Mild nie była pewna co się właściwie dzieje. Facet zmienił się w wilka –
ot tak – i rzucił za żołnierzami. Dziewczyna w odruchu paniki wcisnęła
ciągle trzymany w dłoni kościany klucz do swojej sakiewki. Tymczasem
obcy zmienił się z powrotem w człowieka. Daya zamarła w miejscu,
niepewna co teraz zamierza zrobić czarnowłosy. Ten jednak zatrzymał się
półtora metra od niej i uśmiechnął w miarę przyjaźnie.
- Coś ty nabroiła? – zapytał cicho.
Mild nie widziała sensu w odpowiadaniu mu. Nie znała go, ani nie ufała po tym „widowisku”.
- Jesteś lykanem? – spytała wymijająco. Mieszkając z renegatami
natrafiła kiedyś na tą nazwę. Darim opowiedział jej wtedy kim są
lykanie, czyli mówiąc krótko „ludzie-wilki”.
- Nie, dżinem, tylko lampę zgubiłem – odparł sarkastycznie chłopak. –
Zadałem ci proste pytanie. Wiem, że żołnierze często ganiają za
bezbronnymi dziewczynkami z RÓŻNYCH powodów, w końcu mamy wojnę, ale ty
nie jesteś jak widzę całkowicie bezradna w takich sytuacjach – kiwnął
znacząco głową patrząc na wystąjącą ponad lewe ramię dziewczyny rękojeść
miecza.
Mild podziękowała w duchu, że lykan nie zauważył klucza. Lepiej się takimi znaleziskami nie chwalić.
- Chciałam im dokuczyć – odparła wymijająco. – Poza tym byłam głodna, a
oni nie pilnowali swoich zapasów – kiwnęła głową w stronę rozsypanego
podczas upadku jedzenia.
Chłopak zmarszczył brwi. Był pewien, że jedna torba z prowiantem to
zbyt błachy powód, by wszcząć pościg. Nie naciskał jednak. Jak nie chce
mówić, to nie musi. Może kiedyś się dowie, o co naprawdę chodziło.
- Ustalmy, że ci wierzę – powiedział z przekąsem. – Musieli mieć tu gdzieś obozowisko…
- To chyba w tamtym kierunku – Mild spojrzała w stronę, z której jej zdaniem tutaj przybiegła.
- Szkoda by było, gdyby coś się miało zmarnować – lykan uśmiechnął się przebiegle. – I może złapiemy tego trzeciego.
- My? – zapytała niepewnie Daya.
- Mówiłaś, że jesteś głodna. Tym razem chyba już nikt cię nie będzie gonił, prawda? Ale jak nie chcesz, to nie…
Chłopak ruszył w stronę wskazaną przez dziewczynę. Mild zawahała się.
Nie ufała mu, ale z drugiej strony rzeczywiście kiszki grały jej marsza.
Na dodatek już niemal całkiem się ściemniło, a żołnierze mieli tam
przecież całkiem spory zapas chrustu i przygotowane palenisko.
Propozycja ciepłego posiłku okazała się zbyt kusząca. Daya pobiegła za
odchodzącym lykanem, zanim zniknął jej z oczu.
- Czyli jednak idziesz – powiedział obojętnie nieznajomy, nawet się
nie odwracając. Mild była jednak pewna, że na jego twarzy wykwitł
uśmieszek tryumfu.
- Śmierć głodowa zdecydowanie nie jest przyjemna – odparła nieufnie.
- Pewnie masz rację – chłopak chyba wyczuł niezdecydowanie dziewczyny.
Odwrócił się i ukłonił teatralnie: - Jestem Dean Blackmoon, z rodu
Rakszasa.
Dayę wybiło to z rytmu. Skoro pierwszy się przedstawił, to znaczy, że
nie ma wobec niej złych zamiarów. A skoro Mild znała już jego imię, to
jemu należy się poznać jej imię.
- Mild Aldre, z rodu Dormant – odpowiedziała i dygnęła lekko.
- No to teraz się już znamy – powiedział wesoło lykan i podjął marsz. Mild podąrzała za nim.
Dean? Szykuj się na lawinę pytań x3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz