wtorek, 5 września 2017

- Miecz. Na plecach. Dlaczego masz na plecach miecz? - Bo wiosło mi ukradli.

Imię: Rita. Jednak jej prawdziwe imię znane tylko nielicznym to Falka.
Nazwisko: Brak.
Przydomek: Niektórzy nazywają ją Smoczym Cieniem, lub elficką wersją – Irath Quedd. Najczęściej jednak słyszy sformułowania typu „Pani Wiedźmin”, „Wiedźmak”, „Monstrum”, „Mutant”, bądź inne, niecenzuralne epitety.
Rasa: Raz na jakiś czas smoki (potrafiące posługiwać się magią) znudzone sianiem postrachu w swej gadziej postaci przybierają ludzką formę i smakują życia. Rita jest "słodkim owocem miłości" smoka wysokogórskiego i leśnej elfki.
Wiek: Białowłosa twierdzi, że ukończyła 23 wiosny, obcy szacują że ledwie 18, a starsi znajomi przekonują niedowiarków, że tak naprawdę przeżyła już 72 lata.
Płeć: Jeśli ktoś podważy jej kobiecą naturę, gotowa jest pokazać mu dosadnie, że się myli.
Stanowisko: Wojownik i Łowca (zabija również potwory, żeby nie wyjść z wprawy, więc jeśli ktoś znajdzie utopca w studni, to śmiało walić do Rity).
Aparycja: Rita to mierząca 176 centymetrów smukła kupka mięśni, skóry i kości. Mimo iż nie jest elfem czystej krwi jej szczupła sylwetka od razu przywołuje na myśl „spiczastouchych”. Wyróżniają ją złotożółte, przypominające kocie, oczy o pionowych źrenicach i liczne na całym ciele blizny oraz nietuzinkowe, śnieżnobiałe włosy zaplecione zawsze w małą kiteczkę (rozpuszczone sięgają ledwie wysokości brody), podgolone z tyłu na wysokość uszu. Rozpoznać ją można również po bezszelestnym, płynnym chodzie oraz dwóch mieczach powieszonych na plecach i medalionie w kształcie głowy wilka. Nigdy nie zakłada sukienek, spódnic, czy innych, w jej mniemaniu, szmat. Przyodziewa się tak, aby zawsze być gotową do walki.
Zdolności: : Wiedźmińskie mutacje, którym dziewczyna została poddana w młodzieńczych latach zaowocowały szybkością, zwinnością, refleksem, odpornością na trucizny i zmysłami wydajniejszymi od przeciętnego człowieka. Ponad to Rita świetnie włada mieczem. Wiele lat praktyk zrobiło z niej zacnego wojownika. Potrafi również strzelać z łuku, ale nie dorównuje umiejętnościami swoim krewniakom od strony matki. Jest zdolnym jeźdźcem, niestety nigdy nie mogła całkowicie poświęcić się ekwitacji. Zna również parę prostych, lecz zaiste przydatnych w jej fachu zaklęć oraz przepisów na eliksiry. Białowłosa wie też jak się wspinać, a w szczególności na drzewa. Płynnie mówi po elficku. Stwierdzić, że potrafi przybrać smoczą postać to dużo powiedziane. Przemiana jest dla niej niezwykle trudna, a na dodatek dziewczyna nie zawsze nad nią panuje, dlatego nie wymienia tej zdolności w swoim Curriculum Vitae.
Zainteresowania: Bardzo lubi być blisko natury, a jak na wiedźmina ma dobrą rękę do zwierząt. Potrafi również całkiem ładnie rysować, do czego nikomu się nie przyznaje. W sekrecie tworzy bestiariusz szczegółowo ilustrując i dokładnie opisując poznane przez siebie stworzenia.
Charakter: Świat postrzega wiedźminów jako bezlitosnych, pozbawionych emocji i zachłannych morderców, którzy zmienili się w potwory, aby móc z nimi walczyć. Rita już dawno temu uznała, że nie ma większego sensu udowadniać im, że tak nie jest. Wiele lat bycia traktowaną gorzej od psa (nie ujmując tym wspaniałym stworzeniom) odebrało jej chęć do zadawania sobie trudu w skomplikowanych relacjach społecznych. Nie ważne, czy jesteś królem, czy świniopasem, nie licz na zbędną uprzejmość, czy szacunek z jej strony. Nie jest jednak cyniczna. Wręcz sprawia wrażenie skromnej, albo raczej tajemniczej, gdyż za dużo o sobie nie opowiada. Generalnie pół elfka odzywa się rzadko. Zazwyczaj wtedy, gdy jest pytana, lub w sytuacjach, w których uboga mowa ciała i język "migowy" nie wystarczają. Na szczęście mało kto w ogóle czuje się zobowiązany do nawiązania konwersacji z tą osóbką. Większość ludzi przebywających w jej towarzystwie odczuwa niepokój, strach, nienawiść bądź pogardę wobec białowłosej, wynikające z jej dzikiego usposobienia. Stylem życia, sposobem w jaki obserwuje otoczenie i się porusza dziewczyna przypomina dzikie zwierzę gotowe w każdej chwili skoczyć ofierze do gardła. Póki co, z tego opisu można by wywnioskować, że nie jest ona materiałem na kompana, a co dopiero przyjaciela. Nic bardziej mylnego. Wystarczy jeden, lub więcej śmiałków obdarzonych anielską cierpliwością, odpowiednio porcjowany upór i mała biesiada, a Rita przeobrazi się w "dawne ja", czyli pełną wigoru, poczucia humoru, pragnienia przygód i wierniejszą niźli królewska gwardia marzycielkę. Oczywiście znacznie łatwiej jest zaleźć jej za skórę, tym samym tworząc bezlitosną, zdeterminowaną i nieznającą granic wrogobójczynię.
Historia: Smoki, a w szczególności samce, nie znają się na rodzicielstwie. Ojciec Rity nie należał do wyjątków. Z niewiadomych przyczyn trzy miesiące po pojawieniu się białowłosej na świecie uciekł od „ukochanej” zabierając potomka ze sobą, matce zostawiając tylko rozpacz i nienawiść wobec świata. Ghe’enkar nie miał jednak dużo czasu na zabawę w kochającego tatusia, gdyż został zabity przez wiedźmina. Ten przeczesując jego leże znalazł małą Ritę. Zamiast jednak zostawić dziecko na pewną śmierć zabrał niemowlę do Kaer Mohren, gdzie szkolono wiedźminów ze szkoły wilka. Nie dziwne więc, że białowłosa została zabójcą potworów. Minęło wiele mniej lub bardziej krwawych lat, które pozostają dziś tematem tabu. Spowodowały one jednak, że dziewczyna postanowiła sobie udawać Szwajcarię i nie wspierać żadnej ze stron konfliktu, trzymać się z daleka od wszelkich gild czy społeczności. Po prostu być zwykłym, wędrującym z miejsca na miejsce wiedźminem. Niestety pewnego dnia przyjęła zlecenie, które ją zdecydowanie przerosło. Poważnie ranna opuściła pole walki, ledwo co uchodząc z życiem. Chcąc nie chcąc musiała znaleźć schronienie, w którym na spokojnie mogłaby wrócić do formy. Los chciał, że w poszukiwaniu azylu trafiła tutaj, gdzie postanowiła zostać, do czasu całkowitego powrotu do zdrowia (hm… może nawet trochę dłużej?...).
Partner: Aktualnie brak (heteroseksualna). Warto by dodać, że wiedźmini są… jałowi, więc o macierzyństwie i szczęśliwej rodzinie dziewczyna może pomarzyć.
Rodzina:
-Ghe'enkar - ojciec, smok wysokogórski.
-Zirael - matka, elfka leśna członkini anarchicznej, elfickiej organizacji na terenie jednego z podbitych przez Sorsinę państw.
-Vesemir- „wujek”, wiedźmin i nauczyciel, oraz ten, który zabrał ją do Kaer Mohren.
Towarzysz: Brak.
Szczegóły :
-Teraz neutralność uważa za rzecz świętą, ale nie zawsze tak było. Jeśli wierzyć plotkom niegdyś należała do hanzy skrytobójców, inni twierdzą, że służyła w sorsińskim wojsku, ale najbardziej lubianą przez wszystkich wersją jest ta, w której siała postrach u boku Dzikiego Gonu.
-Kiedyś zdarzyło się jej niekontrolowanie przemienić, gdy walczyła, a raczej przegrywała z wampirem wyższym. Przez dwa lata nie potrafiła wrócić do ludzkiej postaci.
-Tak jak pewnie każdy wiedźmin rzadko kiedy naprawdę śpi. Przechodzi w stan podobny do medytacji, podczas którego odpoczywa, lecz jest wtedy w stanie rozróżniać dźwięki zwiastujące niebezpieczeństwo.
-Zjawiskową bliznę na twarzy zostawiło jej pierwsze zlecenie, będące piekielnie inteligentnym biesem.
Autor: Deus Ex Machina

niedziela, 7 maja 2017

Od Dirhaela c.d Atlanta - Rapido

Pomysł Atlanta, by poszukać w miasteczku koni zdecydowanie przypadł Słowikowi do gustu. Prawdę powiedziawszy myśl o wierzchowcu wywołała na twarzy rudzielca jeszcze szerszy niż dotychczas uśmiech. Sekretem nie było, że Dirhael uwielbiał zwierzęta. One także w przedziwny sposób ciągnęły do niego. Tajemnicza siła pchała Włóczykija w stronę czworonogów, a one zdawały się zwracać nań szczególną uwagę. Ta sama bezimienna magia oddziaływała w obie strony w przypadku każdego innego chowańca, który z własnej woli oddał się pod ludzkie władanie. Co więcej, dzikie zwierzęta, niezależnie od tego czy były bezpieczne czy nie, także wykazywały się zgoła większą chęcią do kontaktów z osobą Włóczykija niż miało to miejsce w przypadku innej osoby. Elf doskonale pamiętał pewną okropnie mroźną, zimową noc, gdy przy ognisku zastała go wataha wilków. Bestie były przemarznięte, lecz obawiały się ognia na tyle, by nie móc podejść do niego na odpowiednią do ogrzania się odległość. Wtedy właśnie, z niewielką pomocą dobrych chęci udało mu się zachęcić watahę do zostania z nim, a resztę nocy spędził pośród miękkich, wilczych futer i zadowolonych popiskiwań. I niejako był z siebie dumny.
Obecnie jednak nikt nie wymagał od niego ponownego zaklinania watahy. Tym razem musiał jedynie znaleźć konia, a to było stanowczo mniej chwalebne zadanie, którego nie dane mu będzie wspominać aż tak długo. Mimo to dobry nastrój Słowika zdawał się być zupełnie nieporuszony takim stanem rzeczy. Każdy kolejny dzień stanowił dla Włóczykija zagadkę. Naturalnym było, że nie codziennie można było spodziewać się nadejścia dnia obfitującego w przygody czy heroizm i tak stan rzeczy jak najbardziej elfowi odpowiadał. Różnorodność jego dni stanowiła istotną równowagę, dzięki której Dirhael nie mógł narzekać ani na nudę, ani na nadmiar mocnych wrażeń. Tym bardziej, że przecież nie tak dawno był świadkiem i równocześnie jednym z uczestników bijatyki, a później spotkał dziwną kobietę z księgarni.
~ Skup się nieco... ~ upomniał go Alt, gdy całą uwagę Słowika przyciągnęła sprzedająca zioła starsza pani. ~ Szukamy konia, a nie zielska.
- Tak, tak... - mruknął Rovidan, wzdychając przy tym cicho. - Pamiętam.
Włóczykij przykazał sobie znaleźć stajnię i wrócił do rozglądania się dookoła w poszukiwaniu. To miasteczko już zawsze będzie kojarzyć mi się z szukaniem wszystkiego.
~ Nie narzekaj. Zawsze mogło być gorzej. ~ odpowiedział mu rozbawiony głos Atlanta. Dirhael parsknął tylko, choć sam nie potrafił opanować ponownie cisnącego się mu na usta uśmiechu.
- Pewnie mogło być. - zgodził się po chwili.
Zaledwie po kwadransie Dirhael znalazł wreszcie odpowiedni, podobny stodole budynek. Dotarł do drzwi stajni i pchnął je. Jego oczom ukazały się cztery częściowo zapełnionych boksów. Cała stajnia była bardzo jasna i starannie wyczyszczona, więc tym milej było Słowikowi oglądać jej wnętrze.Otoczyła go dobrze mu znana woń koni (w żadnym wypadku nie kojarzona przez niego z przykrym zapachem) i siana. Chwilę później w stronę Włóczykija zmierzał wyjątkowo przyjaźnie wyglądający mężczyzna przy tuszy. Przystanąwszy przy rudzielcu, okazał się być od niego nieco niższy, ale, jak na dobrego gospodarza przystało, i tak wyciągnął w jego stronę dłoń, którą Słowik uścisnął.
- Co cię do mnie sprowadza, elfie? - spytał zaskakująco dudniącym barytonem, potrząsając uwięzioną w jego dłoni słowiczą ręką.
- A cóż może mnie sprowadzić do tak wspaniałej stajni? - zaczął Dirhael - Chciałbym pożyczyć na jeden dzień szybkiego wierzchowca. Zapłacę tyle, ile będzie konieczne.
- W okolicy nie ma miasta oddalonego o dzień drogi, a już na pewno nie ma niczego na tyle blisko, by zajechać tam i wrócić jeszcze tego samego dnia. - gospodarz wypuścił dłoń Włóczykija i skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. Dirhael nie dziwił się tak gwałtownemu oziębieniu dialogu. W końcu poprosił o coś pozornie niemożliwego do wykonania. Naturalnym więc było, że człowiek nie chciał dać się oszukać i okraść. Słowik jednak ani myślał zrobić tak paskudną rzecz. Wydobył z kieszeni odpowiednio wysoką kwotę i wręczył ją właścicielowi, uśmiechając się przy tym niewinnie.
- Zaiste jest tak jak mówisz, miły panie. Nie ukrywam, że nie zamierzam tu wracać. Mimo wszystko koń wróci na miejsce, przyrzekam na wszystko, że tak będzie. Ponadto zostawiam przecież znacznie więcej pieniędzy niż ta prośba jest warta, więc niczego pan nie straci, prawda?
Gospodarz przyjął pieniądze i zmierzył Słowika badawczym spojrzeniem. Chłopak rozłożył ręce na boki, tak by sprawiać wrażenie osoby otwartej i faktycznie nie mającej niczego do ukrycia.
Niebawem Dirhael wyprowadzał z boksu osiodłanego gniadosza. Koń nosił imię "Rapido", co wedle gospodarza oznaczać miało mniej więcej "szybki". Gniadosz zdawał się jednak być spokojnym, wręcz leniwym wierzchowcem. Słowik pociągnął za uzdę, zmuszając ogiera do szybszego stępa i gestem ręki pozdrowił odprowadzającego go wzrokiem gospodarza. Już za murami stajni rudzielec wspiął się na siodło i ułożył w nim wygodnie. Włóczykij naprawdę lubił jazdę konną i uważał, że potrafił jeździć. Sprawiało mu to niekłamaną przyjemność. Nie można było mu też odmówić naturalności w siodle. Słowik na grzbiecie wierzchowca, gdyż nie tylko koni dosiadał w swoim życiu, czuł się równie pewnie co na stałym gruncie. Dlatego też bez zbędnego przeciągania, pogładził szyję konia i lekko szturchnął go piętami.
- W drogę, Rapido. - zarządził, świadom tego, że koń i tak zrozumiał przekaz. Nie mógł jednak odmówić sobie choć pozornej rozmowy z ogierem.
~ Jak masz zamiar oddać tego konia? ~ zagadnął Atlant, gdy Rapido spokojnym, niemal żółwim tempem szedł ubitym traktem.
- Najzwyczajniej każę mu wracać do domu? - odpowiedział mu pytaniem Słowik. Jego ton sugerował oczywistość odpowiedzi.
~ Sądzisz, że cię posłucha i wróci? ~ w głosie niematerialnego towarzysza Dirhaela zabrzmiało powątpiewanie.
- Ja jestem pewien, że posłucha i wróci. Zaufaj mi, kolego. Wiem co robię! - Rovidan uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Bez trudu dało się wyczytać z tego podejrzanego grymasu, że elf coś kombinował. Z całą pewnością był to ten uśmiech za który do chłopaka przylgnęło przezwisko "Chochlika". 
Rapido potrząsnął łbem i parsknął, najwyraźniej rozumiejąc, że rozmowa, której połowicznie był świadkiem dotyczy też jego. Ogier zatrzymał się i cofnął o krok.
- Oj... Już chcesz wracać? Rapido, proszę cię! - Słowik zaśmiał się i znowu szturchnął konia łydkami. Tym razem jednak nieco mocniej niż niedawno. Koń znów podjął marsz. Chwilkę później już kłusował.
~ Masz jakieś pomysły na to czym możemy umilić sobie podróż? ~ zagaił w myślach Słowik, nienawykły do ciszy w czyimkolwiek towarzystwie. ~ Mam ci coś zaśpiewać czy może obejdzie się bez?

