piątek, 25 grudnia 2015

Od Emmy - Kolejny prezent. Ale już nie taki zwykły!

– Jesteś boski… – szepnęłam uwodzicielsko do ucha postawnego bruneta, który teraz leżał koło mnie i składał pocałunki na moim ramieniu. Chyba nie zanosiło się już na kolejne igraszki. Była szósta rano, ale ja nie byłam ani trochę zmęczona po tej nocy. Faceci uwielbiają komplementy, nawet jeżeli są one wyssane z palca. Nie, on nie był boski. Nie było nawet „fajnie”! Słowo „średni” doskonale określa jego umiejętności łóżkowe.
Ale jeśli chodzi o wartość jego łóżka, w którym teraz leżymy… Tak, jego majątek zdecydowanie prześciga poziom tego, co działo się w nocy.
– Starałem się… – odszepnął romantycznie. „Jaaasne. Nic po Twoich staraniach, facet. Jesteś do bani… Ale to nie znaczy, że nie mogę Cię jeszcze wykorzystać…”
Właśnie, chcę coś od niego! Ale to nie może być takie zwyczajne „coś”. To coś musi być na maksa wycosiowane, inaczej zmarnuję moją szansę.
Mam!
W apartamencie, w którym mieszkam do niedawna trzymał się ustalonych z góry przez władze i rygorystycznych zasad, ale niedawno część z nich została zniesionych. W tym zakaz trzymania w mieszkaniach zwierząt…
– Misiu… – mruknęłam prosząco do blondyna… Zaraz, nie, to był brunet. Ech, znowu mi się miesza.
– Tak? – zapytał nie odrywając swoich ust od mojej skóry.
– Ostatnio myślałam nad pewną rzeczą… – zaczęłam niewinnie – Bo… Widzisz… Gdybyś mógł coś dla mnie zroooobić… – jęknęłam błagalnie, teatralnie przeciągając samogłoskę w wyrazie.
– Dla Ciebie wszystko, Angeliko – odpowiedział. „Angeliko”? Ach, no tak, podałam mu jedno ze swojej listy zmyślonych imion. Dobrze, że mi to przypomniał.
– Skarbie – rzekłam zastępując tym określeniem lukę, w którym powinno być jego imię, którego za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. – Może kupiłbyś mi pieska…? – zapytałam niewinnie, uważnie obserwując jego reakcję kątem oka.
– Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu…
– To wspaniale! – zawołałam, podrywając się z miejsca i energicznie siadając na łóżku. – Chcę takiego rasowego! – powiedziałam sztucznie podekscytowana.
– Dobrze… – odparł lekko rozbawiony moim wybuchem, podnosząc się i opierając na łokciach.
– Tak, takiego rasowego! I takiego szkolonego! O, i żeby był drogi! Najdroższy, najdroższy, najdroższy w całym mieście! Albo nie! W caaaaałym państwie! – marzyłam uradowana, udając, że nie zauważyłam coraz to posępniej wyglądającej miny blon… Bruneta, któremu uśmiech w mig zszedł z twarzy.
– Naj-Najdroższego? – zająkał się, niepewny czy się nie przesłyszał, pomimo, że powtórzyłam ten wyraz kilka razy.
– Tak! Bo zrobisz to dla mnie, prawda? – zapytałam, przenosząc swój wzrok sztucznie wypełniony niepewnością na mężczyznę.
– N-No, ja… – zaczął, lecz nie dane mu było dokończyć. Ba! Nawet odmówić! Mi się nigdy nie odmawia!
– Nie kupisz mi go…? – szepnęłam słabym głosem, sekunda po sekundzie wymuszając łzy. Zaraz jednak mój smutek przerodził się w gniew: – A więc to tak?! – krzyknęłam zrywając się z łóżka. – A myślałam, że jesteś inny od tych wszystkich mężczyzn! Że o mnie dbasz! Najwidoczniej się myliłam! – wrzasnęłam przez łzy, teatralnie się odwracając. Zasłoniłam dłonią zaczerwienione od płaczu oczy, podbiegłam do wieszaka, na którym wisiał mój szlafrok i szybko go na siebie nałożyłam.
– Zaczekaj! – zawołał mężczyzna, również wstając gwałtownie z łóżka.
– Nie! Puśc mnie! – krzyknęła, gdy poczułam na swoim nadgarstku jego dłoń, która w tamtym momencie trzymała mnie delikatnie, aczkolwiek zdecydowanie.
– Dobrze, przepraszam! Kupię Ci go! Kupię! – powiedział zawzięcie i przyciągnął mnie do siebie. Uśmiechnęłam się podle do siebie.

