Rzeź trwała w najlepsze. Dwie armie starły się na środku doliny, zderzając się niczym wzburzone fale morza. Broniących swojej ojczyzny było tu ponad dwa razy mniej. A mimo to byli gotowi polec w tej z góry spisanej na straty bitwie. Jeźdźcy po raz ostatni szarżowali na swoich nieugiętych rumakach, rycerze po raz ostatni dobierali mieczy, łucznicy po raz ostatni naciągali cięciwy. W ich sercach jednak nie gościł strach, a gorzała miłość do bronionego kraju, do ich ziemi ojczystej. Tenzin czuł tą miłość. Czuł całym sobą. I radował się razem z dzielnymi żołnierzami, że oddają tu swoje życia.
Nawet nie musiał się ukrywać. Zaaferowani bitwą ludzie nie zwracali na nich uwagi. Czasem któryś zamarł w bezruchu widząc dzierżącą łuk białą postać, czy szczerzącego czarne kły potwora bez ciała. A Owca tańczyła pośród bitwy. Z gracją skakała ponad pikami, robiła piruety wśród ludzkich strzał równocześnie posyłając własne w stronę gotowych na śmierć. Tenzin nie stał po żadnej stronie. Był sługą śmierci. Wezwanie tutaj zmuszało go do obiektywizmu. Nie wyrównywał szans, równocześnie nie pomagając przewadze jeszcze bardziej urosnąć. On po prostu był. Był i robił to, co do niego należało. Niech bitwa sama się rozstrzygnie. Tak zawsze było, tak też musi pozostać i dzisiaj. Śmierć nie może pomagać ludziom w rozwiązywaniu ich konfliktów.
Z brzdękiem żelaza mieszał się perlisty, młodzieńczy śmiech. Łowca odbił się od czyjejś tarczy i poszybował robiąc w powietrzu fikołek do tyłu. W powietrze bryzgnęła krew, lecz posoka jakby go omijała, wydawała się obawiać splamić śnieżną biel wełny, symbol niewinności. Wylądował lekko od razu przykucając i naciągając cięciwę. Na łuku pojawiła się biała strzała bez grotu i brzechwy. Tenzin wypuścił ją, a ta z melodycznym świstem, pieśnią śmierci, przeniknęła przez ścisk metalowych pancerzy i ugodziła umierającego, zalanego krwią jeźdźca z rozprutym brzuchem, kończąc jego męki. Owca okręciła się w miejscu na jednej nodze, podczas piruetu posyłając kolejny pocisk. I kolejna dusza oddała się w jej ramiona.
Za tańczącym na polu bitwy łowcą smętnie wlokła się Suowei. Wilk wcale nie podzielał radości podopiecznego. Nie mógł pożreć nikogo, kto dobrowolnie - świadomie lub nie - przyjmował litościwą strzałę Owcy. Brak zajęcia zdecydowanie źle wpływał na humor Su.
- Co za wspaniały dzień! - radował się Tenzin przeskakując nad powalonym koniem. - Nieprawdaż, Su?
~ Wspaniały, wspaniały... ~ odpowiedziała w jego głowie. Łowcy nie umknęła wcale nie skrywana nuta sarkazmu.
- Hej, co jest? - powiedział wesoło. - Masz muchy w nosie?
~ W rzyci ~ odgryzła się Suowei. ~ Zabierasz mi całą robotę, Owieczko. Dlaczego ci ludzie nie boją się śmierci?
- A dlaczego pytasz o to akurat mnie? - łuk z brzdękiem wypuścił kolejną strzałę. - Nie wpływam na decyzje śmiertelników, Wilku. To oni dobrowolnie oddają życie.
~ W imię czego? Skrawka ziemi? ~ Su prychnęła z dezaprobatą. ~ Im dłużej pałętamy się po tym świecie, tym bardziej zaczynam wątpić w stąpające po niej r o z u m n e istoty.
- Och, czemu tak sądzisz kochana?
~ Spójrz tylko, Tenzinie: za tymi pagórkami, dwadzieścia minut spacerem stąd leży ziemia taka sama jak ta. Za tymi górami i za tym lasem też. A jednak mimo to ci ludzie uparli się by bronić tego jednego skrawka. W imię czego, Jagniątko moje? Czy umiesz mi to wyjaśnić? Co jest lepsze w tej ziemi niż w tej za puszczą?
Tenzin umilkł. Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Dotarli za granicę bitwy. Nie byli niewidzialni, a jednak nikt ich nie widział. Wszyscy dalej skupieni byli na walce. Owca i Wilk stanowili jedynie nieistotnych obserwatorów. Nie wpływali na wynik tej wojny, bo nawet bez ich udziału liczba ofiar byłaby taka sama. Nie zabijali przecież nikogo, kto już z góry nie został spisany przez śmierć na straty. Nie mogli pomóc przegrywającym. Nie mogli też ich wgnieść ostatecznie w ziemię, przyspieszyć to, co nieuniknione. Oraz nie mogli zrozumieć. Nie było im dane dzielić zalewającego ludzkie serca głębokiego uczucia do tego kraju. Nie poczują bólu po jego utracie, po zadeptaniu tych pięknych, zalanych posoką łąkach przez obcych. Bo dla tych ludzi skrawek ziemi za górami, chociaż identyczny, nie mógł zastąpić tego. Ich skrawek ziemi to pot i krew, kołyska i mogiła, wesela i pogrzeby. Nie było innej ziemi. Była tylko ta. Ojczyzna może być tylko jedna.
- Nie, Suowei - Tenzin pogładził łeb Wilka. - Nie umiem na to odpowiedzieć. A teraz już nikt nie będzie umiał, bo wszyscy, dla których ta dolina coś znaczyła, właśnie giną jeden po drugim.
Su milczała. Takiej odpowiedzi się spodziewała. I chociaż początkowo niesprawiedliwie gniewała się na swoje Jagniątko, teraz poczuła dojmujący żal, że celowo je zasmuciła. Zaskomlała wpychając swój nos pod dłoń Owcy. Przebacz mi, malutki, mówiły jej oczy, chociaż wszyscy poza Tenzinem widzieli w nich tylko pustkę. Nie chciałam twojego smutku. Nie myśl o tym, to nie nasza sprawa. Robimy to, co nam kazano i nic nie możemy z tym zrobić. Niczemu nie jesteś winny, nikomu nie musisz się tłumaczyć. To wszystko kryło się pod jednym gestem. I Tenzin doskonale go rozumiał, głaszcząc czule łeb Suowei. Bo Wieczni Łowcy rozumieli się bez słów. Byli jednością. Oddzielnie, lecz nigdy osobno - takie było ich motto. Tylko razem byli silni.
Wtedy umysły obojga zalała nowa fala. Wezwanie...ale inne niż to, które pałało od pola bitwy. Tamto było gdzieś obok. Było inne. To nie gotowość do śmierci...
To był...strach.
Wilk wydał z siebie warkot podobny do śmiechu patrząc w stronę lasu. Tenzin również spojrzał w tamtym kierunku. Na skraju lasu, z mieczem w rękach, stał jakiś wyrostek. Miał może z siedemnaście lat. Giermek, tak świadczył jego ubiór. Patrzył niepewnie to na pole bitwy, to na Wiecznych Łowców. W jego sercu zaczynał tlić się strach. On wiedział. Znał ich z legend lub wierzeń. Czy do tej pory wierzył, czy też nie, teraz rozumiał: tej doliny nie dane jest nikomu opuścić z życiem. Łowcy już tu byli...
- Widzi nas - powiedziała Owca, chociaż było to oczywiste.
~ A teraz wybiera ~ zamruczał zadowolony Wilk czując coraz większą chęć ucieczki zbierającą w sercu chłopaka.
Spojrzał na łuk Tenzina. Łowca starał się posyłać mu łagodne myśli.
~ Nie bój się śmierci ~ mówił za pomocą telepatii.
Teraz giermek spojrzał na Suowei. Wilk wyszczerzył kły i szczeknął wyzywająco. Chcesz uciec? Zobaczymy jak daleko zajdziesz zanim cię dopadnę...
Podjął decyzję.
Rzucił miecz. Pobiegł w las.
Tenzin westchnął i skinął głową towarzyszce. Ta z radosnym warkotem poleciała za ofiarą.
Tchórzliwy giermek biegł przed siebie niemal na oślep. Oglądał się przez ramię, potykając o korzenie. Ale nie ważne jak bardzo chciał, by wszystko okazało się złudzeniem, za jego plecami wciąż błyszczała błękitna pustka rozwartej paszczy. Mamrotał pod nosem wszelkie modlitwy. Bogowie jednak, kimkolwiek by nie byli, nie mogli mu pomóc. Dezerterzy nie zasługują na ich litość. A z samą śmiercią nie mogą się kłócić. Dane mu tu było umrzeć i tak się stanie. Nie może uciec, nikomu się to nie udało. Jeśli wydostanie się z lasu, jeśli zgubi Wilka, Owca i tak go wytropi i wskaże potworowi właściwy trop. Dorwą go. Jeśli nie dziś, to jutro. A mimo to on dalej uciekał jak głupi. Uciekał, bo niósł go strach. Szeptał do uszu głupoty. Zapewniał, że będzie dobrze, jeśli tylko się nie zatrzyma.
Nagle warkot za jego plecami ustał. Chłopak dalej biegnąc obejrzał się z lękiem. Ale za nim były tylko drzewa. Zwolnił trochę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Udało się. Zgubił go. Z jego piersi urywkami wyrwał się śmiech. Zamknął oczy i odwrócił głową z powrotem naprzód, dalej się śmiejąc.
Gdy je otworzył, w mroku przed nim rozbłysły fioletowo błękitne ślepia.
Wrzask. Chrupnięcie kości. Cisza.
Tenzin dotarł na miejsce kilkanaście minut później. Suowei już chłeptała ciepłą krew z ciała giermka, rozkoszowała się jego śmiercią. Jej uniesienie powoli opadało, zapał przysychał. W końcu satysfakcja minęła całkowicie. Łowca odczekał, aż Su się nacieszy, siedząc spokojnie na pieńku.
~ Jeszcze... ~ zamruczała owijając się wokół niego. ~ Chcę jeszcze, Owieczko.
- Wróćmy na pole bitwy - zaproponował Tenzin. - Może niedobitki nie będą chciały zginąć w słusznej sprawie.
Z głębi pyska dobiegł niski wydźwięk aprobaty. Cieszący się szczęściem przyjaciółki łucznik poklepał ją po nosie i ruszyli z powrotem na skraj lasu.
Trwająca w dole bitwa dogasła, ku wyraźnej dezaprobacie Wiecznych Łowców. Dolina przypominała zieloną miskę, do której wlano dwie wysoko reaktywne ciekłe substancje. Ta, której było więcej, w zastraszającym tempie wyżarła drugą i teraz w misie pozostała jedynie obojętna, mętna mieszanina. Wezwanie śmierci, jeszcze chwilę temu burzące krew w żyłach, teraz umilkło. Bitwa dobiegła końca. Robota skończona. Kropka na końcu zdania. Dziękujemy za waszą uwagę, zapraszamy ponownie.
- Nic tu po nas - powiedział smutno Tenzin. Skierował swoje kroki z powrotem między drzewa, ale Suowei dalej tkwiła w miejscu. Owca zatrzymała się. - Coś się stało?
~ Nie czujesz tego?
Spojrzał na pole bitwy. Wygrani wiwatowali.
- Radości?
~ Nie. Zza wzgórz...
Teraz też to poczuł. Widmo śmierci. Nadchodziło w stronę nie spodziewających się niczego żołnierzy. I po kilku minutach do misy ktoś wlał złoty strumień kwasu. Armie Arsmana zalały nieprzygotowanych do kolejnej walki żołdaków.
- Dlaczego to robią? - oburzył się Tenzin. - Skoro chcieli ich pokonać, czemu w pierwszej kolejności tu nie przyszli i nie pomogli obrońców?
~ To polityka, Jagniątko ~ odpowiedziała Su. ~ Ludzie są podli. Arsman nie chciał mieć na głowie dwóch wrogich armii. Pozwolił jednej bestii pożreć drugą, by martwić się tylko jedną z nich naraz.
Owca milczała.
~ Tenzinie? ~ zapytał Wilk.
Łowca odwrócił się i ruszył w las.
- Nie będę w tym uczestniczył - oznajmił. - Idziesz ze mną?
~ Tak jak zawsze, moje kochane Jagniątko.
wtorek, 31 maja 2016
Suowei
[Widoczna na arcie właściciela]
Imię: Suowei. Często nazywana po prostu Wilkiem. Tenzin pieszczotliwie zwraca się do niej Su.
Rasa: Łącznik - tak jak właściciel, chociaż ona wydaje się mieć nieco więcej z ducha.
Wiek: Nieznany
Płeć: Samica, a w każdym razie głos ma kobiecy (oraz humorki)
Krótki opis: Krok w krok za Owcą, niczym potworny zmutowany cień, kroczy, a raczej płynie jego opiekunka, zwana mylnie Wilkiem (co poradzić - pod jej spódnicę zajrzeć się nie da). Suowei w większości jest zupełnym przeciwieństwem spokojnego, delikatnego Tenzina. Świadczy o tym chociażby jej wygląd: podczas gdy Tenzin zdecydował się przyjmować postać zupełnie materialną, Wilk jest właściwie jedynie lewitującą za nim czarną paszczą w drewnianej masce owcy, a za nią ciągnie się eteryczny fioletowo czarny woal. Oczy Su tak samo jak jej właściciela są jedynie zajętą widmowym płomieniem pustką. Gdy rozwiera paszczę okazuje się, że także i jej gardło jest istnym piekłem błękitnych języków ognia. Suowei jest wyjątkowo drażliwa i nieufna. Rządzi nią silny matczyny instynkt. Traktuje Tenzina zupełnie jak własne szczenię, nazywając go potulnie ,,moje malutkie jagniątko" i kłapiąc zębami w stronę każdego, kto odważy się zanadto do jej maleństwa zbliżyć. W przeciwieństwie do Owcy, jej zdolności telepatyczne nie mają granic. Mimo to praktycznie nigdy nie porozumiewa się z jakimkolwiek śmiertelnikiem. Jedyną osobą, do której ciągle się odzywa jest właśnie jej kochana owieczka.
Właściciel: Tenzin
Litość dla wilków jest niesprawiedliwością wobec owiec
Imię: Tenzin
Nazwisko: Nigdy takowego nie posiadał, bo nie było mu do niczego potrzebne.
Przydomek: Razem ze swoją towarzyszką dorobili się wielu imion. Wszystko zależy głównie od kultury, ponieważ ich sylwetki występują właściwie w każdej. Dla jednych będą Wiecznymi Łowcami, dla innych Yin i Yang, ale najczęściej nazywa się ich po prostu Owcą i Wilkiem. Tenzin nie obraża się za żadne przezwiska. Gorzej jest z Suowei...
Rasa: Profesjonalna nazwa to Łącznik, czyli istota będąca w połowie duchem, w połowie żywym organizmem.
Wiek: Nieznany. Określa się go nawet na tysiące lat, ale nie ma co szaleć - więcej niż dwa wieki Tenzin na pewno nie posiada.
Płeć: Samiec. Określenie ,,mężczyzna" raczej w tym wypadku nie pasuje.
Stanowisko: Łowca, łucznik
Aparycja: Tenzin jest całkiem wysoki, jednak większości wydaje się raczej średniego wzrostu, ponieważ porusza się na lekko ugiętych nogach. Jego sylwetka, choć humanoidalna, przypomina karykaturę - wychudzona talia, szersze barki, długie ręce i owe przygięte nogi. Przydomek Owca sam przychodzi na myśl, gdy się na niego patrzy: długie oklapnięte uszy, rozcięte kopytka zamiast stóp i krótki ogonek. Na dodatek szarą skórę na całej powierzchni ciała porasta śnieżnobiała, miękka wełna. Trudno ukryć, chłopak jest niczym wielka maskotka, mimo to mało kto ma odwagę go przytulić. Co ciekawe, nigdy się nie brudzi - choćby nie wiadomo jak długo Łowca biegał po lasach, nigdy nie będzie obszarpany, oblepiony błotem, mokry czy zakurzony. Raczej się nad tym dłużej nie zastanawiał. Po prostu poczytał to jako przyjemną zaletę (wyobrażacie sobie ile czasu zajmowałaby pielęgnacja wełny?). Zamiast twarzy Tenzin posiada płaską fioletowo czarną drewnianą maskę w kształcie głowy wilka. Na jego czole widnieje białe, sierpowate znamię. Zamiast oczu w masce zieją płonące widmowym płomieniem otwory. Człowiekowi wydaje się, że widzi w nich jedynie bezkresną pustkę, co wyjaśniałoby, dlaczego Tenzinowi trudno jest nawiązać dłuższą konwersację z kimkolwiek. Całe ciało Owcy pokryte jest zawijającymi się znamionami. W pełni widać je jedynie na uszach. Pozostałe da się dostrzec dopiero z bliska - błyszczące na niebiesko wzory wyzierają czasem spomiędzy puszystej wełny, gdy chłopak się porusza. Posiada charakterystyczny, sprężysty chód. Porusza się bezszelestnie, z taneczną gracją, robiąc piruety na polu bitwy, niknąc w listowiu niczym biała smuga. Inną rozpoznawalną cechą Tenzina jest jego głos. Chociaż nie ma ust, spokojnie komunikuje się z innymi. Mimo, że wiekiem zdecydowanie przewyższa większość swoich towarzyszy, ton jego głosu jest zdecydowanie młodzieńczy, wyjątkowo przyjemny dla ucha.
Zdolności: Nietrudno się domyślić, że dwójka Wiecznych Łowców będąc w połowie istotami duchowymi z łatwością potrafi ukrywać się przed ludzkim wzrokiem. Tenzin potrafi stać się niemal niewidzialny. Niemal, ponieważ sylwetkę jego i wilka da się dostrzec choćby pod światło - powietrze w tym miejscu drga, a po ziemi ślizga się bezpański cień. Potrafi regenerować rany wewnętrzne i zewnętrzne. Owca posiada pewne zdolności telepatyczne. Nie umie długo utrzymywać kontaktu z cudzym umysłem, często jednak dwa, czy trzy zdania w zupełności wystarczają. Co do zdolności fizycznych, chłopak jest wyjątkowo szybki i zwinny. Jest świetnym strzelcem. Posiada zaklęty łuk z czarnego drewna. Rzucony na niego urok sprawia, że Tenzin jest jedyną osobą zdolną z niego strzelić. Gdy nałożysz na niego zwykłą strzałę, cięciwa nagle wydaje się być zrobiona ze stalowego pręta. Jednak gdy Łowca ją naciągnie, w pustym miejscu pojawia się utkany z widmowej energii pocisk. Strzały Owcy po trafieniu w coś po kilku minutach znikają, zostawiając jedynie ślad. Jak przystało na osobę szczycącą się tytułem ,,Łowca", łucznik jest genialnym tropicielem oraz doskonałym myśliwym. Z węchem Suowei i małpią zwinnością Tenzina, rzadko która zdobycz zdolna jest im uciec. Chłopak nie bez powodu ma przyjemny głos. Dzięki niemu potrafi wyciszać gwałtowne emocje, a odpowiednim naciskiem może je nawet tymczasowo wyprać, pozostawiając w swojej ofierze uczucie bezgranicznego spokoju. Zdarza mu się przypadkiem wpływać na swoich towarzyszy, ale całe szczęście to nieszkodliwe. Wieczni Łowcy mają także mniej przyjemną umiejętność. Mianowicie potrafią wyczuć, gdzie za chwilę śmierć zbierze swoje żniwo. To nie klątwa. Gorzej - to obowiązek. Owcę i Wilka widmo śmierci przyciąga jak magnes, rozkazuje im spełniać dawno porzucone zadanie. Tenzin potrafi przewidzieć, gdzie wydarzy się jakaś tragedia. Nie może jednak nikomu pomagać. On i Suowei nie mogą ingerować w sprawy śmierci. Jeśli już przybędzie na miejsce, jego jedyną możliwością udziału w całym zajściu będzie skrócenie mąk umierającemu.
