i drobnej osoby jak ona, przedarcie się przez tłum głośnych i skandujących gapiów graniczyło z cudem, to to co ujrzała w środku zbiegowiska wcale nie poprawiło jej humoru.
Na piaszczystym kręgu dostrzegła trzech, masywnych i wyższych od niej co najmniej o trzy i pół głowy mężczyzn. To właśnie do nich krzyczeli ludzie, wypowiadając imiona owych osobników, których Erin znała aż za dobrze. Byli to hodowcy koni, jedni z najbardziej rozpoznawalnych w okolicy, nie tylko tej najbliższej. Wśród nich najważniejszy był rosły brodaty mężczyzna, o imieniu Gorry. To właśnie on pierwszy z całej trójki ujrzał w tłumie gapiów piegowatą dziewczynę. I choć po jego spojrzeniu można było się domyśleć, że był mile zaskoczony jej obecnością na plaży, to póki co nie zawołał jej do siebie. To jednak nie trzej mężczyźni byli tutaj w centrum uwagi, a wierzchowiec, którego przyprowadzili ze sobą. Było w nim coś… niezwykłego, a zarazem przerażającego. Patrzenie się na ogiera wywoływało swego rodzaju lęk pomieszany z ekscytacją. To z pewnością nie był zwykły koń, Erin dobrze o tym wiedziała. Była jednak zła na siebie, że nie mogła sobie przypomnieć czym dokładnie on był, choć wiedziała, że ma to na końcu języka. Co prawda mogła podejść bliżej i najzwyczajniej w świecie zapytać się Gorry’ego, bądź też któregoś z gapiów, ale póki co wolała się nie wychylać. Po prostu obserwowała, z nadzieją, że sama sobie przypomni.
Ogier był zdecydowanie większy od zwykłych koni lądowych, jakie widuje się w tych stronach. Posiadał silne i zadziwiająco długie nogi, wyraźnie przystosowane do wielogodzinnych, męczących biegów. Najdziwniejszy był jednak jego pysk. Koń miał wąskie i wydłużone nozdrza, a jego czarne, śliskie oczy, równie dobrze mogły być oczami ryby. Ciemne uszy przypominały trochę torebki z jajami rekina: były długie i dziwacznie zbliżone do siebie. To właśnie bardziej upodobniało go do demona, niż do konia. Co gorsza, Erin nie mogła oprzeć się wrażeniu, że im dłużej przyglądała się ogierowi, tym ten częściej zerkał w jej stronę. Kiedy za którymś razem ich spojrzenia się spotkały, wierzchowiec wygiął wargi w przerażającym uśmiechu, odsłaniając ostre kły. Tak, dokładnie- ten koń miał k ł y . Szatynka miała już podejrzenia co do tego, czym owo zwierzę w rzeczywistości było. O jej opinii przesądziła również barwa rumaka, która o ile w ciemności wydawała się kasztanowata, to dopiero przy pierwszych, jasnych promieniach słońca dało się dostrzec, iż miała karminowy odcień krwi.
Each uisce., pomyślała dziewczyna, uśmiechając się smutno. Nie mam pojęcia jacy bogowie zesłali Cię na te ziemie.
Teraz, gdy pieguska ustaliła tożsamość stwora, cała reszta wydała się aż dziecinnie prosta. Widziała już czemu trzej mężczyźni przyprowadzili konia wodnego na plażę o tak wczesnej porze. Wiedziała również z jakiego powodu zgromadzili się tutaj ludzie. A znając dobrze Gorry’ego, nie było mowy o pomyłce w swych przypuszczeniach. To nie była jakaś zwykła licytacja. To nie było zwykłe testowanie konia. To była gra. Pojedynek, w którym każdy miał szansę wziąć udział, aczkolwiek nie każdemu było dane go przeżyć. Kto był Twoim przeciwnikiem? Wzburzone morze, fale, silny wiatr oraz pozostali ludzie. A co było nagrodą? Czerwony ogier. Jeśli uda Ci się go oswoić, jest twój. Jeśli nie uda, zostaniesz zjedzony na dnie oceanu. Nie było tutaj żadnych reguł, żadnych odszkodowań, żadnych nagród pocieszenia… nikt nie dostawał drugiej szansy.
Erin popatrzyła się z zakłopotaniem na gapiów. To było jasne, że przynajmniej część z nich będzie gotowa ryzykować swoje życie, by zdobyć ogiera. Zwykłe konie lądowe były tutaj bardzo drogie, o wodnych już nawet nie wspominając. A tutaj proszę, za darmo! Taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć. Najpierw jednak trzeba było przeżyć.
Szatynka westchnęła ze zrezygnowaniem. Nie chodziło o to, że ktoś może wygrać tego konia. Nie zależało jej na mięsożernym ogierze. Chodziło o to, że znała ludzi z wioski od kilkunastu miesięcy i wiedziała, że żadna ze zgromadzonych tutaj osób nie była na tyle doświadczonym jeźdźcem, by utrzymać się na spłoszonym koniu. A co dopiero na agresywnym koniu uisce.
-Kto się odważy go dosiąść, śmiało, śmiało!- Gorry zachęcał ludzi z tłumu.- Może pani, och, albo pan? Nie? Jaka szkoda, w takim razie może…- tutaj jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, kulawej dziewczynie. Uśmiechnął się do niej uprzejmie, co mogło wydawać się wielce nietaktowne, biorąc pod uwagę, że mężczyzna trzymał mięsożerną bestię.- … Erin?- dokończył, wytrzymując ostre spojrzenie szatynki.
Dziewczyna wciągnęła powoli rześkie, morskie powietrze. Nie miała zamiaru tego robić, ale… Ale jeśli ja go nie dosiądę, ktoś niebawem zginie., pomyślała, robiąc pierwsze, niepewne kroki w kierunku Gorry’ego. Nawet nie spostrzegła kiedy znalazła się tuż przy koniu.
Spojrzała na niego, a potem na wodę. Lodowate, wiosenne morze nawet o tak wczesnej porze mieniło się kolorami nocy: granatem, czernią i brązem. Jeśli jej się nie uda, do tych trzech barw będzie można dodać odcień czerwieni.
-Schwytałem go wczoraj w nocy. Specjalnie dla ciebie.- powiedział do niej Gorry, klepiąc dziewczynę przyjacielsko po ramieniu. Erin zmuszona była uśmiechnąć się do przyjaciela, chociaż odrobinę.
Znała się z Gorry’m od dłuższego czasu. To właśnie w jego stajni pracowała przy koniach, póki co, zarabiając w ten sposób na życie.
-Domyśliłam się.- odparła, przyglądając się czerwonemu wierzchowcowi. Obserwowała go i wiedziała, że on swymi rybimi ślepiami obserwował ją.
-Chwila, chwila.- odezwał się nagle jeden z pozostałych mężczyzn, współpracownik Gorry’ego.- Co ta dziewczyna robi w tym miejscu, co? O ile pamiętam to małe dzieci nie mają tutaj wstępu.- mówiąc to, zerknął na Erin, posyłając jej złośliwy uśmiech. No tak, prawie bym zapomniała. Nie każdy darzył ją tutaj sympatią, a Carl był jednym z najgorszych. Poza tym, gdy natknęli się z Erin na siebie po raz pierwszy, mężczyzna wziął ją za najwyżej dwunastolatkę i od tego momentu sprytnie wykorzystywał jej dziecięcy wygląd. Chociażby teraz.
-O ile pamiętam- odezwała się zielonooka.- To wasze zawody nie mają regulaminu.- słysząc to, Carl przymrużył oczy, rzucając piegusce nienawistne spojrzenie. Coś mówiło dziewczynie, że stojąc obok konia wodnego, to Carla powinna obawiać się najbardziej.
