Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louise. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 marca 2017

Od Louise - Wioska

Opo zedytowane 23 marca z powodu mojego niedociągnięcia. Jeszcze raz przepraszam za swoją nieuwagę >.<

        Atlant niedługo potem zniknął gdzieś, zostawiając trójkę (czy też czwórkę, licząc trzymającą się Tenzina Suowei) nowych przy ognisku w towarzystwie starszych stażem mieszkańców Hidden. Squall w próbie zachęcenia ich do rozmowy podała każdemu po butelce cholera-wie-czego. Chyba to jedno akurat nie podziałało. Kiette tylko niepewnie powąchała zawartość i podziękowała, odstawiając swoją na ziemię. Louise, o ile nie miała problemów z ludzkimi kubkami, o tyle butelki jednak sprawiały jej nieco kłopotu, a i tak nie za bardzo miała ochotę na alkohol. Tenzin natomiast wydawał się w ogóle nie wiedzieć co zrobić z podarunkiem. Piratka spojrzała na niego jakby nagle dostrzegając brak ust. Halt obserwując to wszystko wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć śmiechem.
  - No dobra, głupi pomysł - stwierdziła kobieta.
  - To może poopowiadajcie coś o sobie? - zaproponowała Ziio z przyjaznym uśmiechem, połowicznie skupiona na strojeniu lutni.
  Lou zgłosiła się na ochotnika i zaczęła opowiadać jak to zdecydowała się wyruszyć na wojaczkę z resztą świata. Wszyscy przysiedli się bliżej, wsłuchując uprzejmie w jej historię. Wszyscy...poza smokiem. Gad, początkowo trzymając łeb obok felina o imieniu Malik, zorientował się, że nowi zostawili swoje butelki rumu bez opieki. Wyślizgnął się jakoś z kółka wokół ogniska i korzystając z odwracającej uwagę Andy przysunął łeb do zasłuchanej Kiette, próbując chwycić zbyt dużymi pyskiem porzuconą butelę. Przy okazji lekko potrącił jej nogę nosem, na co dziewczyna pisnęła zaskoczona i odsunęła się dwa metry dalej. Smok widząc jej reakcję również się cofnął, zupełnie zmieszany.
  ~ Nie chciałem...wybacz - w głowach zgromadzonych odezwał się łagodny, zawstydzony głos.
  - Ładnie to tak kraść, Frel? - rzucił złośliwie Malik.
  - I kto to mówi... - wtrąciła się harpia, ale felin zignorował jej uwagę.
  - HAH! Moja krew! - zaśmiała się Squall. - Już swoją porcję dostałeś, pijaczyno jeden! Wszystkie zapasy mi wychłepczesz!
  Frelser skulił się jeszcze bardziej i z miną zbesztanego psa wrócił na swoje miejsce, nie myśląc już o podkradaniu cudzego napitku. Nawet Lou zatrzęsły się barki z tłumionego śmiechu. Do tej pory widziała w życiu tylko jednego smoka i to karłowatego, ale nawet tamten wykazywał więcej pychy. Na miejscu Frela i tak zabrałby co chce, a potem jeszcze syknął ostrzegawczo na resztę. Szary gad najwyraźniej nie zamierzał się sprzeciwiać ludzkiemu słowu, jak w zupełności udomowione zwierzę.
  Squall dostrzegła nagle, że Halt ani razu się nie odezwał w ciągu całego zajścia. Uniosła pytająco brew i nieco zbyt mocno uderzyła go w bark, wytrącając z namysłu.
  - A ty co? Zakochany czy jak? - uśmiechnęła się złośliwie.
  - Myślę - odparł łucznik. - Wybaczę ci to niedopatrzenie biorąc pod uwagę jak rzadko widuje się takie zjawisko u piratów.
  - Oho, znowu sobie grabisz - pogroziła mu teatralnie palcem. - A o czym myślałeś?
  - Atlant wspominał coś o starej wiosce niedaleko stąd - wyjaśnił. - Ciekawi mnie ile z niej naprawdę zostało...
  - Ej, to chodźmy zobaczyć! - wtrąciła się Louise.
  - No nie wiem... - Halt spojrzał na niebo.
  - Jeszcze widno. Zdążycie się rozejrzeć i wrócić - Malik wzruszył ramionami. - I tak czekałoby nas oprowadzanie nowych.
  - My też chętnie zobaczymy tutejsze tereny - dopowiedział Tenzin. Wilcza paszcza szczypnęła go w ramię jakby w akcie protestu, ale Owca jedynie cofnęła rękę, zupełnie ją ignorując.
  - Niech wam będzie - brunet wstał z miejsca i spojrzał po reszcie. - Kiette? Też idziesz?
  Blondynka zastanowiła się chwilę po czym pokiwała potakującą głową.
  - No to idziemy - Obieżyświat zarzucił na ramię swój łuk i zwrócił się jeszcze do zostającej przy ognisku czwórki: - Gdyby Alt wrócił powiedzcie, że poszliśmy na zachód stąd.
  Ziio pokiwała głową potakująco i wróciła do grania delikatnej melodii. Squall wyciągnęła się na swoim miejscu, a Malik klepał Frelsera po szyi pocieszająco. Halt machnął ręką na swoją nieplanowaną wycieczkę i ruszyli w kierunku domniemanej wioski.