***

– O, tutaj jest sklep! – zawołałam, wskazując wolną ręką (wcześniej naciągnęłam go jeszcze na „małe” zakupy) na drewniane drzwi przyozdobione rysunkiem zwierzaka. Złapałam rękę mężczyzny i pociągnęłam go za sobą w stronę wejścia.
– Och, młoda damo! Proszę, wchodźcie! – zawołał starszy mężczyzna, gdy weszłam do budynku. Spojrzałam na sprzedawcę, a potem rozejrzałam się wokoło.
– A gdzie są zwierzaki…? – zapytałam lekko skonsternowana. Nigdy nie byłam w takich miejscach, bo papużki, króliczki i tym podobne nigdy mnie nie interesowały, ale z wielu bajek, opowieści dowiedziałam się, że powinny tu być piękne wystawy, za których szkłem siedziały małe szczeniaczki, kotki. Klatki przypięte do sufitu, zwisające swobodnie, niektóre pozamykane, niektóre nie, choć to i tak nie miało znaczenia, bo ptaki były bardzo dobrze wyszkolone…
– Jeśli chce pani któregoś kupić, to musi pani najpierw przejrzeć katalog – wyjaśnił spokojnie. Pewnie już nie raz ktoś zapytał się go o coś podobnego. Schylił się pod biurko i nie wiadomo skąd wyciągnął dość dużą książkę, a raczej album. Podeszłam do lady, a w ślad za mną podążył brunet.
Starszy pan uśmiechnął się do nas i obrócił katalog w naszą stronę. Otworzyłam go, po czym przewróciłam z jedną, czy dwie strony. W folijki były włożone małe kawałki płótna, na których namalowane zostały podobizny zwierząt. Koło portretu widniały takie informacje jak data urodzenia, imię, rasa, czy rodowód.
– I które Ci się najbardziej podoba, skarbie? – zapytał czule, obejmując mnie w talii.
– Chwila, wybieram – odpowiedziałam cierpko, na co zdziwiony mężczyzna zabrał łapy. – … Ten! – zawołałam nagle, kładąc palec na nosie psiaka, którego chciałam mieć.
– Jest pani pewna? – zagadnął sprzedawca – To rasówka, wyszkolona, a do tego bardzo droga – powiedział, obserwując moją reakcję znad wielkich okularów zasłaniających mu pół twarzy.
– Och, dlatego go chcę! – zawołałam radośnie – Misiuu… – zajojczałam tym swoim słodkim głosem. Odwróciłam się w stronę postaci stojącej za mną i popatrzyłam na niego błagalnie – Zrobisz to dla mnie…? – zapytałam
– J-Jasne… – uśmiechnął się, choć dobrze było po nim widać, że nie jest szczególnie zachwycony pięciocyfrową ceną na skrobaną piórem koło portretu. Amator – Możemy go zobaczyć? – zapytał, zwracając się do osoby stającej za blatem.
– Ją, proszę pana, ją – poprawił go sprzedawca, uśmiechając się od ucha do ucha zadowolony, że ktoś wyda tyle pieniędzy w jego sklepie. Ponownie schylił się do niskiej półki i wziął z niej mały, ale dość nowy kluczyk.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie stanąć na palcach i uważnie obserwować poczynania staruszka. Ten, wyprostował się i zaprosił nas gestem dłoni do długiego korytarza. Weszłam ochoczo, chociaż mój towarzysz zdecydowanie nie był w najlepszym humorze.