Kątem oka, Erin dostrzegła rozbawionego Gorry’ego.
-Pozwól jej, co ci szkodzi?- brodaty mężczyzna zwrócił się do współpracownika. Kulawa szatynka dostrzegła w oczach Carla wahanie i postanowiła to wykorzystać.
-No właśnie Carl, co ci szkodzi?- powtórzyła, uśmiechając się podle.- Jeśli mi się nie uda i zginę, już nigdy więcej nie będziesz musiał mnie oglądać.- Ta perspektywa musiała wydać mu się niezmiernie kusząca, skoro po chwili zastanowienia, mężczyzna pozwolił piegusce wziąć udział w grze.
-Połamania nóg… nogi.- powiedział do dziewczyny, uśmiechając się jadowicie.. Erin nie skomentowała jego uwagi, choć miała na to naprawdę wielką ochotę. Teraz musiała przede wszystkim skupić się na czerwonym ogierze.
-Jak mu na imię?- zwróciła się szybko do Gorry’ego, gdy już siedziała na grzbiecie wierzchowca.
-Corr.
-A więc Corr- odparła, pochylając się nad szyją zwierzęcia.- tylko spróbuj mnie utopić.- szepnęła ostro do jego prawego ucha. Może to był tylko zbieg okoliczności, ale gdy wyprostowała się w siodle, ogier wykręcił szyję, przyglądając się szatynce jednym okiem, a następnie wygiął wargi w przeraźliwym uśmiechu. Erin poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, ale wiedziała, że nie wolno jej zrezygnować. Nie teraz, kiedy siedzi na grzbiecie. Nie teraz, gdy wszyscy na nią patrzą.
Flyn zanim ruszyła, dotknęła szyi zwierzęcia. Miała wrażenie, że jego skóra dziwnie drgnęła pod wpływem jej dotyku, zupełnie, jakby szykowała się do ataku. Starała się wsłuchać w rytm jego serca, wyczuć jego naturę i zrozumieć jego zachowanie… nie wyczuła niczego. W tym zwierzęciu nie było niczego normalnego. Poza tym kamień nie ma prawa bić.
Mimo wielkiej niechęci do each uisce, pieguska zdecydowała się ruszyć. Pozwoliła ogierowi kłusować, cały czas jednym okiem obserwując wzburzone wody, a drugim niespokojnego wierzchowca. Corr bez przerwy drżał pod wpływem jej dotyku, nienaturalnie wykręcając przy tym szyję. Erin nie podobało się jego nietypowe dla koni pochylenie głowy, oraz fakt, że prawie w ogóle nie stawiał uszu. Jedno i drugie świadczyło o tym, że pod żadnym pozorem nie wolno było mu ufać. Galop, choć z pewnością był niesamowity i najszybszy, jaki dziewczyna kiedykolwiek poczuła, na pewno nie zmieniał jej opinii o koniach uisce. Czerwony ogier cały czas drobił po twardym piasku, z położonymi uszami, zwrócony głową w kierunku wody. Erin zaklęła głośno, nie obawiając się, ze ktokolwiek to usłyszy. Jej słowa od razu zostały porwane przez wiatr… silny powiew, który niósł ze sobą pieśń oceanu. Wody, która śpiewała do ich uszu i bez przerwy nawoływała Corra.
Nagle ogier zerwał się do biegu, jakby kopnięty prądem. Choć dziewczyna próbowała nad nim jakoś zapanować, odciągając go w stronę lądu, ten nawet nie myślał, by się jej słuchać. Nawet jeśli koń był piękny, nawet jeśli sposób w jaki biegał zapierał dech w piersiach, to cały czas myślał o wodzie i ciągnął ku morzu. Szarpał się i wił niemiłosiernie, a jego ruchy były śliskie i jakby rybie. Zdecydowanie bardziej przypominał morskiego potwora, niż konia. Nawet teraz, kiedy stąpał wszystkimi kończynami na twardym gruncie.
-Nie uda ci się mnie utopić!- krzyknęła do ogiera, usiłując zagłuszyć świszczący wiatr. Corr znów wygiął szyję, patrząc na pieguskę, jak na padlinę. Jego czarne, puste jak studnie oczy zdawały się potraktować jej słowa jak wyzwanie. Ogier ostatni raz zerwał się w stronę gwałtownego morza, tym razem wbiegając w mniejsze fale. Erin poczuła, jak słona woda dociera do jej ust i oczu, jak wpływa do ran i zadrapań, wyrządzonych przez each uisce. Zawrócenie tego demona graniczyło z cudem, ale jakimś trafem udało jej się sprostać temu zadaniu.
Pieguska miała wrażenie, że wyciągnięcie ich z wody, zawrócenie w kierunku plaży i w końcu zatrzymanie konia trwało całe wieki. W rzeczywistości trwało zaledwie kilkanaście sekund. Przez cały ten czas, gdy prowadziła go przez piaski, jego skóra drżała, a szyja próbowała się wyślizgnąć. Gdy Erin zerknęła w stronę czerwonego ogiera, bestia pochwyciła jej podejrzliwe spojrzenie, obnażając ostre kły w sposób, w jaki nie wystawiłby ich żaden lądowy koń. Ani nawet inne zwierzę.
-Panie i panowie, mamy zwycięzcę!- krzyknął Gorry entuzjastycznie do tłumu. Szatynka nie patrzyła ani na niego, ani na reakcję tłumu, który jakby zawiedziony dość szybko się rozszedł.
-Możesz go sobie zabrać.- mruknęła w stronę brodatego mężczyzny, podając mu wodze wierzgającego się ogiera.- Nie potrzebuję mielarki do mięsa.
Mężczyzna uśmiechnął się w odpowiedzi, a pieguska zaczęła się zastanawiać, czy faktycznie darzy ją sympatią.
-Niczego nie rozumiesz, droga Erin. Konie są uosobieniem wolności…
-A więc daj mi konia, nie bestię.
-Szybszego nie znajdziesz, dobrze o tym wiesz, mam rację?- miał i to najbardziej ją niepokoiło. Jeszcze bardziej niż obnażający zęby Corr. Westchnęła ze zrezygnowania, starając się uspokoić bicie serca.- Jeśli ty go nie weźmiesz, dam go komuś innemu. Myślisz, że którykolwiek z miejscowych jest w stanie się na nim utrzymać? – dodał, unosząc jedną brew. Erin zaklęła cicho, po czym przytaknęła powoli głową. Miał rację, już po raz drugi.
-Wezmę go.- mruknęła w końcu, ściskając mocniej wodze konia.- Ale nie myśl sobie, że jestem tym urzeczona. Potrzebuję go, by się stąd wyrwać, nic więcej. Przy pierwszej lepszej okazji wypuszczę go do wody.- odparła, piorunując Gorry’ego ostrym, ale i pewnym siebie spojrzeniem. Ku jej zaskoczeniu, brodaty mężczyzna pokręcił przecząco głową.
-Nie będziesz w stanie. One są jak wolność, uzależniają do tego stopnia, że jesteś gotów oddać za nie życie.- odparł, po czym jakby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i odszedł swoją stronę.
Erin została sama na plaży, z jedną ręką w kieszeni, a drugą na wodzach czerwonego ogiera. Mimo tego co myślała o tych koniach, musiała przyznać się do jednej rzeczy. Faktycznie czuła się tak, jakby właśnie wygrała wolność.