Zainteresowania: Całe życie Tenzina stanowiło jedno wielkie polowanie. Nawet teraz, gdy już nie musi spełniać przykrego (według zwykłych ludzi) obowiązku, wizja długotrwałego tropienia i szybkiego pościgu zakończonego sukcesem jest dla niego zbyt nęcąca. Można więc powiedzieć, że poluje dla sportu. Długie dzienne (a czasem i nocne) godziny spędza w lesie tropiąc zwierzynę i rozmawiając ze swoją towarzyszką. Nie można jednak całe życie łazić po drzewach. Mimo wszystko chłopak musiał sobie znaleźć jakieś inne hobby. No i znalazł - sztukę. Tenzin to prawdziwy poeta, sprawnie operując słowem, ugniatając je pod swoją wolę jak miękką glinę. Wolny czas spędza na układaniu wierszy, piosenek i ballad. Na dodatek jest myślicielem oraz amatorskim filozofem. Gdy już znajdziesz z nim wspólny język Owca z niemałą radością podzieli się z tobą swoimi spostrzeżeniami. Dla Łowcy przywykłego do leśnej ciszy przerywanej ciętymi uwagami Suowei, dyskusja jest formą przyjemnej rozrywki. Chłopak lubi też historie i legendy, zwłaszcza te słuchane przy ogniskach w miłym towarzystwie.
Charakter: Z charakteru Tenzina wyraźnie widać, że chłopak dosłownie pochodzi nie z tego świata. Kontakt z innymi przychodzi mu raczej trudno. W większych grupach zawsze trzyma się na uboczu, siedząc zupełnie cicho i tylko od czasu do czasu odzywając się telepatycznie do czuwającej przy nim Suowei. Nie mówi niczego na głos póki nie zostanie o coś zapytany wprost, a nawet wtedy rozwinie swoją wypowiedź do kilku zdań i znów zamilknie. Owca jest zaskakująco nieśmiała jak na kogoś opisywanego w legendach i wykrawanego w ścianach grobowców. Przywykł już do faktu, że straszy ludzi samym wyglądem (oraz przez warczącego obok ducha wilka, jakby nie było) i nie szuka uwagi. Potrzeba trochę czasu, aby oswoił się z nowym towarzystwem i nieco bardziej się otworzył. Gdy już znajdzie sobie przyjaciela, staje się o wiele bardziej pewny siebie. Dzieli się swoimi pomysłami, a jeszcze chętniej słucha cudzych przemyśleń. Chociaż twarz zastępuje mu drewniana maska, nietrudno odgadnąć w jakim nastroju jest Tenzin. Wyjawia to sylwetką, krokiem, gestami, oraz przede wszystkim głosem. Posiada specyficzną wymowę. Mianowicie rozbudowuje swoje wypowiedzi, wplątuje w nie metafory, często nawet zupełnie bez potrzebnie komplikuje prostą, wydawałoby się, odpowiedź. Ciężko usłyszeć od niego proste ,,tak/nie". Wszystko co mówi Owca wydaje się zawiłe, głębokie. Nic dziwnego - to mistrz dyskusji, a na dodatek poeta. Potrafi dosadnie przemówić człowiekowi do rozsądku. Nie szuka z nikim zwady, zawsze stara się rozwiązywać wszelkie konflikty pokojowo. Mimo, że jest duchem bezpośrednio przywiązanym do śmierci i kojarzy się go raczej smętnie, chłopak jest delikatny i o dziwo niesamowicie wrażliwy. Każda drobnostka wydaje mu się powodem do szczęścia, wzruszenia, smutku. Tenzin we wszystkim widzi głębszy sens. Każdy liść, każda mrówka - według jego ideologii wszystko ma swój cel, tak naprawdę nic nie jest nigdy bezczynne czy bezużyteczne. Nienawidzi marnotrawstwa. Mimo, iż poluje właściwie dla czystej rozrywki, zawsze pilnuje, aby śmierć jego ofiary nie poszła na marne. Gdy więc spiżarnia jest pełna, stara się szukać sobie innego zajęcia. Owca nigdy nie zabija bez wyraźnego powodu. Nienawidzi bezmyślnego okrucieństwa. Gdy strzela, to głównie po to, by zabić na miejscu. Nie umie kłamać. Zamiast tego woli milczeć, a to przychodzi mu jak się można domyślić wręcz mistrzowsko. Dotrzymuje obietnic, strzeże każdej powierzonej mu tajemnicy. Nic nie potrafiłoby go zmusić do zdrady. Gdy jednak usłyszy Wezwanie, jego umysł całkowicie się mu poddaje. Nikt nie jest w stanie powstrzymać Tenzina i Suowei przed wypełnieniem powierzonego im przed wiekami zadania. Momentalnie chłopak przestaje się w ogóle do kogokolwiek odzywać, skupiony na swoim celu, pogrążony jakby w transie. Chociaż jego obowiązki ludziom wydają się potworne, Owca tylko wypełniając je czuje się naprawdę szczęśliwa. Mało kto słyszał, by się szczerze śmiał. Tym bardziej przeraża fakt, że Tenzin śmieje się w głos głównie wtedy, gdy jego strzały mkną nieuchronnie ku celom. Świat wydaje się widzieć w dwóch barwach - istnieje dla niego tylko dobro i zło, nic pomiędzy. Nie rozumie polityki, ani ogólnej idei walki o władzę. Po co tracić życie w walce o metalowy krążek na głowie, grawerowany badyl, czy pozłacane krzesło?
Historia: Nikt nie zna dnia, roku ani wieku. Nie da się tego określić, a opowieści postronnych są zbyt niejasne. Ci, co rzekomo przeżyli pościg Wiecznych Łowców chociaż uważają się za znawców w temacie, nie mogą powiedzieć na temat oprawców nic. Tak jak nikt nie zna daty swej śmierci, tak nikt również nie wie skąd biorą się jej podopieczni. A miała ich wielu, służących nawet po dziś dzień. Mimo to żadne z jej tworów nie zapisało się w kulturze śmiertelnych, jak Tenzin i Suowei.
Wilk i Owca. Dwa przeciwstawne duchy przyjmujące dwie, pozornie nie mogące współpracować formy. Pojawili się znikąd, wpadając w ludzkie życie i znikając. Ich istnienie długo pozostawało tajemnicą. Jedyne ślady jakie po sobie zostawiali, to rany po strzałach lub zębach, lecz żadnego pocisku nigdy nie znaleziono, ani nigdy nie odnaleziono tropów jakiegoś drapieżnika w okolicy. W ofiarach nie dało się znaleźć żadnych wspólnych cech. Niedoszła panna młoda, chorowity staruszek, zmęczony życiem młynarz, pełen wigoru młodzieniec, trzyletnia dziewczynka. Całkowity brak powiązań, zupełna przypadkowość. Nic dziwnego, że zwykły człowiek nie widział w tym wszystkim sensu. Bo mało kto przecież jest w stanie zaglądnąć w plany samej śmierci. Któż mógł wiedzieć, że pannę młodą miała ugryźć za kilka minut kobra? Że starcowi pozostały już tylko minuty nim choroba pożre jego ciało i umysł? Że młynarz miał myśli samobójcze? Że młodzieńcowi chciano następnej nocy poderżnąć gardło? Że biedna mała dziewczynka miała wrodzoną wadę serca? Wyroków śmierci nie da się przewidzieć. I nie można im w żaden sposób zapobiec.
Śmierć wzywała swoich dwóch ulubieńców na polowania. Nigdy nie odmawiali i to nie tylko dlatego, że nie mogli - Wieczni Łowcy po prostu to kochali. Tylko wtedy czuli się sobą, gdy biała strzała sięgała celu, gdy z kłów spływała ciepła krew, gdy z ich ofiary uchodziło życie. I pędzili ku wezwaniu, Tenzin radośnie skacząc po drzewach, a Suowei płynąc w powietrzu krok w krok za nim. Cel łowów odnajdywali szybko...a wtedy stawał on przed wyborem.
Wbrew pozorem i przyjętym powszechnie ideałom, śmierć nigdy nie była niesprawiedliwa. Zawsze dawała śmiertelnikom wybór, objawiający się pod dwoma postaciami: humanoidalnej łagodnej owcy w masce wilka i czarnej smugi z wilczą paszczą, zakrytą maską owcy. Tenzin nawołuje ofiarę, cicho szepcze słowa otuchy, proponuje bezpieczną przeprawę do zaświatów. Suowei warczy i kłapie paszczą, chcąc złamać w nieszczęśniku ducha, zdusić jego nadzieję. A człowiek może wybrać. Może od razu poddać się śmierci, przygotować do wiecznego snu i przyjąć litościwą, bezbolesną strzałę Owcy. Może też oddać strachowi wodze, uciekać przed siebie licząc na ratunek, który nigdy nie przyjdzie, po czym zginąć zagryziony przez Wilka.
Przez długie lata nikt nie był w stanie uciec Łowcom, nie było więc świadków zdolnych ich opisać. Aż pewnego dnia, nie wiadomo jakim cudem, znalazł się ktoś, kto przeżył ich polowanie. To nie była ofiara, tylko świadek. Niechciany podglądacz. Młodzieniec, akolita, dopiero co przyjął święcenia kapłańskie. Wracając do domu przez las usłyszał ludzki krzyk. Ruszył jego śladem, aż nagle na polanę wypadł obszarpany mężczyzna. Kapłan ukrył się - słusznie - i wtedy za mężczyzną z puszczy wypadło okrutne monstrum: ogromna wilcza paszcza o pustych oczach, ciągnąca za sobą woal czerni. Tuż za wilkiem, niczym pilnujący psa gończego myśliwy, wyskoczyła biała, chuda sylwetka dzierżąca czarny łuk. Ich ofiara upadła na ziemię, błagając o litość. Ku zdziwieniu świadka Owca powstrzymała Wilka zanim rzucił się na bezbronnego człowieka, a ten niczym potulne szczenię otarł się o nią czekając. I Owca powiedziała młodzieńczym głosem: ,,Nie obawiaj się śmierci". Mówił łagodnie, chciał uspokoić mężczyznę. Ale on oddał się już strachowi do reszty. Chciał się zerwać na nogi i uciekać dalej. Wtedy Owca westchnęła smutno i skinęła głową Wilkowi. Odgłosy lasu zagłuszyły potworne wrzaski. Kapłan wydał zduszony okrzyk, zanim zdążył zakryć usta. Wilk podniósł zakrwawioną paszczę i zawarczał nisko. Owca napięła łuk. Młodzieniec stał jak sparaliżowany. Oto mój koniec, pomyślał, nie chcąc uciekać i skończyć jak nieszczęśnik przed nim. Ale wtedy biały łowca obniżył broń, po czym uciekł w las, a czarne monstrum za nim.
Nie trzeba było wiele, by opowieść obiegła kraj. Wnet znaleźli się wyznawcy Owcy i Wilka, powstawały legendy i bajki. Młodych kadetów szlachetnej szkoły rycerskiej uczono, by nie obawiali się śmierci i oddawali w przyjazne ręce Owcy, podczas gdy wrogów przeklinano, aby ich strach przejął i Wilka sprowadził. A Tenzin i Suowei dalej wypełniali swoje obowiązki, dostrzegani już jednak zdecydowanie częściej. Owca nazywano równocześnie pasterzem i rzeźnikiem, poetą i prostakiem. Wieczni Łowcy urośli do rangi mitów, w które człowiek wierzył dopiero gdy mógł ich zobaczyć. A jeśli już tak się stało, w większości przypadków było już za późno na żale.
Okres wojny był dla nich ciężki. Tyle gotowych na śmierć wojowników, tyle chcących przed nią uciec dezerterów. Nie mogli się roztroić, nie mogli nadążyć za uciskającymi umysł wezwaniami. Wtedy sama śmierć dała im największy dar - wolność. Teraz sami już mogli wybierać, na które wezwanie odpowiedzą, kiedy ludzie będą mogli ich widzieć i słyszeć, kiedy będą chcieli polować. I Tenzin wybrał. Zdecydował się żyć wśród śmiertelników. A Suowei w tej decyzji go poparła.
Partner: Tenzin nie potrafi się zakochać...albo też nie jest pewny, czy umie.
Rodzina: Przez całe długie życie jedyną bliską mu osobą była Suowei. Wilk stał się dla niego równocześnie chroniącą go przed złem nadopiekuńczą matką i dobrze doradzającą troskliwą siostrą.
Towarzysz: Suowei
Szczegóły: - Tenzin, mimo iż nie służy już bezpośrednio śmierci, wciąż odpowiada na głośniejsze wezwania. Nie ma co się dziwić, jeśli zdarzy mu się czasem zniknąć razem z Suowei na jakiś czas. Czasem jest to tylko kilka godzin, ale zdarzają się również polowania trwające nawet dni.
- Owca nie potrafi czytać ani pisać. Zawsze prosi o to kogoś innego.
- Panicznie boi się głębokiej wody.
- Nigdy nie śpi, nie je, ani nie wykonuje wielu innych czynności życiowych. Nie ma nawet potrzeby oddychać.
- Jego znamiona błyszczą jaśniej gdy odczuwa gwałtowne emocje, jak radość czy - zgoła rzadziej - gniew.
Autor: NyanCat^._.^~
Nazwisko: Nigdy takowego nie posiadał, bo nie było mu do niczego potrzebne.
Przydomek: Razem ze swoją towarzyszką dorobili się wielu imion. Wszystko zależy głównie od kultury, ponieważ ich sylwetki występują właściwie w każdej. Dla jednych będą Wiecznymi Łowcami, dla innych Yin i Yang, ale najczęściej nazywa się ich po prostu Owcą i Wilkiem. Tenzin nie obraża się za żadne przezwiska. Gorzej jest z Suowei...
Rasa: Profesjonalna nazwa to Łącznik, czyli istota będąca w połowie duchem, w połowie żywym organizmem.
Wiek: Nieznany. Określa się go nawet na tysiące lat, ale nie ma co szaleć - więcej niż dwa wieki Tenzin na pewno nie posiada.
Płeć: Samiec. Określenie ,,mężczyzna" raczej w tym wypadku nie pasuje.
Stanowisko: Łowca, łucznik
Aparycja: Tenzin jest całkiem wysoki, jednak większości wydaje się raczej średniego wzrostu, ponieważ porusza się na lekko ugiętych nogach. Jego sylwetka, choć humanoidalna, przypomina karykaturę - wychudzona talia, szersze barki, długie ręce i owe przygięte nogi. Przydomek Owca sam przychodzi na myśl, gdy się na niego patrzy: długie oklapnięte uszy, rozcięte kopytka zamiast stóp i krótki ogonek. Na dodatek szarą skórę na całej powierzchni ciała porasta śnieżnobiała, miękka wełna. Trudno ukryć, chłopak jest niczym wielka maskotka, mimo to mało kto ma odwagę go przytulić. Co ciekawe, nigdy się nie brudzi - choćby nie wiadomo jak długo Łowca biegał po lasach, nigdy nie będzie obszarpany, oblepiony błotem, mokry czy zakurzony. Raczej się nad tym dłużej nie zastanawiał. Po prostu poczytał to jako przyjemną zaletę (wyobrażacie sobie ile czasu zajmowałaby pielęgnacja wełny?). Zamiast twarzy Tenzin posiada płaską fioletowo czarną drewnianą maskę w kształcie głowy wilka. Na jego czole widnieje białe, sierpowate znamię. Zamiast oczu w masce zieją płonące widmowym płomieniem otwory. Człowiekowi wydaje się, że widzi w nich jedynie bezkresną pustkę, co wyjaśniałoby, dlaczego Tenzinowi trudno jest nawiązać dłuższą konwersację z kimkolwiek. Całe ciało Owcy pokryte jest zawijającymi się znamionami. W pełni widać je jedynie na uszach. Pozostałe da się dostrzec dopiero z bliska - błyszczące na niebiesko wzory wyzierają czasem spomiędzy puszystej wełny, gdy chłopak się porusza. Posiada charakterystyczny, sprężysty chód. Porusza się bezszelestnie, z taneczną gracją, robiąc piruety na polu bitwy, niknąc w listowiu niczym biała smuga. Inną rozpoznawalną cechą Tenzina jest jego głos. Chociaż nie ma ust, spokojnie komunikuje się z innymi. Mimo, że wiekiem zdecydowanie przewyższa większość swoich towarzyszy, ton jego głosu jest zdecydowanie młodzieńczy, wyjątkowo przyjemny dla ucha.
Zdolności: Nietrudno się domyślić, że dwójka Wiecznych Łowców będąc w połowie istotami duchowymi z łatwością potrafi ukrywać się przed ludzkim wzrokiem. Tenzin potrafi stać się niemal niewidzialny. Niemal, ponieważ sylwetkę jego i wilka da się dostrzec choćby pod światło - powietrze w tym miejscu drga, a po ziemi ślizga się bezpański cień. Potrafi regenerować rany wewnętrzne i zewnętrzne. Owca posiada pewne zdolności telepatyczne. Nie umie długo utrzymywać kontaktu z cudzym umysłem, często jednak dwa, czy trzy zdania w zupełności wystarczają. Co do zdolności fizycznych, chłopak jest wyjątkowo szybki i zwinny. Jest świetnym strzelcem. Posiada zaklęty łuk z czarnego drewna. Rzucony na niego urok sprawia, że Tenzin jest jedyną osobą zdolną z niego strzelić. Gdy nałożysz na niego zwykłą strzałę, cięciwa nagle wydaje się być zrobiona ze stalowego pręta. Jednak gdy Łowca ją naciągnie, w pustym miejscu pojawia się utkany z widmowej energii pocisk. Strzały Owcy po trafieniu w coś po kilku minutach znikają, zostawiając jedynie ślad. Jak przystało na osobę szczycącą się tytułem ,,Łowca", łucznik jest genialnym tropicielem oraz doskonałym myśliwym. Z węchem Suowei i małpią zwinnością Tenzina, rzadko która zdobycz zdolna jest im uciec. Chłopak nie bez powodu ma przyjemny głos. Dzięki niemu potrafi wyciszać gwałtowne emocje, a odpowiednim naciskiem może je nawet tymczasowo wyprać, pozostawiając w swojej ofierze uczucie bezgranicznego spokoju. Zdarza mu się przypadkiem wpływać na swoich towarzyszy, ale całe szczęście to nieszkodliwe. Wieczni Łowcy mają także mniej przyjemną umiejętność. Mianowicie potrafią wyczuć, gdzie za chwilę śmierć zbierze swoje żniwo. To nie klątwa. Gorzej - to obowiązek. Owcę i Wilka widmo śmierci przyciąga jak magnes, rozkazuje im spełniać dawno porzucone zadanie. Tenzin potrafi przewidzieć, gdzie wydarzy się jakaś tragedia. Nie może jednak nikomu pomagać. On i Suowei nie mogą ingerować w sprawy śmierci. Jeśli już przybędzie na miejsce, jego jedyną możliwością udziału w całym zajściu będzie skrócenie mąk umierającemu.
Zainteresowania: Całe życie Tenzina stanowiło jedno wielkie polowanie. Nawet teraz, gdy już nie musi spełniać przykrego (według zwykłych ludzi) obowiązku, wizja długotrwałego tropienia i szybkiego pościgu zakończonego sukcesem jest dla niego zbyt nęcąca. Można więc powiedzieć, że poluje dla sportu. Długie dzienne (a czasem i nocne) godziny spędza w lesie tropiąc zwierzynę i rozmawiając ze swoją towarzyszką. Nie można jednak całe życie łazić po drzewach. Mimo wszystko chłopak musiał sobie znaleźć jakieś inne hobby. No i znalazł - sztukę. Tenzin to prawdziwy poeta, sprawnie operując słowem, ugniatając je pod swoją wolę jak miękką glinę. Wolny czas spędza na układaniu wierszy, piosenek i ballad. Na dodatek jest myślicielem oraz amatorskim filozofem. Gdy już znajdziesz z nim wspólny język Owca z niemałą radością podzieli się z tobą swoimi spostrzeżeniami. Dla Łowcy przywykłego do leśnej ciszy przerywanej ciętymi uwagami Suowei, dyskusja jest formą przyjemnej rozrywki. Chłopak lubi też historie i legendy, zwłaszcza te słuchane przy ogniskach w miłym towarzystwie.