sobota, 19 grudnia 2015

Od Viserany c.d. Ashlotte - Przepis

Wiecie co? Tak sobie myślę... że lepiej trafić nie mogłam. Ja już nie mówię o tym, że znalazłam miejsce w którym najwyraźniej znajdę sobie dom, nie będę musiała przebywać w tłumie... No i jest tu smok! Wiecie, ja zawsze miałam pewną, hmm, słabość do zwierząt. Ale smoki to takie wyjątkowe stworzenia. Udało mi się kiedyś podsłuchać jak mój tata opowiadał mamie o wyprawie, na której tata spotkał jednego smoka. Tyle, że on uważał, że to Stworzenia Śmierci. Wiecie, takie stare przesądy. Ja natomiast od tamtego czasu marzyłam, żeby spotkać jakiegoś... No i jest! Hmmm, czy zasłużyłam? Nie wiem. Wątpię, żeby bogowie patrzyli na to co robię. Chociaż może jest jakiś takie jeden...?
W każdym razie, już wiecie czemu siedziałam jak zaczarowana przy ognisku patrząc na Frelsera. Mam nadzieję, że nikt mnie nie widzi. To dosyć żenujące, ale silniejsze ode mnie. Po chwili jednak mój żołądek daje o sobie znać i kiedy towarzysze wspominają o jedzeniu... Skręca mnie od środka, dosłownie. Dziwi mnie nieco, że to akurat Ash zrywa się, by je przynieść. Ale skoro tak... Niech tylko zrobi to szybko.
Myślę, że moje postanowienia czasem są bezcelowe. Po minucie mam ochotę wystrzelić płomieniami jak Atlant. Jeść!, woła mój żołądek. Dlatego zajmuję się analizowaniem całej tej grandy. Tak, może mi to jakoś pomoże odciągnąć uwagę od gło...Szzzzzzzzzzz!
W tym momencie słyszę rozmowę Halta i Phestera, dlatego też wcinam się na moment. Potem jednak wracam do swoich planów.
Powiedzmy, że nie muszę się skupiać na analizowaniu Mild i Ash, bo je już jakoś poznałam ogólnikowo. Halt... Jego na razie odpuszczę. Inaczej mój żołądek będzie zmuszony zwracać powietrze. Phester to intrygujący i irytująco uparty mądrala, a niech mu tam będzie. Chce się chować to niech się chowa. Squall jest tym typem kobiety, z którą albo się dogadam albo się zabijemy. Wolałabym nie, bo wygląda na to, ze ona też ma utarczki z Haltem, a co dwie pary rąk sprawnie posługujących się ostrzem to nie jedna, prawda? (Halcik, nie zaśniesz :D) Lisbeth też się chowa, ale wydaje się w porządku choć mało mówi tego wieczoru. Atlant... No tego to ja już lubię! W końcu bawi się ogniem, to jest mój człowiek! No dobra, człowiek to za dużo powiedziane... Malik to taki wyrośnięty kocur. Przygarnęłam kiedyś jednego - nie, to że jestem wilkołakiem nie znaczy że zjadam koty na śniadanie, obiad i kolację. Lubię je. Ten tu pije trochę za dużo kawy, ale każdy z nas coś popija... tak, nawet wodę. Tak czy owak, jeszcze go dorwę. Ale może nie dziś. Frelser... No mój zachwyt jest oczywisty ale co do jego charakteru, może trochę nieśmiały, ale zobaczycie - my nim tak zakręcimy, że niedługo będzie taki!
A teraz wielki powrót żołądka! No, dosyć tego. Głód to głód - a przecież jutro pełnia! Podrywam się z pieńka mrucząc przekleństwa i idę twardo do piwnicy. Nie martwi mnie, że się pobrudzę - po tym całym pożarze jestem tak utytłana, że mogłabym robić za ziemię.
Wchodzę do piwnicy spodziewając się Ashlotte wybierającej bardziej odżywcze kąski, jednak... Ona klęczy na podłodze i czyta...
- Co z tym jedzeniem? - pytam.
Dziewczyna podskakuje nerwowo, szybko zwija papier i odwraca się, wstając.
- To przepis. Może być przydatny w następnych dniach, nie musimy przecież ciągle jeść surowych warzyw prawda? - Uśmiecha się ale jakoś tak... Hm, no kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną więc po prostu jej nie wierzę. Nie dopytuję - wyjątkowo - bo zaślepia mnie głód. Wzdycham tylko wznosząc oczy ku niebu. W ciszy zbieramy co popadnie do kieszeni i rąk i idziemy do reszty towarzystwa.
- Znajcie łaskę pani! - wołam kąśliwie dołączając do głodnego tłumku.
Zauważam jednak, że nie ma Squall... Może poszła na spacer? A mniejsza, głód wzywa!
Jakieś 15 minut jestem zbyt zajęta jedzeniem, żeby skupić się na czymkolwiek innym. Czuję na sobie co jakiś czas spojrzenia niektórych osób ale już przywykłam. Ludzie zawsze na mnie dziwacznie patrzyli - przez oczy, przez ubiór, przez mój apetyt... Potem jednak rozbrzmiewają pierwsze nuty piosenki marynarskiej, sięgam więc po swoją nienaruszoną jeszcze porcję rumu - cel Squall. Ciesze się, że go przyniosła. Dawno nie piłam zacnego trunku.
Wieczór powoli mija, śpiewamy, rozmawiamy, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Ku mojej uciesze - nie tylko ja mam głośny i niekontrolowany śmiech! Nareszcie! Robi się coraz weselej aż w końcu czuję, że rum zaczyna działać...
<No, to kto teraz opisze nocno-rumowe "konwersacje" towarzystwa? Ze swojej strony powiem tylko, że Vis robi się nieco drażliwa po rumie ale i bardziej złośliwa i wesoła niż normalnie. Tak, jak trzeba to zatańczy :D >

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Od Phestera - Zwykły wieczór przy ogniu