<Alt? Nie wiem czy to może się spodobać, ale proszę bardzo!>

czwartek, 4 maja 2017

Od Atlanta c.d. Dirhaela - Tajemnicza i ślepa

 ~Wygląda jak księgarnia, jeśli tu nie będzie żadnych map to nie wiem gdzie mogą być~ Mruknął również obserwując szyld sklepiku. Po chwili namysłu elf wszedł do środka. Pomieszczenie było ciemne, a w powietrzy unosił się suchy zapach pergaminów.
 ~Potrzebujemy pierwszej lepszej mapy i kompasu.
 -Dobrze, wiem. Zaraz coś znajdziemy.- Uspokoił go Dirhael zaczynając przeczesywać regały książek. Wszystkie wydawały się być okropnie stare i zakurzone, jakby nikogo tutaj nie było od dawien dawna.
 -W czym mogę Panom pomóc?- Odezwał się miękki, kobiecy głos. Elf aż podskoczył zaskoczony, Alt pewnie zrobił by to samo gdyby miał ciało. Tuż za nim znikąd, bezdźwięcznie pojawiła się kobieta, mogła mieć maksymalnie trzydzieści parę lat. Bardziej zastanawiające były jej oczy, a może raczej ich brak? Były one zasłonięte przepaską.
 -Wybaczy pani, ale jestem sam.- Uśmiechnął się wykonując głęboki ukłon, mimo świadomości że i tak tego nie zobaczy.
 -Nie prawda. Jest was dwoje.- Powiedziała spokojnie.
 ~Pozwól mi mówić, nie musi wiedzieć, że jesteśmy w jednym ciele.~ Dirhael rozluźnił się dając przejąc część kontroli nad sobą.
 -Przepraszamy, ale potrzebujemy mapy i kompasu, czy może jest tutaj coś takiego?- Atlant starał się nadać nie swoim strunom głosowym swój głos, nie udało się to jednak tak dokładnie jak by tego chciał.
 -Oczywiście, mam jednak tylko bardzo stare mapy, jeszcze z ery smoka. Sam kontynent jednak tak bardzo się nie zmienił, więc powinna wam wystarczyć. Czekajcie... gdzieś ją tu położyłam, a tutaj jest!- Kobieta szła pewnie między regałami, mimo że stworzone z nich alejki stanowiły dość skomplikowaną kombinacje, a na ziemi leżało mnóstwo zakurzonych staroci. Od Jakiś figurek i popiersi po dziwne piłki z kolorowymi szlaczkami. W końcu zatrzymała się i wspięła na taboret by zdjąć z najwyższej półki rolkę pergaminu przykrytego tak dużą warstwą kurzu że gody nim tylko poruszyła Dirhael poczuł jak drobinki spadają mu na głowę podobnie jak piasek. Dziewczyna Wzięła głęboki wdech i zdmuchnęła grubą warstwę brudu wprost na elfa. Biedak nawet nie zdążył zaprotestować czy też ostrzec że tam jest, a już był cały siwy.
 ~Co tam dziadku mrozie?~ Usłyszał w głowie śmiech leonisa.
 -Czekaj no tylko aż znajdę twoje ciało i zrobi Ci tak samo...- Mruknął, kończąc zdanie solidnym kichnięciem.
 -Prawie jak nowa!- Ucieszyła się niewidoma, podchodząc do lady i rozkładając pergamin. Atlant widząc to miał tylko jedną myśl "Dla ślepego, może i nowa".
 -No, możecie sobie zobaczyć panowie.- Odsunęła się dając miejsce by podejść do pergaminu. Faktycznie kształt kontynentu był ten sam, ale nazwy znajdujące się na mapie było kompletnie nie znane obojgu.
 ~Widzisz miejsce w które mamy się kierować?~ Zapytał myślach włóczykij. Atlant poruszył jego ręką wskazując palcem punkt na mapie. ~Ten cypelek za górami?
 ~Dokładnie tak. Czekaj... tutaj ma to jakąś nazwę... "Potentem Capit"?
 ~Potężne szpony...~Przetłumaczyli równocześnie. W głowie Atlanta narodziło się w tym momencie milion pytań. Czy ruiny w których mieszkają to właśnie to? Jeśli tak to kto je założył? Dlaczego zostało zniszczone? Czy to była warownia?
 -Ile kosztuje ta mapa?- Leonis wyrwał się do mówienia
 -Sztukę srebra. Rzuciła kobieta
 -A wiesz gdzie my jesteśmy według tej mapy?- Dirhael odzyskał kontrole nad głosem.
 -Tak, miejscowość w które się znajdujemy leży na północny zachód od Potentem Capit
 ~Wiem gdzie jesteśmy!
 ~Nie krzycz tak, błagam...~Elf aż złapał się za głowę
 ~Znam drogę, bierz mapę i idziemy!~ Włóczykij zwinął pergamin, wręczył kobiecie zapłatę i już kierował się do wyjścia. Przy samych drzwiach niewidoma znów się odezwała.
 -Jeśli chcesz wiedzieć więcej o tym królestwie, zejdź do starej biblioteki Lwi Królu... Twoi przyjaciele już tam są. Tylko uważaj, czas tam nie trzyma się swoich ścieżek...- Głos kobiety był dziwny, jakby dobiegał z wnętrza ziemi. Atlant miał wrażenie że już kiedyś spotkał się z czymś takim.
 -Kim jesteś?- Pozwolił sobie zawładnąć ustami towarzysza.
 -To pytanie... zostawię bez odpowiedzi, ale nie bój się, jeszcze się spotkamy...- Po czym zniknęła, tak po prostu.
 -To było trochę przerażające...- Mruknąl elf.
 ~Z pewnością niecodziennie...- Dirhael wyszedł zamykając za sobą drzwi. Znów znaleźli się na gwarnej i rozświetlonej słońcem ulicy. Ludzie chodzili we wszystkie strony.
 ~Przydałyby się konie... wtedy do wieczora uda nam się trafić.~Zaproponował Atl.

<Dirhael? Sorki że tak mało opisów, ale jakoś tym razem wzięło mnie na dialogi :)>