Charakter: Z charakteru Tenzina wyraźnie widać, że chłopak dosłownie pochodzi nie z tego świata. Kontakt z innymi przychodzi mu raczej trudno. W większych grupach zawsze trzyma się na uboczu, siedząc zupełnie cicho i tylko od czasu do czasu odzywając się telepatycznie do czuwającej przy nim Suowei. Nie mówi niczego na głos póki nie zostanie o coś zapytany wprost, a nawet wtedy rozwinie swoją wypowiedź do kilku zdań i znów zamilknie. Owca jest zaskakująco nieśmiała jak na kogoś opisywanego w legendach i wykrawanego w ścianach grobowców. Przywykł już do faktu, że straszy ludzi samym wyglądem (oraz przez warczącego obok ducha wilka, jakby nie było) i nie szuka uwagi. Potrzeba trochę czasu, aby oswoił się z nowym towarzystwem i nieco bardziej się otworzył. Gdy już znajdzie sobie przyjaciela, staje się o wiele bardziej pewny siebie. Dzieli się swoimi pomysłami, a jeszcze chętniej słucha cudzych przemyśleń. Chociaż twarz zastępuje mu drewniana maska, nietrudno odgadnąć w jakim nastroju jest Tenzin. Wyjawia to sylwetką, krokiem, gestami, oraz przede wszystkim głosem. Posiada specyficzną wymowę. Mianowicie rozbudowuje swoje wypowiedzi, wplątuje w nie metafory, często nawet zupełnie bez potrzebnie komplikuje prostą, wydawałoby się, odpowiedź. Ciężko usłyszeć od niego proste ,,tak/nie". Wszystko co mówi Owca wydaje się zawiłe, głębokie. Nic dziwnego - to mistrz dyskusji, a na dodatek poeta. Potrafi dosadnie przemówić człowiekowi do rozsądku. Nie szuka z nikim zwady, zawsze stara się rozwiązywać wszelkie konflikty pokojowo. Mimo, że jest duchem bezpośrednio przywiązanym do śmierci i kojarzy się go raczej smętnie, chłopak jest delikatny i o dziwo niesamowicie wrażliwy. Każda drobnostka wydaje mu się powodem do szczęścia, wzruszenia, smutku. Tenzin we wszystkim widzi głębszy sens. Każdy liść, każda mrówka - według jego ideologii wszystko ma swój cel, tak naprawdę nic nie jest nigdy bezczynne czy bezużyteczne. Nienawidzi marnotrawstwa. Mimo, iż poluje właściwie dla czystej rozrywki, zawsze pilnuje, aby śmierć jego ofiary nie poszła na marne. Gdy więc spiżarnia jest pełna, stara się szukać sobie innego zajęcia. Owca nigdy nie zabija bez wyraźnego powodu. Nienawidzi bezmyślnego okrucieństwa. Gdy strzela, to głównie po to, by zabić na miejscu. Nie umie kłamać. Zamiast tego woli milczeć, a to przychodzi mu jak się można domyślić wręcz mistrzowsko. Dotrzymuje obietnic, strzeże każdej powierzonej mu tajemnicy. Nic nie potrafiłoby go zmusić do zdrady. Gdy jednak usłyszy Wezwanie, jego umysł całkowicie się mu poddaje. Nikt nie jest w stanie powstrzymać Tenzina i Suowei przed wypełnieniem powierzonego im przed wiekami zadania. Momentalnie chłopak przestaje się w ogóle do kogokolwiek odzywać, skupiony na swoim celu, pogrążony jakby w transie. Chociaż jego obowiązki ludziom wydają się potworne, Owca tylko wypełniając je czuje się naprawdę szczęśliwa. Mało kto słyszał, by się szczerze śmiał. Tym bardziej przeraża fakt, że Tenzin śmieje się w głos głównie wtedy, gdy jego strzały mkną nieuchronnie ku celom. Świat wydaje się widzieć w dwóch barwach - istnieje dla niego tylko dobro i zło, nic pomiędzy. Nie rozumie polityki, ani ogólnej idei walki o władzę. Po co tracić życie w walce o metalowy krążek na głowie, grawerowany badyl, czy pozłacane krzesło?
Historia: Nikt nie zna dnia, roku ani wieku. Nie da się tego określić, a opowieści postronnych są zbyt niejasne. Ci, co rzekomo przeżyli pościg Wiecznych Łowców chociaż uważają się za znawców w temacie, nie mogą powiedzieć na temat oprawców nic. Tak jak nikt nie zna daty swej śmierci, tak nikt również nie wie skąd biorą się jej podopieczni. A miała ich wielu, służących nawet po dziś dzień. Mimo to żadne z jej tworów nie zapisało się w kulturze śmiertelnych, jak Tenzin i Suowei.
Wilk i Owca. Dwa przeciwstawne duchy przyjmujące dwie, pozornie nie mogące współpracować formy. Pojawili się znikąd, wpadając w ludzkie życie i znikając. Ich istnienie długo pozostawało tajemnicą. Jedyne ślady jakie po sobie zostawiali, to rany po strzałach lub zębach, lecz żadnego pocisku nigdy nie znaleziono, ani nigdy nie odnaleziono tropów jakiegoś drapieżnika w okolicy. W ofiarach nie dało się znaleźć żadnych wspólnych cech. Niedoszła panna młoda, chorowity staruszek, zmęczony życiem młynarz, pełen wigoru młodzieniec, trzyletnia dziewczynka. Całkowity brak powiązań, zupełna przypadkowość. Nic dziwnego, że zwykły człowiek nie widział w tym wszystkim sensu. Bo mało kto przecież jest w stanie zaglądnąć w plany samej śmierci. Któż mógł wiedzieć, że pannę młodą miała ugryźć za kilka minut kobra? Że starcowi pozostały już tylko minuty nim choroba pożre jego ciało i umysł? Że młynarz miał myśli samobójcze? Że młodzieńcowi chciano następnej nocy poderżnąć gardło? Że biedna mała dziewczynka miała wrodzoną wadę serca? Wyroków śmierci nie da się przewidzieć. I nie można im w żaden sposób zapobiec.
Śmierć wzywała swoich dwóch ulubieńców na polowania. Nigdy nie odmawiali i to nie tylko dlatego, że nie mogli - Wieczni Łowcy po prostu to kochali. Tylko wtedy czuli się sobą, gdy biała strzała sięgała celu, gdy z kłów spływała ciepła krew, gdy z ich ofiary uchodziło życie. I pędzili ku wezwaniu, Tenzin radośnie skacząc po drzewach, a Suowei płynąc w powietrzu krok w krok za nim. Cel łowów odnajdywali szybko...a wtedy stawał on przed wyborem.
Wbrew pozorem i przyjętym powszechnie ideałom, śmierć nigdy nie była niesprawiedliwa. Zawsze dawała śmiertelnikom wybór, objawiający się pod dwoma postaciami: humanoidalnej łagodnej owcy w masce wilka i czarnej smugi z wilczą paszczą, zakrytą maską owcy. Tenzin nawołuje ofiarę, cicho szepcze słowa otuchy, proponuje bezpieczną przeprawę do zaświatów. Suowei warczy i kłapie paszczą, chcąc złamać w nieszczęśniku ducha, zdusić jego nadzieję. A człowiek może wybrać. Może od razu poddać się śmierci, przygotować do wiecznego snu i przyjąć litościwą, bezbolesną strzałę Owcy. Może też oddać strachowi wodze, uciekać przed siebie licząc na ratunek, który nigdy nie przyjdzie, po czym zginąć zagryziony przez Wilka.
Przez długie lata nikt nie był w stanie uciec Łowcom, nie było więc świadków zdolnych ich opisać. Aż pewnego dnia, nie wiadomo jakim cudem, znalazł się ktoś, kto przeżył ich polowanie. To nie była ofiara, tylko świadek. Niechciany podglądacz. Młodzieniec, akolita, dopiero co przyjął święcenia kapłańskie. Wracając do domu przez las usłyszał ludzki krzyk. Ruszył jego śladem, aż nagle na polanę wypadł obszarpany mężczyzna. Kapłan ukrył się - słusznie - i wtedy za mężczyzną z puszczy wypadło okrutne monstrum: ogromna wilcza paszcza o pustych oczach, ciągnąca za sobą woal czerni. Tuż za wilkiem, niczym pilnujący psa gończego myśliwy, wyskoczyła biała, chuda sylwetka dzierżąca czarny łuk. Ich ofiara upadła na ziemię, błagając o litość. Ku zdziwieniu świadka Owca powstrzymała Wilka zanim rzucił się na bezbronnego człowieka, a ten niczym potulne szczenię otarł się o nią czekając. I Owca powiedziała młodzieńczym głosem: ,,Nie obawiaj się śmierci". Mówił łagodnie, chciał uspokoić mężczyznę. Ale on oddał się już strachowi do reszty. Chciał się zerwać na nogi i uciekać dalej. Wtedy Owca westchnęła smutno i skinęła głową Wilkowi. Odgłosy lasu zagłuszyły potworne wrzaski. Kapłan wydał zduszony okrzyk, zanim zdążył zakryć usta. Wilk podniósł zakrwawioną paszczę i zawarczał nisko. Owca napięła łuk. Młodzieniec stał jak sparaliżowany. Oto mój koniec, pomyślał, nie chcąc uciekać i skończyć jak nieszczęśnik przed nim. Ale wtedy biały łowca obniżył broń, po czym uciekł w las, a czarne monstrum za nim.
Nie trzeba było wiele, by opowieść obiegła kraj. Wnet znaleźli się wyznawcy Owcy i Wilka, powstawały legendy i bajki. Młodych kadetów szlachetnej szkoły rycerskiej uczono, by nie obawiali się śmierci i oddawali w przyjazne ręce Owcy, podczas gdy wrogów przeklinano, aby ich strach przejął i Wilka sprowadził. A Tenzin i Suowei dalej wypełniali swoje obowiązki, dostrzegani już jednak zdecydowanie częściej. Owca nazywano równocześnie pasterzem i rzeźnikiem, poetą i prostakiem. Wieczni Łowcy urośli do rangi mitów, w które człowiek wierzył dopiero gdy mógł ich zobaczyć. A jeśli już tak się stało, w większości przypadków było już za późno na żale.
Okres wojny był dla nich ciężki. Tyle gotowych na śmierć wojowników, tyle chcących przed nią uciec dezerterów. Nie mogli się roztroić, nie mogli nadążyć za uciskającymi umysł wezwaniami. Wtedy sama śmierć dała im największy dar - wolność. Teraz sami już mogli wybierać, na które wezwanie odpowiedzą, kiedy ludzie będą mogli ich widzieć i słyszeć, kiedy będą chcieli polować. I Tenzin wybrał. Zdecydował się żyć wśród śmiertelników. A Suowei w tej decyzji go poparła.
Partner: Tenzin nie potrafi się zakochać...albo też nie jest pewny, czy umie.
Rodzina: Przez całe długie życie jedyną bliską mu osobą była Suowei. Wilk stał się dla niego równocześnie chroniącą go przed złem nadopiekuńczą matką i dobrze doradzającą troskliwą siostrą.
Towarzysz: Suowei
Szczegóły: - Tenzin, mimo iż nie służy już bezpośrednio śmierci, wciąż odpowiada na głośniejsze wezwania. Nie ma co się dziwić, jeśli zdarzy mu się czasem zniknąć razem z Suowei na jakiś czas. Czasem jest to tylko kilka godzin, ale zdarzają się również polowania trwające nawet dni.
- Owca nie potrafi czytać ani pisać. Zawsze prosi o to kogoś innego.
- Panicznie boi się głębokiej wody.
- Nigdy nie śpi, nie je, ani nie wykonuje wielu innych czynności życiowych. Nie ma nawet potrzeby oddychać.
- Jego znamiona błyszczą jaśniej gdy odczuwa gwałtowne emocje, jak radość czy - zgoła rzadziej - gniew.
Autor: NyanCat^._.^~
poniedziałek, 30 maja 2016
Od Mild - Żywy las
Nadepnięcie na ogon humanoidalnego kota nie należy do dobrych początków dnia. Dayi poczerwieniały uszy ze wstydu, gdy odprowadzała wściekłego felina wzrokiem. Za to był jeden plus - teraz już nie chciało jej się w ogóle spać. Ale skoro już wstała, to należałoby coś robić.
Wszyscy jak widać zdążyli się już zmyć, bo jedynym śpiącym był wywalony na grzbiet Frelser. Lodowy gad zamruczał przez sen i przekręcił się zamiatając bujną trawę ogonem. Wyglądał, jakby nie spał tak dobrze od dłuższego czasu. Mild przyglądała się chwilę nałożonemu na unieruchomione skrzydło opatrunkowi. Jedynym medykiem jakiego znała był Phester, ale uczony podróżował przecież z jej grupą, a gdy pojawili się na polanie smok już był opatrzony. Ciekawe, co mu się przytrafiło. Na razie jednak nie chciała go budzić. Był taki uroczy, zupełnie inny od tych potężnych bestii, o których zdążyła się nasłuchać z opowiastek jako dziecko. Podrapała śpiącego jaszczura po brodzie (pamiętała z wczoraj, że bardzo to lubił) i z piersi przerośniętego dzieciaka wydobył się przyjemny wibrujący dźwięk zadowolenia.
Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu Viserany lub Ashlotte. Przywiązała się do tych dziewczyn. Może znalazłaby z nimi jakieś zajęcie? Niestety ani jednej ani drugiej nie mogła dostrzec. Westchnęła z braku laku ruszyła w las, szybko znikając między drzewami.
Dlaczego? Przyzwyczajenie? Jeszcze rok temu, gdy mieszkała wśród dezerterów jej nauczycielka magii pouczała ją ,,Jeśli nie masz gdzie się podziać, idź do lasu - tam zawsze jest miejsce dla takich jak my". I tak robiła. Dobrze się czuła między drzewami. Było to idealne medium dla kogoś nienawidzącego tłumów i obawiającego się otwartych przestrzeni. Porośnięte mchem pnie nie dusiły, nie zaciskały się wokół niczym szpony, nie pachniały potem i brakiem dostępu do czystej wody. Dawały człowiekowi - i nie-człowiekowi - odetchnąć pełnymi płucami, równocześnie obiecując schronienie przed niechcianymi spojrzeniami.
I tak też było za tym razem - Mild bez strachu spacerowała po miękkim mchu, gładząc dłonią porosty na korach drzew i wodząc wzrokiem wysoko w górze. Trafiła do części lasu zarośniętej ciasno młodymi, iglastymi jodłami. Choć młode, wystrzeliwały wysoko w górę zasłaniając gęstymi koronami nieboskłon, tworząc nad śpiącą ziemią szczelny koc. Tylko gdzieniegdzie ziemię cięły niczym tygrysie pręgi łuny prześwitów słonecznych. Wokół nie było ani jednej wiewiórki, ptaka, nornicy. Cisza, martwa, obrzmiała ciepłem wiosny cisza. Nie, martwa to złe słowo. Naraz Dayi wydało się, że puszysty grunt faluje biorąc wdech i wydycha powietrze szmerem wiatru. Gdzieś pod nią płuca wibrują od pomruku zadowolenia, jak u śpiącego na polanie Frelsera. Las był żywy, był jednym organizmem, a ona i wszyscy jego mieszkańcy żyjącymi z nim w symbiozie żyjątkami.
Ale nie była sama.
Niczego nie usłyszała. Cokolwiek właśnie stało za jej plecami nie wydało najdrobniejszego dźwięku. A mimo to po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz. Nie zatrzymywała się. Powoli uniosła lewą rękę do góry, ku wystającej ponad ramieniem rękojeści miecza. Reszta nastąpiła w ciągu dwóch sekund: elfka chwyciła broń i odwracając się na jednej nodze równocześnie wyszarpnęła z pochwy. Trzymając ostrze oburącz skierowała je w las w pełnej gotowości...
Śledząca ją istota nawet nie drgnęła. Nie przestraszył jej nagły ruch ani broń. Ponadto stała zdecydowanie dalej, chociaż Mild była niemal pewna, że czuła czyjś oddech na karku. Wbiła wzrok w obcego. Z tej odległości wydawał się jedynie sylwetką wśród cienkich pni. Biała, średniej wysokości postać, stojąca na dwóch nogach. Humanoidalny kształt, a jednak biła od niej dzikość. Postać przekrzywiła łeb. I nagle do uszu Dayi dotarł młodzieńczy szept, od którego włoski na karku stawały dęba:
Odłącza się od stada Owieczka
Beztrosko hasa wśród traw
Nie uratuje jej ucieczka
Wilk już trafił na jej ślad
Nad głową dziewczyny coś przemknęło wśród pni, łamiąc gałązki. Zaskoczona dziewczyna sapnęła i odruchowo spojrzała w górę. Szybko jednak skierowała wzrok z powrotem na białą sylwetkę, pamiętając wpojone jej zasady...
Istota zniknęła. W jej miejscu nie pozostał nawet ślad. Mild rozejrzała się nerwowo na boki, ale znowu była sama. Las znowu zaczął oddychać owiewając jej twarz wiatrem, mech na nowo nabrał żywych kolorów. Gdzieś rozległ się ptasi śpiew.
Elfka spróbowała uspokoić oddech. Spokojnie, pomyślała. To tylko złudzenie. Udzieliły ci się lęki po podróży. Nic nam tu nie grozi, Alt tak mówił, a on zna te lasy lepiej od ciebie. Oddychała już miarowo, spokojnie. Mimo wszystko jednak ruszyła w drogę powrotną, chcąc jak najszybciej opuścić tę martwo cichą część puszczy.
Łaziła jeszcze bez celu pół godziny, plątając się tu i ówdzie. Machała przed sobą z nudów mieczem, czasem inscenizowała w wyobraźni jakąś walkę. I gdy już przykładała się do śmiercionośnego ciosu w odsłonięty kark mantikory, dostrzegła kogoś jeszcze. Dalej lekko przewrażliwiona od razu skierowała w tamtą stronę dwuręczne ostrze, jednak szybko zrugała się w myślach gdy rozpoznała przykucniętą czarną sylwetkę. To tylko Phester.
O ile zamaskowany medyk w czarnym płaszczu z pozoru nie mógł budzić w ludziach miłych uczuć, Mild poczuła się zgoła bezpieczniej i pewniej. Ruszyła w stronę mężczyzny, ale po jednym kroku wpadła na ciekawszy pomysł. Phester wyglądał, jakby jej nie zauważył. Dziewczyna z łobuzerskim uśmiechem zakradła się do niego od tyłu, stawiając kroki bezszelestnie w miękkim poszyciu. Gdy tylko stanęła nad zajętym czymś medykiem powiedziała najgłośniej jak umiała:
- Dzień dobry Phester!
Ku jej rozczarowaniu ani drgnął.
- Nie musisz się tak drzeć, dziecko - powiedział spokojnie zamiast tego. - Jesteś mniej niż metr obok.
Mild nadęła policzki i klapnęła niezadowolona na ziemię obok niego. Przez kilka minut siedziała cicho, aż w końcu nie wytrzymała:
- Co robisz?
Phester nie odpowiadał, w skupieniu przyglądając się jakiemuś drobnemu przedmiotowi.
- Zajęty jestem - odpowiedział.
- To widzę, ale czym? - nie poddawała się dziewczyna, ciekawsko wyglądając mu przez ramię.
Phester? Wybacz Ursuś, że cię zalewam cd, ale nie miałam lepszego pomysłu kogo Mild mogłaby pomęczyć :P
Wszyscy jak widać zdążyli się już zmyć, bo jedynym śpiącym był wywalony na grzbiet Frelser. Lodowy gad zamruczał przez sen i przekręcił się zamiatając bujną trawę ogonem. Wyglądał, jakby nie spał tak dobrze od dłuższego czasu. Mild przyglądała się chwilę nałożonemu na unieruchomione skrzydło opatrunkowi. Jedynym medykiem jakiego znała był Phester, ale uczony podróżował przecież z jej grupą, a gdy pojawili się na polanie smok już był opatrzony. Ciekawe, co mu się przytrafiło. Na razie jednak nie chciała go budzić. Był taki uroczy, zupełnie inny od tych potężnych bestii, o których zdążyła się nasłuchać z opowiastek jako dziecko. Podrapała śpiącego jaszczura po brodzie (pamiętała z wczoraj, że bardzo to lubił) i z piersi przerośniętego dzieciaka wydobył się przyjemny wibrujący dźwięk zadowolenia.
Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu Viserany lub Ashlotte. Przywiązała się do tych dziewczyn. Może znalazłaby z nimi jakieś zajęcie? Niestety ani jednej ani drugiej nie mogła dostrzec. Westchnęła z braku laku ruszyła w las, szybko znikając między drzewami.
Dlaczego? Przyzwyczajenie? Jeszcze rok temu, gdy mieszkała wśród dezerterów jej nauczycielka magii pouczała ją ,,Jeśli nie masz gdzie się podziać, idź do lasu - tam zawsze jest miejsce dla takich jak my". I tak robiła. Dobrze się czuła między drzewami. Było to idealne medium dla kogoś nienawidzącego tłumów i obawiającego się otwartych przestrzeni. Porośnięte mchem pnie nie dusiły, nie zaciskały się wokół niczym szpony, nie pachniały potem i brakiem dostępu do czystej wody. Dawały człowiekowi - i nie-człowiekowi - odetchnąć pełnymi płucami, równocześnie obiecując schronienie przed niechcianymi spojrzeniami.
I tak też było za tym razem - Mild bez strachu spacerowała po miękkim mchu, gładząc dłonią porosty na korach drzew i wodząc wzrokiem wysoko w górze. Trafiła do części lasu zarośniętej ciasno młodymi, iglastymi jodłami. Choć młode, wystrzeliwały wysoko w górę zasłaniając gęstymi koronami nieboskłon, tworząc nad śpiącą ziemią szczelny koc. Tylko gdzieniegdzie ziemię cięły niczym tygrysie pręgi łuny prześwitów słonecznych. Wokół nie było ani jednej wiewiórki, ptaka, nornicy. Cisza, martwa, obrzmiała ciepłem wiosny cisza. Nie, martwa to złe słowo. Naraz Dayi wydało się, że puszysty grunt faluje biorąc wdech i wydycha powietrze szmerem wiatru. Gdzieś pod nią płuca wibrują od pomruku zadowolenia, jak u śpiącego na polanie Frelsera. Las był żywy, był jednym organizmem, a ona i wszyscy jego mieszkańcy żyjącymi z nim w symbiozie żyjątkami.
Ale nie była sama.
Niczego nie usłyszała. Cokolwiek właśnie stało za jej plecami nie wydało najdrobniejszego dźwięku. A mimo to po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz. Nie zatrzymywała się. Powoli uniosła lewą rękę do góry, ku wystającej ponad ramieniem rękojeści miecza. Reszta nastąpiła w ciągu dwóch sekund: elfka chwyciła broń i odwracając się na jednej nodze równocześnie wyszarpnęła z pochwy. Trzymając ostrze oburącz skierowała je w las w pełnej gotowości...
Śledząca ją istota nawet nie drgnęła. Nie przestraszył jej nagły ruch ani broń. Ponadto stała zdecydowanie dalej, chociaż Mild była niemal pewna, że czuła czyjś oddech na karku. Wbiła wzrok w obcego. Z tej odległości wydawał się jedynie sylwetką wśród cienkich pni. Biała, średniej wysokości postać, stojąca na dwóch nogach. Humanoidalny kształt, a jednak biła od niej dzikość. Postać przekrzywiła łeb. I nagle do uszu Dayi dotarł młodzieńczy szept, od którego włoski na karku stawały dęba:
Odłącza się od stada Owieczka
Beztrosko hasa wśród traw
Nie uratuje jej ucieczka
Wilk już trafił na jej ślad
Nad głową dziewczyny coś przemknęło wśród pni, łamiąc gałązki. Zaskoczona dziewczyna sapnęła i odruchowo spojrzała w górę. Szybko jednak skierowała wzrok z powrotem na białą sylwetkę, pamiętając wpojone jej zasady...
Istota zniknęła. W jej miejscu nie pozostał nawet ślad. Mild rozejrzała się nerwowo na boki, ale znowu była sama. Las znowu zaczął oddychać owiewając jej twarz wiatrem, mech na nowo nabrał żywych kolorów. Gdzieś rozległ się ptasi śpiew.
Elfka spróbowała uspokoić oddech. Spokojnie, pomyślała. To tylko złudzenie. Udzieliły ci się lęki po podróży. Nic nam tu nie grozi, Alt tak mówił, a on zna te lasy lepiej od ciebie. Oddychała już miarowo, spokojnie. Mimo wszystko jednak ruszyła w drogę powrotną, chcąc jak najszybciej opuścić tę martwo cichą część puszczy.
Łaziła jeszcze bez celu pół godziny, plątając się tu i ówdzie. Machała przed sobą z nudów mieczem, czasem inscenizowała w wyobraźni jakąś walkę. I gdy już przykładała się do śmiercionośnego ciosu w odsłonięty kark mantikory, dostrzegła kogoś jeszcze. Dalej lekko przewrażliwiona od razu skierowała w tamtą stronę dwuręczne ostrze, jednak szybko zrugała się w myślach gdy rozpoznała przykucniętą czarną sylwetkę. To tylko Phester.
O ile zamaskowany medyk w czarnym płaszczu z pozoru nie mógł budzić w ludziach miłych uczuć, Mild poczuła się zgoła bezpieczniej i pewniej. Ruszyła w stronę mężczyzny, ale po jednym kroku wpadła na ciekawszy pomysł. Phester wyglądał, jakby jej nie zauważył. Dziewczyna z łobuzerskim uśmiechem zakradła się do niego od tyłu, stawiając kroki bezszelestnie w miękkim poszyciu. Gdy tylko stanęła nad zajętym czymś medykiem powiedziała najgłośniej jak umiała:
- Dzień dobry Phester!
Ku jej rozczarowaniu ani drgnął.
- Nie musisz się tak drzeć, dziecko - powiedział spokojnie zamiast tego. - Jesteś mniej niż metr obok.
Mild nadęła policzki i klapnęła niezadowolona na ziemię obok niego. Przez kilka minut siedziała cicho, aż w końcu nie wytrzymała:
- Co robisz?
Phester nie odpowiadał, w skupieniu przyglądając się jakiemuś drobnemu przedmiotowi.
- Zajęty jestem - odpowiedział.
- To widzę, ale czym? - nie poddawała się dziewczyna, ciekawsko wyglądając mu przez ramię.
Phester? Wybacz Ursuś, że cię zalewam cd, ale nie miałam lepszego pomysłu kogo Mild mogłaby pomęczyć :P
niedziela, 29 maja 2016
Od Lisbeth - Dzieci lasu
Ognisko
wydało z siebie zdławiony trzask, kiedy do płomieni dorzucono kawałki
drewna, tym samym podtrzymując je przy życiu. Pomarańczowe, czerwone i
żółtawe ogniki początkowo rozbiegły się w nagłym przerażeniu, po czym
znów postanowiły kontynuować swój chaotyczny taniec. Źródło światła co
chwila wyrzucało z siebie niewielkie iskierki, które gasły w mroku nocy
tak szybko, jak się w nim pojawiły.
Na takim właśnie tle cichły kończone rozmowy i rozpoczynały się kolejne wymiany zdań, którym nie przeszkodziła ani późna pora, ani nawet pojawienie się obcego kota… a właściwie to (jak się później okazało) kotołaka, choć dziewczyna poznałaby stwora nawet, gdyby nie ujawniał kolejnej ze swych form. Wszystko dzięki tak zwanemu zmysłowi Obecności, który, o ile u ludzi nie był wykształcony, bądź był, ale na tyle słabo, że uśpione instynkty nie były w stanie odpowiednio zareagować we właściwym momencie, tak u potworów działał zawsze, choć efekty jego funkcjonowania i trafność w identyfikacji potworów zależała w dużej mierze nie tylko od genów właściciela, ale także od umiejętności i stylu życia. Lisbeth, jako jedna z Zarażonych, na dodatek posiadająca w swych żyłach krew wielu bestii, odbierała Obecność na różne sposoby. Raz zmysły dawały jej wyraźne znaki, kiedy indziej, niby bawiąc się w bajarza, opowiadającego dziewczynie zagadki, nie ujawniały niczyjej tożsamości, a jedynie dawały niejasne podpowiedzi i w dość ogólny sposób określały gatunek danego stworzenia. Aczkolwiek w przypadku Salander, rozpoznawanie potworów, niezależnie od kaprysu Obecności, ułatwiała jej jeszcze jedna rzecz. Dar, do którego podrzędne istoty nigdy nie miały dostępu. Nie miały nawet pojęcia o jego istnieniu, gdyż pomniejsze bestie z natury nie grzeszyły inteligencją. Owym darem była oczywiście wiedza, która poza magicznymi talizmanami i osikowymi kołkami, stanowiła jedyną dla ludzi broń przeciwko zagrożeniu, choć tylko pośrednio przyczyniała się do jego zdławienia. Mimo wszystko, znajomość nawet niewielkich fragmentów obszernego bestiariusza była rzeczą cenną, a przynajmniej nikomu jeszcze nie zagroziła.
-Z pijanym żeglarzem, co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- dopiero ciche nucenie piratki, majstrującej przy śpiącym, zakapturzonym mężczyźnie uświadomiło Lisbeth, że nawet nie zdążyła spostrzec, kiedy zasnęła, oparta o jedno z rozłożystych drzew, które, niczym naturalne nieprzebite mury, otaczały Hidden. Zupełnie, jakby ten nieprzebyty gąszcz zacięcie chronił wiernych mu mieszkańców, niczym własne, zagubione dzieci, które po wielu latach odnalazły powrotną drogę do domu…
Squall, najwyraźniej poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie burzowych oczu, podniosła wzrok na dziewczynę z bandanką, po czym puściła w jej stronę oczko, przykładając wyprostowany palec wskazujący do ust. Salander jeszcze tylko chwilę przyglądała się zakapturzonej dziewczynie i śpiącemu mężczyźnie, zastanawiając się, któremu z nich bardziej się dostanie. Czy ofiarą okaże się drzemiący, niczego nieświadomy chłopak, czy może jednak kobieta, kiedy to jej potencjalna ofiara obudzi się, odkrywając rano jakiemu to podłemu kawałowi padła… Aż strach było pomyśleć, które z tej dwójki odniesie większe korzyści z tej dziwnej (jak już Lisbeth zdążyła się domyśleć, przysłuchując się ich wcześniejszej rozmowie przy ognisku) znajomości.
Lis ledwie przeszła taka myśl przez głowę, a już sprawiła, że kobieta uśmiechnęła się odrobinę pod bandanką. Następnie wzruszyła ramionami, obiecując w ten sposób piratce, że nikomu nie powie o czymkolwiek, co miało tutaj zajść, ani nie zbudzi śpiącego mężczyzny. Dobiwszy takiego targu, Salander zdecydowała się ponownie wrócić do snu, szczelniej okrywając się narzuconym płaszczem.
***
Dziewczynę zbudził ze snu hałas, rozbrzmiewający gdzieś w oddali. Właściwie to dotarł do niej jeszcze zanim zdążyła się całkowicie rozbudzić, a kiedy już podniosła się z ziemi, owy dźwięk rozbrzmiewał znacznie wyraźniej. Był jednak dość… niespotykany. Nie, „niespotykany” to może złe określenie, bowiem niektórzy byli w stanie usłyszeć ten odgłos, rzadziej lub częściej, jednak z całą pewnością było to możliwe. Myślę, że określenie dźwięku słowem „dziwny” byłoby znacznie trafniejsze.
Bowiem owy hałas nie przypominał krzyku, odgłosów kroków, czy też walki. Nie było to również wzajemne nawoływanie się zwierząt, ani nic, co chociaż odrobinę mogłoby przypominać dźwięk wydawany przez jakiekolwiek żywe stworzenie. Zaraz okazało się, że owy odgłos wcale nie dobiegał z oddali, jego źródło znajdowało się bardzo blisko dziewczyny…
Dopiero kilka chwil później do Lisbeth dotarło, że była to Obecność.
Ciężko było zatem mówić o czymś tak prostym i powszechnym jak hałas. Obecność bowiem rozbrzmiewała w głowie i choć w osobliwy sposób dało się ją usłyszeć, nie była dźwiękiem. Bliżej jej było do impulsu, albo szóstego zmysłu. Potrafiła mówić i przekazywać przeróżne informacje, nie używając przy tym słów, ani wizji. Obecność, jaka rozbrzmiewała w głowie Gotki była wyraźnym ostrzeżeniem. Czymś, czego dziewczyna nie czuła od dłuższego czasu, możliwe, że nawet kilku miesięcy, jednak mimo upływu tylu tygodni na pewno nie byłaby w stanie pomylić tego odczucia z żadnym innym.
Kiedy podnosiła się z ziemi, dookoła niej panował półmrok. Rozejrzała się przelotnie, jednak to w zupełności wystarczyło, by dostrzec brak zakapturzonego mężczyzny i piratki. Gdy zdecydowała się udać w głąb lasu, dostrzegła, że wśród towarzyszy brakuje jeszcze jednego, może dwóch, jednak nie był to odpowiedni moment na zastanawianie się kto, gdzie, ani po co oddalił się od ogniska. Teraz musiała się skupić na tym, co w jej mniemaniu było najważniejsze, a więc na odgadnięciu co mówi jej Obecność, jakim językiem tym razem do niej przemawia. Skoro instynkt sugerował dziewczynie, że gdzieś czai się jakieś niebezpieczeństwo, musiała coś z tym zrobić. Całe szczęście, Lisbeth nie należała do grona osób, które najpierw robiły, a dopiero później myślały, dlatego priorytetem stało się odnalezienie istoty, przed którą została ostrzeżona. A potem… cóż, kwestia bliższej przyszłości pozostała do uzgodnienia.
Z takimi niepewnymi myślami, Gotka zagłębiła się w szumiący las, pośpiesznie zakładając na głowę stary kapelusz. Wszędzie wokół było szaro, a przynajmniej takie odczuwała wrażenie. Jedynie po ogarniających las odcieniach szarości, prześlizgujących się między poszczególnymi elementami przyrody, była w stanie stwierdzić, że miała jeszcze niecałą godzinę, nim na horyzoncie ukaże się słońce.
***
On również to czuł.
Znajdujący się niecałe dwadzieścia minut drogi od Hidden miał zamiar polować z resztą stada, jednak plan ten uniemożliwił mu zew, wdzierający się niczym złodziej do jego głowy. Wyraźnie czuł cudzą Obecność i to nie jedną, choć tylko pojedyncza zbliżała się ku niemu. Może gdyby byłoby mu bliżej do człowieka, zareagowałby zupełnie inaczej, jak również w zupełnie inny sposób odebrałby dotyk Obecności. Bowiem, podczas gdy była Łowczyni wędrowała spokojnie przez las, współpracując z Obecnością i kierując się jej wskazówkami, gdzieś dalej po ciele pewnego wilkołaka przechodziły paskudne dreszcze. Stwór, nie panując nad doznanym bólem, złapał się pazurami za owłosiony łeb, jęcząc, niemalże jak w agonii. Jemu również instynkt podpowiadał „zagrożenie”, choć w zdecydowanie bardziej brutalny i uproszczony sposób. Niestety, w ten jedyny, jaki jest w stanie zrozumieć zdziczała bestia.
Wilkołak zawył żałośnie, zwracając na siebie uwagę reszty stada. Jakaś suka podniosła się z trawy i niepewnie zbliżyła ku niemu. Przymilnie położyła mu pysk na kolanach, a jej spokojne ślepia odrobinę uspokoiły stwora, choć odczuwana przez niego Obecność znajdowała się już zdecydowanie bliżej. On zaś w przypływie szaleństwa, które co chwila to rosło, to malało w jego głowie, nie był w stanie jasno myśleć. Nie, „myśleć” nie jest w tym wypadku najlepiej dobranym słowem, gdyż, choć owa istota kiedyś była człowiekiem, teraz stała się bestią. Nie była to nawet wina ugryzienia, jakiego doznał kilkanaście lat temu, kiedy to, jeszcze jako młodzian, natknął się na potwora, którym dziś był on sam. Gdyby tylko otrzymał wtedy wsparcie… gdyby tylko nie został wypędzony z wioski, gdyby nie bał się poprosić o pomoc, gdyby w przypływie strachu nie odrzucił ludzi, gdyby tylko nie zaszył się w dziczy, pozwalając wewnętrznej bestii przejąć kontrolę nad jego ciałem i umysłem… wtedy mogłoby być inaczej. Niestety, teraz już było za późno, ta świadomość docierała do malutkiej części jego dawnego, umierającego „ja”. Rozpoznała go znacznie wcześniej, niż on rozpoznał ją, choć dzikie, żółte ślepia, ukryte wśród nieprzebytych zarośli, jako pierwsze dostrzegły dziewczynę, kiedy ta poruszała się wśród leśnych drzew. Chociaż bestia w każdej chwili była gotowa wyskoczyć z krzaków i rzucić się na ofiarę, wciąż czekała w ukryciu. Nie wiedzieć czemu, wilkołak wolał najpierw dobrze przyjrzeć się nieznajomej, nim zaatakuje w ślepej furii. Tak rozkazały mu instynkty.
Kobieta z czerwoną bandanką odwróciła się gwałtownie w kierunku
wskazanym przez Obecność, znajdując się nagle w niebezpiecznie małej
odległości od stwora. Teraz, kiedy ich spojrzenia się spotkały- ciężki
wzrok burzowych oczu i dzikie, pierwotne ślepia- dziewczyna nie miała
już żadnych wątpliwości co do tego, że istota, którą miała przed sobą
straciła wszelkie kontakty z człowieczeństwem. Na takim właśnie tle cichły kończone rozmowy i rozpoczynały się kolejne wymiany zdań, którym nie przeszkodziła ani późna pora, ani nawet pojawienie się obcego kota… a właściwie to (jak się później okazało) kotołaka, choć dziewczyna poznałaby stwora nawet, gdyby nie ujawniał kolejnej ze swych form. Wszystko dzięki tak zwanemu zmysłowi Obecności, który, o ile u ludzi nie był wykształcony, bądź był, ale na tyle słabo, że uśpione instynkty nie były w stanie odpowiednio zareagować we właściwym momencie, tak u potworów działał zawsze, choć efekty jego funkcjonowania i trafność w identyfikacji potworów zależała w dużej mierze nie tylko od genów właściciela, ale także od umiejętności i stylu życia. Lisbeth, jako jedna z Zarażonych, na dodatek posiadająca w swych żyłach krew wielu bestii, odbierała Obecność na różne sposoby. Raz zmysły dawały jej wyraźne znaki, kiedy indziej, niby bawiąc się w bajarza, opowiadającego dziewczynie zagadki, nie ujawniały niczyjej tożsamości, a jedynie dawały niejasne podpowiedzi i w dość ogólny sposób określały gatunek danego stworzenia. Aczkolwiek w przypadku Salander, rozpoznawanie potworów, niezależnie od kaprysu Obecności, ułatwiała jej jeszcze jedna rzecz. Dar, do którego podrzędne istoty nigdy nie miały dostępu. Nie miały nawet pojęcia o jego istnieniu, gdyż pomniejsze bestie z natury nie grzeszyły inteligencją. Owym darem była oczywiście wiedza, która poza magicznymi talizmanami i osikowymi kołkami, stanowiła jedyną dla ludzi broń przeciwko zagrożeniu, choć tylko pośrednio przyczyniała się do jego zdławienia. Mimo wszystko, znajomość nawet niewielkich fragmentów obszernego bestiariusza była rzeczą cenną, a przynajmniej nikomu jeszcze nie zagroziła.