        Lou przepychała się przez sięgającą jej nosa trawę w iście heroicznym boju. Zawsze przypominało to jej słowa babci, gdy dreptała przed kominkiem z drewnianym mieczykiem głosząc śmierć całemu imperium cieniutkim głosikiem. Starsza Recydywa kręciła tylko z dezaprobatą głową, powtarzając tę samą sentencję, obecnie wkutą w głowę małej Andy, jak zresztą wiele pozostałych. Mogła to wyrecytować z pamięci: ,,A walcz sobie Lusiu, walcz. I tak ci to nic nie da jak potykasz się o własne nogi i gubisz w trawie na babcinym podwórku". Wbrew wszelkim pozorom, te deprymujące słowa jedynie popychały dziewczynę naprzód, ku dalszym szkoleniom i marzeniom o rycerskiej sławie. Aż żal było myśleć, że babcia, mimo wszystko dumna ze swojej odważnej wnusi, nie dożyła widoku młodszej Louise w zbroi, młotem w ręku i tarczy na plecach.
  Zdradliwe źdźbło połaskotało ją w nos. Nie zdążyła dokończyć przekleństwa, gdy trawa wokół niej zatrzęsła się od piskliwego kichnięcia.
  - Dobra, teraz ją widzę! - rzucił ktoś z tyłu złośliwie. Niebieska odchyliła trawsko, dostrzegając zadowolony uśmiech Halta. Znacznie wyprzedziła grupę, gnana naprzód typową sobie ciekawością i niecierpliwością. Reszta nie wydawała się tak spieszyć. Ludzki łucznik spokojnie odpowiadał na wszystkie pytania kotołaczki, oraz nieco rzadsze padające od dziwnej humanoidalnej owcy. Wilczy pysk dalej się nie odezwał, chociaż nawet Halt spoglądał w jego stronę z oczekiwaniem, jakby tego od niego oczekiwał. Dziewczyna była już skłonna stwierdzić, że z tej dwójki tylko Tenzin potrafi mówić.
  - Wiesz co mnie zawsze zastanawiało? - odkrzyknęła w odpowiedzi do łucznika. - Niejeden raz nasłuchałam się kpin, że nie nadążę za oddziałem, bo mam za krótkie nóżki, a trójka długonogów jakoś cały czas TKWI NA SZARYM KOŃCU!
  Tenzin przekrzywił lekko głowę przysłuchując się słowom Louise. W pierwszej kolejność pomyślała, że może wziął sobie to za obrazę - biorąc pod uwagę fakt jak zrozumiał zwrot ,,potrząsnąć cudzą dłonią", mogło być to całkiem możliwe. Jednak nie był urażony. Zamiast tego zrozumiał tą uwagę jeszcze dosłowniej. Ruszył w kierunku Lou sprężystym, lekkim krokiem, w trzech skokach przesadzając dzielącą ich odległość. Gdy ją mijał, Niebieska odniosła dziwne wrażenie, że nawet nie poczuła na sobie pędu powietrza, a trawa jedynie lekko się pochyliła. Inna sprawa była z Wilkiem. Chociaż poruszał się bezgłośnie (w przeciwieństwie do głuchego, półsłyszalnego przytupu kopyt), niski lot nad trawą przygiął ją niemal całkowicie do ziemi, jakby groźny duch manifestował swój majestat. W mgnieniu oka dwójka łączników dotarła na szczyt łagodnego pagórka. Quartz prychnęła pod nosem i pobiegła za nimi. Gdy w końcu ich dogoniła, jagnięcy łucznik siedział w przyklęku na jakimś zarośniętym murku, a jego towarzyszka płynęła leniwie wokół niego. Mała wojowniczka wspięła się po kamieniach siadając obok.
  - Myliłaś się - stwierdził, przekrzywiając łeb. Nie była to złośliwa uwaga, czy też próba podważenia jej autorytetu, a raczej czysto naturalne stwierdzenie faktu. - Jednak potrafię szybciej biec.
  - To był sarkazm - zaśmiał się Halt docierając na miejsce. - Musisz się jeszcze sporo nauczyć o ludzkiej naturze, baranku.
  Wilk słysząc lekką kpinę warknął ostrzegawczo w stronę człowieka. Stojąca za łucznikiem Kiette cofnęła się o krok, ale nie uciekła. Halt drgnął, rozumiejąc, że potwór kierował to w jego stronę, a nie kotołaczki. Lou znowu naszły wątpliwości, czy aby na pewno jest to tylko bezmyślna bestia ślepo podążająca za swoim panem. Sam Tenzin zresztą żadnego właściciela nie przypominał. Pozostawiła sobie jednak ten zamysł na później. Teraz w oczy rzuciło jej się coś zgoła ciekawszego...
  - Tam są! - zawołała, wychylając się gwałtownie do tyłu i wskazując palcem w dół.
  Przez ciemne chmury, niechybnie zapowiadające deszcz, przebijały się promienie słońca, rzucając złote łaty na kołyszącą się trawę. Oblewały widoczne dwadzieścia metrów dalej połowicznie zawalone dachy i nagle ściany małych domów. Niegdyś między nimi musiała iść droga, teraz jednak koleiny po wozach zarosły zupełnie, a płotki otaczające nieużywane grządki zakryte były warstwą bluszczu.
  - Jeśli to nie jest wioska - stwierdził Halt - to podejmę się próby zjedzenia bandany Squall.
  - Dlaczego miałbyś jeść bandanę? - zapytał Tenzin.
  - Nieważne - westchnął łucznik i machnął ręką zachęcająco. - Przyglądnijmy się temu zanim zacznie padać.