niedziela, 9 kwietnia 2017

Wyobraź sobie co się stanie, kiedy wszystko co piękne wejdzie w Twoje posiadanie


Imię: Miała ich naprawdę wiele (chociaż zdecydowanie większej części z nich bliżej było do przydomków, tudzież niezwykle kreatywnych i barwnych epitetów), jednak w momencie, kiedy została przygarnięta przez wujostwo, ciotka nadała jej imię Gwenllian, którym posługuje się do tej pory.
Nazwisko: Rofangalus (ruh-fang-uhh-liss), jednak korzysta z niego tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne. Chociaż, nie da się ukryć, zabawnie jest obserwować, jak niejednym, podczas wymowy plącze się język.
Przydomek: Z tych miłych? Gwen, Winny, Willy… chociaż zdrobnienia może nie są zbyt wdzięcznymi przydomkami. Bardzo podoba jej się dumnie brzmiące Eldrvarya, chociaż nikt, poza szalonym, leśnym magiem (który notabene sam jej to przezwisko nadał) nie zwracał się do niej w ten sposób.
Rasa: No i tutaj… cóż, już przy czwartym punkcie zaczynają się schody. Zawsze mogło być gorzej, chociaż nie da się ukryć, że kłopoty w akurat tej rubryce nigdy nie były mile widziane. Po wyglądzie chyba najlepiej uznać ją za istotę będącą w połowie smokiem, a w połowie człowiekiem, jednak jest to na tyle biologicznie niemożliwa krzyżówka, że prostszym rozwiązaniem wydaje się przypisanie jej nazwy osobnej rasy. Niestety, Winny nigdy nie widziała niczego, co chociaż w niewielkim stopniu wyglądem przypominałoby jej samą siebie. Nic dziwnego, że wieśniacy uważali ją za demona (nawet jeśli mijało się to z prawdą). Z resztą, przywykła do tego określenia już na tyle, że sama na pytanie „kim jesteś?” zaczęła odpowiadać, uśmiechając się przy tym łobuzersko „Nazywają mnie diabłem”. Zabawne, jak coś, co z początku miało być obelgą, może zamienić się w noszony w dumą tytuł.
Wiek: Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie więcej, niż wygląda. Wśród ludzi żyła dość krótko, bo blisko pół wieku, jednak wcześniej- wśród górskich lasów, pod gołym niebem spędziła znacznie, znacznie więcej wiosen.
Płeć: Kobieta
Stanowisko: Taktyk, a poza tym niezwykle zależy jej na pozycji Lotnika. Niestety, do tego musi nauczyć się unosić nieco wyżej, niż na wysokość kilku stóp nad ziemią. Opanowanie umiejętności latania, bez toczenia przegranych wojen z silnymi podmuchami wiatru, oraz lądowania, które nie zagrażałoby życiu i zdrowiu niewinnych przechodniów chyba również może okazać się całkiem przydatne. Pomińmy fakt, że powinna się ich nauczyć co najmniej kilka dekad temu, dobrze? Poza tym, ma też niezłe zadatki na barda, jednak pogoń za marzeniem wydaje się czymś bardziej kuszącym, niż rozwijanie już nabytych umiejętności.
Aparycja: Aż trudno uwierzyć, że w żyłach tej niskiej dziewczyny o drobnej budowie może płynąć smocza krew. Właściwie to do póki nie zetkniemy się twarzą w twarz z jej charakterem i zbyt pośpiesznie ocenimy książkę po okładce, Gwenllian wydaje się nie mieć nic wspólnego z potężnymi, dumnymi, zionącymi ogniem i śmiertelnie niebezpiecznymi bestiami. W szczególności, kiedy zarzuci na siebie długi płaszcz z kapturem, skutecznie zakrywający nie tylko ogon i skrzydła, ale także pozostałe, nieludzkie „atrybuty”, takie jak szpiczaste uszy, czy pojawiające się w niektórych miejscach łuski, dzięki którym już nieraz jednogłośnie uznawano ją za złego ducha, a co za tym idzie, wypędzano z większości wiosek. Z drugiej strony, czemu tu się dziwić? To oczywiste, że w oczach mieszkańców zupełnie obca dziewczyna, nieznanego pochodzenia zawsze będzie kimś podejrzanym, zaś nawet największy kaptur nie byłby w stanie skutecznie zakryć pary złotych, sprawiających wrażenie pozbawionych źrenic oczu i ukazujących się przy każdym radosnym uśmieszku, ostrych, niemalże wampirzych kłów.
Zdolności: Na pewno nie jest to latanie, co zdążyliśmy ustalić w jednym z  wcześniejszych punktów. Właściwie to trudno powiedzieć, czy to przez brak nauczyciela, zaniedbywanie urządzanych sobie lekcji latania, czy też może przez fakt, że przez wieki musiała żyć w ukryciu, zaś ostatnie dekady, spędzone przede wszystkim na podróżowaniu i jako takim próbom życia wśród ludzi bardziej, niż skutecznie uniemożliwiały jej nie tylko próby uczenia się latania, ale nawet uchylenie chociaż najmniejszej łuski, lub rozprostowanie zwiniętego pod płaszczem ogona. Z drugiej strony, wiele można zarzucić drobnej budowie dziewczyny, skoro z przestworzy jest w stanie zdmuchnąć ją właściwie każdy silniejszy wiatr. Oczywiście, nie oznacza to, że Gwenllian złożyła broń… nic  z tych rzeczy! Teraz, kiedy wścibskie spojrzenia dociekliwych, ludzkich ślepi nie stanowią dla niej najmniejszego zagrożenia, sama zaczęła stanowić zagrożenie dla innych, beztrosko kontynuując walki z prądami powietrznymi, oraz próby bezpiecznego lądowania i kontrolowanego manewrowania w przestworzach. Przejdźmy teraz do umiejętności nabytych, niewymagających już specjalnego kształtowania. Otóż Winny, o czym również wcześniej wspomniałam, ma zadatki na barda. Nie tylko umie, ale i kocha opowiadać przeróżne historie, czy to zmyślone, czy to z życia wzięte. Nie można też odmówić jej talentu aktorskiego, co niestety może okazać się nieco kłopotliwe, kiedy przejdziemy do charakteru dziewczyny…  Poza tym, jak na pół-smoka przystało, umie ziać ogniem, chociaż ludzkie ciało bardzo ogranicza jej wielkość płomieni. Co za tym idzie, jest odporna na wysokie temperatury. Skóra draconki naturalnie jest znacznie cieplejsza od ludzkiej, jednak jej temperatura w dużej mierze zależy od samopoczucia dziewczyny. Stanowczo odradzam zbliżanie się do wściekłej Gwen, chyba, że bardzo zależy Ci na śladach po poparzeniu. Oho, prawie bym zapomniała. Winny jest też zawodowym złodziejem. Potrafi sprzątnąć każdemu jakiś drobiazg (lub i nieco większy przedmiot) sprzed nosa, tak, że ofiara nawet nie spostrzeże, że została okradziona. Nikt tak naprawdę nie wie, jak Gwenllian tego dokonuje, a ona nie ma zamiaru nikomu zdradzać swego sekretu.
Zainteresowania: Większość łączy się z umiejętnościami dziewczyny- tymi zdobytymi, a także tymi, które próbuje wykształcić. Lotnictwo było czymś, czego opanowanie w jej przypadku wydaje się nie tylko naturalną kolejnością rzeczy, ale jest także i pasją- marzeniem, za którym watro brnąć nawet na drugi koniec świata. A skoro o świecie mowa, Winny kocha podróżować. Interesuje ją nawet nie sama wędrówka, ale poznawanie nowych miejsc, a co za tym idzie, także kultury, historii i języka zamieszkujących je ludzi.
Charakter: Jak bezproblemowo opisać charakter osoby, którą w każdej sekundzie potrafi owładnąć najprzeróżniejsza, czasem tak bardzo różniąca się od poprzedniej emocja? Może zacznijmy od tego, że jej charakter jest niesamowicie zmienny, zaś temperament i cała osobowość Eldrvaryi jest taka sama, jak jej przydomek- płonąca. Płonąca, ognista, ale przede wszystkim bardzo, bardzo nieprzewidywalna. Może to i dobrze, że natura nie obdarzyła dziewczyny zbyt potężną, rzucającą się w oczy budową. Dzięki temu, jedyną bronią, jaką posiada jest cięty język, a i z niego nauczyła się korzystać, jak należy i trzeba przyznać, że robi to po mistrzowsku. Winny należy do tej nieczęsto spotykanej i wyjątkowo nielicznej grupy szczerych do bólu osób, które najzwyczajniej w świecie nie myślą o konsekwencjach, jakie niosą ze sobą głoszone przez nie słowa, zawsze mówią tylko to, co mają na myśli, nie owijając przy tym w bawełnę. Nie zdziwcie się więc, gdy napotkawszy na drodze człowieka z przepaską na oku, podejdzie do niego i jakby nigdy nic powie: "Stary! Masz tylko jedną gałę!". Brak wychowania? Cóż, może i odrobinę, choć tego typu zachowanie w jej przypadku trzeba po prostu tolerować (bo zignorować, niestety, jest trochę trudno). Myślę, że w tym wypadku szczerość można uznać nie tylko za jedną z największych zalet dziewczyny, ale także i za ogromną wadę, która w połączeniu z bezpośredniością i brawurą, sprawia, że niemalże każde otwieranie ust przez Gwenllian, niesie ze sobą zagrożenie w postaci kłótni. Tylko, żebyśmy się dobrze zrozumieli, draconka nie jest pozbawioną skrupułów osobą, niewrażliwą na cudzą krzywdę, czy cierpienie. Wręcz przeciwnie! To nieco zdziczała, lecz szalenie ambitna dziewczyna o wielkim sercu i odwadze, znacznie przerastającej jej drobną posturę, która zazwyczaj zupełnie nieświadomie wywołuje spory. Zazwyczaj, ponieważ co jak co, ale konfrontacja, ani słowna potyczka nie stanowią dla niej wielkiego wyzwania i czasami lubi się posprzeczać, tudzież "przyjacielsko" podroczyć, nawet z zupełnie nieznajomymi osobami. Niech was jednak nie zwiedzie ta otwarta postawa i przyjacielski uśmiech- Winny jest bardziej nieufna, niż mogłoby się wydawać, a przy tym niezwykle ostrożna, jeśli chodzi o dobór towarzyszy. Jedynie magia ADHD, upartość, a także wyjątkowo swobodny, zdawałoby się nawet, że pozbawiony trosk i nieprzejmujący się niczym styl życia sprawiają, że nie nikt nie posądzałby jej o podejrzliwość. Chyba każdy, kto choć raz miał do czynienia z Gwen może śmiało powiedzieć, że dziewczyna jest niczym małe, prywatne słońce, niemal bez przerwy emanujące energią i zawstydzające swoją szczerą bezpretensjonalnością. Inni mogą nazwać ją szalonym, pogodnym, a przy tym odrobinę tajemniczym stworzeniem, które mimo natury mola książkowego i zamiłowania do zagłębiania się w przeróżne, barwne opowieści, nie jest w stanie wysiedzieć na miejscu dłużej, niż paru minut. Przede wszystkim należy jednak pamiętać, że mimo młodego wyglądu, Rofangalus jest również dojrzałą (no, w granicach możliwości), inteligentną kobietą, a nazwanie jej głupią jest nie tylko obrazą, ale i dowodem własnej głupoty. Pewien stary, równie szalony mag, żyjący samotnie w niewielkiej chatce pośród leśnych drzew powiedział o niej: "Od razu wydawała mi się sympatyczna, chociaż skubanej źle z oczu patrzyło, jakoby to okraść mnie planowała przy pierwszej lepszej okazji. Pomogłem jej w potrzebie, tak mnie ślicznie prosiła, zapewniłem dach nad głową, dałem pryczę i jedzenie. Trochę razem pomieszkaliśmy, aż tu pewnego ranka zniknęła bez śladu. Nie było ani skrzydlatej dziewczyny, ani sakiewki z pieniędzmi i mojej siwej kobyły. Wie pan, nie na darmo zwą mnie magiem, mogłem rzucić zaklęcie, czy dwa, tak, że łobuzina popamiętałaby, że z czarodziejami nie należy zadzierać, ale... Cholera by ją wzięła, ale polubiłem tą małą smoczycę!"
Historia: Pojawienie się czegoś takiego na świecie w dalszym ciągu jest nierozwiązaną zagadką. Tajemnicą, na którą niezwykle ciężko znaleźć jakiekolwiek odpowiedzi, które można podeprzeć nie tylko logicznymi wyjaśnieniami, ale przede wszystkim, dowodami. Draconka żyła odkąd pamięta, a odkąd pamięta żyła w samotności, otoczona lasami, skalistymi zboczami i górskimi potokami, mając za jedyne towarzystwo żyjące w okolicy zwierzęta, oraz piękne gwiazdozbiory, mrugające w jej stronę z granatowego nieba niemal każdej nocy. Przez pierwsze, niezwykle trudne lata swego życia uczyła się przeżyć, później- żyć. Nie jest w stanie zliczyć czasu, który, upływając na wędrówkach, polowaniu, zwiedzania świata, podziwianiu każdej, dosłownie każdej mijanej obok rośliny, czy zwierzęcia i bezcelowych włóczęgach, zdawał się być jednym, wyjątkowo długim i nigdy niekończącym się, magicznym zachodem słońca. Pech chciał, że dziewczyna pewnego ranka natrafiła na pewną górską osadę, chociaż, kiedy została przygarnięta przez starsze małżeństwo, gotowe zaopiekować się nieznajomą nie zważywszy na jej wygląd, przez chwilę miała wrażenie, że los się do niej uśmiechnął. Niestety, pozostali mieszkańcy okazali się zdecydowanie mniej wyrozumiali i przyjaźni, w stosunku do nieznajomej , bezimiennej włóczęgi, która na dodatek nie potrafiła posługiwać się ich językiem. A nawet, kiedy po miesiącach opanowała nie tylko sztukę mówienia, ale i pisania, nauczyła się życia wśród ludzi pod nowym imieniem, nadanym jej przez przemiła kobietę, która kazała nazywać siebie ciotką, nastawienie mieszkańców nie zmieniło się na lepsze. Właściwie, stało się jeszcze gorsze, kiedy chłopi odkryli, że ten dziwny, skrzydlaty potwór, który każdej nocy pojawiał się na niebie, demolując wioskę, zakłócając spokój śpiących mieszkańców okazał się nikim innym, jak dziewczyną, która kilka lat temu zamieszkała u pary staruszków. Na nic zdał się płaszcz dziewczyny, kiedy odkryto jej skrzydła, ogon, łuski i szpiczaste uszy. Gwenllian Rofangalus- ani imię, ani nazwisko nie było w stanie wiele zmienić. Do ludzi nie upodobniły jej też wyzwiska, jakimi ją obrzucano. Nazywano ją demonem, diabłem, zarazą, gargulcem, wampirem, odmieńcem, a nawet strzygą (której pod żadnym pozorem nie przypominała) i wygnano z wioski. W niczym nie pomogła jej także nagła śmierć wujostwa, o które szybko posądzono niewinną dziewczynę. Wieść o groźnym, skrzydlatym potworze rozprzestrzeniła się dosyć szybko, chociaż całe szczęście, dzięki powtarzaniu tej samej plotki przez wiele osób, podkoloryzowana historia uległa takiemu zniekształceniu, że opisywana bestia w żadnym procencie nawet nie przypominała zakapturzonej dziewczyny, która od tej pory wędrowała kupieckimi szlakami, zarabiając na życie barwnymi opowieściami, starając się unikać większych miast i wiosek. Nic dziwnego, że po latach wędrówki w końcu natrafiła na Hidden.
Partner: Nie widzi przeszkód, chociaż jak na razie sprawia wrażenie za bardzo zakochanej w otaczającym ją świecie, żeby zwrócić większą uwagę na pojedynczą osobę.
Rodzina: Nigdy takowej nie posiadała, a przynajmniej biologicznej.
Szczegóły: - Kiedyś bała się dotykać zwierząt w obawie, że niechcący je oparzy.
- Jeszcze zanim natrafiła na ludzi, spędziła wiele wieków w samotności, jednak przez dziecięcy wygląd każdy bierze ją za młodą dziewczynę. Z resztą, wcześniej pojęcie lat było jej zupełnie obce, więc koniec końców nawet sama Gwenllian nie zna swojego wieku.
- Bardzo lubi nazywać wiele przedmiotów, wymyślając im swoje własne imiona. Z początku tyczyło się to jedynie gwiazd i gwiazdozbiorów (również przez nią stworzonych), jednak z czasem ofiarą owego dziwnego zwyczaju padły również rośliny i niektóre gatunki zwierząt.
Autor: Annabeth // Earl Blue

czwartek, 6 kwietnia 2017

Od Hanneona

     Ja i Viserany nazbieraliśmy wszystko, co zdołaliśmy znaleźć, choć zabrakło mi specyficznego jaskraworóżowego kwiatu typowego dla polanek. Kiedy skończyliśmy powiedziała, że musi już iść. Jak dowiedziałem się następnego dnia, odeszła już na stałe, ruszając w dalszą wędrówkę, z daleka od nielubianych elfek, i przyrzekając milczenie o istnieniu Hidden.
      Takim oto sposobem znów zostałem w świętym spokoju. Sam.
       Nie spałem dużo poprzedniej nocy, budzony wilczym wyciem, a dla kogoś, kto ma kocie geny sen jest najpiękniejszą rzeczą. Niestety, kiedy już się obudzę, to nie ma szans, abym zasnął raz jeszcze.
        Zatem, w na poły sennym stanie, plątałem się trochę po okolicy, bo w końcu zamierzam osiąść tutaj na stałe, więc warto znać to wszystko jak najlepiej. No i może znajdę ten różowy kwiat, czyli rozonek pospolity.
       Co ciekawe, mój medalion postanowił lśnić na srebrno, miedziano i platynowo, choć srebra od kilkunastu metrów nie widziałem, a miedź pojawiła się dopiero niedawno. Początkowo myślałem, że chodzi o Kiette, jak w wizji Viserany, ale dwa pozostałe kolory uświadomiły mnie w tym, że amulet zwyczajnie zwariował. Gdybym jeszcze potrafił w to uwierzyć.
      Kiedy tak właśnie przemierzałem las w drodze na polanę, bo przypomniałem sobie o tym kwiecie, usłyszałem nad sobą smoczy ryk, brzmiący dziwnie wesoło, a gdy spojrzałem w górę, ujrzałem Frelsera. Mówiłem już, że zdążyłem większość nieco z obserwacji poznać, a był z tych znanych mi sąsiadów jedynym smokiem. I chyba rannym, więc dlaczego lata?
        Ciekawość zgubiła kota, tak to szło? Oby maga z kiepską przytomnością nie zgubiła...
        Ruszyłem więc smoczym śladem przez cholerną ciekawość w stronę polany, na której zdaje się smok próbował wylądować, a na którą i tak się po zioła wybierałem. Było to parę metrów dalej i jakoś postanowiłem spojrzeć na to po prostu z pod kaptura.
        Wyszedłem zza krzaków i najprościej stałem na skraju padającego z drzew cienia, przyglądając się smokowi, który rozglądał się za czymś lub za kimś. I miał założony opatrunek, więc zakładam, że odwiedził Malika. Czy też odwrotnie, ale mniejsza.
        Odpowiedź na swoje pytanie dostałem - po prostu jest wyleczony - więc miałem zamiar już iść, ale przymoniało mi się o rozonku, a do mojej jeszcze nie do końca przytomnej głowy doatrło pytanie, kogo Frelser szuka. I to właśnie pytanie zaważyło o tym, że smok mnie zauważył.
         Głupio było w tym momencie sobie pójść, zwłaszcza, że kwiat, który rósł dokładnie pod Frelserem był mi potrzebny na zaraz, bo eliksir sam się nie wykona. Więc przez grzeczność zdjąłem kaptur i skinąłem głową w jego stronę na powitanie. Pewnie by usłyszał, ale na taką odległość jest to bardziej komfortowe.
 I takim oto sposobem ciekawość zgubiła i maga - zaczęła się rozmowa. 