-Z pijanym żeglarzem, co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- dopiero ciche nucenie piratki, majstrującej przy śpiącym, zakapturzonym mężczyźnie uświadomiło Lisbeth, że nawet nie zdążyła spostrzec, kiedy zasnęła, oparta o jedno z rozłożystych drzew, które, niczym naturalne nieprzebite mury, otaczały Hidden. Zupełnie, jakby ten nieprzebyty gąszcz zacięcie chronił wiernych mu mieszkańców, niczym własne, zagubione dzieci, które po wielu latach odnalazły powrotną drogę do domu…
Squall, najwyraźniej poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie burzowych oczu, podniosła wzrok na dziewczynę z bandanką, po czym puściła w jej stronę oczko, przykładając wyprostowany palec wskazujący do ust. Salander jeszcze tylko chwilę przyglądała się zakapturzonej dziewczynie i śpiącemu mężczyźnie, zastanawiając się, któremu z nich bardziej się dostanie. Czy ofiarą okaże się drzemiący, niczego nieświadomy chłopak, czy może jednak kobieta, kiedy to jej potencjalna ofiara obudzi się, odkrywając rano jakiemu to podłemu kawałowi padła… Aż strach było pomyśleć, które z tej dwójki odniesie większe korzyści z tej dziwnej (jak już Lisbeth zdążyła się domyśleć, przysłuchując się ich wcześniejszej rozmowie przy ognisku) znajomości.
Lis ledwie przeszła taka myśl przez głowę, a już sprawiła, że kobieta uśmiechnęła się odrobinę pod bandanką. Następnie wzruszyła ramionami, obiecując w ten sposób piratce, że nikomu nie powie o czymkolwiek, co miało tutaj zajść, ani nie zbudzi śpiącego mężczyzny. Dobiwszy takiego targu, Salander zdecydowała się ponownie wrócić do snu, szczelniej okrywając się narzuconym płaszczem.
***
Dziewczynę zbudził ze snu hałas, rozbrzmiewający gdzieś w oddali. Właściwie to dotarł do niej jeszcze zanim zdążyła się całkowicie rozbudzić, a kiedy już podniosła się z ziemi, owy dźwięk rozbrzmiewał znacznie wyraźniej. Był jednak dość… niespotykany. Nie, „niespotykany” to może złe określenie, bowiem niektórzy byli w stanie usłyszeć ten odgłos, rzadziej lub częściej, jednak z całą pewnością było to możliwe. Myślę, że określenie dźwięku słowem „dziwny” byłoby znacznie trafniejsze.
Bowiem owy hałas nie przypominał krzyku, odgłosów kroków, czy też walki. Nie było to również wzajemne nawoływanie się zwierząt, ani nic, co chociaż odrobinę mogłoby przypominać dźwięk wydawany przez jakiekolwiek żywe stworzenie. Zaraz okazało się, że owy odgłos wcale nie dobiegał z oddali, jego źródło znajdowało się bardzo blisko dziewczyny…
Dopiero kilka chwil później do Lisbeth dotarło, że była to Obecność.
Ciężko było zatem mówić o czymś tak prostym i powszechnym jak hałas. Obecność bowiem rozbrzmiewała w głowie i choć w osobliwy sposób dało się ją usłyszeć, nie była dźwiękiem. Bliżej jej było do impulsu, albo szóstego zmysłu. Potrafiła mówić i przekazywać przeróżne informacje, nie używając przy tym słów, ani wizji. Obecność, jaka rozbrzmiewała w głowie Gotki była wyraźnym ostrzeżeniem. Czymś, czego dziewczyna nie czuła od dłuższego czasu, możliwe, że nawet kilku miesięcy, jednak mimo upływu tylu tygodni na pewno nie byłaby w stanie pomylić tego odczucia z żadnym innym.
Kiedy podnosiła się z ziemi, dookoła niej panował półmrok. Rozejrzała się przelotnie, jednak to w zupełności wystarczyło, by dostrzec brak zakapturzonego mężczyzny i piratki. Gdy zdecydowała się udać w głąb lasu, dostrzegła, że wśród towarzyszy brakuje jeszcze jednego, może dwóch, jednak nie był to odpowiedni moment na zastanawianie się kto, gdzie, ani po co oddalił się od ogniska. Teraz musiała się skupić na tym, co w jej mniemaniu było najważniejsze, a więc na odgadnięciu co mówi jej Obecność, jakim językiem tym razem do niej przemawia. Skoro instynkt sugerował dziewczynie, że gdzieś czai się jakieś niebezpieczeństwo, musiała coś z tym zrobić. Całe szczęście, Lisbeth nie należała do grona osób, które najpierw robiły, a dopiero później myślały, dlatego priorytetem stało się odnalezienie istoty, przed którą została ostrzeżona. A potem… cóż, kwestia bliższej przyszłości pozostała do uzgodnienia.
Z takimi niepewnymi myślami, Gotka zagłębiła się w szumiący las, pośpiesznie zakładając na głowę stary kapelusz. Wszędzie wokół było szaro, a przynajmniej takie odczuwała wrażenie. Jedynie po ogarniających las odcieniach szarości, prześlizgujących się między poszczególnymi elementami przyrody, była w stanie stwierdzić, że miała jeszcze niecałą godzinę, nim na horyzoncie ukaże się słońce.
***
On również to czuł.
Znajdujący się niecałe dwadzieścia minut drogi od Hidden miał zamiar polować z resztą stada, jednak plan ten uniemożliwił mu zew, wdzierający się niczym złodziej do jego głowy. Wyraźnie czuł cudzą Obecność i to nie jedną, choć tylko pojedyncza zbliżała się ku niemu. Może gdyby byłoby mu bliżej do człowieka, zareagowałby zupełnie inaczej, jak również w zupełnie inny sposób odebrałby dotyk Obecności. Bowiem, podczas gdy była Łowczyni wędrowała spokojnie przez las, współpracując z Obecnością i kierując się jej wskazówkami, gdzieś dalej po ciele pewnego wilkołaka przechodziły paskudne dreszcze. Stwór, nie panując nad doznanym bólem, złapał się pazurami za owłosiony łeb, jęcząc, niemalże jak w agonii. Jemu również instynkt podpowiadał „zagrożenie”, choć w zdecydowanie bardziej brutalny i uproszczony sposób. Niestety, w ten jedyny, jaki jest w stanie zrozumieć zdziczała bestia.
Wilkołak zawył żałośnie, zwracając na siebie uwagę reszty stada. Jakaś suka podniosła się z trawy i niepewnie zbliżyła ku niemu. Przymilnie położyła mu pysk na kolanach, a jej spokojne ślepia odrobinę uspokoiły stwora, choć odczuwana przez niego Obecność znajdowała się już zdecydowanie bliżej. On zaś w przypływie szaleństwa, które co chwila to rosło, to malało w jego głowie, nie był w stanie jasno myśleć. Nie, „myśleć” nie jest w tym wypadku najlepiej dobranym słowem, gdyż, choć owa istota kiedyś była człowiekiem, teraz stała się bestią. Nie była to nawet wina ugryzienia, jakiego doznał kilkanaście lat temu, kiedy to, jeszcze jako młodzian, natknął się na potwora, którym dziś był on sam. Gdyby tylko otrzymał wtedy wsparcie… gdyby tylko nie został wypędzony z wioski, gdyby nie bał się poprosić o pomoc, gdyby w przypływie strachu nie odrzucił ludzi, gdyby tylko nie zaszył się w dziczy, pozwalając wewnętrznej bestii przejąć kontrolę nad jego ciałem i umysłem… wtedy mogłoby być inaczej. Niestety, teraz już było za późno, ta świadomość docierała do malutkiej części jego dawnego, umierającego „ja”. Rozpoznała go znacznie wcześniej, niż on rozpoznał ją, choć dzikie, żółte ślepia, ukryte wśród nieprzebytych zarośli, jako pierwsze dostrzegły dziewczynę, kiedy ta poruszała się wśród leśnych drzew. Chociaż bestia w każdej chwili była gotowa wyskoczyć z krzaków i rzucić się na ofiarę, wciąż czekała w ukryciu. Nie wiedzieć czemu, wilkołak wolał najpierw dobrze przyjrzeć się nieznajomej, nim zaatakuje w ślepej furii. Tak rozkazały mu instynkty.
Wilkołak rzucił się na nią, kiedy tylko dostrzegł błysk broni w dłoni zamaskowanej dziewczyny. Nie miał pojęcia kim była, bo chociaż w gruncie rzeczy wyglądała jak człowiek, poruszała się zdecydowanie szybciej i sprawniej. W dodatku było w niej coś równie dzikiego, choć różnica między Lisbeth a wilkołakiem była taka, że w jej przypadku owa dzikość została oswojona, dało się z nią współpracować. Ale czy dzikość rzeczywiście da się oswoić? Tego nie wiedział. Nie wiedział i nie myślał nad tym. Tak podpowiadały mu zwierzęce instynkty, a przecież one nigdy się nie myliły.
Kobieta miała wrażenie, jakby atakował ją zwykły zwierz, a nie istota, taka jak ona i wiele innych, w których towarzystwie spędziła ostatni dzień. Odskoczyła w bok, unikając ciosu potężnych kłów i pazurów, a następnie, czekając aż wilkołak znajdzie się w odpowiedniej odległości, wbiła mu ostrze głęboko pod skórę.
Bestia zawyła. Szarpała się chaotycznie, z dzikością większą od wściekłego wilka, bezskutecznie próbując oswobodzić się z uścisku broni. Gdyby to był zwykły sztylet, wilkołak wyrwałby się z dziecinną łatwością, bez problemu zdolny do zaatakowania przeciwnika. Jednak ostrze, trzymane w dłoni Gotki nie było zwykłą bronią, o nie. Rzucona na nie urok wieki temu, przez co posiadało moc cofającą Przemianę. Zostało stworzone przez pewnego Łowcę w celu pozbycia się Lisbeth, która, o ironio, stała się właścicielką owej broni, choć to już inna historia. Ważne jest jednak to, że twórca sztyletu popełnił pewien błąd, bowiem urok działał tylko na stwory, które całkowicie straciły swe człowieczeństwo. Właśnie dlatego nie zadziałałby na Lisbeth. Właśnie dlatego była w stanie użyć go przeciwko wilkołakowi.
Zwierzę zawyło po raz kolejny, jednak tym razem już nie próbowało atakować. Mówimy, że bestia „zmieniła się” w człowieka, jednak za tym jednym słowem kryje się przecież cały proces, w którym to sierść i ogon stopniowo zanikają, uszy robią się mniej szpiczaste, kły tracą wyraźny kształt trójkątów, a pazury zostają zastąpione przez ludzkie paznokcie. Mimo wszystko, stwór pozostał stworem. To, co przez tyle lat Przemiana zrobiła z nim samym, sprawiło, że po ludzkich odruchach nie pozostało już w nim ani śladu.
Podniósł się, bezskutecznie usiłując stanąć na dwóch nogach. Z szeroko rozdziawioną gębą i wywalonym na wierzch językiem, zaczął głupkowato patrzeć się przed siebie. Jego wzrok co chwila omijał Lisbeth, jednak kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, dziewczyna miała wrażenie, że z oczu wilkołaka wyziera tęsknota. Tęsknota za utraconym człowieczeństwem, a teraz również i życiem. Było to jednak tylko chwilowe, albowiem potwór znów zaczął rozglądać się tępo dookoła. Nagi i brudny cuchnął tak okropnie, że Lisbeth straciła do niego resztki współczucia. Najgorsze były jednak jego oczy- wytrzeszczone, czarne jak studnie gałki, rozbiegane na wszystkie strony znów były pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. To było już samo dno zezwierzęcenia.
- To przykre.- mruknęła do siebie, sięgając po dłuższy nóż.- Ludzie są tak zadufani w sobie, a potrafią upaść niżej niż zabłąkane kundle.
Wilkołak spojrzał się na nią. Słuchał tego, co mówiła, choć nie rozumiał już ani słowa. Zdania miały zbyt wiele sylab. Potwór nawet nie zareagował, kiedy dziewczyna zadała mu śmiertelny cios. Nie próbował się bronić, nie miał zamiaru uciekać. Jedyne co zrobił, to upadł na ziemię, a Lisbeth po chwili przestała czuć od niego nawet najsłabszą Obecność.
- To brat…- nieświadomie wypowiedziała słowa na głos, a ta myśl wydała się jej trochę przygnębiająca.- Conquiescat in pace.- dodała, lecz już nie patrzyła na martwą bestię. Oddaliła się od ciała najdalej, jak tylko było to możliwe.
Wreszcie do niej dotarło przed czym ostrzegała ją Obecność. Wilkołak zachowywał się jak dzikie zwierze i nie stanowił dla niej wielkiego zagrożenia. Owszem, gdyby nie zdziczał, mogłaby sobie z nim nie poradzić, ale pod taką postacią… stało się to, co stać się miało. Dziewczynie przeszła przez głowę myśl, że zagrożenie, o jakim mówiła jej Obecność, nie tyczyło się ani jej życia, ani życia kogokolwiek z Hidden. Ona mówiła o wilkołaku. O tym, jakie zagrożenie sam dla siebie stanowił. Czy w takim razie… rozbrzmiała w głowie Lisbeth, prosząc kobietę o pomoc i skrócenie życia bestii, która i tak już powoli umierała? To było bardzo prawdopodobne.
Pochłonięta własnymi myślami, dziewczyna nawet nie spostrzegła, kiedy to jej samotny powrót do Hidden przestał już być taki znowu „samotny”.
- Masz ręce we krwi.- usłyszała spokojny głos, rozbrzmiewający tuż obok. Jednak zamiast rozglądać się za znajomą postacią, Salander wyciągnęła z kieszeni chustkę, przykładając ją do oblepionych palców. Właściwie to zdołała jedynie wyczyścić dłonie, większym problemem stanowiły rękawy płaszcza, jednak nimi będzie mogła zająć się dopiero wtedy, gdy znajdzie jakiś strumień.
- I po kłopocie.- odparła po chwili, pokazując już czyste dłonie w stronę, z której dobiegał głos.
Ktoś chce dokończyć? Jak nadrabiamy, to nadrabiamy :P
Od Malika - Dajcie mi kawy...
Gambitowi ciężko było dzisiaj wstać. To nie kwestia wczorajszej nocy. Wszyscy późno pozasypiali, owszem. Squall przytargała sporo rumu, zgadza się. Ale słaba kondycja psychiczna i fizyczna felina nie pochodziła z niedospania. Nie powodował jej też kac, bo przecież nie pił wiele (nie ma słabości do alkoholu), a na dodatek mieszał to wszystko z kawą. Człowiek nie umie tego wyjaśnić. Malik jest po prostu kotem, a każdy kot nie jest w najlepszej formie gdy coś bezprawnie wyrwie go ze snu.
Tym razem była to Mild. Dziewczyna na wpół śpiąca nie dostrzegła leżącego w trawie brązowego ogona. Chociaż podeszwy jej butów wykonano z cienkiego materiału, a sama trzynastolatka ważyła raczej niewiele, nadepnięcie było dla pogrążonego w błogim śnie Selethena niczym uderzenie młota kowalskiego. Zerwał się z typowo kocim skowytem na nogi i zasyczał oburzony, gładząc w dłoni pokrzywdzony ogon. Zaskoczona elfka oprzytomniała niemal natychmiast.
- O rany, wybacz! - zaczęła. - Serio, niechcący!
Malik wyminął ją burcząc pod nosem zgoła nieprzyjemne rzeczy na temat nie dających mu się wyspać. Kładąc uszy po sobie i zamiatając wściekle ogonem skierował kroki w stronę domku Atlanta. Prowadziło go tam tylko jedno - kawa. Bo jak tu normalnie funkcjonować bez kubka porządnej kafey o poranku? W trzewiach Gambita zgromadziła się chęć mordu typowa każdemu uzależnionemu od smolistego napoju, zdolna do ugaszenia tylko przez to płynne złoto.
Domek od wnętrza w najlepszym stanie nie był. Nic dziwnego, że Alt zdecydował się spędzić śniadanie na zewnątrz. Teraz leonis jedynie półleżał wyciągnięty na krześle, chłonąc z przymrużonymi oczami upojny spokój kolejnego wspaniałego dnia w Hidden...
Spokój wyparował razem z pojawieniem się felina.
- Zdążyłem na kawę? - zaczął i bez zapytania przesadził barierkę werandy.
Atlant otworzył jedno oko nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Wybacz, ale zapasy kawy poszły z dymem - przypomniał Gambitowi.
Kot opadł ciężko na krzesło jakby zaraz miał zemdleć. Nagle jednak sobie o czymś przypomniał i zaczął szperać w sakiewce przy pasie.
- Ale imbryk dalej masz? - zapytał.
Leonis pokiwał głową. Malik zadowolony wyszperał z sakwy mniejszy woreczek i uniósł go dumnie przed siebie niczym Świętego Graala.
- Zgaduję, że to kawa? - parsknął śmiechem władca.
- A jakżeby inaczej? - odparł dumnie kotowaty nabierając do imbryka wody z beczki na deszczówkę. - I to nie byle jaka, bo z mojej ojczyzny.
- Chyba nie chcesz w takim razie jej rozpuszczać w deszczówce? Wodę trzeba najpierw zagotować...
- Nie ucz felina kawy robić - kotowaty rozejrzał się. W końcu odnalazł wzrokiem to czego szukał...
Frelsera.
Gad zasnął niedaleko reszty, obok nucącej Ziio. Teraz jednak leżał na grzbiecie z rozłożonym jednym skrzydłem (drugie wciąż było unieruchomione po zabiegach medycznych) i głową wykręconą pod nienaturalnym kątem, jakby chciał przez sen powąchać swoje tylne łapy, ale wolał to zrobić wyginając kręgosłup w przeciwnym kierunku. Gambit schylił się w poszukiwaniu zgniecionej przez niego pierzastej minstrelki, jednak - ku niemałej uldze - najwyraźniej zdążyła się gdzieś ewakuować zanim Frel zaczął się wiercić. Felin podszedł do leżącego do góry nogami smoczego łba i kucnął obok.
- Frel? - zaczął. Smok jedynie sapnął przez sen. - Frel! - wydarł mu się do ucha i gad zerwał się gwałtownie na nogi.
To zdecydowanie był błąd. Wystraszony gad szarpnął łbem w bok przysadzając łuskowatym policzkiem prosto w nos Malika. Chłopak padł jak długi na trawę upuszczając imbryk i chwycił się za pysk jęcząc głucho. Frelser obejrzał się w poszukiwaniu źródła dziwnego dźwięku, aż w końcu spojrzał w dół.
~ Przyjacielu, po co się wykładasz pod nogami? ~ w głowie felina rozbrzmiał zdziwiony głos smoka.
- Takie hobby - wystękał Gambit zbierając resztki godności z ziemi. Tym razem nie mógł się na nikogo wydrzeć. Jakby nie było, sam się o to prosił.
~ Nie rób mi tak więcej, proszę ~ Frel otrzepał się jak pies prostując wolne skrzydło. ~ To nieprzyjemne być wyrywanym ze snu...
- Coś o tym wiem... - kot podniósł pusty już imbryk. - Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy. Chwila moment i jesteś wolny. - gad pokiwał łbem na zgodę. - Świetnie. Daj mi minutkę, muszę się obrócić po wodę.
Alt na szczęście nie pytał dlaczego Malik napełnia naczynie ponownie. Odprowadził go jedynie pytającym spojrzeniem, na co otrzymał nieme ,,Bez komentarzy". Felin wrócił szybko do wczorajszego paleniska. Rozgrzebał je trochę, ale żar się nie utrzymał. Postawił w sczerniałych resztkach drewna napełniony blaszany imbryk, po czym poprosił Frelsera, by go podgrzał. Smok lodowy nie mógł poszczycić się wspaniałym płomieniem, jednak jego ciepły oddech był wystarczający. Po półgodzinie dumny z siebie Selethen wrócił na ganek z parującą kawą, trzymając ucho imbryka owiniętą w róg płaszcza łapą.
- No i co powiesz? - rozsiadł się zadowolony i nalał smolistego płynu do dwóch kubków.
Atlant uniósł jedną brew w podziwie dla upartego kota i pociągnął łyk. Skinął głową z uśmiechem.
- Całkiem niezła - odpowiedział. - Nigdy sobie nie odpuszczasz ani kubka, co?
- Oddajcie cezarowi co cesarskie... - Malik upił trochę i westchnął z rozkoszy. - ...a felinowi po prostu dajcie kawy.
- Ciekawy tekst. Mogę go kiedyś zacytować? - usłyszeli z góry.