Kto dalej? Wiem, że krótko, nie przypominajcie *^*

wtorek, 17 maja 2016

Od Louise cd Squall - Ludzie są dziwni...

Lou doskonale pamiętała swoje dzieciństwo. Zwłaszcza wieczory u dziadków. Dziadzio zawsze palił w kominku, po czym siadał na bujanym fotelu pykając fajkę, a obok babcia robiła na drutach, jak każda przykładna starsza pani. I wtedy do tego ich upojnego zacisza wpadała rozchichrana burza blond włosów z różowymi pełnymi podniecenia oczami, nie dając już starszym Yordlom cienia szansy na cichutki wieczór. Dziadek wtedy śmiał się czym wielkiej Hekalii, bogini rodziny zawinił, że pokarała go wnuczętami. Aż w końcu babcia sadzała małą Lusię na kolanach i opowiadała niesamowite historie przy słodkawo mdlącej woni dziadkowej fajki oraz trzaskaniu ognia w kominku. Stara Recydywa miała szeroki wachlarz opowiastek. Raz na przykład opowiadała jak to ci Wielcy Ludzie Zachodu (tak strachliwi Yordlowie nazywali żołnierzy z Sorsiny) pod wpływem alkoholu zaniżają się do poziomu intelektualnego górskich trolli, wymyślając najgłupsze pomysły z możliwych. A to plują towarzyszom do piwa, to znowu malują śpiącym męskie genitalia na twarzy, a gdy się obudzą wmawiają im jakie to niemożliwe rzeczy wyrabiali zeszłego wieczora. Luśka słuchała wtedy tego i nie wierzyła, jak jakikolwiek napar może zrobić z dumnego człowieka imbecyla, albo jak w ogóle można dać sobie zrobić cokolwiek z wymienionych przez babkę wygłupów.
Cóż, widząc całe zajście w lesie, zdecydowanie upewniła się w fakcie, że ludzie naprawdę są imbecylami.
Zmierzyła dwójkę nieznajomych od stóp do głów. Po tym wszystkim, czego nasłuchała się w przydrożnych tawernach oraz na szlakach kupieckich, trudno było jej dopasować ich do opisów. Jednak, jakkolwiek nie byłaby zaskoczona, wszystko wskazywało na to, że niedawno jeszcze wiszący pod konarem brunet był owym niesamowitym łucznikiem, Haltem Quicksilverem, a szczerząca się dumnie kobieta postrachem mórz, Squall Repentiną.
- Powoli, bo zaboli - rzuciła do zapinającego płaszcz Obieżyświata. - Tak się kończy przysypianie w niepewnym towarzystwie.
- I to niby przypadkiem akurat ja skończyłem na drzewie? - odparł mężczyzna.
- Wybacz, ale sierściuch tak słodko spał, że aż szkoda go było ruszać - zakwiliła złośliwie.
Louise odchrząknęła głośno. Oboje spojrzeli na nią pytająco.