Erin wstała powoli, otrzepując za duże ubranie z ziemi i pojedynczych źdźbeł trawy, jakie zdążyły się do niej przykleić podczas zaledwie tej jednej nocy. Rozejrzała się pospiesznie, taksując swym przenikliwym wzrokiem to plażę i wodę przed sobą, to niebo nad głową, to przypadkowych mieszkańców wioski, przechodzących niedaleko. Jednak podczas tej obserwacji, ludzie byli dla niej najmniej istotni.
Dopiero teraz, gdy postała przez dłuższą chwilę na klifach, usłyszała silne wycie wiatru nad głową, odgłosy przypływu, oraz skrzeki białych mew, zataczających coraz to większe koła na niebie. Gdzieś tam da dole grupa ludzi prowadziła przez piaszczystą plażę konia, a kiedy zatrzymali się w dogodnym miejscu, dookoła nich ustawiło się co najmniej kilkunastu gapiów. Ogier był niespokojny. Szarpał się co chwila i szamotał, próbując uwolnić się od lin, krępujących jego ruchy. Choć zachowywał się naprawdę gwałtownie, rżał cicho, nawołując w stronę morza. Już na pierwszy rzut oka widać było, że wierzchowiec był zaniepokojony wszystkim, co go otaczało. Sztormem, silnym wiatrem, oraz krzykami, dobiegającymi ze wszystkich stron. To właśnie ten krzyk obudził Erin, nie silny wiatr.
Tłok na plaży o tej porze, w dodatku w tak małej wiosce był naprawdę niecodziennym widokiem.
Nie zajęło to zbyt wiele czasu, gdy piegowata dziewczyna postanowiła udać się w dół klifów, na piaszczystą plażę. Przez chwilę zdawało się to nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że wąska droga do najłagodniejszych nie należała, a ciężko jest poruszać się po takich terenach ze sztuczną kończyną. Jednak kiedy Erin dotarła na plażę, okazało się, że strome zbocza klifów były jej najmniejszym problemem.
Pomijając już fakt, że dla tak niskiej i drobnej osoby jak ona, przedarcie się przez tłum głośnych i skandujących gapiów graniczyło z cudem, to to co ujrzała w środku zbiegowiska wcale nie poprawiło jej humoru.
Na piaszczystym kręgu dostrzegła trzech, masywnych i wyższych od niej co najmniej o trzy i pół głowy mężczyzn. To właśnie do nich krzyczeli ludzie, wypowiadając imiona owych osobników, których Erin znała aż za dobrze. Byli to hodowcy koni, jedni z najbardziej rozpoznawalnych w okolicy, nie tylko tej najbliższej. Wśród nich najważniejszy był rosły brodaty mężczyzna, o imieniu Gorry. To właśnie on pierwszy z całej trójki ujrzał w tłumie gapiów piegowatą dziewczynę. I choć po jego spojrzeniu można było się domyśleć, że był mile zaskoczony jej obecnością na plaży, to póki co nie zawołał jej do siebie. To jednak nie trzej mężczyźni byli tutaj w centrum uwagi, a wierzchowiec, którego przyprowadzili ze sobą. Było w nim coś… niezwykłego, a zarazem przerażającego. Patrzenie się na ogiera wywoływało swego rodzaju lęk pomieszany z ekscytacją. To z pewnością nie był zwykły koń, Erin dobrze o tym wiedziała. Była jednak zła na siebie, że nie mogła sobie przypomnieć czym dokładnie on był, choć wiedziała, że ma to na końcu języka. Co prawda mogła podejść bliżej i najzwyczajniej w świecie zapytać się Gorry’ego, bądź też któregoś z gapiów, ale póki co wolała się nie wychylać. Po prostu obserwowała, z nadzieją, że sama sobie przypomni.
Ogier był zdecydowanie większy od zwykłych koni lądowych, jakie widuje się w tych stronach. Posiadał silne i zadziwiająco długie nogi, wyraźnie przystosowane do wielogodzinnych, męczących biegów. Najdziwniejszy był jednak jego pysk. Koń miał wąskie i wydłużone nozdrza, a jego czarne, śliskie oczy, równie dobrze mogły być oczami ryby. Ciemne uszy przypominały trochę torebki z jajami rekina: były długie i dziwacznie zbliżone do siebie. To właśnie bardziej upodobniało go do demona, niż do konia. Co gorsza, Erin nie mogła oprzeć się wrażeniu, że im dłużej przyglądała się ogierowi, tym ten częściej zerkał w jej stronę. Kiedy za którymś razem ich spojrzenia się spotkały, wierzchowiec wygiął wargi w przerażającym uśmiechu, odsłaniając ostre kły. Tak, dokładnie- ten koń miał k ł y . Szatynka miała już podejrzenia co do tego, czym owo zwierzę w rzeczywistości było. O jej opinii przesądziła również barwa rumaka, która o ile w ciemności wydawała się kasztanowata, to dopiero przy pierwszych, jasnych promieniach słońca dało się dostrzec, iż miała karminowy odcień krwi.
Each uisce., pomyślała dziewczyna, uśmiechając się smutno. Nie mam pojęcia jacy bogowie zesłali Cię na te ziemie.
Teraz, gdy pieguska ustaliła tożsamość stwora, cała reszta wydała się aż dziecinnie prosta. Widziała już czemu trzej mężczyźni przyprowadzili konia wodnego na plażę o tak wczesnej porze. Wiedziała również z jakiego powodu zgromadzili się tutaj ludzie. A znając dobrze Gorry’ego, nie było mowy o pomyłce w swych przypuszczeniach. To nie była jakaś zwykła licytacja. To nie było zwykłe testowanie konia. To była gra. Pojedynek, w którym każdy miał szansę wziąć udział, aczkolwiek nie każdemu było dane go przeżyć. Kto był Twoim przeciwnikiem? Wzburzone morze, fale, silny wiatr oraz pozostali ludzie. A co było nagrodą? Czerwony ogier. Jeśli uda Ci się go oswoić, jest twój. Jeśli nie uda, zostaniesz zjedzony na dnie oceanu. Nie było tutaj żadnych reguł, żadnych odszkodowań, żadnych nagród pocieszenia… nikt nie dostawał drugiej szansy.
Erin popatrzyła się z zakłopotaniem na gapiów. To było jasne, że przynajmniej część z nich będzie gotowa ryzykować swoje życie, by zdobyć ogiera. Zwykłe konie lądowe były tutaj bardzo drogie, o wodnych już nawet nie wspominając. A tutaj proszę, za darmo! Taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć. Najpierw jednak trzeba było przeżyć.
Szatynka westchnęła ze zrezygnowaniem. Nie chodziło o to, że ktoś może wygrać tego konia. Nie zależało jej na mięsożernym ogierze. Chodziło o to, że znała ludzi z wioski od kilkunastu miesięcy i wiedziała, że żadna ze zgromadzonych tutaj osób nie była na tyle doświadczonym jeźdźcem, by utrzymać się na spłoszonym koniu. A co dopiero na agresywnym koniu uisce.
-Kto się odważy go dosiąść, śmiało, śmiało!- Gorry zachęcał ludzi z tłumu.- Może pani, och, albo pan? Nie? Jaka szkoda, w takim razie może…- tutaj jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, kulawej dziewczynie. Uśmiechnął się do niej uprzejmie, co mogło wydawać się wielce nietaktowne, biorąc pod uwagę, że mężczyzna trzymał mięsożerną bestię.- … Erin?- dokończył, wytrzymując ostre spojrzenie szatynki.