Z dachu na werandę zeskoczyła brązowa harpia z lutnią zarzuconą na plecach. Typowo ptasim zwyczajem zamiast stać na ziemi przycupnęła na barierce werandy, zaciskając na drewnie orle szpony i odrobinę rozkładając zrośnięte z rękoma skrzydła. Przekrzywiła lekko głowę posyłając towarzyszom swój rozbrajający uśmiech, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Dopiero teraz felin dostrzegł, że kły minstrelki są nieco dłuższe niż u człowieka, co nadawało dziewczynie drapieżnego wyglądu.
- Dzień dobry, Ziio - przywitał się wesoło Alt. - Jak tam noc? Napijesz się z nami?
- Dziękuję, ale nie przepadam za kawą - kot mimowolnie się skrzywił słysząc tę uwagę. - A noc całkiem spokojna...tylko gdzieś nad ranem prawie przygniótł mnie kilkutonowy jaszczur. Urocze zwierzę, wije się jak szczeniaczek!
Harpia w końcu po kilku minutach wiercenia zdecydowała się usiąść na barierce bardziej po ludzku. Ściągnęła wiszące na rzęsie uparte białe piórko i zdmuchnęła je jak kosmyk włosów.
- Przyjemnie tu macie - zagaiła, po czym zaczęła stroić swoją lutnię, dzieląc swoją uwagę zarówno na instrumencie jak i rozmowie.
Atlant? Ziio? Nadrabiam te opka, Ursa :P
Tym razem była to Mild. Dziewczyna na wpół śpiąca nie dostrzegła leżącego w trawie brązowego ogona. Chociaż podeszwy jej butów wykonano z cienkiego materiału, a sama trzynastolatka ważyła raczej niewiele, nadepnięcie było dla pogrążonego w błogim śnie Selethena niczym uderzenie młota kowalskiego. Zerwał się z typowo kocim skowytem na nogi i zasyczał oburzony, gładząc w dłoni pokrzywdzony ogon. Zaskoczona elfka oprzytomniała niemal natychmiast.
- O rany, wybacz! - zaczęła. - Serio, niechcący!
Malik wyminął ją burcząc pod nosem zgoła nieprzyjemne rzeczy na temat nie dających mu się wyspać. Kładąc uszy po sobie i zamiatając wściekle ogonem skierował kroki w stronę domku Atlanta. Prowadziło go tam tylko jedno - kawa. Bo jak tu normalnie funkcjonować bez kubka porządnej kafey o poranku? W trzewiach Gambita zgromadziła się chęć mordu typowa każdemu uzależnionemu od smolistego napoju, zdolna do ugaszenia tylko przez to płynne złoto.
Domek od wnętrza w najlepszym stanie nie był. Nic dziwnego, że Alt zdecydował się spędzić śniadanie na zewnątrz. Teraz leonis jedynie półleżał wyciągnięty na krześle, chłonąc z przymrużonymi oczami upojny spokój kolejnego wspaniałego dnia w Hidden...
Spokój wyparował razem z pojawieniem się felina.
- Zdążyłem na kawę? - zaczął i bez zapytania przesadził barierkę werandy.
Atlant otworzył jedno oko nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Wybacz, ale zapasy kawy poszły z dymem - przypomniał Gambitowi.
Kot opadł ciężko na krzesło jakby zaraz miał zemdleć. Nagle jednak sobie o czymś przypomniał i zaczął szperać w sakiewce przy pasie.
- Ale imbryk dalej masz? - zapytał.
Leonis pokiwał głową. Malik zadowolony wyszperał z sakwy mniejszy woreczek i uniósł go dumnie przed siebie niczym Świętego Graala.
- Zgaduję, że to kawa? - parsknął śmiechem władca.
- A jakżeby inaczej? - odparł dumnie kotowaty nabierając do imbryka wody z beczki na deszczówkę. - I to nie byle jaka, bo z mojej ojczyzny.
- Chyba nie chcesz w takim razie jej rozpuszczać w deszczówce? Wodę trzeba najpierw zagotować...
- Nie ucz felina kawy robić - kotowaty rozejrzał się. W końcu odnalazł wzrokiem to czego szukał...
Frelsera.
Gad zasnął niedaleko reszty, obok nucącej Ziio. Teraz jednak leżał na grzbiecie z rozłożonym jednym skrzydłem (drugie wciąż było unieruchomione po zabiegach medycznych) i głową wykręconą pod nienaturalnym kątem, jakby chciał przez sen powąchać swoje tylne łapy, ale wolał to zrobić wyginając kręgosłup w przeciwnym kierunku. Gambit schylił się w poszukiwaniu zgniecionej przez niego pierzastej minstrelki, jednak - ku niemałej uldze - najwyraźniej zdążyła się gdzieś ewakuować zanim Frel zaczął się wiercić. Felin podszedł do leżącego do góry nogami smoczego łba i kucnął obok.
- Frel? - zaczął. Smok jedynie sapnął przez sen. - Frel! - wydarł mu się do ucha i gad zerwał się gwałtownie na nogi.
To zdecydowanie był błąd. Wystraszony gad szarpnął łbem w bok przysadzając łuskowatym policzkiem prosto w nos Malika. Chłopak padł jak długi na trawę upuszczając imbryk i chwycił się za pysk jęcząc głucho. Frelser obejrzał się w poszukiwaniu źródła dziwnego dźwięku, aż w końcu spojrzał w dół.
~ Przyjacielu, po co się wykładasz pod nogami? ~ w głowie felina rozbrzmiał zdziwiony głos smoka.
- Takie hobby - wystękał Gambit zbierając resztki godności z ziemi. Tym razem nie mógł się na nikogo wydrzeć. Jakby nie było, sam się o to prosił.
~ Nie rób mi tak więcej, proszę ~ Frel otrzepał się jak pies prostując wolne skrzydło. ~ To nieprzyjemne być wyrywanym ze snu...
- Coś o tym wiem... - kot podniósł pusty już imbryk. - Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy. Chwila moment i jesteś wolny. - gad pokiwał łbem na zgodę. - Świetnie. Daj mi minutkę, muszę się obrócić po wodę.
Alt na szczęście nie pytał dlaczego Malik napełnia naczynie ponownie. Odprowadził go jedynie pytającym spojrzeniem, na co otrzymał nieme ,,Bez komentarzy". Felin wrócił szybko do wczorajszego paleniska. Rozgrzebał je trochę, ale żar się nie utrzymał. Postawił w sczerniałych resztkach drewna napełniony blaszany imbryk, po czym poprosił Frelsera, by go podgrzał. Smok lodowy nie mógł poszczycić się wspaniałym płomieniem, jednak jego ciepły oddech był wystarczający. Po półgodzinie dumny z siebie Selethen wrócił na ganek z parującą kawą, trzymając ucho imbryka owiniętą w róg płaszcza łapą.
- No i co powiesz? - rozsiadł się zadowolony i nalał smolistego płynu do dwóch kubków.
Atlant uniósł jedną brew w podziwie dla upartego kota i pociągnął łyk. Skinął głową z uśmiechem.
- Całkiem niezła - odpowiedział. - Nigdy sobie nie odpuszczasz ani kubka, co?
- Oddajcie cezarowi co cesarskie... - Malik upił trochę i westchnął z rozkoszy. - ...a felinowi po prostu dajcie kawy.
- Ciekawy tekst. Mogę go kiedyś zacytować? - usłyszeli z góry.
Z dachu na werandę zeskoczyła brązowa harpia z lutnią zarzuconą na plecach. Typowo ptasim zwyczajem zamiast stać na ziemi przycupnęła na barierce werandy, zaciskając na drewnie orle szpony i odrobinę rozkładając zrośnięte z rękoma skrzydła. Przekrzywiła lekko głowę posyłając towarzyszom swój rozbrajający uśmiech, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Dopiero teraz felin dostrzegł, że kły minstrelki są nieco dłuższe niż u człowieka, co nadawało dziewczynie drapieżnego wyglądu.
- Dzień dobry, Ziio - przywitał się wesoło Alt. - Jak tam noc? Napijesz się z nami?
- Dziękuję, ale nie przepadam za kawą - kot mimowolnie się skrzywił słysząc tę uwagę. - A noc całkiem spokojna...tylko gdzieś nad ranem prawie przygniótł mnie kilkutonowy jaszczur. Urocze zwierzę, wije się jak szczeniaczek!
Harpia w końcu po kilku minutach wiercenia zdecydowała się usiąść na barierce bardziej po ludzku. Ściągnęła wiszące na rzęsie uparte białe piórko i zdmuchnęła je jak kosmyk włosów.
- Przyjemnie tu macie - zagaiła, po czym zaczęła stroić swoją lutnię, dzieląc swoją uwagę zarówno na instrumencie jak i rozmowie.
Atlant? Ziio? Nadrabiam te opka, Ursa :P
sobota, 28 maja 2016
Od Halta cd Louise
Człowieka cały czas potykają jakieś nieprzyjemności. I Halt
miał w tym zakresie spore doświadczenie. Jako podróżnik zmagał się z
wieloma problemami. Na łodzi nawet podczas spokojnych wiatrów nękają go
nudności, nie mówmy więc o tym, co się dzieje w jego żołądku podczas
sztormów. Przez całe życie zdążył poznać każdy rodzaj opadów. Grzbiet
tłukły mu lodowe kule gradu prawie co lato. Mżawki nie dawały się
wyspać. Ulewy sprawiały, że gdy już raz człowiekowi zamokły do ostatniej
nitki buty, to już się nie przejmował omijaniem kałuż tylko szedł na
wprost. Wiatry chlastały po twarzy gorzej niż wściekła kobieta otwartą
dłonią. Burze piaskowe i śnieżne wydawały się ciąć policzki na odlew i
wydrapywać oczy.
Ale przy kataklizmie pokroju Squall wszystko wydawało się blednąć.
Łucznik podciągnął się do góry i usiadł okrakiem na konarze wyliczając pod nosem najwymyślniejsze epitety. Już zanim skończyły mu się pomysły dostrzegł, że słowa po prostu nie są w stanie opisać piratki. I to zdecydowanie nie w tym dobrym sensie. Rozejrzał się w poszukiwaniu swojego łuku. Miał nadzieję, że ta małpa nie zrobiła go w konia i rzeczywiście gdzieś tu jest. Całe szczęście (trudno stwierdzić czyje - Halta czy Squall) był: wisiał na krańcu gałęzi. Halt zmrużył oczy patrząc doń podejrzliwie. Przez swoje ostatnie pasmo nieszczęść nie mógł zaufać niczemu, a zwłaszcza cienkiemu konarowi. Toteż zdecydował się nie płaszczyć jak głupek i czekać na trzask, tylko zejść niżej, gdzie drzewo mogło spokojnie wytrzymać jego ciężar. Stanął pewnie na przygiętych nogach, przeszedł metr, półtora, po czym wyciągnął rękę po swoją broń. W końcu zadowolony zsunął się po pniu na dół i ruszył drogą w stronę Hidden.
Widząc w oddali sylwetkę Squall (ich nową towarzyszkę dostrzegł nieco później) do głowy cisnęły mu się najróżniejsze pomysły na zemstę. Przyszło mu spędzić trochę czasu między korsarzami z zimnych krain północy i doświadczyć ich złośliwości. Przy tym, co ci potrafili wymyślić wybryk piratki wydawał się mało oryginalny. Ale łucznik miał swoje metody. Złotooka zaciągnęła u niego debet. Nie ma co go marnować za JEDNYM razem...
- ...to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - dotarł do niego fragment wypowiedzi Squall, gdy dogonił dziewczyny.
- A zaprowadzisz mnie do niego? - zapytała chochlikopodobna.
- Ależ oczywiście! - wtrącił się wesoło chłopak klepiąc przesadnie piratkę w plecy. - Alt na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej o jedną piątą osoby - dziewczyna poprawiła go mierząc niebieską wzrokiem. - No dobra, żartuję - uśmiechnęła się złośliwie czochrając ją pojednawczo po głowie.
Mała fuknęła, ale dumnie zniosła zniewagę. Obieżyświat przyjrzał się jej ciekawie. Czubkiem głowy ledwo przerastała psa, a mimo to chłopak odnosił wrażenie, że mieściło się w niej więcej dumy niż w jakimkolwiek napuszonym sorsińskim rycerzu. Noszona prze nią miniaturowa kopia ubioru ciężkozbrojnego żołnierza piechoty i zarzucona na ramieniu tarcza komicznie kontrastowały z porośniętą kocim meszkiem niebieską twarzyczką, dużymi oczami i typowo dziewczęcymi dwoma kucykami. Halta szczerze zastanawiało jak tak małe, z pozoru delikatne stworzonko mogło przeżyć jakąkolwiek bitwę.
- Skoro już nas skądś znasz, to może wyrównasz rachunek? - zaproponował chochlikowi.
Dziewczyna podniosła na niego różowe oczy po czym odpowiedziała dumnie.
- Louise Trzecia Andrasta Quartz.
- Łoł! Chwila! - Squall pokręciła głową.
- Co? O dwa wyrazy za dużo dla twojej szarej komórki? - rzucił łucznik.
- Kaca mam, dajcie mi trochę forów - złotooka machnęła ręką niedbale.
- Pirat z kacem? - brunet uniósł niedowierzająco brew.
- Nie bądź taki cwany - uśmiechnęła się złośliwie. - Skąd u takich małych istotek biorą się takie poważne imiona? - rzuciła do Louise.
- Takie małe istotki miewają znacznie lepiej rozwiniętą kulturę od dużych durnych istotek, które przywiązują swoich kompanów do drzew pod wpływem alkoholu - odgryzła się Quartz.
- Dobrze! Tak trzymaj! - wtrącił się Halt. - Z piratami trzeba po krasnoludzku!
- Sam lepszy nie jesteś, skoro dałeś się uwiązać pod konarem wysoko nad ziemią - niebieska zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów dając wyraz swojemu zażenowaniu.
I piratka i łucznik zdecydowali się przemilczeć fakt, że właśnie nawtykała im wyrastająca ponad kolana blondwłosa dziewczyna. Las zaczynał się już przerzedzać, odsłaniając znajomą polanę.
Squall? Teraz twoja kolej, no chyba, że chcesz nadrobić opka Altowi ;P Wybaczcie, że bez ładu i składu :<
Ale przy kataklizmie pokroju Squall wszystko wydawało się blednąć.
Łucznik podciągnął się do góry i usiadł okrakiem na konarze wyliczając pod nosem najwymyślniejsze epitety. Już zanim skończyły mu się pomysły dostrzegł, że słowa po prostu nie są w stanie opisać piratki. I to zdecydowanie nie w tym dobrym sensie. Rozejrzał się w poszukiwaniu swojego łuku. Miał nadzieję, że ta małpa nie zrobiła go w konia i rzeczywiście gdzieś tu jest. Całe szczęście (trudno stwierdzić czyje - Halta czy Squall) był: wisiał na krańcu gałęzi. Halt zmrużył oczy patrząc doń podejrzliwie. Przez swoje ostatnie pasmo nieszczęść nie mógł zaufać niczemu, a zwłaszcza cienkiemu konarowi. Toteż zdecydował się nie płaszczyć jak głupek i czekać na trzask, tylko zejść niżej, gdzie drzewo mogło spokojnie wytrzymać jego ciężar. Stanął pewnie na przygiętych nogach, przeszedł metr, półtora, po czym wyciągnął rękę po swoją broń. W końcu zadowolony zsunął się po pniu na dół i ruszył drogą w stronę Hidden.
Widząc w oddali sylwetkę Squall (ich nową towarzyszkę dostrzegł nieco później) do głowy cisnęły mu się najróżniejsze pomysły na zemstę. Przyszło mu spędzić trochę czasu między korsarzami z zimnych krain północy i doświadczyć ich złośliwości. Przy tym, co ci potrafili wymyślić wybryk piratki wydawał się mało oryginalny. Ale łucznik miał swoje metody. Złotooka zaciągnęła u niego debet. Nie ma co go marnować za JEDNYM razem...
- ...to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - dotarł do niego fragment wypowiedzi Squall, gdy dogonił dziewczyny.
- A zaprowadzisz mnie do niego? - zapytała chochlikopodobna.
- Ależ oczywiście! - wtrącił się wesoło chłopak klepiąc przesadnie piratkę w plecy. - Alt na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej o jedną piątą osoby - dziewczyna poprawiła go mierząc niebieską wzrokiem. - No dobra, żartuję - uśmiechnęła się złośliwie czochrając ją pojednawczo po głowie.
Mała fuknęła, ale dumnie zniosła zniewagę. Obieżyświat przyjrzał się jej ciekawie. Czubkiem głowy ledwo przerastała psa, a mimo to chłopak odnosił wrażenie, że mieściło się w niej więcej dumy niż w jakimkolwiek napuszonym sorsińskim rycerzu. Noszona prze nią miniaturowa kopia ubioru ciężkozbrojnego żołnierza piechoty i zarzucona na ramieniu tarcza komicznie kontrastowały z porośniętą kocim meszkiem niebieską twarzyczką, dużymi oczami i typowo dziewczęcymi dwoma kucykami. Halta szczerze zastanawiało jak tak małe, z pozoru delikatne stworzonko mogło przeżyć jakąkolwiek bitwę.
- Skoro już nas skądś znasz, to może wyrównasz rachunek? - zaproponował chochlikowi.
Dziewczyna podniosła na niego różowe oczy po czym odpowiedziała dumnie.
- Louise Trzecia Andrasta Quartz.
- Łoł! Chwila! - Squall pokręciła głową.
- Co? O dwa wyrazy za dużo dla twojej szarej komórki? - rzucił łucznik.
- Kaca mam, dajcie mi trochę forów - złotooka machnęła ręką niedbale.
- Pirat z kacem? - brunet uniósł niedowierzająco brew.
- Nie bądź taki cwany - uśmiechnęła się złośliwie. - Skąd u takich małych istotek biorą się takie poważne imiona? - rzuciła do Louise.
- Takie małe istotki miewają znacznie lepiej rozwiniętą kulturę od dużych durnych istotek, które przywiązują swoich kompanów do drzew pod wpływem alkoholu - odgryzła się Quartz.
- Dobrze! Tak trzymaj! - wtrącił się Halt. - Z piratami trzeba po krasnoludzku!
- Sam lepszy nie jesteś, skoro dałeś się uwiązać pod konarem wysoko nad ziemią - niebieska zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów dając wyraz swojemu zażenowaniu.
I piratka i łucznik zdecydowali się przemilczeć fakt, że właśnie nawtykała im wyrastająca ponad kolana blondwłosa dziewczyna. Las zaczynał się już przerzedzać, odsłaniając znajomą polanę.
Squall? Teraz twoja kolej, no chyba, że chcesz nadrobić opka Altowi ;P Wybaczcie, że bez ładu i składu :<
czwartek, 26 maja 2016
Od Viserany - Atak Zabójczych Butów
Wyobraźcie sobie, że obrywacie w łeb kamieniem. Takim dużym, zimnym,
ostrym...I teraz to co tygryski lubią najbardziej - zwiększcie to
uczucie parę razy! Fajnie, co? Otóż... nie, nie fajnie.
Tak właśnie czuję się, kiedy rano...
Spokojnie. To tylko przyzwyczajenie z dawnych czasów. Po tylu latach nadal pozostaje w stanie sprawności umysłowej, nawet po takiej dawce rumu od Squall jak to było wczoraj... A może to było dziś? Nie wiem.
Podnoszę się z ziemi otwierając ostrożnie oczy. Przeciągam się, ziewam i w końcu podnoszę tyłek z ziemi. Co prawda nieostrożnie, ale na szczęście po cichu zrzucam z siebie przyklejoną Mild. To dziecko jest jak naszywka - wszyscy myślą teraz że jesteśmy takie nierozłączne, jak rodzina. Ale w sumie...
~~Nie jest tak, Vis? Okłamujesz samą siebie - to świadczy przeciwko tobie.
~Zamknij się!
~~Jakże chętnie cię wysłucham...
Zerkam szybko na młodą elfkę... Trzeba ją jakoś porządnie nazwać. Mild to też ładnie, ale taka moja natura - wszystko nazywam po swojemu!
Ona była pierwszą istotą z tych wszystkich tutaj duszyczek...
Pahale, to znaczy Pierwsza. Pasuje i tyle.