Towarzystwo zebrane przy ogniu zaczynało się nieco ożywiać. Powoli wszyscy zaczynali się otwierać, jeśli można to tak nazwać. Bo w końcu nikt z zebranych tutaj osób na chwilę obecną nie mógł, ani nie chciał mówić czegoś więcej o sobie. Każdy miał coś do ukrycia. Phester jednak czół że każdy z tych wyrzutków, uciekinierów czy też podróżników zostanie tu na dłużej i z czasem może się zżyją. Według niego to była tylko kwestia czasu. Obrócił delikatnie głowę by spojrzeć w stronę gór które oddzielały ich nowej Sorsiny. A coś mu się wydawało że okazja to tego by wszyscy tu zebrani połączyli się dla jednej sprawy mogła nadejść w każdej chwili.
 ~Dlaczego się nie odzywasz?~ Do myśli medyka wdarł się głos smoka. Phester nie blokował go, nie było takowej potrzeby, wiedział że smoki tylko tak się komunikują i inaczej nie umiały.
 ~Nie mam nic do powiedzenia, a skoro nic nie mam to po co miałbym mówić?~ Wyjaśnił spokojnie również drogą telepatii, na co Frelser aż otworzył szerzej oczy. Nie spodziewał się odpowiedzi taką drogą. Mężczyzna podniósł oczy na monumentalnego gada. Stworzenie to wydawało mu się dość osobliwe jak na swój gatunek. Mimo że zaczynał się oswajać z towarzystwem jak wszyscy, to zdawał się być nieco spłoszony.
 -A tak czysto teoretycznie, to znajdą się dla nas miejsca na nocleg?- Zapytał Halt. Lakoo przerwał rozmowę z felinem.
 -Jest, zdążyłem poznać tutejsze tereny i mogę stwierdzić że kiedyś, może nawet przed wojną, było tu coś jakby miasteczko czy osada. Zostało kilka budynków takich jak ta moja chałupa, w wielu nawet zostały ubrania. Co więcej była też tutaj karczma i jakaś biblioteka. Jest w niej archiwum, ale księgi wieczyste zapisane są w nieznanym mi dialekcie. Normalny księgozbiór za to jest w mowie wspólnej.
 -A wiesz co tutaj wcześniej było?- Zaciekawiła się nagle Viserany.
 -Niestety nie, resztek tego miejsca nie da się jednoznacznie przyporządkować do topografii miasta, osady, wsi czy nawet zakonu. Choć do ostatniego mu najbliżej. Bo za daleko stąd do szlaku, zbyt jałowa ziemia i za gęsty las na uprawy. Warowni też nie ma, ni zamku.
 -Może to jedno z tych ukrytych krain z baśni i podań?- Zażartowała Erany.
 -Zdziwiłabyś się ile potrafi być prawdy w legendach. Myślisz że potwory z portowych opowieści mogli stworzyć siedzący przy kielichu brodacze?- Piratka wyszczerzyła się, a w tym uśmiechu Phester wyczuł małą zmianę. Nie umiał jednak określić czym dokładnie ta zmiana mogła być ani czego dotyczyła.
 -Wracając do tematu.- Atlant ponownie się odezwał. -Jest tutaj blisko dwudziestu budynków, nie wszystkie nadają się do zamieszkania, ale na razie wystarczy. Po wieczerzy będę mógł wam pokazać kilka.- Taka odpowiedź w pełni usatysfakcjonowała wszystkich zebranych. Phester nawet już wiedział który budynek sobie obierze na najbliższy czas.
 -Długo nie wraca, nie?- Czerwonooka pół-elfka wychyliła się w stronę drzwi. Następnie wstała i ruszyła do domku Alta. Gwary nadal nie ustawały. Tylko Kruk siedział w ciszy obserwując ludzi na około. Nawet Lisabeth z zakrytą twarzą którą spotkali na szlaku rzucała półsłówkami do co poniektórych. Po drodze dała się podpuścić. Wcześniej nie miał pewności co do niej, ale zachowanie, zapach, wygląd, zakryte usta oraz poranny bieg były dla niego wystarczające. Wiedział już że ma tutaj pobratymca. Choć trochę odmiennego, to nawet lepiej. Nie zamierzał jej wydawać, nie była agresywna. A i zbędna w tej chwili była jakakolwiek panika. Z resztą nie tylko ona ukrywała swoją tożsamość. Pół-elfka, która ruszyła za biało-włosom. Obie miały zapach dziwnie znajomy, nie wydawał on jednak żadnych wyroków na nikogo. Nawet w małej i milutkiej Mild wyczuwał coś innego. Była jeszcze piratka teraz prowadząca względnie luźną rozmowę z innymi biesiadnikami. Była jedną z najgłośniejszych. Zagadywała, żartowała i była złośliwa. Względny spokój i wyluzowanie, jednak dawało się wychwycić u niej kilka dziwnych zachowań. Drapała co jakiś czas zażarcie policzki. Zdawało się że sprawdza czy nadal je ma, co zdawało się być zabawne. Obserwowała też zachmurzone niebo. Phester starał się dokładnie zanalizować jej zachowanie, jednak nie umiał go dokładnie zinterpretować.
 -Skoro tamta poszła po zagrychę, to ja skoczę sobie po popite!- Zawołał stając. Frelser uniósł gwałtownie głowę, zawadzając nieco o niższe gałęzie.
 ~Też poproszę!~ Rozochocił się nieco za bardzo bo jego słowa usłyszeli wszyscy zebrani.
 -Co ja browarnia?- Zakpiła błyskając zębami.
 -Czyżby przemawiała przez ciebie skąpość? Przecież taka biedna wcale nie jesteś.- Podpuszczał ją łucznik. Dziewczyn natomiast jedynie uśmiechnęła się zbójecko. Jeszcze na ułamek sekundy zerknęła raz jeszcze w niebo po czym zniknęła w ciemności. Na moment po jej odejściu zza chmur wyjrzał księżyc, a okolica zalśniła od rozświetlonych kropelek rosy.
 -Doprawdy trafiłem na niesamowite towarzytwo...- Mruknął niemal niesłyszalnym szeptem do siebie.