<Frel? Masz wolną rękę, tylko pamiętaj, że Han niepytany raczej się nie odezwie ;) >

piątek, 31 marca 2017

Od Saraziona cd. Malika

   Spojrzeliśmy po sobie z Jumonem, zastanawiając się, jak wiele można powiedzieć nowopoznanej osobie.
    - Tak się składa, że kogoś szukamy - odpowiedziałem, nonszalancko wzruszając ramionami. - Ale mniejsza o to.
     Felin spojrzał na nas z podejrzliwością. Nie dziwię mu się, w końcu wokół toczą się podboje, a dwójka obcych, w dodatku poinformowana o ich społeczności nagle znikąd się zjawia.
     W zasadzie od dość dawna nie widziałem żadnych przedstawicieli jego gatunku, który przecież jest z kotołakami nie tak dalego spokrewniony.
    - W takim razie, kim jesteście? - dopytał felin, ale nie było to uwarunkowane nieufną otoczką, tylko zwykłym pytaniem.
    - Jesteśmy zwykłymi podróżnikami bez swojego miejsca na ziemi - dorzucił dyplomatycznym tonem Jumon, a ja dostrzegłem, że jego amulet miał złote oczy, ale nie zwrócił na to uwagi. Mój pod ubraniem pewnie też ma.
     Kotowaty słuchał nas, nie pokazując emocji.
     - Przybywamy z dalekiego wschodu - uzupełniłem, tłumacząc tym samym że z tymi terenami nie mamy za wiele wspólnego.
     - Mówią na mnie Shin, a to mój brat, Aku. - Jum wskazał na mnie dłonią, a ja skinąłem lekko głową, przytakując mu. Od jakichś dziesięciu lat używamy tych imion, więc stały się dla nas niczym te prawdziwe.
     - Malik - przedstawił się felin, wymieniając z nami uściski dłoni.
    Spojrzałem na Jumona, a ten jakby czytając mi w myślach, niemal niezauważalnie skinął głową.
   - Jeśli chcesz, to możemy Ci pomóc znaleźć tego twojego smoka - powiedziałem, ponownie wsuwając ręce do kieszeni płaszcza i odchylając głowę. Może dzięki temu uda nam się sprawdzić, czy nasze przypuszczenia są słuszne?

<Malik? Jaka decyzja?>






środa, 29 marca 2017

Ja i moje wywody :)

Zacznę od tego że ogromnie się cieszę że blog ożył(szkoda tylko że akurat gdy ja mam za miesiąc maturę i sama muszę się ograniczać) i dziękuję wam za tą aktywność i oby tak dalej ;) Ale oczywiście nie piszę tylko by się tu cieszyć obudzeniem bloga. Dobra, do rzeczy, mam parę ogłoszeń parafialnych, otóż:

1. Z braku aktywności, bądź własnej woli z bloga zniknęły następujące postaci: Miwertia, Emma, Ashlotte, Viserany
 Proszę aby wszystkie postaci które jakkolwiek prowadziły z nimi opowiadania, bądź pojawiały się one w opowiadaniach, niech napiszą że ich nie ma. Że odeszły przysięgając milczenie na temat Hidden. A te które nawet tu nie dotarły, po prostu olać, uznać za postać epizodyczną z jakiegoś tam miasteczka.
2. Jako że zauważyłam rosnącą tendencje do zbyt długiego rozpisywania się w formularzach przy rubrykach typu: imię, wiek, raza, nazwisko czy tym podobne. Wprowadziłam nową zasadę (zapisaną w zakładce "Dołącz") aby napisać tylko wymaganą w rubryczce frazę, a jeśli jest potrzeba by coś dodać, dodać to proszę w nawiasie za tym najbardziej znaczącym słowem. Chodzi tu o to aby formularz był przejrzysty dla innych. Więc proszę, żeby dostosować do tego swoje formularze :)
3. A jeśli jesteśmy w formularzach, radzę sprawdzić swoje arty postaci bo niektóre z nieznanych mi przyczyn zniknęły.
4. Cieszę się że pojawiają się tutaj też nowe postaci, ale halo, halo! O kimś tutaj niektórzy zapomnieli, nie będę wytykać palcami, ale do tych właścicieli nieaktywnych postaci proszę o zdecydowanie czy ich się pozbyć, czy może trochę poświęcić uwagi tym biedakom siedzącym w koncie.

To jak mi się wydaje wszystko, a jeśli jeszcze będę miała jakieś zastrzeżenia z pewnością nie omieszkam się odezwać ;)
~Ursa

sobota, 25 marca 2017

Od Dirhaela c.d Atlanta - Na tropie mapy

Kobieta była piękna. Zdecydowanie zbyt piękna, by Dirhael mógł czuć się w jej obecności całkowicie naturalnie. Z długiego, luźno spiętego koka spływało jej kilka pofalowanych pasm kruczoczarnych włosów. Okalały one bladą, delikatną twarz i duże szare oczy. Słowik mógłby przyglądać się jej oczarowany jeszcze przez wiele godzin i nie nasyciłby się tym widokiem. To właśnie o takich istotach śpiewano najpiękniejsze pieśni i to one, takie kobiety stanowiły natchnienie niejednego twórcy. Teraz jednak efekt psuł strach malujący się na tej doskonałej twarzy i właśnie to pomogło Dirhaelowi się otrząsnąć. Oprzytomniał, przestał otwarcie wpatrywać się w kobietę i odchrząknął, czując, że twarz oblewa mu rumieniec. Oblizał wargi, szukając odpowiednich słów.
- Taaak... Najwyraźniej kiepsko rozpoczęliśmy tą znajomość... - Słowik odrzucił kostur na bok. Sięgnął do wysokiego buta i wydobył z niego karambita, którego także rzucił w stronę kija. Chodziło mu głównie o to, by kobieta widziała, że pozbył się swojej broni, a potem uniósł obie ręce nad głowę. - Nie jestem groźny. W zasadzie nawet nie lubię się bić. - mruknął cicho, jakby samym kojącym głosem, mógł wzbudzić zaufanie kobiety. - Czy zatem pozwolisz mi, piękna pani, bym mógł pomóc?
Czarnowłosa siedziała na ziemi i nadal nieufnie mierzyła Włóczykija wzrokiem, a chłopak wcale się temu nie dziwił. Cierpliwie zniósł to jak otaksowała go wzrokiem od dołu do góry i wbiła spojrzenie w jego oczy. Może szukała w nim czegokolwiek budzącego niepokój czy świadczącego o tym, że jest kolejnym zagrożeniem. Dirhael nie był pewien czy cokolwiek takiego w nim dojrzała, bo on sam sprawiał wrażenie raczej średnio niebezpiecznego.
- Kim ty jesteś? - spytała w końcu.
- Zwą mnie Słowikiem - odparł, nieznacznie się uśmiechając - Mogę także być kimkolwiek zechcesz, piękna pani.
- Ale jak masz na imię? - zmarszczyła brwi.
- Dirhael Rovidan. - odparł tylko, robiąc krok w jej stronę. Kobieta cofnęła się, by wyrównać między nimi odległość. Słowik westchnął cicho. - Jak mam cię do siebie przekonać, pani?
- Nie zbliżaj się do mnie.
- W porządku, lecz nie sądzę, by było to rozsądne posunięcie w obecnej sytuacji. 
- Co masz na myśli?
Słowik opuścił dotychczas trzymane w górze ręce i złożył je jak do modlitwy. Jego głos pozostał nadal spokojny i nie zdradzał nawet cienia niecierpliwości.
- Sądzę, iż podróżując ze mną do najbliższego miasta unikniesz niebezpieczeństw, pani. Nie powinnaś tu zostawać... - urwał, zauważając ciemną smugę na ziemi. Kobieta przyciskała do boku dłoń spod której wypływała świeża krew. - Jesteś ranna, pani... To dlatego nie chciałaś, bym się zbliżał. - odgadł.
Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego zacisnęła usta w wąską kreskę.
- Mam pełną świadomość tego, iż jestem w twych oczach odmieńcem. - kontynuował Słowik, niezrażony jej niechęcią - Słusznie nie darzysz mnie nazbyt dużym zaufaniem, lecz zaręczam, że nie jestem zły. Ponadto mogę pomóc. Proszę mi tylko na to pozwolić... Nie życzę pani źle, chcę jedynie móc zrobić to, co słuszne.
Mówił zupełnie szczerze i może właśnie to ostatecznie przekonało kobietę, by nieznacznie skinęła mu głową. Ucieszony tym Włóczykij powoli podszedł do niej i ukucnął. Zachował przy tym należytą ostrożność i w miarę możliwości nie wykonywał gwałtownych ruchów. Czuł się tak, jak gdyby zbliżał się do dzikiego zwierzęcia, którego nie chciał za żadne skarby świata spłoszyć. Obecna sytuacja niewiele odbiegała od tego wyobrażenia, jak uświadomił sobie po chwili.
Słowik odsunął dłoń kobiety od jej boku i delikatnie przyjrzał się ranie. Była całkiem głęboka, lecz wąska, a jej krawędzie na szczęście nie były poszarpane.
- Ktoś cię dźgnął, pani. Zgadza się? - nie czekał na potwierdzenie, bo doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Taka rana z całą pewnością nie była dziełem cięcia czy szarpania i doskonale pasowała do pchnięcia sztyletem. Dirhael mógł mieć jedynie nadzieję, że narzędzie, którym zadana została rana nie było zardzewiałe lub brudne. - To bolesne, lecz z całą pewnością nie jest śmiertelne. Masz, pani, wiele szczęścia, gdyż napastnikowi najprawdopodobniej brakowało doświadczenia.
- Kim właściwie jesteś? - spytała kobieta, gdy wydobył z kieszeni prostą, lnianą chustkę i przyłożył ją do rany, chcąc choć nieco ją oczyścić i zatamować krwawienie.
- Pytasz o to KIM czy CZYM jestem, piękna pani? - spytał bez złośliwości, lekko rozdzierając materiał i tak zniszczonej sukni kobiety. Tylko tyle, by mieć łatwiejszy dostęp do rany i, by nie nie pozbawiać kobiety jej odzienia.
- O oba.
- Jestem elfem. A w każdym razie z grubsza można by mnie tak nazwać.
- To znaczy? - drążyła temat.
- Łączę w sobie krew elfów i driad, pani, lecz to bez większego znaczenia. Zajmuję się głównie zwiedzaniem świata wzdłuż i wszerz. - Dirhael przycisnął chusteczkę do rany i położył na niej dłoń kobiety, dając jej tym samym znak, by ją przytrzymała. - Proszę dać mi chwilkę...
Wstał i rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem dookoła charakterystycznych białych kwiatów krwawnika. Roślina rosła pospolicie, więc nie miał zbytnich problemów z jej zlokalizowaniem. Znacznie gorzej było z przygotowaniem rośliny do tego, by zadziałała jak należy. Nie miał czasu jej suszyć, nie bardzo mógł przygotować z niej napar, by obmyć ranę. Zostało mu jedynie rozgnieść ziele i w takiej właśnie formie przyłożyć do rozciętego boku. Nie był to najskuteczniejszy sposób, choć niewątpliwie działał jak należy.
Słowik zmył krew z boku kobiety z pomocą wody z własnego bukłaka i przyłożył do rany zmiażdżoną roślinę. Chusteczkę spisał już na straty, gdyż była nie do odratowania, więc wcisnął ją z powrotem do kieszeni.
- To krwawnik. - wyjaśnił, gdy kobieta powątpiewająco spojrzała na zioło. - Jak sama nazwa sugeruje tamuje on krwawienie. Nie mogę teraz zrobić nic więcej...
- Mhm...
Po jakimś czasie krew przestała ciec, więc Dirhael zaryzykował dźwignięcie kobiety na nogi. Nie stała całkowicie o własnych siłach i dlatego też musiała wesprzeć się o elfa, gdy ten już podniósł swoje bronie z ziemi. W ten sposób ruszyli przed siebie, ku miastu. Nie było ono aż tak oddalone, jak Słowik pierwotnie zakładał, więc dotarli do niego po zaledwie godzinie drogi, gdy słońce stało jeszcze dość nisko, by nawet nie zwiastować nadejścia południa. Tam właśnie rozstali się z kobietą, która oznajmiła, że od tej pory już poradzi sobie sama, podziękowała uprzejmie i kulejąc, odeszła w tylko sobie znanym kierunku.
Sobotni poranek w niewielkim miasteczku niósł ze sobą gwar. Sobota była w końcu dniem targowym, wobec czego życie, które na co dzień i tak kręciło się wokół rynku podwajało swoje obroty. Gromadki roześmianych dzieci biegały tu i ówdzie lub zbite w ciasne grupki bawiły się na uboczu. Ludzie w każdym wieku przechadzali się między rozmaitymi, barwnymi straganami. Jakiś młody mężczyzna przebiegł w pobliżu elfa, ścigając uciekającego przed nim koguta, co zaowocowało chichotem jego towarzyszy, którzy z bezpiecznego miejsca obserwowali zmagania człowieka z jego przyszłym obiadem. Pies o sierści w kolorze piachu zaszczekał radośnie, gdy obsiadła go gromadka dzieciaków. Kilka kobiet przy znajdującej się w centralnej części studni śledziła wzrokiem co atrakcyjniejszych mężczyzn, wymieniając przy tym szeptane uwagi na ich temat. Rudy kot wylegiwał się na bruku, grzejąc się w promieniach słońca i najwyraźniej nie zauważał zmierzającego ku niemu konia ciągnącego wóz z sianem. Dirhael pozwolił się unieść gwarnemu, osobliwemu zamieszaniu miasta i wkroczył pomiędzy stragany, by z bliska móc obserwować zwyczajne życie miasteczka. Miało ono dla niego specyficzny urok i z przyjemnością stał się częścią tego małego światka. Efekt psuli jedynie odziani w zbroje strażnicy podejrzliwie obserwujący cały plac.
~ Nie przyszliśmy tutaj zwiedzać... ~ przypomniał mu znany głos Atlanta. Brzmiał mocniej niż gdy słyszał go po raz ostatni, elf zatem był pewien, że Alt odzyskał już siły.
- I tobie również witaj ponownie. - odpowiedział mu Słowik, który najprawdopodobniej odwykł już od słuchania niematerialnego towarzysza. Mógł też na chwilę zapomnieć o jego istnieniu i nie byłoby to dla niego nic dziwnego. - Jeśli nie przyszliśmy tutaj zwiedzać jak zatem mam znaleźć mapę? Poza tym mieszkasz w mojej głowie, więc uszanuj mnie i fakt, iż sama podróż, a co za tym idzie poznawanie miejsc w których się znajduję jest nierozerwalnie złączone z moim życiem.
~ Niech ci już będzie...
Włóczykij uśmiechnął się do siebie triumfalnie i ruszył przed siebie, nadal zachwycając się otoczeniem. Niedługo potem zwiedzanie przywiodło go aż pod drzwi niewielkiego sklepiku z obiecującym szyldem przedstawiającym księgę.
- Myślisz, że tu znajdziemy to czego szukamy? - zagadnął Atlanta, przenosząc wzrok z rysunku książki na stare drzwi wejściowe.

<Alt? Myślisz, że to już dobry moment na wycieczkę do Hidden?>

piątek, 24 marca 2017

Od Kiette c.d Halta i reszty

   Wczorajszej nocy udało mi się się nie zetknąć z ani jedną kroplą wody, toteż szczęśliwa i wtulona w swojego pupila zasnęłm w kącie w jednym z budynków starej osady.
     Obudziło mnie wpadające przez świeżo powstałą dziurę w dachu słońce. Otworzyłam fiołkowe oczy i się rozejrzałam. Wstałam jako ostatnia z osób śpiących w tym budynku, co w zasadzie nie należało do rzeczy nowych.
    Ostrożnie się podniosłam, uważając, żeby mój nietoperz nie zleciał z moich ramion. Odłożyłam go na koc, po czym on sam się obudził. Biedactwo, przeze mnie został zmuszony do zmiany trybu nocnego na dzienny. Śpij jeszcze, rzuciłam w myślach, a moje oczy rozbłysły czerwienią naszego łącza.
     Sama przeciągnęłam się i otrzepałam z kurzu, po czym ruszyłam w kierunku wyjścia. Jakoś nie chciałam zgubić swoich chwilowych towarzyszy.
    Przez ten wprawdzie bardzo krótki czas, zdążyłam na swój sposób się do nich przyzwyczaić. Wydawali się być w porządku, raczej nie zapowiadało się na to, że na przykład - wyolbrzymiając - w nocy poderżną mi gardło.
    Dawno już z nikim nie rozmawiałam, a więc w pewnym sensie przynieśli mi coś na kształt okazji do powrotu do normalności. Nie zapomniałam i nie zapomnę o tym, co wydażyło się w Mhetuu, ale trzeba nauczyć się żyć w zgodzie z przeszłością, czyż nie?
     Choć wśród nich znalazłam i smoka, i wilczą głowę, co niespecjalnie jest mi na rękę, bo - pomijając już strach - jeszcze bardziej przypomina dawne czasy, to w gruncie rzeczy zdążyłam ich zaakceptować. W końcu i oni sami są zwyczajnie zbitkiem różnorakich istot, które łączy jedynie Hidden. Przynajmniej póki co. Na swój sposób to piękne. Wszechobecna tolerancja i to integracyjne podejście dodały mi jakiejś tam otuchy. Może pobyt pośród nich dobrze mi zrobi, nim będę zmuszona ruszyć w dalszą drogę? A może Hanneon rzeczywiście jest gdzieś pośród nich i dane mi będzie go spotkać? W końcu Shi-Shi tak twierdzi, a w dodatku mój amulet błyszczy na złoto, miedziano i platynowo... Nigdy wcześniej tak nie robił.
       Spojrzałam na otaczające mnie dookoła ruiny osady. Śpiącymi i zmrużonymi jeszcze oczami wypatrzyłam tęczę i jaśniejące na czystym niebie słońce, wychodzące gdzieś ponad lasami i górami. Uśmiechnęłam się delikatnie. Było tu tak spokojnie.
     Myślałam, że nikogo już w pobliżu nie ma, co nieco mnie zmartwiło. Wolałam już być pośród nich, niż pałętać się po obcym terenie sama. Przeszłam między budynkami spory kawałek wzdłuż wydeptanej ścieżki, rozglądając się na boki, aż nagle przed oczami świsnęła mi srebrna strzała. Wylatując spomiędzy budynków przecięła mi drogę i celnie trafiła w znacznie od nas oddaloną, prowizoryczną tarczę z worka na ziemniaki.
       Po niemym okrzyku zaskoczenia zwróciłam twarz w stronę, z której nadleciała strzała i dostrzegłam w cieniu Halta z zawiązanymi oczami. Świadomość, że mogłam zostać przestrzelona, gdybym przechodziła tędy sekundę temu sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz a serce zabiło mocniej. Przez chwilę stałam tam, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, aż pchnięta impulsem postanowiłam się przełamać i zacząć rozmowę.
     - Nie powinieneś być ostrożniejszy? - zapytałam delikatnym tonem, zmierzając w stronę łucznika. Nie wiem, czy to dlatego, że był człowiekiem czy z jakiegokolwiek innego względu, ale nie budził we mnie zbyt wielkiego strachu, mimo tajemniczej otoczki i tego, że prawie mnie przestrzelił. Może dlatego, że chyba nie mam czegoś takiego jak rozsądek? A może dlatego, że w jakimś stopniu przypominał mi mojego brata?
     - A czy ty także nie powinnaś być ostrożniejsza? - odpowiedział mi, wypuszczając kolejną strzałę, która wbiła się w sam środek sąsiedniego worka. - Ja wiedziałem, że tu jesteś, ale ty nie wyczułaś mojej obecności. Straciłaś czujność.
      Westchnęłam tylko, zgadzając się z nim. Rzeczywiście, gdybym się postarała, to bym go dostrzegła już wcześniej. Nie ukrywał się nawet, jednak cień padał na niego tak, że był słabo widoczny. Ale moim kocim oczom to umknąć nie powinno.
      - Masz rację - odparłam, splatając dłonie na szyi. Jak to możliwe, że przez jedno wydarzenie stałam się tak bardzo nieostrożna? Najpierw wpędzili mnie na drzewo, a teraz prawie dałam sobie strzelić w głowę. Chyba zbyt wiele myślę ostatnimi czasy. Nero nie chciałby, aby moja głupota mnie zgubiła.
        Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić. Halt strzelał, a ja po prostu stałam. W końcu podeszłam do najbliższego budynku i oparłam się o niego plecami. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, nie miałam też rozeznania w terenie i nie chciałam się gubić, a więc zdecydowałam się go poobserwować.
        W nie aż tak dalekim tle słyszałam niesione echem odgłosy rozmów. Może część wczorajszej ekipy gdzieś razem zniknęła?
        Moje oczy zalśniły czerwienią i trwały tak do chwili, aż otrzymałam sygnał zwrotny od lecącego już Shi-Shiego.
        - Będę ci tutaj przeszkadzać? - zapytałam niezbyt śmiało Halta, zsuwając się na ziemię, w efekcie siedząc po turecku.



<Halt? Choć właściwie to wszyscy wolni jak się nudzą mogą się dorzucić, po to ten wers z odgłosami rozmów ;)>

Od Malika cd Jumona - Przepraszam, zgubiłem smoka...

        Malik, jak to na stereotypowego kota przystało, nie lubił być mokry. Równocześnie był także medykiem i jego kodeks moralny kazał mu poświęcać wszystko dla dobra pacjentów. Nigdy w życiu by się nie spodziewał, że te dwie rzeczy kiedykolwiek zaczną sobie bruździć. A jednak - obejrzenie z bliska rannego skrzydła Frelsera wiązało się z wielokrotnym spotkaniem z wilgotną od nocnej ulewy trawą. Frel swoim zwyczajem wiercił się jak szczeniak, to próbując pospieszać felina, to znowu dopatrując koło nosa upierdliwą muchę, w efekcie czego Gambit obrywał na zmianę w czoło i w plecy albo krawędzią skrzydła, albo nawet ogonem, po czym lądował na ziemi. Doskonale rozumiał, że młody smok nie mógł doczekać się próbnego lotu, ale jego niecierpliwość wespół z mokrym ubraniem zaczynały mu grać na nerwach.
  - Nareszcie - mruknął pod nosem, gdy w końcu zdjął cały opatrunek. - Frel, rozprostuj skrzydło!
  W ostatniej chwili przypomniał sobie, że powinien był tą prośbę bardziej doprecyzować i schylił się przewidując co też mogłoby go w innym wypadku ponownie spotkać. I faktycznie, smok rozłożył wyleczone skrzydło tak, jak je trzymał, czyli na wysokości pyska felina, śmigając nad uchylonymi uszami skulonego medyka.
  - Następnym razem nieco wyżej - rzucił zirytowany. Gad słysząc karcący ton podjął nieudaną próbę ukrycia łba w trawie.
  Kot delikatnie przesunął dłońmi po śladach rany, sprawdzając czy skóra odpowiednio się napięła. Nie chciał, by przez jego nieuwagę i brak doświadczenia w leczeniu podobnych przypadków Frelser miał problemy z krzywo zrośniętą, a co za tym idzie zbyt krótką błoną skrzydłową. Wszystko wyglądało jednak tak, jak powinno. Malik odsunął się kilka metrów i zamachał rękoma jakby próbował latać. Lodowy gad załapał i załopotał skrzydłami, stając przy tym na tylnych łapach.
  - Wszystko wygląda świetnie - stwierdził zadowolony felin, gdy Frelser opadł z powrotem na wszystkie nogi.
  ~ To mogę już latać? ~ w głowie kota zabrzmiał proszący głos szarego smoka.
  - Jest tylko jeden sposób by się o tym przekonać... - Gambit uśmiechnął się do niego porozumiewawczo.
  Frel okręcił się w kółko z radości.
  - Ale tylko próbny lot! - rzucił szybko medyk. Isbryter spojrzał w jego stronę. - Kilka kółek nad polaną i wracasz, jasne? - doprecyzował.
  Gad pokiwał ochoczo głową i przestąpił kilka kroków dalej od domku Atlanta. Stanął na lekko rozłożonych nogach, dla próby zamachując jeszcze powoli skrzydłami. Potem zamachnął pewnie ogonem i z krótkiego biegu wystartował ostro w górę, wyciągając przed siebie szyję. Lecąc ku niebu okręcał się z gracją wokół własnej osi, a gdy osiągnął zamierzony pułap rozłożył nieruchomo skrzydła, przez chwilę opadając w dół, po czym zaczął spokojnie szybować po kolistym torze. W obserwowaniu akrobacji szczęśliwego smoka było coś magicznego, jakby sam widok chciał budzić w obserwującym takie same uczucia, co te towarzyszące majestatycznym gadom w przestworzach. Do równie uradowanego Malika dotarł ryk. Felin nawet nie zdawał sobie sprawy, że podobny odgłos może pobrzmiewać czymś innym niż grozą, a jednak ten jeden przywodził na myśl jedynie okrzyk czystej radości.
  Nagle jednak medyk zdał sobie sprawę, że Frel zaczął zbaczać z umówionego kursu, aż w końcu smok zupełnie odbił w stronę lasu i poleciał w tamtym kierunku.
  - Ty kłamliwa cholero... - Gambit pokręcił z niedowierzaniem głową i pobiegł za nim.
  Pomysł już z założenia był głupotą: dogonić na piechotę lecącego smoka? Felin nie miał pojęcia co chciał w ten sposób osiągnąć. Domyślał się jedynie, że smok najpewniej za chwilę gdzieś wyląduje, a jedynym w miarę otwartym terenem jaki przychodził mu do głowy, poza ich polaną, było jeziorko niedaleko stąd. Jedynym logicznym wyjściem wydawało się udanie właśnie w tamtym kierunku i poczekanie na oszukańczego gada z założonymi rękoma.
  W myślach Malik układał już całą tyradę na temat smoczej prawdomówności i różnych scenariuszy na temat tego co mogło by się wydarzyć, gdyby rana nagle się otwarła w locie...właściwie to nic by się nie zdarzyło, poza skropieniem okolicy gorącą smoczą krwią. Ale na coś musiał ponarzekać, jeśli chciał tego przerośniętego bachora upomnieć. Przedzierał się przez zarośla nie zastanawiając się ile właściwie robi hałasu, aż w końcu wylazł na brzeg. Ku jego zdziwieniu, gdy podniósł wzrok dostrzegł dwójkę chłopaków odruchowo unoszących bronie w jego stronę. Po chwili jednak opuścili oręż, a jeden z nich, chyba niezbyt zadowolony, wcisnął ręce w kieszenie.
  - Dzień dobry - przywitał się ten drugi.
  Felin zmrużył oczy. Coś mu w nim nie pasowało. Jakby gdzieś już widział jego...albo kogoś bardzo podobnego.
  - A dobry - odpowiedział. - Powiedzcie mi, panowie, nie widzieliście może gdzieś w okolicy smoka?
  Oboje spojrzeli po sobie skonfundowani.
  - Mówię zupełnie poważnie - zapewnił Gambit, doskonale sobie zdając sprawę, że pewnie brzmi dla nich jak wariat. - Zgubiłem smoka.
  - Zgubiłeś...smoka? - powtórzył po nim blondyn, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze słyszy.
  - Tak! Lodowego, konkretnie. Długi na jakieś trzy konie, szare łuski i pióra na zewnętrznej stronie skrzydeł - uściślił felin.
  - Nie przypominam sobie, niestety.
  - Ech, mówi się trudno - Selethen machnął niedbale ręką i już odwrócił się z powrotem.
  - Czekaj! - wtrącił się drugi z dwójki. Kot obrócił się w ich kierunku. - Jesteś jedną z mieszkających tu istot?
  - ,,Istot"? - Malik uniósł jedną brew. - Na temat co poniektórych to chyba trochę zbyt wiele powiedziane. A można wiedzieć czemu pytacie? - w jego głosie zabrzmiała podejrzliwość. Za granicami Hidden wciąż trwała wojna, a wnioskując po opowieściach niektórych, imperium mogło zacząć się interesować tutejszymi terenami. Nie chciał przyprowadzić Atlantowi pod nos imperialistów już drugiego dnia swojego pobytu tutaj.