- Jeśli już skończyliście sobie dogryzać - zaczęła - to może ktoś mi wyjaśni co to jest to Hidden, o którym wspomniałaś i dlaczego miałabym tam nie iść?
Squall uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie, po czym teatralnie pochyliła się w pasie nad Andrastą, chociaż stojąc prosto słyszała ją przecież cąłkiem dobrze.
- A bo widzisz, tyle już tam mamy dziwadeł, że aż strach pomyśleć - powiedziała z udawanym współczuciem. - Taka mała lukrowana laleczka mogłaby nie najlepiej skończyć...
- A co? Frelser na niej usiądzie? - wtrącił złośliwie Halt. - Co najwyżej Gambit ją ogra w karty. Bardziej obawiałbym się znudzonych piratek i łamaczek kości.
- Albo chodzącej destrukcji - odgryzła się patrząc w jego stronę.
- Nie miałem NIC wspólnego z tym masztem. A ten parobek to była wina Viserany - odparł sprawdzając stan kołczanu. Nagle o czymś sobie przypomniał i spojrzał w górę. - Hej! A łuk?!
- Ojoj! Chyba o nim zapomniałam - Squall uśmiechnęła się jak niewiniątko.
Łucznik zmierzył ją morderczym spojrzeniem, po czym zaczął się wspinać. Piratka odczekała jakieś dwie sekundy i ruszyła spokojnie w las. Lou zerknęła na jedno i drugie. Co za dziwni ludzie, pomyślała doganiając Repentinę.
- Hej, a ty gdzie? - zapytała.
- Wiesz, tak się składa, ze przywiązałam do drzewa nago całkiem dobrego strzelca. Wolę nie stać na widoku, gdy odzyska łuk - odpowiedziała. - Uparłaś się, by z nami iść, co?
- Za długo was szukałam - Anda wyprostowała się unosząc dumnie głowę, by dawać nieco lepsze wrażenie. - Czyli Hidden to to małe państwo ,,dziwadeł”, o którym opowiadają?
- Opowiadają? O NAS? - Squall teatralnie wciągnęła powietrze. - Czuję się zaszczycona!
- A przyjmiecie jeszcze jednego włóczęgę? - zapytała Louise uznając poprzednią odpowiedź za potwierdzenie.
- Wiesz, to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - wzruszyła ramionami.
- A zaprowadzisz mnie do niego?
- Ależ oczywiście! - wtrącił się nagle wesoło Halt, dołączając do nich. Squall zerknęła niepewnie na łuk, ale nie dojrzała nałożonej na cięciwę strzały. - Atlant na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej jedną piątą osoby - poprawiła go Repentina jeszcze raz mierząc Louise wzrokiem z udawanym zastanowieniem. - No dobra, żartuję - dodała czochrając Yordlkę po głowie. Ta fuknęła jedynie niezadowolona, ale nic nie odpowiedziała.