Gdy tylko dziewczyna znalazła się za linią drzew puściła się dzikim pędem w stronę swojego statku. Gęste zalesienie blokowało światło księżyca, co bardzo jej odpowiadało. Mimo wszechogarniającego mroku i ciągłego pędu widziała bardzo dobrze. To właśnie dawały jej te żółte oczy wąskimi źrernicami - doskonały wzrok po ciemku i... pod odom. Okręt nie mógł wpłynąć całkiem na mieliznę. Stał co prawda w zatoczce naprawdę dobrze ukryty. Nie mógł być zauważony czy uprowadzony. Szczególnie że tego okrętu nie dało się ruszyć bez jej zgody. Przy brzegu stała szalupa, jednak piratka zdecydowanie preferowała przepłynąć się. Zrzuciła ubrania i wskoczyła do wody. W momencie jak znikła pod taflą wody to aż do statku nic jej nie zmąciło, mimo że od brzegu było to nawet ponad pół mili. Wy nużyła głowę dopiero na metr czy dwa od statku. Nie było nawet możliwe by dostrzec jak to się stało. Ale ciemny kształt tak mignął wzdłuż burty i na moment później całkiem naga krzątała się po pokładzie. Zwinęła kilka rzeczy, zrzuciła dwie beczułki rumu i skoczyła za nimi z powrotem w morze. Na zacienioną plaże wypłynęły obie baryłki. Dopiero po dłuższej chwili zaś wyłoniła się Squall. Szybko ubrała się i nałożyła kilka dodatkowych szczegółów. Rekawiczki i czarnyą kominiarkę, do tego naciągnęła mocno kaptur. Zaśmiała się widząc soje odbicie składające się z masy ubrań i jaskrawożółtych ślepi. Zachichotała cicho. Teraz gdy wróci do ogniska łącznie z nią będą już trzy i pół zamaskowanych postaci. Pół bo Halt miał tylko kaptur na sobie. Pochwyciła alkohol i dziarskim krokiem ruszyła drogę powrotną.

 -No nareszcie! Już myśleliśmy że się utopiłaś!- Zawołał łucznik gdy tylko zobaczył dziewczynę.
 -To ty tutaj nadal jesteś? Ch*lera zapomniałam! Dla ciebie niestety nie mam… przykro mi bardzo.- Odgrywała scenkę jak profesjonalny aktor. Jednak posłała mu swój wredny uśmieszek, a raczej chciałaby bo i tak nikt nie mógł tego zauważyć przez kominiarkę. Zdawało się to dziwne, ale może po prostu było jej zimno, więc nikt nie pytał dlaczego ma rękawiczki i się zamaskowała. Phesterowi jednak takie założenie zdawało się podejrzane, bo przez plecy kaftana były mokre, czyli miała mokre włosy tak samo jak noe części garderoby. Nie miał jednak zamiaru zwracać na to uwagi czy pytać dlaczego się zasłoniła. Nie miał nawet do tego prawa w końcu sam nie pokazywał twarzy. w czasie jego przemyśleń towarzystwo zdążyło na powrót się rozweselić i to na tyle szybko że do jego uszu dotarły słowa znanej na całym świecie piosenki.

Kiedy rum zaszumi w głowie, 
Cały świat nabiera treści, 
Wtedy chętnie słucha człowiek 
Morskich opowieści… 


<Mam szczerą nadzieję Vis że mnie nie zaszlachtujesz ^^ , za to że się nieco wtrąciłam, ale uzględniłam też to że tak bardzo chciałaś dokończyć opko Asch, dlatego też tutaj nie przeszkodziłam :D Liczę również że reszta się nie pospała czytając (o ile wam się w ogóle chciało XD)>

Od Ashlotte cd Squall - Co kryje się w górach?