Jumon? Sarazi? Wybaczcie długość tego właściwego cd, wenus brakus >.<

czwartek, 23 marca 2017

Od Halta cd Louise - Ślady zębów czasu

<Wszystko się dzieje jeszcze pod wieczór, ale następne opka będą już rano, słowo za siebie i resztę ^^" >

        Nietrudno było zgadnąć, kto jako pierwszy zacznie przeglądać nadgryzione zębem czasu budynki - Tenzin (dosłownie) w podskokach znalazł się u podnóża pagórka i zniknął między domami. Godność Louise chyba nie mogła jej pozwolić po raz kolejny dać się wyprzedzić Owcy. Wzięła wdech, jakby zaraz miała zanurkować, i ruszyła biegiem przez trawę. Z perspektywy Halta i Kiette wyglądało to jakby coś się toczyło z góry w ślad za dwoma duchami. Mężczyzna jednak powstrzymał się w ostatniej chwili od zgryźliwego komentarza. Uśmiechnął się zachęcająco do stojącej z tyłu kotołaczki i ukłonił, jakby przepuszczał ją w drzwiach.
  - Panie i duchy przodem - powiedział z uśmiechem.
  Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i zaczęła ostrożnie schodzić na dół. Idąc za nią łucznik wyczuł pod stopami wgłębienie, podobnego spodziewał się trochę na bok. Koleiny, domyślił się. Musiała tędy biec kiedyś droga, ubijana latami w miękkiej ziemi przez koła wozów. Obieżyświat zerknął na niebo, pomarańczowe od zachodzącego słońca. Zza ich pleców nadciągały ciemniejsze chmury. Zapowiadało się na burzę. Niedługo trzeba będzie zbierać towarzystwo w kierunku domu Alta. Póki co mogli jeszcze wykorzystać ostatki dnia na zwiedzenie nowo odkrytego terenu.
  Lou spacerowała właśnie po murku, kiwając się na boki, jakby chciała sprowokować grawitację do zrzucenia jej na ziemię. Gdzieś między domami mignęła jasna sylwetka Tenzina i zniknęła w drzwiach domostwa tylko po to, by zaraz przeskoczyć przez zniszczone okno i zwiedzać dalej. Łącznik przeglądał wszystko z dziecięcą fascynacją, w przeciwieństwie do wręcz leniwie snującej się za nim Suowei.
  - Znaleźliście już coś ciekawego? - spytał Halt.
  - Ja na razie przeglądnęłam tylko tamten zupełnie zawalony - Niebieska machnęła łapką w stronę małego domu w zupełności pozbawionego dachu. - Nic tam nie ma, tylko trawa i pordzewiałe boksy. Chyba trzymali tam owce czy kozy.
  - A Tenzin?
  - Jak na razie obskoczył chyba ćwierć wioski i nigdzie nie siedział na dłużej - wzruszyła ramionami. - Pewnie da nam znać jeśli coś znajdzie.
  Halt obrzucił wzrokiem starą wieś. Przecinała ją właściwie tylko jedna droga, a parterowe domki stały schludnie ułożone po obu stronach. Nieco większe gospodarstwa miały po kilka budynków, stojących za domem mieszkalnym, jak wspomnianą przez chochliczkę obórkę. Te w zupełności pozbawione dachów musiały mieć je kryte jeszcze strzechą, co wskazywało na zamożność mieszkającej tu niegdyś społeczności. Drewniane płotki nie nadawały się już do użytku - sprawiały wrażenie, jakby byle podmuch wiatru mógł je przewalić. Ostały się jedynie porośnięte warstwą dzikiego zielska murki, sięgające nie wyżej niż pas dorosłego człowieka. Mimo wszystko łucznikowi łatwo było sobie wyobrazić pokryte ozdobami drewniane ściany, przejeżdżający wóz obszczekiwany przez podwórkowe psy, dzieciaki przebiegające przez drogę, kobiety wieszające pranie lub pielęgnujące grządki i odległe odgłosy zwierząt na pastwiskach.
  Tylko co zmusiło tych wszystkich ludzi do opuszczenia tego miejsca?
  - Halt! Zobacz! - zawołała nagle Louise.
  Mężczyzna otrząsnął się. Nawet nie zauważył kiedy zeskoczyła z murku. Kiette również zdecydowała się pozwiedzać. Głos Andrasty dobiegał z jednego z większych domów posiadających aż trzy przybudówki. Jedna, w zupełności drewniana, była w kompletnej ruinie. Musiała być zapewne stajnią. Do drugiej z przybudówek schody prowadziły w dół - pomieszczenie było do połowy zapadnięte w ziemię, najpewniej służyło jako spiżarnia dla krótkoterminowych produktów. Halt wszedł do trzeciej, obecnie pozbawionej drzwi i jednej z okiennic. Druga wisiała na walecznym zawiasie. Wnętrze niewątpliwie było kuźnią, z której pozostał jedynie piec i kowadło.
  - Też to widzisz? - zapytała Lou. Wspięła się na kowadło, chcąc być w miarę na wysokości towarzysza.
  - Co masz na myśli? - Halt uniósł jedną brew pytająco.
  - Wieszaki na ścianach, stojaki na gotowe wyroby - wszystko puste. Nawet narzędzi kowalskich nie ma.
  - Ktoś mógł obrobić ten teren. I to pewnie na długo przed nami, bo zardzewiałego metalu nie ma po co kraść - stwierdził mężczyzna ze wzruszeniem ramion.
  - Zastanów się raz jeszcze - nie zgodziła się dziewczyna. - Cały teren zdecydowanie pokryty był kiedyś polami uprawnymi i pastwiskami. Mieszkający tu niegdyś kowal nie trudnił się wykuwaniem broni ani płatnerstwem. Tych ludzi bardziej martwiły zużyte uprzęże w pługu, albo uszkodzona motyka. A taki typowy podrzędny rabuś nie interesuje się kradzieżą sprzętu rolniczego.
  - Sugerujesz, że albo zabrał te rzeczy ktoś faktycznie potrzebujący tego typu narzędzi - zgadywał łucznik - albo kowal spakował swój dobytek i uciekł?
  - Obstawiam, że wszystkie domy są równie puste co ten. Tych ludzi NIC nie napadło. Gdyby zbierali się w pośpiechu, zabieraliby wszystkie niezbędne rzeczy, a młot kowalski czy miechy chyba nie są aż tak istotne w sytuacji zagrożenia życia. A tu nie ma zupełnie nic!
  - Patrząc po stanie wioski nikt tu nie mieszkał gdzieś od początków wojny...może nie chcieli ryzykować i woleli spokojnie udać się gdzieś za granice Sorsiny ZANIM ktoś ich napadnie?
  - Brzmi jak najrozsądniejsze rozwiązanie zagadki - odparła Lou. - Wzięli wszystko, by nie musieć w przyszłości zaczynać od niczego. Ej, może zbudowali sobie nową wioskę, gdzieś daleko stąd i do dzisiaj mieszkają tam dzieci, wnuki i prawnuki tutejszych mieszkańców?
  - Oby nie było nam dane tego sprawdzać - łucznik udał się w stronę wyjścia. - Nie chciałoby mi się opuszczać nowego domu zbyt szybko.
  Patrząc ogółem, budynki nadawały się do użytku. Kamienne fasady trwały niewzruszenie na swoich miejscach, a większość drewnianych ścian wystarczyłoby jedynie ponownie uszczelnić. Odnowa całej wioski oznaczała oczywiście wiele pracy, ale patrząc na liczebność mieszkańców Hidden i fakt, że nie wszystkim przeszkadzało spanie na świeżym powietrzu (niektórzy, pokroju Frelsera, wręcz nie mieli innego wyboru), załatanie kilku dachów i wzmocnienie paru ścian nie było rzeczą niemożliwą. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie zadowolony. Atlantowi na pewno się to spodoba. Będzie musiał mu to pokazać, jeśli oczywiście Louise i reszta nie zrobią tego pierwsi.
  Gdzieś w oddali zagrzmiało. Halt obejrzał się na złośliwie popędzający ich ciemny horyzont. Westchnął i zawołał resztę. Kilka minut później wspinał się już z Kiette i Lou z powrotem na pagórek z którego zeszli. Tenzin, jak zawsze w towarzystwie Suowei, dogonił ich dopiero na szczycie, wyraźnie dumny z siebie.
  - Coś znalazłem! - zawołał podekscytowany.
  Zatrzymali się, z zainteresowaniem wpatrując w owczego łącznika. Ten wyciągnął przed siebie delikatną dłoń i pokazał im lekko pogięty, metalowy krążek.
  - Moneta? - Halt wziął znalezisko w dwa palce, chcąc mu się przyjrzeć.
  - Jest na niej jakiś nominał? - Andrasta podskakiwała mu koło nóg, nie mogąc zobaczyć znaleziska.
  - Nie, za bardzo ubrudzona - odpowiedział łucznik. - Ale ktoś na pewno będzie w stanie ją wyczyścić. Zapytam o to resztę.
  Znowu zagrzmiało. Teraz wydawało się, że stało się to zdecydowanie bliżej niż wcześniej. Burza zachowywała się trochę jak matka zaganiająca dzieci do łóżek. I tak samo jak nie sposób było kłócić się z mamą, tak samo ignorowanie ostrzegawczych grzmień nie należało do najmądrzejszych pomysłów.

środa, 22 marca 2017

Myślisz to co ja?... Zawsze... To jak? Zjadamy na surowo czy podpieczonego?


Imię: Boyd(kobieta) i Brian(mężczyzna), ale jako smok często mówi się Broyd
Nazwisko: Fangilions (Choć jest to przybrane nazwisko, jako że smoki takowego nie mają)
Przydomek: W ich ludzkiej formie zazwyczaj mówi się na nich: Karmazynowy Płomień i Ostrze. Jednak w smoczej formie ktoś ich widzi to zazwyczaj słychać tylko "RATUNKU!!!" więc ciężko powiedzieć, choć czasem gdy mowa o zbliżającym się zagrożeniu nazywa się go Ragnarokiem, z resztą takie określenie bardzo przypadło im do gustu.
Rasa: Dwugłowy smok (Bardzo rzadka i ciekawa odmiana smoka, prawdopodobnie jedyny na kontynencie.)
Wiek: Blisko pół milenium.
Płeć: Jako że w ludzkiej formie są osobnymi organizmami to trzeba uwzględnić ich podział płciowy. A w swojej smoczej wersji można powiedzieć że obojnak
Stanowisko: Lotnicy i Łowcy
Aparycja: Jako ludzie wyglądają jak bliźniaki, mają takie same długie, karmazynowe włosy. Jasne oczy, o dziwo nawet głosy mają podobnie niskie. Łobuzerskie uśmieszki pełne kłów, długie ogony, elfie uszy i rogi. Boyd ma je nieco krótsze i prostsze, a Brian nieco wygięte w "S". Jak to na smoka wypada, mają zamiłowanie do błyskotek, stąd ozdoby na rogach, uszach czy nadgarstkach. Ubierają się w grube skóry i zawsze przy boku noszą swoje szable. W smoczej formie jest to gigantyczny bo mający 10m w kłębie gad z ogromnymi skrzydłami o dwóch głowach, co prawda jednej nieco mniejszej, ale równie niebezpiecznej. Co ciekawe stwór ma jeden zestaw organów, prócz serc. Głowa Briana zionie ogniem, natomiast Boyd pluje kwasem w konsystencji i kolorze przypominającym krew. W tej formie oczy tracą źrenice i jarzą się złowrogim światłem, całe ciało pokrywają czerwone łuski odporne na większość oręży czy zaklęć.
Zdolności: Podstawową zdolnością każdego smoka jest zianie ogniem i tak właśnie Brian zieje ogniem, a Boyd pluje kwasem. To nie jest jedyna zdolność tych dwoje, mogą oczywiście przyjmować ludzką postać dzięki zaklęciu otrzymanemu wieki temu od pewnego maga. Sami jednak mają mgliste pojęcie na temat magii co najwyżej przy ich obopólnym skupieniu mogą rykiem wzburzyć wody lub przywoływać burzę, jednak jest to wyjątkowo męczące i udaje się tylko gdy działają razem. Ich myśli są niemal zawsze połączone przez to nawet jak nie są obok siebie to mają z sobą kontakt, mogą też łączyć się telepatycznie z innymi stworzeniami, jak większość smoków. Jako że są tak na prawdę jedną istotą to gdy jedno z nich zostanie zranione oboje odczuwają ból z tym związany, tak samo jak głód, zmęczenie i całą resztę, nawet łaskotki. Jedynie śmierć może ich rozłączyć, podobno gdy jedna z głów zostanie odcięta lub zabita w ludzkiej formie, druga może żyć jako zwykły smok, nikt jednak tego nie sprawdzał a i oni nie są do tego chętni. Mają też niezwykle wyostrzone zmysły, choć nierówno. Dziewczyna ma doskonały wzrok, widzi w podczerwieni i ultrafiolecie przez co nie ma problemów z widzeniem w ciemności, a chłopak słyszy zarówno infra i ultradźwięki. Oboje są też niesamowicie szybcy i silni, ponieważ mimo tak małej formy wszelkie właściwości ich normalnego ciała pozostają te same, dlatego mogą bez trudu powalać drzewa lub podnosić głazy, ale są też tak samo ciężcy jak ich gadzia forma, więc podnieść ich będzie ciężko. Z tych mniej niezwykłych umiejętności to posługiwanie się szablami, ale gdy przyjdzie co do czego to i tak pazury i kły są mocniejsze. Jak przystało na smoka są super łowcami, dzięki wyostrzonym zmysłom Boyd może wytropić nawet mrówkę, a Brian ją namierzyć.
Zainteresowania: Choć to może nie pasować do nich to Brian uwielbia gotować a Boyd lubi sobie czasem pomajsterkować, sprawdzić jak coś działa, rozłożyć na części i złożyć jeszcze raz. Oprócz tego lubią łowy, muzykę i podróże. Oboje też kochają słuchać niesamowitych opowieści i innych łowcach przygód, wojownikach, korsarzach czy magach.
Charakter: Bardzo trudno określić charakter tego stworzenia. Jedno jest jednak pewne, to nie jest miły i potulny smoczek, tylko prawdziwa bestia. Gigantyczny stwór nie wie co to litość, a jego głównym celem jest sianie popłochu i zniszczenia. Choć oczywiście to nie jest ich jedyna cecha, jest to przede wszystkim stworzenie kochające wolność, żyjące w dziczy i tam czujące się najlepiej. Bliźniaki są łowcami przygód, szwendającymi się po pustkowiach. Teraz pewnie wydaje wam się że to bezwzględni mordercy i potwory. Wiele się w sumie nie mylicie, bo nie jest to miłe stworzonko jak już wspominałam, ale to też żywa i myśląca istota. Oboje często spotykają na szlaku innych wędrowców i w ramach zabawy pozwalają im ujść z życiem w zamian za ciekawą opowieść przy ogniu. W ogóle choć brutalni i groźni to lubią się bawić, śmiać i żartować. Są świetnymi kompanami rozmowy czy picia. Boyd jest bardziej infantylna i ciekawska, lubi żartować czy płatać psikusy, ale łatwo też wyprowadzić ją z równowagi, szybko się denerwuje i nieraz jedyną osobą zdolną ją uspokoić jest brat. Ten natomiast robi za starszego, poważnego i opanowanego z tej dwójki, mimo że są więcej niż bliźniętami. Nie jest aż tak żywy jak siostra raczej bardziej opanowany. Stara się być tym rozważnym i spokojnym, choć zdenerwowanie go nie jest czymś trudnym, a wtedy staje się bardzo porywczy. Oboje często droczą się i kłócą, jednak gdy przychodzi co do czego staną za sobą murem, a nawet poświęcą życie.
Historia: Jak to smok wykluł się samotnie w jakiejś pieczarze wysoko w górach. Sami szybko nauczyli się polować na zwierzynę, a później gdy zwykłe zwierzęta to było za mało zaczęli atakować ludzkie osady. Długo byli po prostu i tylko strasznym, wielkim potworem pustoszącym wioski a z czasem nawet miasta na północy. Wielokrotnie starano się znaleźć gada i go dobić, jednak zawsze kończyło się to niepowodzeniem. Znudzeni monotonnym życiem ruszyli w podróż. Pewnego razu grupa podróżników nie zauważyła że rozbiła obozowisko tuż obok śpiącego potwora. Z początku chcieli oni zaatakować i zjeść ludzi, tak jak zawsze to robili, tym razem jednak usłyszeli ich rozmowę. Długą historie każdego z nich, pełną niezwykłych przygód oraz walk i przeżyć. Spodobała im się ta opowieść snuta przy ogniu że nie zabili ich, a następnego ranka po prostu odlecieli. od tego czasu za każdym razem gdy spotykają kogoś dają mu szanse ocalenia się dobrą historią. Jeśli takowa im się nie podoba gagatek kończy w ich trzewiach. Tak to przez stulecia ciągnęło się ich życie na niszczeniu, paleniu, zabijaniu, słuchaniu oraz podróży. Do czasu. Jeszcze na długo przed wojną zdarzyło się coś do nich zupełnie niepodobnego, zamiast niszczyć... uratowali. Z kata stali się bohaterem. Dlaczego? Myślę że oni sami nie potrafią tego stwierdzić. Daleko za morzem znajdował się kraj, który od dawna był nękany przez hordy orków. Stworzenia co noc przychodziły by na nowo ograbiać mieszkańców. A ci nie mogli się wynieść bo nie mieli nawet gdzie. Gad chciał przejąć miasto jak każde inne wcześniej, ale wiadomo nie mogli pozwolić by inny agresor zabierał im plony. Na dodatek, walka sprawia im wielką frajdę. Dlatego przez niemal cztery noce walczyli z chordami pokracznych potworów. Gdy udało im się zabić ostatniego byli zbyt wycieńczeni aby od razu ruszyć na miasto. Zalegli wysoko w górach, by zapaść w sen regeneracyjny. O dziwo znalazł się ktoś kto podążył ich tropem i podszedł do smoka. Dla mieszkańców dwugłowy smok stał na poziomie boga, więc przybył do nich największy mag. Człowiek władający mocą której dziś nikt nie mógłby pojąć. Bez lęku stał przy nich dziękując za pomoc. Bliźniaki nie rozumiały co się dzieje, nigdy nie zostali tak potraktowani. Co więcej, mag stwierdził że może dać im w podzięce pewien dar. Dar osobnych ciał... ciał ludzkich. Oboje zafascynowani życiem ludzkich podróżników przyjęli bez wahania ofertę i tak zdobyli umiejętność przyjmowania ciała człowieka, a przynajmniej częściowo. Na tym jednak się nie skończyło. Mężczyzna zabrał ich do miasta, gdzie ludzi witali ich z wielkimi honorami, bo w końcu to bóg przyjął dla nich ludzką formę. Nie umieli panować nad tym dziwnym ciałem, dlatego też zostali tam ucząc się posługiwania osobnymi kończynami. Zostali tam na długie dekady, tam nauczyli się wszystkiego o byciu człowiekiem oraz o fechtunku, bo tamtejsi wojownicy zaprawieni w długich bojach oraz surowym klimatem nie mieli sobie równych. Z czasem, gdy nauczyli się posługiwać ciałem, przewyższyli umiejętnościami wszystkich mistrzów a stary mag umarł postanowili ruszyć w dalszą podróż. Trafili w końcu na Sorsinę, tuż przed wojną. Tam też wcielili się do wojska w poszukiwaniu przygód, zostali uznani za osobną jednostkę podlegające tylko głównemu generałowi Banhudowi(opiekun Atlanta). Szybko jednak znudzili się zabawą w imperialnego pieska i obrócili się przeciwko nim. Tak o, dla zabawy. Czasem atakowali przypadkowe strony konfliktu, a czasem podróżowali w ludzkiej formie licząc na dobrą zabawę i tak aż do końca wojny. Teraz gdy jest teoretyczny pokój, a oni zwiedzili już cały świat trafili przypadkiem na to miejsce, a że jest tu parę ciekawych osób liczą na kolejną przygodę do opowiedzenia.
Partner: Mimo że Boyd jest romantyczką i marzy o miłości, nawet nie musiałby być to smok, ale jest jedna przeszkoda... jej brat, któremu musiałbyś naprawdę zaimponować by pozwolił ci zbliżyć się do swojej drugiej głowy. On sam wydaje się niezainteresowany płciom piękną, ale jeśli znajdzie tę jedyną jest dla niej w stanie robić tyle samo ile dla swojej siostry.
Rodzina: Są jednym ciałem, ale zwykli się nazywać rodzeństwem. W sumie to innej rodziny nie mają, bo smoczym zwyczajem wykluli się sami i sami musieli o siebie zadbać.
Towarzysz: Nawzajem są swoimi towarzyszami, choć Boyd ma zamiłowanie do zwierząt i może kiedyś namówi brata na małego przyjaciela.
Szczegóły: -Oboje mają silną alergie na orzeszki
-Może to wydawać się dziwne, ale Boyd przyjmuje tylko dwie możliwe pozycje do spania: wtulona w brata(przez przyzwyczajenie do naturalnej swojej formy) oraz spanie do góry nogami, w sumie nie ma ku temu specjalnych powodów, po prostu jako smok tak się nie dało, więc gdy odkryła tę umiejętnośc w ludzkiej formie to stwierdziła że to zabawne i tak po prostu robi. Zawiesza się ogonem na gałęzi i śpi jak nietoperz.
-Brian jest chorobliwie zazdrosny o siostrę. Ma przekonanie że gdy ta znajdzie sobie partnera ona zostanie bez drugiej głowy. Jest to oczywiście nieprawdą, ale mag mówił kiedyś że z miłości można stracić głowę i jakoś utkwiło mu to w pamięci...
Autor: Ursa