Squall? Halt? Czy o razu przechodzimy do Alta? :P

wtorek, 10 maja 2016

Od Louise - Historie i obietnica

Lou kichnęła zdmuchując kępkę siana przed sobą. Doprawdy, co jej przyszło do głowy, by pakować się na wóz z ususzoną trawą i to jeszcze w środku wiosny? To tak jakby alergik kupił sobie dziesięć kotów. Podrapała nos wierzchem ukrytej w rękawicy dłoni, wyklinając pod nosem boga-zielarza, Egannona, wywołując u prowadzącego wóz dobrodusznego staruszka salwę śmiechu.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
Idąc po raz kolejny układała zbierane od jakiegoś czasu fakty. Wszystkie tropy prowadziły ją jednoznacznie do jednego miejsca: tajemniczego lasu, gdzie według wzrastających w siłę plotek powstawało dziwne, nieoryginalne państewko stworzone z wyrzutków i potworów. Teraz miała okazję jeszcze raz przypomnieć sobie wszystko co słyszała o domniemanych jego obywatelach. Trochę już po kraju łaziła i niejedno jej się o uszy obiło, a kilka z tych pogłosek wartych było zapamiętania...
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.

poniedziałek, 9 maja 2016

Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki

Imię: Louise (III) Andrasta, przez przyjaciół nazywana Lou, Anda lub Lusia. Z tym ostatnim lepiej uważać, bo wypowiedziane nieodpowiednim tonem może ci zaszkodzić.
Nazwisko: Quartz
Przydomek: Właściwie to nie posiada żadnego stałego przezwiska. Po babce rodzina nazywała ją Recydywą. Obcy najczęściej nazywają ją pierwszym lepszym skojarzeniem, jak Niebieska lub Chochlik. Bywają też bardziej złośliwe określenia dotyczące jej wzrostu, ale na szczęście Lou jest wyjątkowo wyrozumiała.
Rasa: Pierwsze co przychodzi na myśl niemal każdemu to chochlik. Louise nie jest jednak przedstawicielką Yordlów, rasy bardziej ucywilizowanej niż ich krewni (bo choćby nie wiem jak zaprzeczali, są w pewnym stopniu z chochlikami spokrewnieni).
Wiek: 28 lat
Płeć: Kobieta, czy też - jak kto woli - samica
Stanowisko: Wojownik, Rzemieślnik
Aparycja: Pierwsze co zdecydowanie rzuca się w oczy to wzrost Andy. Niejeden raz spotkała się z często złośliwymi propozycjami posadzenia na barana, czy nawet włożenia do kieszeni płaszcza podróżnego. To drugie jest zdecydowanie przesadzone, bo mimo wszystko AŻ tak mała nie jest...w końcu uczciwie sięga nieco powyżej kolana dorosłego człowieka. Tiaaa, wygląd to zdecydowanie jej pięta Achillesowa. Mało kto traktuje ją poważnie przy pierwszym spotkaniu, bo nawet dzierżąc broń dalej przypomina cukierkowe stworzonko z bajki dla dzieci. Ma nieco za dużą głowę, porośniętą gęstą czupryną irytujących blond loków. Lou zawsze spina je w kucyki, mimo to jednak zawsze wypada z nich krzywa grzywka. Spod włosów po bokach głowy Louise wystaje para długich, sterczących uszu. Dziewczyna ma także drobny nosek i jeden wystający spod wargi kieł, co winduje jej urok. Jednak największą rolę w degradowaniu jej powagi odgrywają oczy: duże, różowo fioletowe o kocich źrenicach, z rzadkimi czarnymi rzęsami jak od tuszu (chociaż Anda nigdy się nie maluje). Dodam jeszcze, że jej błękitną skórę porasta mięciutki puszek o tym samym kolorze, jak u jakiegoś kociaka. Lou prawie zawsze ubiera się w pełną zbroję piechotną (widoczna na arcie - nie chce mi się opisywać :P). Gdy nie ma jednak potrzeby dźwigania żelastwa chodzi w samej zielonej tunice, zakładanej właśnie pod pancerz. Na plecy ma przeważnie zarzuconą tarczę.