Nie rozumiałam za bardzo, dlaczego kotopodobny ubolewa nad stratą napoju jakim jest kawa. Nigdy specjalnie mi nie smakowała. Po względnym opanowaniu sytuacji odezwał się Halt, przedstawiając nam (to znaczy osobom, które nie miały wcześniej wątpliwej przyjemności się z nią zapoznać) kolejną osobę, której wcześniej nie było.
- Panie i Panowie, macie przyjemność poznać wielmożną władczynię mórz i oceanów, a przy okazji niezrównaną w swoim fachu egoistkę - Squall. - Powiedział z ironią i przekąsem łucznik. Na te słowa (jak się domyśliłam) piratka poderwała się natychmiast.
- Jeszcze słowo, a osobiście dopilnuję żeby Cię pożarły rekiny, kiedy następnym razem władujesz mi się na statek. - "Kto się czubi, ten się lubi" - od razu przyszło mi na myśl. Każdy z nas przedstawił się jeszcze raz i można było stwierdzić, że mniej więcej wiemy kto jest kto.
Cóż, cała sytuacja wydała mi się raczej zabawną. Oprócz jednego szczegółu. Zakurzonym przedmiotem, który sprawił tyle kłopotów, a którego pozwoliłam sobie bez pytania obejrzeć - był stary, pożółkły i zniszczony już nieco zwój. Zwój dotyczył linaktropii. Mogły znajdować się tam cenne informacje, które pozwoliłyby mi na kontrolowanie tego czegoś co siedziało wewnątrz mnie. Potwora. W pośpiechu upuściłam tak ważne dla mnie znalezisko i teraz leżało sobie gdzieś na podłodze w tej zakopconej chacie. Całe szczęście, że ten cały kruczy medyk ugasił pożar. W zasadzie to podziwiam go. Ten jego stoicki spokój, aurę tajemniczości i ten dziwny pierwotny strach, który wywołuje. Założę się, że nie tylko mnie przeszedł dreszcz, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. Oczywiście żadne z nas się do tego nie przyzna, zwłaszcza, że mężczyzna jest niezwykle uprzejmy. Trafiłam do dziwnego grona osób. Mała, jednak waleczna elfka, głośna dziewczyna kłócąca się ciągle z lubującym się w kapturach łucznikiem, lekarz z ptasią maską, tajemnicza dziewczyna z chustą na twarzy, wielki, chodzący na dwóch łapach kot, "tutejszy władca" - posiadacz rogów, kobieta wyglądająca jakby ją zdjęto ze statku pirackiego i smok. Teraz już jest nas łącznie dziesięcioro. Nigdy nie lubiłam przebywać w tak licznym towarzystwie, ale, o dziwo z nimi było całkiem...całkiem.... Nie jestem pewna jak to określić....fajnie? To takie prostackie słowo. Jednak frasowała mnie jeszcze jedna rzecz - moje ubrania. Całe czarne. I śmierdziałam dymem. I kawą. Od kawy zdecydowanie bardziej wolę herbatę. Śmiem twierdzić, że żadne z obecnych tutaj nie posiadało w swym ekwipunku perfum, czy choćby zwykłej wody toaletowej. Całe szczęście w poprzednim mieście zaopatrzyłam się w niezbędny flakonik pełen cudownego zapachu. Wyjęłam go z sakiewki, był niewielki, zajmował wyjątkowo mało miejsca, po czym zaczęłam bezceremonialnie opryskiwać się mgiełką słodkiej woni. Duży kocur, o ile dobrze pamiętam - Malik, natychmiastowo przerwał opłakiwanie ukochanego napoju, prychnął głośno i odskoczył niemalże na drugi koniec polany. Cała reszta zaśmiała się, bądź zachichotała chórem.
- Ja zamiast pryskać się pachnidełkami, proponowałabym zmyć tą sadzę w jakiejś rzece, czy czymś. - Wtrąciła Viserany, chociaż jej prawdopodobnie bród nie przeszkadzał tak bardzo jak mi.
- Mamy tutaj wodę, spokojnie, wszyscy będziecie mogli się umyć, gdy tylko budynek trochę się przewietrzy. - Odparł Atlant, właściciel domu. Ta wiadomość niesamowicie mnie ucieszyła, chociaż nie dałam tego po sobie poznać. Z braku zajęcia część towarzystwa wznowiła przygotowywanie ogniska, przytaszczyli jakieś pnie, lub duże kamienie, by każdy z nas miał gdzie usiąść. Ja zajęłam się czesaniem mojej klaczy, stałam na uboczu przyglądając się od czasu do czasu reszcie. Każdy tutaj wygląda raczej na samotnika, no może z wyjątkiem dwóch, trzech osób, a jednak wszyscy trafiliśmy tutaj z jakiegoś powodu. Tak myślę. Przeznaczenie bywa silne, tak silne, że gromadzi grupkę zupełnie obcych sobie, i różnych od siebie stworzeń w jednym miejscu. Moje przemyślenia przerwał nagle głośny trzepot kilkuset skrzydeł. Ogromne stado ptaków, przeróżnych gatunków przeleciało nagle nad naszymi głowami.