Kopię mały patyk, pozostałość po ognisku. Nawet nie patrzę gdzie idę, po prostu... Biorę torbę i ruszam.
Na początku mam trochę przytłumione myśli, zmysły wyłączone. Potem jednak słyszę wrzaski Halta, jestem prawie pewna że to on. Wyzywa Squall, nie dziwi mnie to bardzo - uśmiecham się tylko i wyobrażam sobie co też takiego zrobiła Złotooka... A no właśnie! Trzeba ją również jakoś nazwać. Jak już zaczęłam to czemu by tak nie wszystkim nadać jakieś przydomki? Ale do tego potrzebuję odpowiedniego miejsca i pomysłów.
Postanawiam przejść jeszcze kawałek w las. Wiatr wieje dosyć mocno, ale jest to przyjemne. Liście trzeszczą pod butami, a promienie słoneczne przebijają się co jakiś czas przez korony drzew. Mrużę oczy i rozglądam się za jakimś dobrym punktem obserwacyjnym.
W końcu wdrapuję się na to cholern.e drzewo. Siadam okrakiem na grubej gałęzi, opieram się o konar zamykam oczy wzdychając głośno.
Po chwili kładę torbę na nogach i wyciągam kartkę oraz rysik. Wypisuję po kolei w słupku imiona moich towarzyszy i zagryzając wargę rozmyślam nad przydomkiem dla Squall. Dziewczyna zdecydowanie uwielbia złoto, jest piratem, nawet oczy ma złote! To sprawa prosta - zostanie Sona - Złoto.
<Pozwolicie że zrobię tutaj krótką listę waszych imion i przydomków? Uwielbiam to robić! Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę>
Mild - Pahale (Pierwsza)
Squall - Sona (Złoto)
Ashlotte - Mahila (Dama)
Lisbeth - Rahasy (Tajemnica)
Ziio - Pankh (Piórko)
Atlant - Neeche (Puszek)
Malik - Kee Topee (Zielony Kapturek)
Phester - Baaz (Jastrząb)
Fresler - Asangat (Sprzeczny)
Hanneon - Kitee (Kiciuś)
Czy kogoś pominęłam? Ach, tak... Halt. Biedaczek. Cały świat kobiet przeciw niemu, co? No dobra, pomyślmy... Co by tu...Och no taaaaaaaaak! Przypominam sobie wydarzenia które miały miejsce w ciągu pierwszych 24 godzin spędzonych z chłopakiem i pisze...
Halt - Raaja (Królewiątko)
Parskam śmiechem wyobrażając go sobie jako pięknisia w jakimś cholern.ym pałacu. Zwijam papier i chowam go razem z rysikiem do torby. Przez chwilkę obserwuję otoczenie, po czym wstaję i rozglądam się. Ohohohohoho! Ładne widoczki. Patrzcie państwo, nawet naszą polankę i ruiny chaty są widoczne. Przynajmniej wiem jak trafić. Ale coś mi tu... Śmierdzi?! Taaak, to jest ten smród którego nie znoszę - dla większości istot będzie to cudowny zapach kwiatów itp. Będąc wilkołakiem w dzień pełni i mając wspomnienia związane z tymi tu... Nie polubisz tego zapachu, oj nie.
Spoglądam w dół i prawie spadam z drzewa. Pod moimi stopami stoją obrzydliwe stwory, a mianowicie...
Śliczne, prawda? Więc czemu nazywam je brzydalami?! Otóż, te panienki doskonale wiedzą kim jestem i nie chodzi tu o moją naturę tylko o samą moją osobę. Przedstawicielki tego rodu elfów mają ze mną mocno na pieńku - kiedyś poważnie obraziłam ich królową i do tej pory próbują mnie dopaść. Teraz... mają mnie na widelcu.
- Viserany, nasza śliczna koleżanko! - odzywa się jedna z nich. - Zejdź kochanie, musimy porozmawiać...
Oj, pamiętam ją. Aż zbyt dobrze - chciała wtedy wydłubać mi oczy swoimi bucikami na szpilce (tak, elfy też takie mają). Nassey - tak ją nazywały.
- Nassey, mordeczko. Nic się nie zmieniłaś. O, i nawet masz te same buty - którymi chciałaś mnie zabić. - Zeskakuję z drzewa, lądując na zgiętych kolanach. Zakładam ręce na biodra i mierzę je wzrokiem. Sześć na jedną? Nie ładnie!
- Owszem, specjalnie wypolerowałam kiedy tylko postawiłaś swoje męskie buty na naszej ziemi! - syczy.
- Oj, a ty zawsze taka spostrzegawcza byłaś! Ha, no cóż. Pogadałyśmy, ale teraz muszę wracać... Wiesz, mam pewne sprawy do załatwienia... Zamówiłam nowe buty u szewca - czas je odebrać.
- Nie przejmuj się - oddam ci swoje!
I na prawdę rzuca we mnie butem! Zdążam się uchylić, a obcas wbija się w drzewo.
- No patrz! Że też ty w tych butach nie zostałaś w miejscu... - mruczę, po czym rzucam się do ucieczki.
Byle jak najdalej, poza zasięgiem ich butów! Święty ogniu, nie sądziłam że będę uciekać przed butami!
Od piętnastu minut biegnę, unikając szpilek, sandałów, wszelkich elfich butów. Usłyszałam, że są nasączone jakimś gazem usypiającym - Nassey wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Jak oberwę, to mnie zawleką do siebie i nigdy więcej nie zjem dobrego obiadu. A tego nie zamierzałam stracić!
Kłopot w tym, że moja rana na dłoni, którą sobie sobie rozwaliłam parę dni temu, teraz się otworzyła i wystarczyło zetknięcie z butem jednej z tych panienek i leżę trupem.
Najchętniej pobiegłabym do grupy ale nie chcę im sprowadzać Zabójczych Butów na głowy. Nie mogę też walczyć - ktokolwiek w życiu walczył z butami?!
Najbliższe miasto jest bardzo daleko, szczerze to nie mam gdzie uciekać. Dlatego po prostu biegnę i po drodze strząsam z drzew owoce, odginam gałęzie, używam wszystkiego żeby tylko spowolnić te Modnisie. Będą musiały uzupełnić szafę jak już wrócą do domu. Powoli zaczynam mieć dosyć, ręka nadal krwawi i szczypie od dotykania żywicy i innych roślin.
- Albo wydarzy się cud dla mnie albo dla tych z tyłu. Choler.a jasna, bogowie, jeśli jest w pobliżu ktoś, kto może zabrać te wariatki dalej ode mnie, niech się tu zjawi a będę mu winna przysługę. I wypełnię ją bez przekrętów. Kur*a mać, poniżona przez buty!
- Cicho bądź, próbuję się skupić Pułapko! - słyszę zza drzewa spokojny głos. Nawet nie odwracam głowy, po prostu skręcam w stronę tego głosu, wpadam za to samo drzewo i opieram się o nie, dysząc ciężko. Udało mi się trochę oddalić od Zabójczych Butów, toteż nie widziały za które drzewo wpadłam.
Kiedy wreszcie uspakajam oddech patrzę na twarz... No nieeee. Następny w kapturze! Tyle że ten kaptur znam.
- Hanneon?!
<To jak będzie Han?>
Tak właśnie czuję się, kiedy rano...
Spokojnie. To tylko przyzwyczajenie z dawnych czasów. Po tylu latach nadal pozostaje w stanie sprawności umysłowej, nawet po takiej dawce rumu od Squall jak to było wczoraj... A może to było dziś? Nie wiem.
Podnoszę się z ziemi otwierając ostrożnie oczy. Przeciągam się, ziewam i w końcu podnoszę tyłek z ziemi. Co prawda nieostrożnie, ale na szczęście po cichu zrzucam z siebie przyklejoną Mild. To dziecko jest jak naszywka - wszyscy myślą teraz że jesteśmy takie nierozłączne, jak rodzina. Ale w sumie...
~~Nie jest tak, Vis? Okłamujesz samą siebie - to świadczy przeciwko tobie.
~Zamknij się!
~~Jakże chętnie cię wysłucham...
Zerkam szybko na młodą elfkę... Trzeba ją jakoś porządnie nazwać. Mild to też ładnie, ale taka moja natura - wszystko nazywam po swojemu!
Ona była pierwszą istotą z tych wszystkich tutaj duszyczek...
Pahale, to znaczy Pierwsza. Pasuje i tyle.
Kopię mały patyk, pozostałość po ognisku. Nawet nie patrzę gdzie idę, po prostu... Biorę torbę i ruszam.
Na początku mam trochę przytłumione myśli, zmysły wyłączone. Potem jednak słyszę wrzaski Halta, jestem prawie pewna że to on. Wyzywa Squall, nie dziwi mnie to bardzo - uśmiecham się tylko i wyobrażam sobie co też takiego zrobiła Złotooka... A no właśnie! Trzeba ją również jakoś nazwać. Jak już zaczęłam to czemu by tak nie wszystkim nadać jakieś przydomki? Ale do tego potrzebuję odpowiedniego miejsca i pomysłów.
Postanawiam przejść jeszcze kawałek w las. Wiatr wieje dosyć mocno, ale jest to przyjemne. Liście trzeszczą pod butami, a promienie słoneczne przebijają się co jakiś czas przez korony drzew. Mrużę oczy i rozglądam się za jakimś dobrym punktem obserwacyjnym.
W końcu wdrapuję się na to cholern.e drzewo. Siadam okrakiem na grubej gałęzi, opieram się o konar zamykam oczy wzdychając głośno.
Po chwili kładę torbę na nogach i wyciągam kartkę oraz rysik. Wypisuję po kolei w słupku imiona moich towarzyszy i zagryzając wargę rozmyślam nad przydomkiem dla Squall. Dziewczyna zdecydowanie uwielbia złoto, jest piratem, nawet oczy ma złote! To sprawa prosta - zostanie Sona - Złoto.
<Pozwolicie że zrobię tutaj krótką listę waszych imion i przydomków? Uwielbiam to robić! Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę>
Mild - Pahale (Pierwsza)
Squall - Sona (Złoto)
Ashlotte - Mahila (Dama)
Lisbeth - Rahasy (Tajemnica)
Ziio - Pankh (Piórko)
Atlant - Neeche (Puszek)
Malik - Kee Topee (Zielony Kapturek)
Phester - Baaz (Jastrząb)
Fresler - Asangat (Sprzeczny)
Hanneon - Kitee (Kiciuś)
Czy kogoś pominęłam? Ach, tak... Halt. Biedaczek. Cały świat kobiet przeciw niemu, co? No dobra, pomyślmy... Co by tu...Och no taaaaaaaaak! Przypominam sobie wydarzenia które miały miejsce w ciągu pierwszych 24 godzin spędzonych z chłopakiem i pisze...
Halt - Raaja (Królewiątko)
Parskam śmiechem wyobrażając go sobie jako pięknisia w jakimś cholern.ym pałacu. Zwijam papier i chowam go razem z rysikiem do torby. Przez chwilkę obserwuję otoczenie, po czym wstaję i rozglądam się. Ohohohohoho! Ładne widoczki. Patrzcie państwo, nawet naszą polankę i ruiny chaty są widoczne. Przynajmniej wiem jak trafić. Ale coś mi tu... Śmierdzi?! Taaak, to jest ten smród którego nie znoszę - dla większości istot będzie to cudowny zapach kwiatów itp. Będąc wilkołakiem w dzień pełni i mając wspomnienia związane z tymi tu... Nie polubisz tego zapachu, oj nie.
Spoglądam w dół i prawie spadam z drzewa. Pod moimi stopami stoją obrzydliwe stwory, a mianowicie...
Śliczne, prawda? Więc czemu nazywam je brzydalami?! Otóż, te panienki doskonale wiedzą kim jestem i nie chodzi tu o moją naturę tylko o samą moją osobę. Przedstawicielki tego rodu elfów mają ze mną mocno na pieńku - kiedyś poważnie obraziłam ich królową i do tej pory próbują mnie dopaść. Teraz... mają mnie na widelcu.
- Viserany, nasza śliczna koleżanko! - odzywa się jedna z nich. - Zejdź kochanie, musimy porozmawiać...
Oj, pamiętam ją. Aż zbyt dobrze - chciała wtedy wydłubać mi oczy swoimi bucikami na szpilce (tak, elfy też takie mają). Nassey - tak ją nazywały.
- Nassey, mordeczko. Nic się nie zmieniłaś. O, i nawet masz te same buty - którymi chciałaś mnie zabić. - Zeskakuję z drzewa, lądując na zgiętych kolanach. Zakładam ręce na biodra i mierzę je wzrokiem. Sześć na jedną? Nie ładnie!
- Owszem, specjalnie wypolerowałam kiedy tylko postawiłaś swoje męskie buty na naszej ziemi! - syczy.
- Oj, a ty zawsze taka spostrzegawcza byłaś! Ha, no cóż. Pogadałyśmy, ale teraz muszę wracać... Wiesz, mam pewne sprawy do załatwienia... Zamówiłam nowe buty u szewca - czas je odebrać.
- Nie przejmuj się - oddam ci swoje!
I na prawdę rzuca we mnie butem! Zdążam się uchylić, a obcas wbija się w drzewo.
- No patrz! Że też ty w tych butach nie zostałaś w miejscu... - mruczę, po czym rzucam się do ucieczki.
Byle jak najdalej, poza zasięgiem ich butów! Święty ogniu, nie sądziłam że będę uciekać przed butami!
Od piętnastu minut biegnę, unikając szpilek, sandałów, wszelkich elfich butów. Usłyszałam, że są nasączone jakimś gazem usypiającym - Nassey wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Jak oberwę, to mnie zawleką do siebie i nigdy więcej nie zjem dobrego obiadu. A tego nie zamierzałam stracić!
Kłopot w tym, że moja rana na dłoni, którą sobie sobie rozwaliłam parę dni temu, teraz się otworzyła i wystarczyło zetknięcie z butem jednej z tych panienek i leżę trupem.
Najchętniej pobiegłabym do grupy ale nie chcę im sprowadzać Zabójczych Butów na głowy. Nie mogę też walczyć - ktokolwiek w życiu walczył z butami?!
Najbliższe miasto jest bardzo daleko, szczerze to nie mam gdzie uciekać. Dlatego po prostu biegnę i po drodze strząsam z drzew owoce, odginam gałęzie, używam wszystkiego żeby tylko spowolnić te Modnisie. Będą musiały uzupełnić szafę jak już wrócą do domu. Powoli zaczynam mieć dosyć, ręka nadal krwawi i szczypie od dotykania żywicy i innych roślin.
- Albo wydarzy się cud dla mnie albo dla tych z tyłu. Choler.a jasna, bogowie, jeśli jest w pobliżu ktoś, kto może zabrać te wariatki dalej ode mnie, niech się tu zjawi a będę mu winna przysługę. I wypełnię ją bez przekrętów. Kur*a mać, poniżona przez buty!
- Cicho bądź, próbuję się skupić Pułapko! - słyszę zza drzewa spokojny głos. Nawet nie odwracam głowy, po prostu skręcam w stronę tego głosu, wpadam za to samo drzewo i opieram się o nie, dysząc ciężko. Udało mi się trochę oddalić od Zabójczych Butów, toteż nie widziały za które drzewo wpadłam.
Kiedy wreszcie uspakajam oddech patrzę na twarz... No nieeee. Następny w kapturze! Tyle że ten kaptur znam.
- Hanneon?!
<To jak będzie Han?>
wtorek, 17 maja 2016
Od Louise cd Squall - Ludzie są dziwni...
Lou doskonale pamiętała swoje dzieciństwo. Zwłaszcza wieczory u
dziadków. Dziadzio zawsze palił w kominku, po czym siadał na bujanym
fotelu pykając fajkę, a obok babcia robiła na drutach, jak każda
przykładna starsza pani. I wtedy do tego ich upojnego zacisza wpadała
rozchichrana burza blond włosów z różowymi pełnymi podniecenia oczami,
nie dając już starszym Yordlom cienia szansy na cichutki wieczór.
Dziadek wtedy śmiał się czym wielkiej Hekalii, bogini rodziny zawinił,
że pokarała go wnuczętami. Aż w końcu babcia sadzała małą Lusię na
kolanach i opowiadała niesamowite historie przy słodkawo mdlącej woni
dziadkowej fajki oraz trzaskaniu ognia w kominku. Stara Recydywa miała
szeroki wachlarz opowiastek. Raz na przykład opowiadała jak to ci Wielcy
Ludzie Zachodu (tak strachliwi Yordlowie nazywali żołnierzy z Sorsiny)
pod wpływem alkoholu zaniżają się do poziomu intelektualnego górskich
trolli, wymyślając najgłupsze pomysły z możliwych. A to plują
towarzyszom do piwa, to znowu malują śpiącym męskie genitalia na twarzy,
a gdy się obudzą wmawiają im jakie to niemożliwe rzeczy wyrabiali
zeszłego wieczora. Luśka słuchała wtedy tego i nie wierzyła, jak
jakikolwiek napar może zrobić z dumnego człowieka imbecyla, albo jak w
ogóle można dać sobie zrobić cokolwiek z wymienionych przez babkę
wygłupów.
Cóż, widząc całe zajście w lesie, zdecydowanie upewniła się w fakcie, że ludzie naprawdę są imbecylami.
Zmierzyła dwójkę nieznajomych od stóp do głów. Po tym wszystkim, czego nasłuchała się w przydrożnych tawernach oraz na szlakach kupieckich, trudno było jej dopasować ich do opisów. Jednak, jakkolwiek nie byłaby zaskoczona, wszystko wskazywało na to, że niedawno jeszcze wiszący pod konarem brunet był owym niesamowitym łucznikiem, Haltem Quicksilverem, a szczerząca się dumnie kobieta postrachem mórz, Squall Repentiną.
- Powoli, bo zaboli - rzuciła do zapinającego płaszcz Obieżyświata. - Tak się kończy przysypianie w niepewnym towarzystwie.
- I to niby przypadkiem akurat ja skończyłem na drzewie? - odparł mężczyzna.
- Wybacz, ale sierściuch tak słodko spał, że aż szkoda go było ruszać - zakwiliła złośliwie.
Louise odchrząknęła głośno. Oboje spojrzeli na nią pytająco.
- Jeśli już skończyliście sobie dogryzać - zaczęła - to może ktoś mi wyjaśni co to jest to Hidden, o którym wspomniałaś i dlaczego miałabym tam nie iść?
Squall uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie, po czym teatralnie pochyliła się w pasie nad Andrastą, chociaż stojąc prosto słyszała ją przecież cąłkiem dobrze.
- A bo widzisz, tyle już tam mamy dziwadeł, że aż strach pomyśleć - powiedziała z udawanym współczuciem. - Taka mała lukrowana laleczka mogłaby nie najlepiej skończyć...
- A co? Frelser na niej usiądzie? - wtrącił złośliwie Halt. - Co najwyżej Gambit ją ogra w karty. Bardziej obawiałbym się znudzonych piratek i łamaczek kości.
- Albo chodzącej destrukcji - odgryzła się patrząc w jego stronę.
- Nie miałem NIC wspólnego z tym masztem. A ten parobek to była wina Viserany - odparł sprawdzając stan kołczanu. Nagle o czymś sobie przypomniał i spojrzał w górę. - Hej! A łuk?!
- Ojoj! Chyba o nim zapomniałam - Squall uśmiechnęła się jak niewiniątko.
Łucznik zmierzył ją morderczym spojrzeniem, po czym zaczął się wspinać. Piratka odczekała jakieś dwie sekundy i ruszyła spokojnie w las. Lou zerknęła na jedno i drugie. Co za dziwni ludzie, pomyślała doganiając Repentinę.
- Hej, a ty gdzie? - zapytała.
- Wiesz, tak się składa, ze przywiązałam do drzewa nago całkiem dobrego strzelca. Wolę nie stać na widoku, gdy odzyska łuk - odpowiedziała. - Uparłaś się, by z nami iść, co?
- Za długo was szukałam - Anda wyprostowała się unosząc dumnie głowę, by dawać nieco lepsze wrażenie. - Czyli Hidden to to małe państwo ,,dziwadeł”, o którym opowiadają?
- Opowiadają? O NAS? - Squall teatralnie wciągnęła powietrze. - Czuję się zaszczycona!