Zdolności: Louise, chociaż należy do rasy względnie magicznej, nie posiada nadnaturalnych zdolności. Ma za to zaklętą broń - młot. Oręż potrafi rozpłynąć się w powietrzu i pojawić na nieme życzenie jego właścicielki, bo podczas podróży bywa dość nieporęcznym bagażem. Rozmiarami był przeznaczony raczej dla dorosłego ludzkiego mężczyzny, więc gdy Anda trzyma go w łapkach trudno powstrzymać śmiech. Oczywiście o ile nie widziałeś dziewczyny w akcji. Chociaż jest mała, potrafi sprawnie wywijać swoim młotem i solidnie przywalić. I nie, nie potrafi podnosić rzeczy cięższych od siebie - to po prostu kolejna zaleta zaklętej broni: młot w rękach Louise jest idealnie wyważony pod jej rozmiary, jednak komuś obcemu może wydawać się ciężki niczym dziesięć miechów. Andrasta jest świetnie przeszkolona w walce i strategii, dobrze orientuje się w układach wojsk i polityce. Dzięki swojemu wzrostowi na starcie zyskuje pewną przewagę nad przeciwnikiem, między innymi dzięki zaskoczeniu. Jest zwinna i świetnie się wspina. To także dobry kowal i rymarz (Yordlowie z natury zajmowali się wytwórstwem broni, zbroi i siodeł).
Zainteresowania: Jeśli jesteś uzbrojony w jakikolwiek oręż, nie zdziw się gdy Louise zacznie cię o niego wypytywać. Dziewczyna czasem wydaje się być bardziej zainteresowana cudzą bronią niż imieniem jej właściciela. Całe szczęście ludzie częściej uznają to bardziej za zabawne niż obraźliwe. Cóż się dziwić? Anda prawie całe życie przesiedziała w kuźni, nic więc dziwnego, że swój fach rzemieślnika traktuje na równi z hobby. Mała wydaje się mieć jakieś pomniejsze stadium ADHD - jej palce wiecznie szukają jakiegoś zajęcia. A to splata zerwane źdźbła w koszyczki, to znowu wygina jakiś drucik czy bawi się sprężynką znalezioną w kieszeni. Gdy nie ma co robić, zaczyna świrować. Dlatego właśnie z nudów chodzi i jak nakręcona wypytuje każdą napotkaną osobę czy nie potrzeba może naostrzyć jej miecz, zaszyć jakąś dziurę, wymienić popręg w siodle, wszystko, byleby nie siedzieć bezczynnie. W ostateczności chwyta młot lub jakiś krótki miecz i ćwiczy z tarczą i bronią na przemian. Lubi też gadać z innymi na jakieś interesujące ją tematy.
Charakter: Lou mimo małego ciałka kryje w sobie wielkie serce. Jest odważna, i to w ten zdrowy, nie graniczący z głupotą sposób, a czegoś takiego ino ze świecą szukać. To oddany żołnierz i przyjaciel. Jest gotowa rzucić się w ogień dla dobra sprawy. Często chcąc pomóc komuś innemu zapomina o własnym zdrowiu. Możliwe, że jest aż zbyt dobroduszna. Nawet najgorszemu wrogowi odstąpiłaby ostatni łyk wody. Niejeden raz już słyszała, że kiedyś ją jej postępowanie zgubi, bo w takich czasach jak te nie ma miejsca na wielkoduszność. Mimo wszystko Anda pozostaje tą samą pomocną i ofiarną dziewczyną, nieważne ile razy zostanie przez to ugryziona w rękę przez jakiegoś niewdzięcznika. Louise ceni sobie honor. Nie porzuca przyjaciół w potrzebie, ani nie ignoruje rozkazów...no chyba, że ktoś wymaga od niej tego pierwszego. Wtedy nie ma co liczyć na posłuch ze strony małej Yordlki. Razem z honorem, jak to w przypadku prawdziwego rycerza, idzie wiara. W ciężkich próbach Lou pokłada ją w bogach swojego ludu, dziękuje im za każde zwycięstwo...i bluzga ich imionami, jak to na prawdziwego wierzącego przystało. Psy wiesza więc najczęściej na bogini męstwa, Concordii, bogu wojny, Gafaharze, i opiekunce patriotów bez kraju, Naiome. Gdy dziewczyna się uprze dopnie swego, choćby nie wiem ile miało to czasu zająć. Dlatego jeśli cię o coś