- Co...do.... - Mruknęła Squall wpatrując się w niebo.
- To nie wróży nic dobrego. - Stanowczo stwierdziła Lisbeth - dziewczyna z chustą na twarzy. Myślę, że jednak każdy z nas zdawał sobie z tego sprawę. Coś wydarzyło się w jakiejś odległości od nas i nie było to nic pozytywnego.
-...Co robimy? - Zapytała mała elfka, z nutką niepokoju w głosie.
- Na razie najlepiej nic. Te ptaki mają za sobą już kilka godzin drogi, coś musiało bardzo je wystraszyć, ale miało miejsce daleko stąd. Za górami. - Odpowiedział, jak zwykle spokojnym głosem Phester. Faktycznie, kierunek lotu wskazywał na to, że przyleciały znad gór, ponadto wyglądały na zmęczone.
- Tylko dlaczego nie zatrzymały się wcześniej?... - Halt zmrużył oczy nadal patrząc na oddalające się stado.
- Ptaki już tak mają, jak się czegoś wystraszą to lecą przed siebie póki nie wyda im się, że jest już bezpiecznie. A w tych górach raczej nie jest bezpiecznie. - Odparł Atlant.
- ...Co masz na myśli?
- No... Żyją tam różne nieciekawe stworzenia. Ale góry wystarczająco daleko, nic tutaj nie przyjdzie, raczej nie musicie się martwić. - Uśmiechnął się rogaty.
- Jakie "nieciekawe stworzenia"? - twarz Visty wyrażała bardziej zaciekawienie, niż strach.
- Mantikory, strzygi, bazyliszki, demony, stada dzikich likantropów, - na te słowa skrzywiłam się lekko, mam nadzieję, że nikt tego nie zauważył - samotne wiedźmy i wiele innych, nienazwanych jeszcze istot. Mało kto się tam zapuszcza.
~Niedawno byłem w ich pobliżu~ - rozbrzmiał w głowach wszystkich głos smoka - Frelsera. Swoją drogą, ze wszystkich towarzyszy, którzy mieli przyjemność być tu razem ze mną, on był najbardziej niezwykły. Piękny. Smoki od zawsze mnie fascynowały, ale zawsze trzymały się daleko. Oczywiście mówię o dzikich smokach, do tych hodowlanych nie miałam nawet okazji się zbliżyć. Jednak miałam wrażanie, że Frelser mi nie ufa, a przynajmniej mnie unika. Ciekawe czemu.
- I co? Widziałeś jakąś wiedźmę? - Zapytała z nieco drwiącym uśmiechem Squall. Smok zatrzepotał skrzydłami.
~Przecież mówię, że byłem w pobliżu! Wolałem nie podlatywać, bo czułem, że nie czeka tam nic dobrego~
Skończyliśmy rozmowę o górach, ponieważ okazało się, że o dziwo jest już wieczór, a słońce zaszło parę minut temu. Atlant rozpalił ognisko używając swoich mocy, tym razem nie podpalając przy okazji całego lasu. Na szczęście. W trakcie rozpalania skupiłam wszystkie zmysły na unikaniu wszelkiego kurzu. Tak na wszelki wypadek.
Wszyscy usiedliśmy dookoła paleniska, na kamieniach i pieńkach.
- Ej, a co z jedzeniem? Chyba nie będziemy siedzieć przy ognisku bez żadnego żarcia? - Halt rozejrzał się błagająco.
- Wolałbym napić się kawy... - Jęknął Malik.
- Jak jesteś śpiący, to droga wolna. Nikt cię tu nie trzyma. - Powiedziała Squall drapiąc się po policzku.
- Nie o to chooodzi... - Wbrew swoim słowom, kocur ziewnął przeciągle.
- Kawy raczej już nie ma... - W tym momencie "właściciel" krainy zrobił jakby pauzę, przypominając sobie wcześniejsze wydarzenia, przez które tę kawę straciliśmy - Ale gdzieś w domu powinno być schowane jeszcze jakieś jedzenie. Pod stołem była klapa do piwnicy...
- Ja pójdę! - Wstałam nagle. Nikt się tego po mnie raczej nie spodziewał. Jednak przypomniałam sobie o zwoju. On musi gdzieś tam być, a ja muszę go znaleźć. Nikt nie zaprotestował, więc ruszyłam w stronę budynku. Za moimi plecami znowu rozległa się wrzawa rozmowy. Weszłam do środka. Podłoga była czarna. Nie jestem pewna, czy to przez wylaną kawę, czy po prostu się zwęgliła. Nie dostrzegłam zwoju. Klęknęłam i zaczęłam przeszukiwać każdy skrawek pomieszczenia. Zajęło mi to trochę czasu, liczyłam na to, że nikt tego nie zauważy, ale w końcu miałam przynieść jedzenie... Odnalazłam go wreszcie. Nie powstrzymałam ciekawości i rozwinęłam go czytając zawartość. Nie przeczytałam nawet dwóch zdań, gdy do chaty ktoś wszedł.
- Co z tym jedzeniem?