Od Louise - Wioska

Opo zedytowane 23 marca z powodu mojego niedociągnięcia. Jeszcze raz przepraszam za swoją nieuwagę >.<

        Atlant niedługo potem zniknął gdzieś, zostawiając trójkę (czy też czwórkę, licząc trzymającą się Tenzina Suowei) nowych przy ognisku w towarzystwie starszych stażem mieszkańców Hidden. Squall w próbie zachęcenia ich do rozmowy podała każdemu po butelce cholera-wie-czego. Chyba to jedno akurat nie podziałało. Kiette tylko niepewnie powąchała zawartość i podziękowała, odstawiając swoją na ziemię. Louise, o ile nie miała problemów z ludzkimi kubkami, o tyle butelki jednak sprawiały jej nieco kłopotu, a i tak nie za bardzo miała ochotę na alkohol. Tenzin natomiast wydawał się w ogóle nie wiedzieć co zrobić z podarunkiem. Piratka spojrzała na niego jakby nagle dostrzegając brak ust. Halt obserwując to wszystko wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć śmiechem.
  - No dobra, głupi pomysł - stwierdziła kobieta.
  - To może poopowiadajcie coś o sobie? - zaproponowała Ziio z przyjaznym uśmiechem, połowicznie skupiona na strojeniu lutni.
  Lou zgłosiła się na ochotnika i zaczęła opowiadać jak to zdecydowała się wyruszyć na wojaczkę z resztą świata. Wszyscy przysiedli się bliżej, wsłuchując uprzejmie w jej historię. Wszyscy...poza smokiem. Gad, początkowo trzymając łeb obok felina o imieniu Malik, zorientował się, że nowi zostawili swoje butelki rumu bez opieki. Wyślizgnął się jakoś z kółka wokół ogniska i korzystając z odwracającej uwagę Andy przysunął łeb do zasłuchanej Kiette, próbując chwycić zbyt dużymi pyskiem porzuconą butelę. Przy okazji lekko potrącił jej nogę nosem, na co dziewczyna pisnęła zaskoczona i odsunęła się dwa metry dalej. Smok widząc jej reakcję również się cofnął, zupełnie zmieszany.
  ~ Nie chciałem...wybacz - w głowach zgromadzonych odezwał się łagodny, zawstydzony głos.
  - Ładnie to tak kraść, Frel? - rzucił złośliwie Malik.
  - I kto to mówi... - wtrąciła się harpia, ale felin zignorował jej uwagę.
  - HAH! Moja krew! - zaśmiała się Squall. - Już swoją porcję dostałeś, pijaczyno jeden! Wszystkie zapasy mi wychłepczesz!
  Frelser skulił się jeszcze bardziej i z miną zbesztanego psa wrócił na swoje miejsce, nie myśląc już o podkradaniu cudzego napitku. Nawet Lou zatrzęsły się barki z tłumionego śmiechu. Do tej pory widziała w życiu tylko jednego smoka i to karłowatego, ale nawet tamten wykazywał więcej pychy. Na miejscu Frela i tak zabrałby co chce, a potem jeszcze syknął ostrzegawczo na resztę. Szary gad najwyraźniej nie zamierzał się sprzeciwiać ludzkiemu słowu, jak w zupełności udomowione zwierzę.
  Squall dostrzegła nagle, że Halt ani razu się nie odezwał w ciągu całego zajścia. Uniosła pytająco brew i nieco zbyt mocno uderzyła go w bark, wytrącając z namysłu.
  - A ty co? Zakochany czy jak? - uśmiechnęła się złośliwie.
  - Myślę - odparł łucznik. - Wybaczę ci to niedopatrzenie biorąc pod uwagę jak rzadko widuje się takie zjawisko u piratów.
  - Oho, znowu sobie grabisz - pogroziła mu teatralnie palcem. - A o czym myślałeś?
  - Atlant wspominał coś o starej wiosce niedaleko stąd - wyjaśnił. - Ciekawi mnie ile z niej naprawdę zostało...
  - Ej, to chodźmy zobaczyć! - wtrąciła się Louise.
  - No nie wiem... - Halt spojrzał na niebo.
  - Jeszcze widno. Zdążycie się rozejrzeć i wrócić - Malik wzruszył ramionami. - I tak czekałoby nas oprowadzanie nowych.
  - My też chętnie zobaczymy tutejsze tereny - dopowiedział Tenzin. Wilcza paszcza szczypnęła go w ramię jakby w akcie protestu, ale Owca jedynie cofnęła rękę, zupełnie ją ignorując.
  - Niech wam będzie - brunet wstał z miejsca i spojrzał po reszcie. - Kiette? Też idziesz?
  Blondynka zastanowiła się chwilę po czym pokiwała potakującą głową.
  - No to idziemy - Obieżyświat zarzucił na ramię swój łuk i zwrócił się jeszcze do zostającej przy ognisku czwórki: - Gdyby Alt wrócił powiedzcie, że poszliśmy na zachód stąd.
  Ziio pokiwała głową potakująco i wróciła do grania delikatnej melodii. Squall wyciągnęła się na swoim miejscu, a Malik klepał Frelsera po szyi pocieszająco. Halt machnął ręką na swoją nieplanowaną wycieczkę i ruszyli w kierunku domniemanej wioski.


        Lou przepychała się przez sięgającą jej nosa trawę w iście heroicznym boju. Zawsze przypominało to jej słowa babci, gdy dreptała przed kominkiem z drewnianym mieczykiem głosząc śmierć całemu imperium cieniutkim głosikiem. Starsza Recydywa kręciła tylko z dezaprobatą głową, powtarzając tę samą sentencję, obecnie wkutą w głowę małej Andy, jak zresztą wiele pozostałych. Mogła to wyrecytować z pamięci: ,,A walcz sobie Lusiu, walcz. I tak ci to nic nie da jak potykasz się o własne nogi i gubisz w trawie na babcinym podwórku". Wbrew wszelkim pozorom, te deprymujące słowa jedynie popychały dziewczynę naprzód, ku dalszym szkoleniom i marzeniom o rycerskiej sławie. Aż żal było myśleć, że babcia, mimo wszystko dumna ze swojej odważnej wnusi, nie dożyła widoku młodszej Louise w zbroi, młotem w ręku i tarczy na plecach.
  Zdradliwe źdźbło połaskotało ją w nos. Nie zdążyła dokończyć przekleństwa, gdy trawa wokół niej zatrzęsła się od piskliwego kichnięcia.
  - Dobra, teraz ją widzę! - rzucił ktoś z tyłu złośliwie. Niebieska odchyliła trawsko, dostrzegając zadowolony uśmiech Halta. Znacznie wyprzedziła grupę, gnana naprzód typową sobie ciekawością i niecierpliwością. Reszta nie wydawała się tak spieszyć. Ludzki łucznik spokojnie odpowiadał na wszystkie pytania kotołaczki, oraz nieco rzadsze padające od dziwnej humanoidalnej owcy. Wilczy pysk dalej się nie odezwał, chociaż nawet Halt spoglądał w jego stronę z oczekiwaniem, jakby tego od niego oczekiwał. Dziewczyna była już skłonna stwierdzić, że z tej dwójki tylko Tenzin potrafi mówić.
  - Wiesz co mnie zawsze zastanawiało? - odkrzyknęła w odpowiedzi do łucznika. - Niejeden raz nasłuchałam się kpin, że nie nadążę za oddziałem, bo mam za krótkie nóżki, a trójka długonogów jakoś cały czas TKWI NA SZARYM KOŃCU!
  Tenzin przekrzywił lekko głowę przysłuchując się słowom Louise. W pierwszej kolejność pomyślała, że może wziął sobie to za obrazę - biorąc pod uwagę fakt jak zrozumiał zwrot ,,potrząsnąć cudzą dłonią", mogło być to całkiem możliwe. Jednak nie był urażony. Zamiast tego zrozumiał tą uwagę jeszcze dosłowniej. Ruszył w kierunku Lou sprężystym, lekkim krokiem, w trzech skokach przesadzając dzielącą ich odległość. Gdy ją mijał, Niebieska odniosła dziwne wrażenie, że nawet nie poczuła na sobie pędu powietrza, a trawa jedynie lekko się pochyliła. Inna sprawa była z Wilkiem. Chociaż poruszał się bezgłośnie (w przeciwieństwie do głuchego, półsłyszalnego przytupu kopyt), niski lot nad trawą przygiął ją niemal całkowicie do ziemi, jakby groźny duch manifestował swój majestat. W mgnieniu oka dwójka łączników dotarła na szczyt łagodnego pagórka. Quartz prychnęła pod nosem i pobiegła za nimi. Gdy w końcu ich dogoniła, jagnięcy łucznik siedział w przyklęku na jakimś zarośniętym murku, a jego towarzyszka płynęła leniwie wokół niego. Mała wojowniczka wspięła się po kamieniach siadając obok.
  - Myliłaś się - stwierdził, przekrzywiając łeb. Nie była to złośliwa uwaga, czy też próba podważenia jej autorytetu, a raczej czysto naturalne stwierdzenie faktu. - Jednak potrafię szybciej biec.
  - To był sarkazm - zaśmiał się Halt docierając na miejsce. - Musisz się jeszcze sporo nauczyć o ludzkiej naturze, baranku.
  Wilk słysząc lekką kpinę warknął ostrzegawczo w stronę człowieka. Stojąca za łucznikiem Kiette cofnęła się o krok, ale nie uciekła. Halt drgnął, rozumiejąc, że potwór kierował to w jego stronę, a nie kotołaczki. Lou znowu naszły wątpliwości, czy aby na pewno jest to tylko bezmyślna bestia ślepo podążająca za swoim panem. Sam Tenzin zresztą żadnego właściciela nie przypominał. Pozostawiła sobie jednak ten zamysł na później. Teraz w oczy rzuciło jej się coś zgoła ciekawszego...
  - Tam są! - zawołała, wychylając się gwałtownie do tyłu i wskazując palcem w dół.
  Przez ciemne chmury, niechybnie zapowiadające deszcz, przebijały się promienie słońca, rzucając złote łaty na kołyszącą się trawę. Oblewały widoczne dwadzieścia metrów dalej połowicznie zawalone dachy i nagle ściany małych domów. Niegdyś między nimi musiała iść droga, teraz jednak koleiny po wozach zarosły zupełnie, a płotki otaczające nieużywane grządki zakryte były warstwą bluszczu.
  - Jeśli to nie jest wioska - stwierdził Halt - to podejmę się próby zjedzenia bandany Squall.
  - Dlaczego miałbyś jeść bandanę? - zapytał Tenzin.
  - Nieważne - westchnął łucznik i machnął ręką zachęcająco. - Przyglądnijmy się temu zanim zacznie padać.

Kto dalej? Wiem, że krótko, nie przypominajcie *^*

Od Atlanta c.d. Dirhaela - "To te głosy w głowie"

Smak maliny poczuł również dodatkowy byt, ucieszyło go to bo znaczyło że gdyby ćwiczył mugłby spróbować nawet przejąc kontrole na jakimś słabszym ciałem. Ale teraz był zbyt kiepski w te klocki, a umysł chłopaka wystarczająco stabilny by go atakować. Poza tym polubił go, a wiedział że próba przejęcia kontroli nie byłaby zbyt miła. Atlant zaczął delikatnie badać myśli chłopaka. Szukał śladów powiązania z imperium, albo jakichkolwiek wiadomości wskazujących żeby mu nie ufać. Gdy jednak nic niepokojącego nie odszukał stwierdził w myślach, że nie tylko może mu opowiedzieć co nieco na temat Hidden, ale również zachęcić go do zostania tam.
 ~Powiedzmy że to ostatnie tereny pokoju, bez wojsk Arsmana.~ Słysząc to elf wybuchł śmiechem.
 -Że niby niepodbity teren? Gdzie to? Na księżycu?
 ~Nie... na wschodzie jest wysokie pasmo górskie, a rosnące tam lasy uznawane są za niezamieszkaną głuszę pełną potworów. A tuż za nimi jest Hidden.
 -To chyba niezbyt bezpieczne miejsce
 ~Wszędzie jest lepiej niż pod wodzą Arsmana. Co może potwierdzić wiele żyjących tam teraz istot.
 -Istot? Czyli nie ludzi?- Zaśmiał się
 ~Tam nie ma normalnego człowieka...~ Śmiech leonisa odbił się echem w głowie chłopaka, nie wiedzieć czemu na twarzy Dirhaela pojawił się uśmiech.
 -A właśnie, może powiesz mi jak ty wyglądasz? Byłoby łatwiej mi ciebie znaleźć
 ~Cóż... raczej łatwo rozpoznać siedzącego w lesie bez ruchu leonisa
 -Czego?
 ~Leonis, taki z rogami, i lwimi uszami, i ogonem.
 -Czekaj czekaj, masz na myśli tę wymarłą rasę? Łoho! Nigdy żadnego nie widziałem, nie dość że wyginęły to nawet za życia ciężko było jakiegokolwiek znaleźć. Strasznie dobrze się chowacie.- Zaczął się ekscytować, ale nagle się zawahał. -Chwila... Czy wy przypadkiem nie mówicie? Przecież tyle razy mówiono mi że leonis to dzikie zwierzę porównywalne do wilka czy lwa. Jakim ty cudem umiesz mówić???- Zawołał na tyle głośno że ptaki z okolicy zerwały się do lotu.
 ~Za bardzo się ekscytujesz... ktoś mnie kiedyś nauczył i tyle. Smoki używając telepatii posługują się ludzką mową i nikt się nie dziwi, a jak ja się odezwę to jakby pies przemówił...~ Westchnął nieco urażony. Jednak nie zabolało go to jakoś mocno, może po prostu przywykł do czegoś takiego gdy jeszcze żył w stolicy? Albo klatce.
 -Sorki, nie gorączkuj się tak. W sumie jakby dobrze pomyśleć to mało było o was wiadomo. Tyle że jesteście, a niektórzy porównywali was do smoków nawet.
 ~To przez nasze zdolności i poziom inteligencji rasy. Ale może wreszcie dość o mnie. Mógłbyś opowiedzieć coś o sobie.
 -Po co? Skoro mogłeś sobie tak ot wejść do mojej głowy na pewno już w niej grzebałeś.- Zaśmiał się, w jego słowach nie było urazy, co uspokoiło nieco sumienie Alta. -Mogę za to coś zagrać dla umilenia drogi.- Zaproponował po czym wyciągnął zza pazuchy fletnie. Z instrumentu popłynęła delikatna i spokojna melodia przywodząca na myśl szum lasu. Atlant wsłuchał się w miłą dla ucha kompozycje nut. Nie były to sprośne pieśni Squall, ani śpiewne opowieści Ziio, tylko kojąca muzyka. Elf szedł tak żwawym krokiem wygrywając nowe melodie, przez dłuższy czas. Atlant nie przerywał mu, obserwował tylko co dzieje się w głowie chłopaka. Bo każdy z nowych utworów przywoływał w wspomnieniach chłopaka nowe obrazy którym z zaciekawieniem mógł się przyglądać Alt. Nie były to jasne historie ani rozmowy z których by coś wynikało, ale urywki z życia muzyka. Jednak nawet te urywki pozwoliły mu trochę bliżej go poznać, co więcej upewniły go w przekonaniu że można mu zaufać. W pewnym momencie przez dźwięki fletni przebił się donośny krzyk. Dirhael od razu przerwał grę i zerwał się do biegu. Już po chwili na drodze zauważył młodą kobietę otoczoną przez grupkę pięciu oprychów. Mężczyźni, z pewnością nie mieli w zamiarach odprowadzić jej do domu.
 -Hej!- Zawołał Atlant, jednak włożył w to tyle emocji że wyrwało się to z ust elfa, można by powiedzieć że przez niego przemówił. Oboje zdali się być zaskoczeni tym faktem jednak teraz mieli ważniejsze zadanie.
 -A ty co chłoptasiu?- Zarechotał, jeden z nich.
 -Lepiej idź zajmij się zbieraniem jagódek elfiku i nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy.- Dorzucił kolejny. W tym czasie dwóch złapało kobietę by nie uciekła.
 ~Umiesz walczyć?~Pytał Alt gotów w razie potrzeby pomóc chłopakowi
 -Oczywiście że umiem!- Warknął
 ~To co stoisz? Ruszaj, pomogę tobie
 -Niby jak? Siedzisz w mojej głowie!- Podczas gdy Dirhael kłócił się z głosem w swojej głowie rabusie wpadli w pewien rodzaj osłupienia. Nie codziennie widzi się elfa gadającego na głos z samym sobą. Nawet kobieta która wyrywała się z rąk oprychów, zamarła jakby nie wiedząc czy potencjalny wybawca, na pewno będzie bezpiecznym wyjściem...
 ~Niech o to już cię głowa nie boli. Swoje w wojsku spędzałem i wiem jak posługiwać się bronią
 -Mam tylko nóż i kij
 ~Nie masz miecza?
 -Jakbyś nie widział nie jestem rycerzem tylko grajkiem!
 ~Biegnij!
 -Hej, nie żeby coś ale to, że nie atakuje nie znaczy że będę uciekał
 ~Nie! Biegnij! Uciekają nam!~ Elf spostrzegł że faceci pochwycili dziewczynę i zaczęli uciekać. Poczuł w sobie dodatkową energie, nawet nie musiał pytać by wiedzieć że to za pomocą Atlanta. Szybko dogonił ich i doskakując uderzył najbliższego kijem. Grubas padł na ziemię ogłuszony. Pozostali ruszyli dobyli krótkich mieczy zostawiając dziewczynę pod opieką tylko jednego. Teraz Dirhael miał przed sobą trzech, rosłych, uzbrojonych gości.
 -To teraz oberwiesz pięknisiu...- Warknął jeden z nich i rzucił się na elfa
 -Atlant?- Mruknął elf czując się nieco nieswojo mając przed sobą przeciwników.
 ~Chwila...~ Leonis starał się wytężyć jak najwięcej sił by móc dawać jakieś wskazówki chłopakowi. Dirhael poczuł że jego ręka mimowolnie się unosi, było to uczucie podobne do tego gdy ktoś próbuje lekko podnieść twoją rękę, mógł się temu ze spokojem przeciwstawić, ale wiedział że to siedzący w jego głowie Atlant. Elf podążał za wskazówkami byłego wojskowego, co było dość dobrym pomysłem. Dzięki takiemu współpracowaniu radził sobie o wiele lepiej w parowaniu ciosów a nawet odbijaniu i atakowaniu. Ze spokojem parował dwóje a nawet udawało mu się odpychać trzeciego mimo że było to trudne, bo zbiry nie były aż tak słabe jak można by zakładać. W pewnym momencie elf uderzył mocno szefa mężczyzn kijem w część zadnią, na tyle mocno że upadł. Rozbawiło to ich, ale widząc wściekłość w oczach rabusia, wiedzieli że żarty się skończyły. Nawet nie zauważyli kiedy ten który było powalony jako pierwszy wstał.
 ~Uważaj!~W głowie Dirhaela odbił się echem głos Alta który wyczuł dodatkową świadomość. Słowik w ostatniej chwili obrócił się i zatrzymał miecz swoim kijem. Niestety. ten który wstał był zbyt silny by go odepchnąć, więc by nie stracić głowy stał tak blokując go cały czas. W tym czasie pozostali nie próżnowali, elf a również leonis poczuli silne uderzenie w bok, które zwaliło elfa z nóg.
 -Mówiłem gałązko... nie wtrącaj się. A teraz pożałujesz.- Warknął oprych unosząc miecz.
 ~Atakuj!~Zawołał Atlant i w tym momencie jego głos i świadomość ucichły w głowie Dirhaela. Poczuł nagłe szarpnięcie któremu towarzyszyło uczucie gorąca i zimna równocześnie. Alt zniknął... po prostu go zostawił. W pierwszym odruchu elf poczuł złość, bo czemu tamten najpierw go w to wciągnął a teraz po prostu zwiał? Zanim jednak upewnił się w przekonaniu że został sam z problemem coś poparzyło rękę mężczyzny który już miał go rozpłatać. Tamten zawył z bólu upuszczając broń i ściskając poparzone ramię. Słowik wykorzystał to i ogłuszył go porządnym ciosem kija, ten przed zmrokiem raczej nie wstanie.
 -Co jest k***a?- Warknął inny, zanim jednak dobrze się zastanowił elf dobył nóż i ranił go. Kolejny rzucił się na elfa, ale nagle wzdrygnął się zatrzymując.
 -Kim jesteś? Zostaw mnie! Nie! Nie! Odejdź, nie chce, zostaw mnie!- Zaczął krzyczeć, załapał się za głowę próbując coś z sobą zrobić.
 -Dobrze obiecuję! Tylko mnie zostaw...- Załkał po czym upuścił miecz. Coś go szarpnęło, zamrugał chwilę po czym zaczął uciekać. Dirhael domyślał się co to było, ale jeszcze jeden miał problem, a konkretnie przedostatniego z oprychów, chłopak wdał się w walkę z nim. Z jednym jednak szybko sobie poradził powalając go ogłuszonego i potłuczonego na ziemię. Obrócił się do tego który trzymał kobietę teraz stał zdezorientowany z przyłożonym do jej gardła nożem.
 -Nie podchodź! Bo ją zabiję...- Starał się utrzymać poważny ton ale widać było że był najmłodszy i nieco roztrzęsiony. Koło niego rozległ się chichy dźwięk przypominający chrobot kamieni. Następnie coś oparzyło dłoń która trzymała nóż. Młody nie wytrzymał wstał i zerwał się do ucieczki z krzykiem. Kobieta upadła na trawę zmęczona wydarzeniami, a Dirhael poczuł coś co już zdążył poznać, czyli moment w którym świadomość Atlanta wchodziła w jego ciało.
 ~Wybacz... jestem zmęczony...~Głos mężczyzny faktycznie był dużo słabszy, a nawet uczucie jego obecności było mniej wyczuwalne.
 -Co zrobiłeś? Temu który uciekł- Zapytał zaciekawiony a w głowie usłyszał prychnięcie śmiechy Atlanta.
 ~Wmówiłem mu że jestem szatanem... i jeśli nie porzuci bandyckiego życia spale go na popiół. Dla potwierdzenia swoich słów przedstawiłem mu parę swoich wspomnień wojennych.~Teraz nawet elf prychnął śmiechem. ~Zajmij się lepiej tą damą, ja nie mam siły, a lepiej żebym zachował choć trochę energii żeby nie zniknąć.~ Jego głos coraz bardziej cichł, a gdy skończył zdanie całkowicie ucichło. Dirhael jednak czół słabą obecność dodatkowej jaźni.
 -Ta... "zajmij się damą", no fajnie najpierw zrobiłeś ze mnie wariata a później opętanego przez szatana... teraz pewnie będzie się bała bardziej mnie niż tamtych.- Mruknął pod nosem do siebie.

<Dirhael? Jak tam opętańcu? :P>