zapyta, wypada odpowiedzieć od razu, inaczej sam skażesz się na towarzystwo natrętnego wielkookiego chochlika. Im więcej będziesz ją od siebie odpychał, tym szybciej będzie wracać, niczym puchata niebieska bańka-wstańka. Ma w sobie także pełno dumy, której nie da się zburzyć żadnymi wyzwiskami. Rzucane w jej kierunku wszelkie docinki są niczym groch o ścianę. Chociaż Andrasta z godnością je ignoruje, ma dobrą pamięć do twarzy osoby zdolnej ją obrazić. Po takich zachowaniach szybko wyrabia sobie zdanie o innych. Jeśli nie okażesz jej chociaż dozy szacunku, nie masz co liczyć na wzajemność. Lou może i ma sporo cierpliwości do przedstawicieli tępej masy społecznej, jednak w przypadku osobistości, od której oczekuje nieco więcej inteligencji, nie da szargać swojej dumy niczym starą ścierkę. Nie współpracuje z idiotami, tak mówiąc w skrócie. Zniżanie siebie do ich poziomu traktuje gorzej od jakiejkolwiek obrazy. Dziewczyna nie lubi być porównywana do innych. Uważa się za jedyną w swoim rodzaju i nie, to nie objaw narcyzmu. Jednej rzeczy mało kto się spodziewa po tej szczerej i uczciwej wojowniczce: aktorstwa. Nawet Louise, chociaż szczerze nie cierpi swoich słodkich gał, zdarza się nadużywać niewinnego wyglądu we własnych celach. Może i nie jest kuszącą pięknością, ale ma własne metody, które działają nie tylko na mężczyzn. Przeważnie wystarczy, że zrobi szczenięce oczy i zakwili swoim słodkim głosikiem, a każdy przypadkowy mieszczuch da się nabrać. Co poradzisz? Trzeba jakoś żyć, lepsze naciąganie przechodniów na dziecięcy urok niż napadanie ich w lasach. Wystarczy jednak lepiej Lou poznać, by już nie dać się nabrać na tą bajeczkę o ,,bezbronnej małej podróżnej”, którą wciska każdemu durniowi. Wszystkie bajdurzenia o ,,bezbronności” idą w niepamięć gdy przyjdzie ci zobaczyć jak rozkwasza młotem łeb jakiegoś bandyty.
Historia: Yordlowie to doprawdy dziwna rasa. W ich przypadku doskonale potwierdza się przysłowie ,,im mniejsze, tym bardziej uparte”, którymi przeważnie opisuje się kuce lub terriery. Niedouczeni mylnie nazywają Yordlów ,,chochlikami”, nie widząc żadnej różnicy między małymi upierdliwymi złośnikami podgryzającymi meble i szczającymi do wiader z mlekiem, a w pełni ucywilizowaną rasą kowali i rzemieślników. Gdyby nazwać przypadkowego Yordla chochlikiem, niewykluczone, że naraziłbyś do siebie całą brać, bo każdy z nich najwyżej ceni sobie dobro swojego pobratymca. Szargasz imię jednego - szargasz imię wszystkich. (Po prawdzie jednak choćby nie wiadomo jak się zapierali, Yordlowie mimo wszystko są w pewnym stopniu spokrewnieni z chochlikami, chociaż ŻADEN nie powiedziałby ci tego wprost.)
Do rzeczy; Otóż Yordlowie osiedlili się daleko na wschodzie Sorsiny, z dala od ludzkich siedzib. Mieli własne, dobrze skoordynowane państwo i żyli sobie w szczęściu oraz dostatku długie lata. Nagle jednak wybuchła wojna. Wojska Arsmana wkrótce dotarły do granic małej ojczyzny niepozornych karzełków. Nie spodziewali się ataku, więc nie mieli gotowej armii. A nawet jeśliby mieli, któż przeraziłby się sięgających kolana zapuszkowanych w metalu wielkookich skrzatów? Całe szczęście dowódca armii nie widział sensu w niszczeniu kraju. A wszystko dzięki zdolnościom kuźnieckim jego obywateli. Nawiązał porozumienie z wodzem Yordlów: Arsman nie przyśle tu swoich wojsk dopóty, dopóki będzie dostawał najwyższej jakości broń. Porozumienie podpisano i tak rozpoczął się najbardziej pracowity i męczący okres w historii Yordlów.