Przepraszam, że tyle nie pisałam, ale już jestem. Too... Ktoś miałby ochotę odpisać? C:

wtorek, 8 grudnia 2015

Od Squall c.d. Mild - Ciekawy ciąg przyczynowo-skutkowy

Dziewczyna nie zdążyła nawet odejść gdzieś dalej, jak usłyszała dodatkowe głosy dochodzące z miejsca gdzie zostawiła towarzyszy. Zapewne nawet tym by się nie przejęła zbytnio gdyby nie to że wyłapała wśród wielu słów znajomy już głos. W tym właśnie momencie ciekawość, a może część jej wrednego charakteru, wzięła górę. Kapitan zawróciła, gdy wyszła na krawędź polany zamarła na chwilę. Faktycznie stał tam zakapturzony łucznik. Reszcie towarzystwa nawet nie zdążyła się uważniej przyjrzeć, nie z braku uwagi, raczej chwilowo mało ją to obchodziło. Wszyscy prócz felina, Halta i smoka. Ostatni wszedł Atlant dokładnie przyglądając się piratce, jakby pytał ją czy aby na pewno nic nie wymyśli co miałoby skończyć się ofiarami. Ta w odpowiedzi wysłała jedynie nie jednoznaczny uśmiech.
 -Cholera... a miałem nadzieję, że utkniesz gdzieś na tym morzu, najlepiej na dnie...- Westchnął głośno niby to mimochodem.
 -Niestety... Ponoć diabli sego nie biorą.- Dorzuciła wzruszając ramionami. -Za to dobrze że na ciebie natrafiłam.- Dodała po chwili, a Gambit wyszczerzył się domyślając się co takiego kobieta może mieć na myśli. Tym samym Halt nie wiedząc co się dzieje, ale czując zdrętwiał nieco.
 -Potrzebne będą: siekiera, piła, liny, dziekć, spore drzewo i...- Wyliczała na palcach.- Ach tak! I duuużo czasu oraz energii.- Założyła ręce na piersi, zadowolona z niewyraźnej miny chłopaka.
 -Chwila, moment! W co ty chcesz mnie znów wrobić?- Patrzył nieufnie w jej oczy.
 -Wrobić? Ja? Ciebie? Skądże! Jedynie chce żebyś pomógł mi naprawić szkody.- Malik zachichotał, Squall jednak szybko ukróciła jego radość.
 -Nie mówiłam tobie? Ciebie też to dotyczy.
 -Coooo?!
 -Ponad metr masztu pękł, trzeba je tym zająć, czarodziejem nie jestem, a wy byliście wtedy na okręcie. Musicie mi jakoś zapłacić za podróż na pokładzie Sztormu.- Szturchnęła palcem w pierś chłopaka kilkukrotnie. Ten już otwierał usta do odpowiedzi gdy nagle Frelser który dotychczas trzymał głowę w otwartym oknie, tak by obserwować co się dzieje w środku, wyjął ją gwałtownie. Chwile później drzwi się otworzyły a z środka wybiegła cała ferajna głośno kasłając i krztusząc się.
 -Co jest?- Zdziwił się głośno Gambit. Squall natomiast nie zwracając uwagi na protesty wskoczyła się na ramiona Halta by zobaczyć ponad głowami małego tłumku co się dzieje.
 -Są wszyscy?- Zapytał głośno Lakoo, policzył wszystkich i dopiero wtedy się roześmiał.
 -Czy mi się wydaje? Czy właśnie spaliliście tę ruderę?- Zapytała z powątpierwaniem Squall obserwując kłęby dymu.
 -Nie całkiem...- Z środka wyszła ostatnia postać. A konkretnie mężczyzna w białej masce.
 -O k*rwa! Co wy tam spaliliście że widzę człowieko-ptaka? Bo tyle jeszcze dziś nie wypiłam.- Zawołała, mężczyzna jednak puścił to mimo uszu.
 -Dom z kamienia, więc stoi, księgi też ocalone. Chyba jedyna twoja strata to łóżko, część garderoby i stół.- Wyliczył wszystko i otrzepał się. Ubranie było nadpalone, ale wciąż nie odkrywało nawet skrawka ciała. W sumie ubrania wszystkich były nadpalone najbardziej jednak u Vis, Mild i Alta, który już praktycznie nie miał góry stroju. Nie wiedzieć dlaczego to u nich sytuacja wywołała najwięcej śmiechu.
 -Co tam się u diabła działo?- Zapytał Halt zrzucając Sztorm która cały czas siedziała mu na ramionach. Wylądowała na nogach i zaraz doskoczyła do wejścia domku z ciekawością zaglądając do środka.
 -No więc... to trochę wina tej tam.- Alt wskazał na piratkę.
 -Moja? Mnie tam nawet nie było!
 -Daj nam wyjaśnić.- Odezwała się kobieta z bandamką na twarzy. -Otóż ta mała.- Tu wskazała na Mild. -Gdy tylko ten tam.- Jej palec przesunął się na władce, który już wyszczerzył się jak niewiniątko.    
 -Powiedział że zna sztuczki z ogniem, to ona zaczęła go podpuszczać.
 -Hej! Nie tylko ja! Vist też chciała zobaczyć- Oburzyła się
 -W każdym razie, jak go podpuszczały, tak zrobił. Zaczął się popisywać i wszystko było by fajnie, gdyby nie ta tutaj- Znów pokazała palcem kolejnego "winowajce" czyli Ashlotte. -Nie zaczęła grzebać po kontach. Wyjęła jakiś rupieć pana ogniowego i postanowiła zdmuchnąć z tego czegoś kurz... wprost na pysk tego tutaj łuskowca. Oczywiście ten kichnął...- Nie trzeba było kończyć bo ta trójka już domyślała sie ciągu dalszego.
 -A nie mówiłem żebyś tego nie robiła?- Zadowolony z siebie Felin spojrzał na Squall.
 -Nie... Nie wmówicie mi że te kilka łyków rumu i od jego kichnięcia zajęło się łóżko.
 -Po pradzie to najpierw zajął się Atlant, od niego Mild która mimo protestów starała się go ugasić, a od niej łóżko...- Uzupełniła informacje Viserany.
 -Chwila. Podsumujmy, ty bawiłeś się ogniem, ty go do tego namówiłaś, ty dmuchnęłaś kurzem w jego nos, a ty kichnięciem wywołałeś pożar i na koniec on go ugasił?- Felin pokolei zwracał sie do sprawców sypadku.
 -Ta... Oblał nas jeszcze ciepłą kawą...- Burknęła Vis.
 -Kawą?!- W głosie kotowatego zabrzmiała nutka mutku i rozpaczy. W tym momencie dwójka która nie była naocznym świadkiem zdarzenia wybuchła śmiechem.
 -No... Chciałeś ognisko to masz.- Wydusiła przez śmiech Squall.




Kto odpisuje? Trochę to trwało, ale nie bardzo miałam czas, wybaczcie :)