Dziewczyna wciągnęła powoli rześkie, morskie powietrze. Nie miała zamiaru tego robić, ale… Ale jeśli ja go nie dosiądę, ktoś niebawem zginie., pomyślała, robiąc pierwsze, niepewne kroki w kierunku Gorry’ego. Nawet nie spostrzegła kiedy znalazła się tuż przy koniu.
Spojrzała na niego, a potem na wodę. Lodowate, wiosenne morze nawet o tak wczesnej porze mieniło się kolorami nocy: granatem, czernią i brązem. Jeśli jej się nie uda, do tych trzech barw będzie można dodać odcień czerwieni.
-Schwytałem go wczoraj w nocy. Specjalnie dla ciebie.- powiedział do niej Gorry, klepiąc dziewczynę przyjacielsko po ramieniu. Erin zmuszona była uśmiechnąć się do przyjaciela, chociaż odrobinę.
Znała się z Gorry’m od dłuższego czasu. To właśnie w jego stajni pracowała przy koniach, póki co, zarabiając w ten sposób na życie.
-Domyśliłam się.- odparła, przyglądając się czerwonemu wierzchowcowi. Obserwowała go i wiedziała, że on swymi rybimi ślepiami obserwował ją.
-Chwila, chwila.- odezwał się nagle jeden z pozostałych mężczyzn, współpracownik Gorry’ego.- Co ta dziewczyna robi w tym miejscu, co? O ile pamiętam to małe dzieci nie mają tutaj wstępu.- mówiąc to, zerknął na Erin, posyłając jej złośliwy uśmiech. No tak, prawie bym zapomniała. Nie każdy darzył ją tutaj sympatią, a Carl był jednym z najgorszych. Poza tym, gdy natknęli się z Erin na siebie po raz pierwszy, mężczyzna wziął ją za najwyżej dwunastolatkę i od tego momentu sprytnie wykorzystywał jej dziecięcy wygląd. Chociażby teraz.
-O ile pamiętam- odezwała się zielonooka.- To wasze zawody nie mają regulaminu.- słysząc to, Carl przymrużył oczy, rzucając piegusce nienawistne spojrzenie. Coś mówiło dziewczynie, że stojąc obok konia wodnego, to Carla powinna obawiać się najbardziej.
Kątem oka, Erin dostrzegła rozbawionego Gorry’ego.
-Pozwól jej, co ci szkodzi?- brodaty mężczyzna zwrócił się do współpracownika. Kulawa szatynka dostrzegła w oczach Carla wahanie i postanowiła to wykorzystać.
-No właśnie Carl, co ci szkodzi?- powtórzyła, uśmiechając się podle.- Jeśli mi się nie uda i zginę, już nigdy więcej nie będziesz musiał mnie oglądać.- Ta perspektywa musiała wydać mu się niezmiernie kusząca, skoro po chwili zastanowienia, mężczyzna pozwolił piegusce wziąć udział w grze.
-Połamania nóg… nogi.- powiedział do dziewczyny, uśmiechając się jadowicie.. Erin nie skomentowała jego uwagi, choć miała na to naprawdę wielką ochotę. Teraz musiała przede wszystkim skupić się na czerwonym ogierze.
-Jak mu na imię?- zwróciła się szybko do Gorry’ego, gdy już siedziała na grzbiecie wierzchowca.
-Corr.
-A więc Corr- odparła, pochylając się nad szyją zwierzęcia.- tylko spróbuj mnie utopić.- szepnęła ostro do jego prawego ucha. Może to był tylko zbieg okoliczności, ale gdy wyprostowała się w siodle, ogier wykręcił szyję, przyglądając się szatynce jednym okiem, a następnie wygiął wargi w przeraźliwym uśmiechu. Erin poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, ale wiedziała, że nie wolno jej zrezygnować. Nie teraz, kiedy siedzi na grzbiecie. Nie teraz, gdy wszyscy na nią patrzą.
Flyn zanim ruszyła, dotknęła szyi zwierzęcia. Miała wrażenie, że jego skóra dziwnie drgnęła pod wpływem jej dotyku, zupełnie, jakby szykowała się do ataku. Starała się wsłuchać w rytm jego serca, wyczuć jego naturę i zrozumieć jego zachowanie… nie wyczuła niczego. W tym zwierzęciu nie było niczego normalnego. Poza tym kamień nie ma prawa bić.
Mimo wielkiej niechęci do each uisce, pieguska zdecydowała się ruszyć. Pozwoliła ogierowi kłusować, cały czas jednym okiem obserwując wzburzone wody, a drugim niespokojnego wierzchowca. Corr bez przerwy drżał pod wpływem jej dotyku, nienaturalnie wykręcając przy tym szyję. Erin nie podobało się jego nietypowe dla koni pochylenie głowy, oraz fakt, że prawie w ogóle nie stawiał uszu. Jedno i drugie świadczyło o tym, że pod żadnym pozorem nie wolno było mu ufać. Galop, choć z pewnością był niesamowity i najszybszy, jaki dziewczyna kiedykolwiek poczuła, na pewno nie zmieniał jej opinii o koniach uisce. Czerwony ogier cały czas drobił po twardym piasku, z położonymi uszami, zwrócony głową w kierunku wody. Erin zaklęła głośno, nie obawiając się, ze ktokolwiek to usłyszy. Jej słowa od razu zostały porwane przez wiatr… silny powiew, który niósł ze sobą pieśń oceanu. Wody, która śpiewała do ich uszu i bez przerwy nawoływała Corra.
Nagle ogier zerwał się do biegu, jakby kopnięty prądem. Choć dziewczyna próbowała nad nim jakoś zapanować, odciągając go w stronę lądu, ten nawet nie myślał, by się jej słuchać. Nawet jeśli koń był piękny, nawet jeśli sposób w jaki biegał zapierał dech w piersiach, to cały czas myślał o wodzie i ciągnął ku morzu. Szarpał się i wił niemiłosiernie, a jego ruchy były śliskie i jakby rybie. Zdecydowanie bardziej przypominał morskiego potwora, niż konia. Nawet teraz, kiedy stąpał wszystkimi kończynami na twardym gruncie.
-Nie uda ci się mnie utopić!- krzyknęła do ogiera, usiłując zagłuszyć świszczący wiatr. Corr znów wygiął szyję, patrząc na pieguskę, jak na padlinę. Jego czarne, puste jak studnie oczy zdawały się potraktować jej słowa jak wyzwanie. Ogier ostatni raz zerwał się w stronę gwałtownego morza, tym razem wbiegając w mniejsze fale. Erin poczuła, jak słona woda dociera do jej ust i oczu, jak wpływa do ran i zadrapań, wyrządzonych przez each uisce. Zawrócenie tego demona graniczyło z cudem, ale jakimś trafem udało jej się sprostać temu zadaniu.
Pieguska miała wrażenie, że wyciągnięcie ich z wody, zawrócenie w kierunku plaży i w końcu zatrzymanie konia trwało całe wieki. W rzeczywistości trwało zaledwie kilkanaście sekund. Przez cały ten czas, gdy prowadziła go przez piaski, jego skóra drżała, a szyja próbowała się wyślizgnąć. Gdy Erin zerknęła w stronę czerwonego ogiera, bestia pochwyciła jej podejrzliwe spojrzenie, obnażając ostre kły w sposób, w jaki nie wystawiłby ich żaden lądowy koń. Ani nawet inne zwierzę.
-Panie i panowie, mamy zwycięzcę!- krzyknął Gorry entuzjastycznie do tłumu. Szatynka nie patrzyła ani na niego, ani na reakcję tłumu, który jakby zawiedziony dość szybko się rozszedł.