I w tych też czasach przyszło żyć małej, niepozornej ślicznotce imieniem Louise III (po babciach) Andrasta (po matce) Quartz.
Dziewczyna zawsze miała w sobie pewien kompleks niższości. Nie podobała jej się sytuacja w jakim znajdował się jej kraj. Możliwe, że nasłuchała się zbyt dużo opowieści babki (słynnej w rodzinie jako ,,Recydywa”) o tym, jak to było tu pięknie bez Arsmana. Tak więc babka Recydywa napchała małej Lusi do głowy pełno ,,głupot”, że bycie tchórzem nie popłaca, zwłaszcza, gdy kraj i rodzina w potrzebie. A czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci i dorosła już Louise dorobiła się dziedzicząc przydomek babci. Całe życie hartowała się chwytając typowo męskich zawodów i uczyła się walczyć, aby nie dać się zaskoczyć przyszłości.
Całę szczęście problem rozwiązał się sam zanim Anda wszczęła jakąś rewolucję. Arsman najwyraźniej uznał swój oręż za wystarczający, bo jego armie zajęły kraj Yordlów, zmuszając wszystkich ich do ucieczki. Louise liczyła w głębi ducha, że to popchnie jej rodaków do działania. Ale Yordlowie woleli osiąść w innymi miejscu i zacząć wszystko od nowa. Tego było za wiele. Uparta Recydywa zdecydowała się porzucić plemię i podążyć ścieżką świętej pamięci babki. Razem ze swoim młotem Onoirem i tarczą Creideamh chciała przysłużyć się sprawie oporu przeciwko Arsmanowi. Podróżowała więc od wojska do wojska licząc na przydział. Ale w każdym wypadku spotykała się z wyśmianiem lub pobłażliwym odesłaniem. Nikt nawet nie chciał sprawdzić ile ten maluch miał w sobie siły, bo...bo był maluchem. Ludzie szukali silnych mężczyzn, nie puszystych skrzatów z katarem siennym. Mimo to Lou nie poddawała się i z dumnie uniesioną głową maszerowała do następnych poborów, nie pozwalając się sobie załamać. Aż w końcu doszły ją słuchy o powstającym gdzieś w lasach buntowniczym państewku złożonym z samych wyrzutków. Może więc kolejny władający bronią wyrzutek nie zrobi różnicy, a może nawet się przyda?
Partner: Pfft! Po co komu jakiś plątający się pod nogami dureń?
Rodzina: Ojciec Arbrecht, matka Andrasta, trójka starszych braci i dwoje młodszych, dwie starsze siostry i jedna młodsza, kochana świętej pamięci babka Louise (alias ,,Recydywa”)
Towarzysz: Nie potrzeba jej zwierzaka. Przynajmniej na razie.
Szczegóły:
  - Jej zaklęty młot nosi imię Onoir, czyli ,,honor”, a tarcza Creideahm - ,,wiara”. Dlatego też gdy Lou mawia, że zwalcza swych wrogów honorem, a wiara zawsze ją chroni, można brać to nawet dosłownie.
  - Andrasta ma alergię na kurz i pyłki. Zdarza się jej często kichnąć przypadkowo podczas rozmowy, psując przy tym całą powagę sytuacji, bo doprawdy trudno się nie uśmiechnąć słysząc dźwięk podobny do fuknięcia kociaka.
  - Gdy jest zdenerwowana, zaczyna gadać do siebie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zdarza jej się przy tym wyżywać podczas pracy, jakby to nagrzane żeliwo lub zepsute siodło było prowodyrem wszelkiego zła na świecie. Lepiej się do niej wtedy nie zbliżać, bo młot kowalski może jej się niechcący ,,wymsknąć” z ręki.
  - Ma wyrobiony odruch zdmuchiwania z nosa opadające kosmyki włosów.
  - Jej uszy drgają jak u kota gdy np. Przelatuje obok nich jakaś mucha, albo ktoś pstryknie obok palcami. Niektórzy żartownisie lubią sobie właśnie w ten sposób nadużywać cierpliwości Louise, co niebywale skłania ją ku myśleniu, czy łamanie komuś palców miechem nie jest karalne.
Autor: RedRidingHood