-Możesz go sobie zabrać.- mruknęła w stronę brodatego mężczyzny, podając mu wodze wierzgającego się ogiera.- Nie potrzebuję mielarki do mięsa.
Mężczyzna uśmiechnął się w odpowiedzi, a pieguska zaczęła się zastanawiać, czy faktycznie darzy ją sympatią.
-Niczego nie rozumiesz, droga Erin. Konie są uosobieniem wolności…
-A więc daj mi konia, nie bestię.
-Szybszego nie znajdziesz, dobrze o tym wiesz, mam rację?- miał i to najbardziej ją niepokoiło. Jeszcze bardziej niż obnażający zęby Corr. Westchnęła ze zrezygnowania, starając się uspokoić bicie serca.- Jeśli ty go nie weźmiesz, dam go komuś innemu. Myślisz, że którykolwiek z miejscowych jest w stanie się na nim utrzymać? – dodał, unosząc jedną brew. Erin zaklęła cicho, po czym przytaknęła powoli głową. Miał rację, już po raz drugi.
-Wezmę go.- mruknęła w końcu, ściskając mocniej wodze konia.- Ale nie myśl sobie, że jestem tym urzeczona. Potrzebuję go, by się stąd wyrwać, nic więcej. Przy pierwszej lepszej okazji wypuszczę go do wody.- odparła, piorunując Gorry’ego ostrym, ale i pewnym siebie spojrzeniem. Ku jej zaskoczeniu, brodaty mężczyzna pokręcił przecząco głową.
-Nie będziesz w stanie. One są jak wolność, uzależniają do tego stopnia, że jesteś gotów oddać za nie życie.- odparł, po czym jakby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i odszedł swoją stronę.
Erin została sama na plaży, z jedną ręką w kieszeni, a drugą na wodzach czerwonego ogiera. Mimo tego co myślała o tych koniach, musiała przyznać się do jednej rzeczy. Faktycznie czuła się tak, jakby właśnie wygrała wolność.
<No Ursa, składam Ci to opko w ofierze. Tylko nie zjadaj Maurów, dobrze? :3>
piątek, 24 lipca 2015
Masz obrączkę? No to co? Wszyscy traktujemy to pół serio i pół żartem, bo czas na grzech!
Imię: Emma
Nazwisko: Singer
Przydomek: –
Rasa: Człowiek
Wiek: 25 lat
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Artystka (Śpiewaczka)
Aparycja: Nasza bohaterka, jak widać, została hojnie obdarzona przez matkę naturę niezwykłymi atutami swojego ciała. Żeby je bardziej podkreślać, często nosi długie suknie z widocznym wcięciem w dekolcie i wieloma ozdobami. Swoich złotych włosów nie związuje prawie nigdy, chyba, że do kąpieli, kiedy nie chce ich myć, ponieważ robiła to wczoraj.
Ma szczupłą figurę, lecz jest dość średniego wzrostu.
Zdolności: Emma nie ma żadnych zdolności magicznych, ale jeśli „uwodzenie” się liczy, to ona na pewno jest w tym mistrzem. Och, no i śpiew. W jej zawodzie to się przydaje.
Zainteresowania: Co lubię? Och, to proste: pieniądze! Za nie można dostać wszystko! Drogą biżuterię, sukienki, buty, a nawet, jeśli masz taki kaprys: służących. Ale ja w pierwszej kolejności, urządziłabym eleganckie przyjęcie z kosztownym winem i jedzeniem!
Charakter: Emma to bardzo sprytna kobieta. Wie, czego chce i do tego dąży, choćby nie wiem co się stało. Zdaje sobie sprawę ze swojej urody i dobrze ją wykorzystuje, zapewniając sobie lepsze warunki życia, a sztukę uwodzenia opanowała do perfekcji. Ma lepsze kontakty naturalnie z płcią przeciwną, niż z kobietami z racji tego, iż często potrafi im dopiec oraz odbić ich partnerów.
Kocha elegancję, wyrafinowanie oraz gustowne lokale, w których może śpiewać i tańczyć do białego rana oraz białe rękawiczki u kelnerów. W jej ruchach widać wdzięk, którego się wyuczyła, lecz część posiadała już od urodzenia.
To schludna oraz charyzmatyczna kobieta, która wie, jak zawrócić w głowie niejednemu facetowi, tylko po to, by dostać to, czego pragnie. A pragnie naprawdę dużo, na przykład pieniędzy. O tak, życie w luksusie, to jest to. Emma potrafi godzinami przymierzać coraz to kosztowniejsze kreacje, drogą i błyszczącą biżuterię, przeglądać się w lustrze oraz pić wysokiej klasy wina i szampana i, co najważniejsze, dbać o swój wygląd. To kolejna rzecz na liście pod tytułem: „Zachcianki Emmy”. Nigdy nic bardziej nie ceniła od zdrowych, błyszczących włosów oraz czystej cery (oczywiście, oprócz brzęczących monet).
Ta dziewczyna posiada duszę towarzystwa i, jak wcześniej już wspomniałam, duże pokłady charyzmy, więc występowanie na scenie, a także flirtowanie z każdym napotkanym mężczyzną, o ile ma wysoki status społeczny, nie jest dla niej przeszkodą.
Historia: Cóż, moja rodzina nie była zbyt bogata. Mój ojciec i matka urodzili mnie w czasach pokoju, gdy już skończyły się wszystkie wojny, były zbyt małe lub po prostu o nich nie słyszeliśmy, bo mieszkaliśmy na kompletnym odludziu, gdzieś w chaszczach, w małej, drewnianej chatce, która nie należała do nikogo, toteż ją sobie przywłaszczyliśmy.
Gdy byłam jeszcze małym szkrabem, jedenaście czy dwanaście lat temu, ojciec od nas odszedł i zostawił nas same. Ja miałam tyle szczęścia, że mój intelekt się w pełni nie rozwinął i nie rozumiałam, co się właśnie stało, dlatego też zniosłam to dość dobrze w przeciwieństwie do mojej rodzicielki. Cóż, w skrócie: popadła w głęboką depresję. Naprawdę nie mam pojęcia, jak udało jej się mnie wychować z takim stanem w jaki się doprowadziła, ale trudno. W moim nastoletnim wieku, kiedy posiadałam trzynaście, może czternaście lat, matka popadła w alkoholizm. To było dla mnie dość szokujące przeżycie. Jeszcze da się wytrzymać, kiedy taka zalana w trupa osoba od razu idzie spać i nie jest agresywna, ale z NIĄ było inaczej. Za każdym razem, gdy sięgała po kieliszek wypełniony czerwoną cieczą, wpadała w istną furię, a wtedy była nieobliczalna. Nie muszę chyba wspominać, ile naliczyłam siniaków na swoim ciele przez te kilka lat, ale gdy skończyłam osiemnastkę, natychmiast wyniosłam się z domu. Cóż, teraz jestem tutaj już od siedmiu lat i jest mi z tym dobrze. Oczywiście, że dalej kocham moją rodzicielkę i za nią tęsknię, ale jakoś nie mogłabym się zdobyć na to, by znów się z nią spotkać.
Partner: Partner? Nie w tym życiu! Ja chcę być wolna! Skakać z kwiatka na kwiatek!
Rodzina: Coż, jak już mówiłam, ojciec od nas odszedł, a matka została, ale prawdopodobnie oboje jeszcze żyją.
Szczegóły: –
Autor: MrsAnglel20
Nazwisko: Singer
Przydomek: –
Rasa: Człowiek
Wiek: 25 lat
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Artystka (Śpiewaczka)
Aparycja: Nasza bohaterka, jak widać, została hojnie obdarzona przez matkę naturę niezwykłymi atutami swojego ciała. Żeby je bardziej podkreślać, często nosi długie suknie z widocznym wcięciem w dekolcie i wieloma ozdobami. Swoich złotych włosów nie związuje prawie nigdy, chyba, że do kąpieli, kiedy nie chce ich myć, ponieważ robiła to wczoraj.
Ma szczupłą figurę, lecz jest dość średniego wzrostu.
Zdolności: Emma nie ma żadnych zdolności magicznych, ale jeśli „uwodzenie” się liczy, to ona na pewno jest w tym mistrzem. Och, no i śpiew. W jej zawodzie to się przydaje.
Zainteresowania: Co lubię? Och, to proste: pieniądze! Za nie można dostać wszystko! Drogą biżuterię, sukienki, buty, a nawet, jeśli masz taki kaprys: służących. Ale ja w pierwszej kolejności, urządziłabym eleganckie przyjęcie z kosztownym winem i jedzeniem!
Charakter: Emma to bardzo sprytna kobieta. Wie, czego chce i do tego dąży, choćby nie wiem co się stało. Zdaje sobie sprawę ze swojej urody i dobrze ją wykorzystuje, zapewniając sobie lepsze warunki życia, a sztukę uwodzenia opanowała do perfekcji. Ma lepsze kontakty naturalnie z płcią przeciwną, niż z kobietami z racji tego, iż często potrafi im dopiec oraz odbić ich partnerów.
Kocha elegancję, wyrafinowanie oraz gustowne lokale, w których może śpiewać i tańczyć do białego rana oraz białe rękawiczki u kelnerów. W jej ruchach widać wdzięk, którego się wyuczyła, lecz część posiadała już od urodzenia.
To schludna oraz charyzmatyczna kobieta, która wie, jak zawrócić w głowie niejednemu facetowi, tylko po to, by dostać to, czego pragnie. A pragnie naprawdę dużo, na przykład pieniędzy. O tak, życie w luksusie, to jest to. Emma potrafi godzinami przymierzać coraz to kosztowniejsze kreacje, drogą i błyszczącą biżuterię, przeglądać się w lustrze oraz pić wysokiej klasy wina i szampana i, co najważniejsze, dbać o swój wygląd. To kolejna rzecz na liście pod tytułem: „Zachcianki Emmy”. Nigdy nic bardziej nie ceniła od zdrowych, błyszczących włosów oraz czystej cery (oczywiście, oprócz brzęczących monet).
Ta dziewczyna posiada duszę towarzystwa i, jak wcześniej już wspomniałam, duże pokłady charyzmy, więc występowanie na scenie, a także flirtowanie z każdym napotkanym mężczyzną, o ile ma wysoki status społeczny, nie jest dla niej przeszkodą.
Historia: Cóż, moja rodzina nie była zbyt bogata. Mój ojciec i matka urodzili mnie w czasach pokoju, gdy już skończyły się wszystkie wojny, były zbyt małe lub po prostu o nich nie słyszeliśmy, bo mieszkaliśmy na kompletnym odludziu, gdzieś w chaszczach, w małej, drewnianej chatce, która nie należała do nikogo, toteż ją sobie przywłaszczyliśmy.
Gdy byłam jeszcze małym szkrabem, jedenaście czy dwanaście lat temu, ojciec od nas odszedł i zostawił nas same. Ja miałam tyle szczęścia, że mój intelekt się w pełni nie rozwinął i nie rozumiałam, co się właśnie stało, dlatego też zniosłam to dość dobrze w przeciwieństwie do mojej rodzicielki. Cóż, w skrócie: popadła w głęboką depresję. Naprawdę nie mam pojęcia, jak udało jej się mnie wychować z takim stanem w jaki się doprowadziła, ale trudno. W moim nastoletnim wieku, kiedy posiadałam trzynaście, może czternaście lat, matka popadła w alkoholizm. To było dla mnie dość szokujące przeżycie. Jeszcze da się wytrzymać, kiedy taka zalana w trupa osoba od razu idzie spać i nie jest agresywna, ale z NIĄ było inaczej. Za każdym razem, gdy sięgała po kieliszek wypełniony czerwoną cieczą, wpadała w istną furię, a wtedy była nieobliczalna. Nie muszę chyba wspominać, ile naliczyłam siniaków na swoim ciele przez te kilka lat, ale gdy skończyłam osiemnastkę, natychmiast wyniosłam się z domu. Cóż, teraz jestem tutaj już od siedmiu lat i jest mi z tym dobrze. Oczywiście, że dalej kocham moją rodzicielkę i za nią tęsknię, ale jakoś nie mogłabym się zdobyć na to, by znów się z nią spotkać.
Partner: Partner? Nie w tym życiu! Ja chcę być wolna! Skakać z kwiatka na kwiatek!
Rodzina: Coż, jak już mówiłam, ojciec od nas odszedł, a matka została, ale prawdopodobnie oboje jeszcze żyją.
Szczegóły: –
Autor: MrsAnglel20
środa, 10 czerwca 2015
Życie ze śmiercią w jednym chodzą stroju - Dziś Panią siebie, jutro wśród uboju
Imię: Ashlotte
Nazwisko: Cleverraven
Przydomek: Iníon an Oíche
Rasa: Likantrop
Wiek: 19 lat
Płeć: Żeńska
Stanowisko: Taktyk
Aparycja: Gdy przybiera postać wilka jej sierść jest biała, a ślepia czerwone. Jako człowiek jest niska (ma 160cm) i szczupła. Zawsze nosi na sobie coś z odzieży "eleganckiej". Uwielbia falbany i koronki.
Zdolności: Dobrze posługuje się średniej wielkości mieczem oraz szpadą. Walczy szybko i zwinnie. Zna również tajniki magii, ale zazwyczaj posługuje się tylko tą z zakresu podstawy. Dobrze jeździ konno, ma rękę do zwierząt. Dzięki wilczej klątwie jej rany goją się szybciej niż normalnie i jest silniejsza.
Zainteresowania: Ashlotte interesuje się głównie otaczającym ją światem i zyskiem jaki może z niego czerpać. Zna wiele gatunków roślin, leczniczych jak i trujących. Uwielbia jeździć konno.
Charakter: To dość... Specyficzna dziewczyna. Jest bardzo odważna, o tak. Nie boi się naprawdę niczego. Lubi dyktować innym jak mają się zachowywać, co mają robić i czasem bywa arogancka. Ma o sobie wysokie mniemanie, jednak zachowuje zawsze kulturę osobistą, jest uprzejma i nie podnosi tonu głosu, praktycznie nigdy. Zawsze opanowana, to bardzo ważne w walce i na polowaniu. Szczera w sytuacjach temu sprzyjających, jeśli trzeba - potrafi kłamać, jest jednak lojalna wobec osób dla niej ważnych. Nie pozwala nikomu sobą pomiatać i ma bardzo silny charakter. Przestrzega swoich zasad i chociaż wiele ludzi (i nie tylko) uznało ją za "dziewczynę bez uczuć" to w głębi duszy jest wrażliwa, tak naprawdę często przejmuje się losem innych, jednak nigdy nie pokazuje nikomu swoich łez.
Historia: Ashlotte urodziła się w małym królestwie, którego nazwy praktycznie nikt już nie pamięta, w czasie wojny. Konflikt został wywołany przez nieco większe cesarstwa chcące zająć terytorium spokojnego królestwa. Trzecia w nocy to dokładna godzina narodzin Ashlotte, stąd przydomek "Inion an Oiche" - "Córka Nocy". Jednak bardzo niewiele osób go zna, ponieważ królowa wraz z córką, w następną noc po porodzie uciekła i skryła się przed wrogimi wojskami w górach. Króla zabito i od tego momentu ucichła wieść o królewskiej rodzinie. Ashlotte wychowywała się razem z matką w ukryciu przez 10 lat. Mieszkały na wsi, a mała wtedy dziewczynka nie miała pojęcia o swoim szlacheckim pochodzeniu. Mimo tego matka uczyła jej walki mieczem i szpadą, które zdążyła przemycić z zamku, etykiety, jazdy konnej, pisania i czytania powtarzając, że wszystkie dziewczynki muszą to wiedzieć. Jednak królowa zachorowała pewnej zimy i z powodu braku leków już niedługo zmarła. Tuż przed śmiercią wyznała swojej córce prawdę o jej pochodzeniu, kazała odzyskać tron i zatrzymać dobre imię rodziny. Mała Ashlotte wzięła sobie do serca słowa jedynej jej bliskiej osoby. Nie była w stanie utrzymać się sama na wsi, więc wyruszyła w podróż zabierając ze sobą jedynie miecz, konia i niektóre z książek. Przez rok tułała się żyjąc z kradzieży. Nie chciała nikogo okradać, jednak inaczej nie zdobyłaby pożywienia i ubrań. W wieku 11 lat trafiła do małego domku w środku lasu należącego do czarownic. Początkowo wiedźmy były nieprzychylnie nastawione do dziewczynki, lecz gdy zauważyły jej eleganckie maniery i dowiedziały się o jej pochodzeniu natychmiast postanowiły zrobić z niej swoją wychowankę. Od tej pory Ashlotte uczyła się sztuki magii i zielarstwa, oraz polowania poprzez zastawianie sprytnych pułapek. Poznawała nowe gatunki zwierząt oraz innych istot, o których istnieniu nawet nie miała pojęcia. Nowy, magiczny świat fascynował ją. Podczas jednej z wypraw, razem z czarownicami natknęły się na stado likantropów. Walka okazała się złym pomysłem, jeden w wilków okaleczył dziewczynę tym samym przemieniając ją w stworzenie swojego gatunku. Gdy wiedźmy zobaczyły bolesną przemianę Ashlotte w śnieżnobiałego wilka i jej niespodziewanie agresywne zachowanie wobec nich zrezygnowały z dalszego edukowania podopiecznej. Porzuciły ją i odleciały z powrotem do swojej chatki. Dziewczyna w swoim wilczym obliczu traciła nad sobą kontrolę i atakowała wszystko, po za tym przemiany były dla niej niezwykle bolesne i odbywały się jedynie przy pełni księżyca. Porzucona rozpoczęła tułaczkę po raz kolejny. Trafiła na piracki statek, gdzie, znów rabując - spędziła 2 lata. Tylko dzięki umiejętnością towarzyszącym wilczej klątwie przeżyła sztorm i rozbicie okrętu na dzikim lądzie. I znów rozpoczęła się podróż.
Partner: Szuka...
Rodzina: Matka Anabelle Cleverraven - zmarła, ojciec Oscar Cleverraven - zmarł.
Szczegóły: Ashlotte nienawidzi swojego wilczego oblicza i nie potrafi nad nim panować. Przemienia się jedynie o pełni księżyca, chociaż gdyby nauczyła się to kontrolować mogłaby robić to kiedy zechce. Jest również niezwykle agresywna i nieobliczalna w wilczej formie, choć i nad tym mogłaby zapanować. Niedawno oswoiła kruka, który towarzyszy jej w podróży, nazywa się Rex. Posiada również klacz, którą kupiła od jednego z żołnierzy, jej imię to Leonora. .
Autor: Shadow333
niedziela, 24 maja 2015
I'm gonna change you like a remix, then i'll raise you like a fenix
Nazwisko: Bherini
Przydomek: Jako skrót imienia używa Vis albo Erany, ale przydomek ma Lacila.
Rasa: Mieszanka Wilkołaka i Elfa
Wiek: Wygląda na młodą, zaledwie 19 lat, ale tak na prawdę ma 134 lata.
Płeć: Kobieta, choć wielu pomyli ją z mężczyzną
Stanowisko: Wyrocznia
Aparycja: Vis jest niska, ma tylko 163 cm wzrostu. Ale nie narzeka. To drobna i lekka osoba. Długie nogi pozwalają jej na wiele. Jest chuda, ma wieczną niedowagę, ale nie dlatego, że głoduje czy coś. Po prostu tak ma. Co jeszcze można powiedzieć o jej wyglądzie? No, nie wiem. Twarz widać na obrazku... Mogę tylko dodać że Vis nie rozstaje się ze swoim medalikiem. Ma też jeden na nadgarstku, czarny rzemyk, pusty. Oraz kolejny na kostce, też czarny rzemyk, ale z jednym małym szczegółem - ledwie widocznym srebrnym księżycem.
Zdolności: Jak wspomniałam powyżej, ma pewien dar, nie rozwinięty jeszcze w pełni, ale pracuje nad tym - widzi przyszłość. Polega to na tym, że w każdej chwili może ją dopaść jakaś wizja niedalekiej przyszłości. Ona nie wie, kiedy ta wizja będzie. Po prostu się pojawiają. Ale gdy się skupi, bo chce coś zobaczyć, to to zrobi, ale musi dotknąć rzeczy bądź osoby związanej a tą osobą, której przyszłość chce zobaczyć. Jest jeszcze jeden dar - częściowo rozumie mowę zwierząt, w końcu ma coś z Wilkołaka.
Jeśli chodzi o jej zdolności fizyczne, to jest bardzo silna. Mimo swojej budowy, nie raz powaliła większego od siebie. Ale wiadomo, nikt nie jest niepokonany. Jest sprytna i zwinna, uciekła prawie każdemu, kto ją ścigał. Jak mówi jej przydomek, jest elastyczna. Choćbyś postawił przed nią siatkę ze sznurków, ona przejdzie tak, żeby nie dotknąć żadnego z nich. Umie posługiwać się łukiem, mieczem oraz sztyletami, jej ulubionymi. Potrafi jednak z każdej rzeczy zrobić "broń".
Zainteresowania: Jej zainteresowania są okropnie... zmienne. Jeszcze wczoraj chciała być na wojnie, dzisiaj woli siedzieć i opatrywać rannych. Ale nie o to chodzi. Po prostu... ciągle się zmieniają. Ale stałe są takie, że uwielbia skoki z wodospadów. I to nie byle jakich! Im większy, tym lepsza zabawa! Bardzo lubi towarzystwo, ale nie damskie. Częściej przesiaduje z mężczyznami, ale nie Z TYCH powodów. Po prostu, lepiej się z nimi dogaduje. Często rozmawia, a raczej prowadzi monologi z księżycem. Dużo ćwiczy, prawie zawsze, jeśli ma chwilę czasu wolnego. Bardzo często chodzi po lesie i po prostu obserwuje, trenuje albo pomaga zwierzętom, bo jakaś część z Wilkołaka, dała jej prawo do częściowego rozumienia mowy zwierząt. Zdarza się, że mówi sama do siebie.
Charakter: Vis jest zdecydowanie bardziej podobna do mężczyzn i z nimi też częściej przebywa. Zdecydowanie nie lubi być traktowana jak kobieta. Po pierwsze nie ubiera się tak, po drugie kobiety nie powinny ścinać włosów a jak widać ona... Ma zdecydowanie za krótkie włosy jak na te czasy. Ale cóż. Kolejnym powodem jest po prostu to, że nie pasują jej typowe dla jej płci zasady. Jej matka zawsze jej powtarzała, że ma być damą... i inne bzdury. Na szczęście, ojciec szybko zrozumiał jest na prawdę Viserany i pozwalał jej po prostu być sobą. Była okropnym dzieciakiem, można powiedzieć. No ale cóż, ma dar do wpadania w kłopoty. Na szczęście, nauczyła się jak sobie poradzić w każdej sytuacji. Wie, jak zaleczyć poważne rany fizyczne jak i psychiczne. Dzięki temu płakała w swoim życiu bardzo rzadko, a od kiedy ojciec umarł, w ogóle. Nigdy nie była słaba. Zawsze, mimo swej drobnej budowy, radziła sobie świetnie, tak z podciąganiem na gałęziach przy wchodzeniu na drzewa, jak i z pomaganiem w domu. Słaba w znaczeniu psychicznym też nie była nigdy. Oczywiście, zdarzyło się raz na jakiś czas zwątpić ale nauczyła się, jak sobie z tym radzić. Jej słownictwo też nie jest idealne. Ale co zrobić, jeśli wychowywał ją bardziej ojciec, bo matka się poddała po jakimś czasie. Niektórych to dziwi ale ona nie widzi nic niezwykłego w swoim zachowaniu. Jest dumna z tego, że jest odważna, czasem nawet bardziej niż nie jeden mężczyzna. Ale być może wynika to z jej ześwirowanego stylu bycia. Potrafi mieć na prawdę szalone pomysły i pewnie dlatego rzuca się do walki mimo prawie pewnej przegranej. Pewnie to zła cecha ale co zrobić? Erany zdecydowanie nie jest ponurakiem. Uwielbia robić innym żarty, dawać im przezwiska albo po prostu się droczyć. Często się śmieje. I równie często używa sarkazmu. Jest okropnie chaotyczna. Wszędzie jej pełno, co czasem denerwuje innych. Potrafi z każdej niemiłej rzeczy zrobić jakąś sarkastyczną uwagę czy naukę, co pomaga innym. I mimo tego, jaka jest, ma w swoim otoczeniu parę osób, które słuchałyby jej godzinami, do czego przecież jest zdolna, bo Vis to urodzona gaduła. Ale ogólnie rzecz biorąc, to jest twarda dziewczyna która szuka przygód i okazji do sprawdzenia siebie. Albo ją lubisz albo jej nienawidzisz.
Historia: Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest historia osoby, która siedzi koło was? Albo przechodzi, widzicie ją tylko kilka sekund. A może żyjecie z nią na co dzień, widujecie na ulicy... Zastanawialiście się, dlaczego są tacy a nie inni? Że może to nie od nich zależało, że stali się zimni i okrutni, albo tacy weseli, ciepli...?
Otóż, wierzcie mi, nikt nie rodzi się z charakterem. Nie ma tak, że dziecko się rodzi i już wiadomo jakie będzie. Nie. Charakteru nie dziedziczymy też po rodzicach. Rodzimy się z pewnymi lekko rozwiniętymi cechami, ale od nas zależy, które przyjmiemy, które odrzucimy. A raczej, które cechy pozwoli nam przyjąć Los, a które każe odrzucić. Ciekawi was, co sprawiło, że jestem taka? Skoro to nadal czytacie, znaczy że tak. No dobrze, przejdźmy do rzeczy.
Urodziłam się dawno temu...
Wiem, brzmi jak bajka. Ale wierzcie mi, że ta historia bajką nie jest. Po prostu, miała miejsce 134 lata temu. Zadowoleni? Wracamy.
... dawno temu, kiedy na tym świecie panował pokój. Pozorny, jak wiemy. A ja urodziłam się tego feralnego dnia, kiedy zaczęła się wojna. Moja matka, Ebenum, miała już 2 dzieci, męża... Ale los dał jej jeszcze córkę... Która w zasadzie i tak była jak chłopiec, ale o tym później. Fortis, mąż Ebenum był jak spity, kiedy zobaczył małą mieszankę Elfki i Wilkołaka. Nie przejmował się tym, przecież nie było problemów z akceptacjami ras. A synowie pary? Już planowali jak wychowają brata, kiedy matka oznajmiła im, że to dziewczynka. Zdezorientowali się, ale po chwili nie miało to znaczenia. A pod wieczór dostali wiadomość, że rozpoczęła się wojna. Na szczęście, mieszkali daleko na obrzeżach kraju, mieli nadzieję, że nic się nie stanie.
I faktycznie, kilka lat później nadal żyli. Dzięki Fortisowi, oczywiście. Przez ten czas wyrobił sobie kontakty, a kiedy król Amirs doszedł do władzy, Fortis został jego doradcą. Polepszył się stan majątkowy rodziny. W dodatku wojna się skończyła, były już tylko małe wybuchy co jakiś czas, ale w porównaniu z tym, co działo się wcześniej, było naprawdę spokojnie. To wszystko sprawiło, że nasza bohaterka, którą pominęliśmy czyli ja, żyła. I miała się doskonale, choć matka próbowała na złość zrobić ze mnie damę. Dzięki bogu, tata od dawna wiedział, co się kroi. Że wojna, zrobiła ze mnie chłopczycę, a nie przerażoną wszystkim damulkę. Porozmawiał z mamą i ona uległa. A ojciec mógł mnie w spokoju szkolić.
I tak było przez całkiem spory okres czasu. Aż pewnego dnia, mając ok. 117 lat wyszłam z domu. Bracia byli już w wojsku, rodzice wiec zostali sami. Gdybym tylko wiedziała, co się kroi zostałabym w domu. Ale los chciał inaczej i wyszłam. A gdy wróciłam... W zasadzie nie było do czego wracać. Rodzice zamordowani, dom splądrowany... Byłam załamana. Ale doszłam do siebie, zawiadomiłam o tym kogo trzeba i odeszłam, chowając rodziców i całą przeszłość pod ziemią.
Wędrowałam i zarabiałam jak się dało, obojętnie czy zabijając czy szpiegując dla króla i jego ludzi, albo przewidując przyszłość, a zdarzało się nawet, ze lecząc rannych. Nie miało to znaczenia. Bylebym zachowała godność i anonimowość. Minęło sporo lat zanim zamieszkałam tutaj, w tych okolicach. Ale przynajmniej miałam spokój i nikt mnie nie znał. Mogłam zacząć od nowa... I obserwować jak będzie rządził syn Amirs'a - Arsman. Ciekawe, czy stłamsi wojnę do końca...
Partner: Nie, raczej nie myślała o tym żeby mieć partnera. Kiedyś może, ale teraz... nie kiedy są takie niepewne czasy. Poza tym, kto by się chciał związać z taką... wulkaniczną osóbką?!
Rodzina: Miała rodzinę. Dawno temu. Jej ojciec miał na imię Fortis i był doradcą króla Amirsa oraz Wilkołakiem. Matka Viserany miała na imię Ebenum, była Elfem. Pracowała jako Śpiewaczka. Vis miała jeszcze dwóch braci ale poszli do wojska i od tamtego czasu nie ma z nimi kontaktu. Niestety, jej rodzice zmarli dawno temu. Kiedy jej nie było w domu, ktoś napadł na nich, w końcu mieli trochę lepiej niż inni, z racji stanowiska ojca. Rodziców zabili, zabrali to co chcieli i odeszli.
Szczegóły: Viserany nie mieszka w domu. Ona śpi gdzie chce. Co do jej przemiany w Wilkołaka, to tylko po północy, ale na szczęście nad tym panuje. Z racji jej Elfiej części, żyje dłużej.
Autor: keiraKD
Subskrybuj:
Posty (Atom)