- A przyjmiecie jeszcze jednego włóczęgę? - zapytała Louise uznając poprzednią odpowiedź za potwierdzenie.
- Wiesz, to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - wzruszyła ramionami.
- A zaprowadzisz mnie do niego?
- Ależ oczywiście! - wtrącił się nagle wesoło Halt, dołączając do nich. Squall zerknęła niepewnie na łuk, ale nie dojrzała nałożonej na cięciwę strzały. - Atlant na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej jedną piątą osoby - poprawiła go Repentina jeszcze raz mierząc Louise wzrokiem z udawanym zastanowieniem. - No dobra, żartuję - dodała czochrając Yordlkę po głowie. Ta fuknęła jedynie niezadowolona, ale nic nie odpowiedziała.
Squall? Halt? Czy o razu przechodzimy do Alta? :P
Cóż, widząc całe zajście w lesie, zdecydowanie upewniła się w fakcie, że ludzie naprawdę są imbecylami.
Zmierzyła dwójkę nieznajomych od stóp do głów. Po tym wszystkim, czego nasłuchała się w przydrożnych tawernach oraz na szlakach kupieckich, trudno było jej dopasować ich do opisów. Jednak, jakkolwiek nie byłaby zaskoczona, wszystko wskazywało na to, że niedawno jeszcze wiszący pod konarem brunet był owym niesamowitym łucznikiem, Haltem Quicksilverem, a szczerząca się dumnie kobieta postrachem mórz, Squall Repentiną.
- Powoli, bo zaboli - rzuciła do zapinającego płaszcz Obieżyświata. - Tak się kończy przysypianie w niepewnym towarzystwie.
- I to niby przypadkiem akurat ja skończyłem na drzewie? - odparł mężczyzna.
- Wybacz, ale sierściuch tak słodko spał, że aż szkoda go było ruszać - zakwiliła złośliwie.
Louise odchrząknęła głośno. Oboje spojrzeli na nią pytająco.
- Jeśli już skończyliście sobie dogryzać - zaczęła - to może ktoś mi wyjaśni co to jest to Hidden, o którym wspomniałaś i dlaczego miałabym tam nie iść?
Squall uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie, po czym teatralnie pochyliła się w pasie nad Andrastą, chociaż stojąc prosto słyszała ją przecież cąłkiem dobrze.
- A bo widzisz, tyle już tam mamy dziwadeł, że aż strach pomyśleć - powiedziała z udawanym współczuciem. - Taka mała lukrowana laleczka mogłaby nie najlepiej skończyć...
- A co? Frelser na niej usiądzie? - wtrącił złośliwie Halt. - Co najwyżej Gambit ją ogra w karty. Bardziej obawiałbym się znudzonych piratek i łamaczek kości.
- Albo chodzącej destrukcji - odgryzła się patrząc w jego stronę.
- Nie miałem NIC wspólnego z tym masztem. A ten parobek to była wina Viserany - odparł sprawdzając stan kołczanu. Nagle o czymś sobie przypomniał i spojrzał w górę. - Hej! A łuk?!
- Ojoj! Chyba o nim zapomniałam - Squall uśmiechnęła się jak niewiniątko.
Łucznik zmierzył ją morderczym spojrzeniem, po czym zaczął się wspinać. Piratka odczekała jakieś dwie sekundy i ruszyła spokojnie w las. Lou zerknęła na jedno i drugie. Co za dziwni ludzie, pomyślała doganiając Repentinę.
- Hej, a ty gdzie? - zapytała.
- Wiesz, tak się składa, ze przywiązałam do drzewa nago całkiem dobrego strzelca. Wolę nie stać na widoku, gdy odzyska łuk - odpowiedziała. - Uparłaś się, by z nami iść, co?
- Za długo was szukałam - Anda wyprostowała się unosząc dumnie głowę, by dawać nieco lepsze wrażenie. - Czyli Hidden to to małe państwo ,,dziwadeł”, o którym opowiadają?
- Opowiadają? O NAS? - Squall teatralnie wciągnęła powietrze. - Czuję się zaszczycona!
- A przyjmiecie jeszcze jednego włóczęgę? - zapytała Louise uznając poprzednią odpowiedź za potwierdzenie.
- Wiesz, to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - wzruszyła ramionami.
- A zaprowadzisz mnie do niego?
- Ależ oczywiście! - wtrącił się nagle wesoło Halt, dołączając do nich. Squall zerknęła niepewnie na łuk, ale nie dojrzała nałożonej na cięciwę strzały. - Atlant na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej jedną piątą osoby - poprawiła go Repentina jeszcze raz mierząc Louise wzrokiem z udawanym zastanowieniem. - No dobra, żartuję - dodała czochrając Yordlkę po głowie. Ta fuknęła jedynie niezadowolona, ale nic nie odpowiedziała.
Squall? Halt? Czy o razu przechodzimy do Alta? :P
niedziela, 15 maja 2016
3 kwestie
Na dobra, mam ja no kilka spraw organizacyjnych :) Ale nie bójcie się, nie będę groźna, no chyba że macie coś na sumieniu :P
Sprawa pierwsza będzie tą milszą kwestią, a konkretnie chodzi mi o stanowiska, jak pewnie zauważyliście stanowiska wyższe(czerwone) są puste z wyjątkiem dwóch. Dlatego ogłaszam mały "przetarg" na te miejsca. Jak to ma wyglądać? Dość proste to będzie. Zgłaszacie mi w komentarzu którą postać widzielibyście na jedno z wolnych stanowisk i podacie powód. Nie musicie zgłaszać swoich postaci, możecie też cudze. Te które będą najlepiej za argumentowane (tak, pobawię się teraz w pana i władce błuhahaha~!) dostaną owe stanowiska, oczywiście jeśli autor postaci wyrazi takową chęć. Tak więc paluszki w ruch i czekam na komentarze!
Kolejną rzeczą jaką chciałam omówić jest playlista na której od dawna jest zaledwie jeden utwór (leniwiec pospolity ze mnie). Więc prośba do was, jeśli macie ciekawe nutki w klimacie naszego bloga przysyłajcie mi linki z yt na howrse, a obiecuje że w najbliższym czasie będziecie mogli posłuchać tych utworów :D
Ostatnia kwestia, niestety najmniej przyjemna to klasyczne dla mnie upomnienia... znów zamienię się w poganiacza i będę stała nad wami z batem pod tytułem "pisz, albo wylot". Przyznaje i bije się w pierś że sama ostatnio zaniedbałam nasze feniksy... ale są też osoby które mają swoje za uszami. I teraz trochę sobie powytykam palcami takie osoby (tak ze mną na czele... nadal kajam się za to)
Emma- Twoje ostatnie opowiadanie dostałam w grudniu... a ostatni raz współdziałałaś z innymi postaciami sierpniu... Dlatego muszę ci zagrozić usunięciem postaci jeśli to się nie zmieni.
Ashlotte- Co prawda twoja postać pojawia się w innych opowiadaniach, ale sama ostatni raz napisałaś pod koniec zeszłego roku... Więc podobnie proszę żebyś sprężyła się i też zaczęła z nami pisać nieco aktywniej.
Viserany- Też grudzień!!! Więc hop hop do pisania, bo nad wami wszystkimi wisi mój bat.
Havar- Twoja aktywność to zaledwie jedno opko w październiku... wiem, pisałaś mi, że masz problem z ową postacią dlatego jakaś informacja w tej sprawie byłaby pomocna.
Erin- Krótko i na temat: blokujesz Dheraia!
Miwertia- Nadal nie dostałam od ciebie żadnego opka...
Frelser, Mild, Malik- Nyan? Nie zapomniałaś o kimś?
Lisbeth- listopad... długo co?
Wymieniłam niemal wszystkich, wiem o tym i to mnie przeraża, dlatego gorąca prośba by coś z tym zrobić, za dwa tygodnie znów do tego usiądę i sprawdzę czy coś się zmieniło, jeśli nie... przykro mi ale będę zmuszona wyciągnąć konsekwencje (tak dla siebie też). Blog długo był w zastoju głównie z mojej winy, więc nikogo nie wywalę już dziś, bo wiem że to moja wina, ale ja teraz spinam tyłek i zabieram się za robotę kto nie zepnie razem ze mną no niestety... Dlatego moje drogie feniksy CZY DAMY RADĘ?
~Ursa
Sprawa pierwsza będzie tą milszą kwestią, a konkretnie chodzi mi o stanowiska, jak pewnie zauważyliście stanowiska wyższe(czerwone) są puste z wyjątkiem dwóch. Dlatego ogłaszam mały "przetarg" na te miejsca. Jak to ma wyglądać? Dość proste to będzie. Zgłaszacie mi w komentarzu którą postać widzielibyście na jedno z wolnych stanowisk i podacie powód. Nie musicie zgłaszać swoich postaci, możecie też cudze. Te które będą najlepiej za argumentowane (tak, pobawię się teraz w pana i władce błuhahaha~!) dostaną owe stanowiska, oczywiście jeśli autor postaci wyrazi takową chęć. Tak więc paluszki w ruch i czekam na komentarze!
Kolejną rzeczą jaką chciałam omówić jest playlista na której od dawna jest zaledwie jeden utwór (leniwiec pospolity ze mnie). Więc prośba do was, jeśli macie ciekawe nutki w klimacie naszego bloga przysyłajcie mi linki z yt na howrse, a obiecuje że w najbliższym czasie będziecie mogli posłuchać tych utworów :D
Ostatnia kwestia, niestety najmniej przyjemna to klasyczne dla mnie upomnienia... znów zamienię się w poganiacza i będę stała nad wami z batem pod tytułem "pisz, albo wylot". Przyznaje i bije się w pierś że sama ostatnio zaniedbałam nasze feniksy... ale są też osoby które mają swoje za uszami. I teraz trochę sobie powytykam palcami takie osoby (tak ze mną na czele... nadal kajam się za to)
Emma- Twoje ostatnie opowiadanie dostałam w grudniu... a ostatni raz współdziałałaś z innymi postaciami sierpniu... Dlatego muszę ci zagrozić usunięciem postaci jeśli to się nie zmieni.
Ashlotte- Co prawda twoja postać pojawia się w innych opowiadaniach, ale sama ostatni raz napisałaś pod koniec zeszłego roku... Więc podobnie proszę żebyś sprężyła się i też zaczęła z nami pisać nieco aktywniej.
Viserany- Też grudzień!!! Więc hop hop do pisania, bo nad wami wszystkimi wisi mój bat.
Havar- Twoja aktywność to zaledwie jedno opko w październiku... wiem, pisałaś mi, że masz problem z ową postacią dlatego jakaś informacja w tej sprawie byłaby pomocna.
Erin- Krótko i na temat: blokujesz Dheraia!
Miwertia- Nadal nie dostałam od ciebie żadnego opka...
Frelser, Mild, Malik- Nyan? Nie zapomniałaś o kimś?
Lisbeth- listopad... długo co?
Wymieniłam niemal wszystkich, wiem o tym i to mnie przeraża, dlatego gorąca prośba by coś z tym zrobić, za dwa tygodnie znów do tego usiądę i sprawdzę czy coś się zmieniło, jeśli nie... przykro mi ale będę zmuszona wyciągnąć konsekwencje (tak dla siebie też). Blog długo był w zastoju głównie z mojej winy, więc nikogo nie wywalę już dziś, bo wiem że to moja wina, ale ja teraz spinam tyłek i zabieram się za robotę kto nie zepnie razem ze mną no niestety... Dlatego moje drogie feniksy CZY DAMY RADĘ?
~Ursa
sobota, 14 maja 2016
Od Squall c.d. Hanneona - Z pijanym żeglarzem co zrobimy?
Chłopak jeszcze długo czuł na sobie żółte ślepia dziewczyny, co z
pewnością nie było miłym uczuciem zważywszy, że powinna stracić go z
oczu przy takich ciemnościach już na kilka metrów od polany. Tym czasem
on czół na sobie jej wzrok długo dłużej. Wzdrygnął się na ułamek sekundy
jak wskoczył w gęstsze krzaki i zniknął. Na ustach piratki zatańczył
złośliwy uśmieszek.
-Nawet nie próbuj...- Ktoś odwrócił jej uwagę od nieznajomego. -Wystarczy że nad nami się pastwisz, zostaw szczeniaka.- Halt prychnął krótko, a dziewczyna wróciła na swoje miejsce nie zmieniając wyrazu twarzy, a raczej oczu.
-Raczej kota... śmierdział sierściuchem.- Niby to mimochodem wskazała na siedzącego nieopodal Malika który prychnął teatralnie wprawiając towarzystwo w rozbawienie. Ziio zagrała pierwszy takt nowej piosenki. Tuż obok niej siedział Frelser niemal opierając się o nią z przymkniętymi oczami. Squall zaczęła się zastanawiać o jaki utwór mój poprosić ten monstrualny gad. Długo na odpowiedź nie musiała czekać, spokojna melodia bez słów spokojnie ciągnęła się między rozmowami zebranych. Dziewczyna sięgnęła po swój garnuszek z alkoholem i już miała przyłożyć do ust. Zapomniała o jednym malutkim szczególiku... miała zasłoniętą twarz. Widząc to Halt roześmiał się kpiąco, co prawda nie na długo, bo dziewczyna niby to przypadkiem kopnęła jego naczynie z którego większość trunku wylała się w trawę.
-Ups... chyba koniec picia na dziś co?- W oczach znów zabłysła iskierka wredoty.
-Na szczęście nie tylko dla mnie.- Odwzajemnił się patrząc uporczywie na kominiarkę. Dziewczyna bez słowa schyliła się, zerwała dosyć spore źdźbło trawy i włożyła je do swojego kubka. Następnie sięgnęła do cholewy buta wyciągając niewielki sztylet, po czym skierowała w swoją stronę. Chłopak zamarł na chwile nie rozumiejąc co kombinuje dziewczyna. Squall wzięła lekki zamach u ukuła się dokładnie tam gdzie za materiałem powinny być usta.
-To ty...- Odruchowo wyciągnął rękę, zaraz jednak ją cofnął. W czarnym materiale pojawiła się maleńka dziurka, tak mała że nadal nic nie było widać spod kominiarki. Dziewczyna z wyczuwalną satysfakcją przełożyła trawiastą słomkę przez usta i pociągnęła długi łyk rumu. Gdy odejmowała kubek od ust, nie mogła nie westchnąć głośno z zachwytem.
-Twoje niezdrowie.- Uniosła znacząco naczynie i napiła się jeszcze trochę.
-Uciekając z tego przeklętego statku w życiu bym nie pomyślał ze trafię znów na największą zmorę tego świata... A tu patrz! Siedzi koło mnie i spokojnie sobie popija rum.- Łucznik pokiwał głową.
-Też miałam nadzieje że chodzący pech mnie ominie a tu patrz... takie buty...
-"Chodzący pech"?!
-Gdzie się nie pojawisz tam coś zmajstrujesz: znalezienie przez strażników, przypałętanie się kota, złamanie masztu i jeszcze połamałeś nogi jakiegoś chłopa.- Dziewczyna wyliczała na palcach.
-Co? Chwila! skąd wiesz o parobku?.- Mimowolnie jego wzrok uciekł w stronę Vis i Mild, na co Squall zaniosła się gromkim śmiechem.
-A wiesz... wiatr mi wyśpiewał takie nowiny.- Puściła mu zalotne oczko, na co odpowiedział jedynie głośnym westchnięciem. Oboje byli tak pochłonięci dokuczaniem sobie nawzajem, że nawet nie spostrzegli, że zarówno melodia i ogólny gwar ustały. A jedynym co przerywało ciszę prócz strzelających iskier z ogniska było ciche, miarowe chrapanie smoka. Dogasający płomień ognika falował w rytm oddechu gada co wywołało cichy śmiech dziewczyny. Tak duże i groźne zwierze a śpiąc przypominał kociątko. Z resztą nie tylko on zdawał się odejść w krainę morfeusza, minstrelka oparta o łapę Frelsera z zaciśniętą w dłoniach lutnią. Atlant rozłożył się na jednym z pni wokoło ogniska z opuszczonym ogonem i jedną łapą niczym prawdziwy lew. Tuż obok oparte o siebie Mild i Viserany. Ashlotte siedziała nieopodal nich oparta o drzewo, a jej głowa co jakiś czas opadała na ramię, w końcu uległa i skuliła się w trawie. Podobnie jak Gambit który przejawiając swoją kocią naturę skulił się blisko ognia pomrukując cicho. Nawet Lisbeth owinęła się swoim płaszczem oparta o konar. Wszyscy oddychali miarowo i spokojnie, jak małe dzieci które po długiej zabawie zasnęły przy ciepłym kominku. Mimo że gdzieś oddali szumiał ciemny bór, a z gór można było usłyszeć wycie wilków. To każdy spał spokojnie w cieple ogniska. Tutaj nikt nie słyszał krzyków, lamentów ani szczęknięć żelaza. Jedyny ogień jaki wśród nich się znajdował dawał poczucie bezpieczeństwa i ciepło, nie strach i ból. Tutaj po prostu nie było wojny, a każdy z tych podróżnych przebył długą drogę by móc tak po prostu zasnąć w ciszy, nawet wśród innych praktycznie nieznanych włóczęgów. Jedynej osoby jakiej jej brakowało w tym towarzystwie był zamaskowany medyk. On po prostu znikł... nawet nie wiadomo jak i kiedy, ale go nie było. Ale co ją to obchodziło? Niech się szlaja jak ten kot, z którym z resztą nie skończyła, ale to innym razem. Dziewczyna chwyciła gruby kawałek drewna i dorzuciła go do ognia by do rana nie zgasł.
-Hej... Halt?- Odezwała się cicho, co było dość niecodzienne jak na nią. Gdy jednak nie uzyskała odpowiedzi obróciła głowę w stronę łucznika.
-No nie wierzę...- Prychnęła widząc jak Obierzyświat zasnął na siedząco tuż koło niej, a zajęło mu to ledwie minutę. Na ustach dziewczyny zatańczył szelmowski uśmieszek. Wstała i zniknęła w lesie odbiegając gdzieś, po pewnej chwili jedna wróciła chicho nucąc.
-Z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- Zaczęła coś majstrować przy niczego nieświadomym śpiącym. Poczuła na sobie czyjś wzrok, a konkretnie była to dziewczyna z czerwoną bandamką która najwyraźniej nie zdążyła jeszcze zasnąć do końca. Squall jedynie puściła jej oczko i przyłożyła palec do ust by była cicho. Lisbeth wzruszyła ramionami i okryła się szczelniej.
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Gdy przyjdzie raniutko...
~~***~~
Słońce wzeszło powoli, oświetlając jeszcze resztki wiosennego szronu, który z resztą nie potrzebował wiele czasu by zmienić się w kropelki wody. Pierwsze ptaki obudziły się na chwile przed słońcem, ale teraz las ożył od świergotów, ruchu zwierząt zaczynających wstawać. Zaczynał się nowy, ciepły, nieco wietrzny i całkowicie normalny dzień w Hidden... no prawie. Podczas gdy wszyscy spokojnie jeszcze drzemali, jedna osoba zaczynała się budzić. Niestety nieco dalej od reszty, a nawet o wiele dalej.
-K*RWA MAĆ!!!- Zawołał ochrypiały głos orientując się gdzie jest. -Squall ja ciebie zabije, najnormalniej świecie ZABIJE!!! Utopie jak psa! Słyszysz mnie?- Halt który właściwie był tą jedyną osobą zaszamotał się wściekle do jednak nic nie dało. Wisiał przywiązany gęsto linami całym ciałem do grubej gałęzi twarzą w dół, nad mocno zarośniętą ścieszką. Spróbował ruszyć chociaż głową, ale mógł tylko nieco obejrzeć się na boki. Po jego prawej stronie podwieszone do innej gałęzi wisiały jego broń i buty, natomiast po lewej... ubranie...
-Nie wierzę... co mnie pokarało...- Puścił pod nosem jeszcze dłuższą i bardziej mięsistą wiązankę. -Przysięgam, że ja osobiście tego demona nabije na pal...- Zazgrzytał zębami, po czym spróbował zacząć krzyczeć najgłośniej jak się da, a nóż-widelec ktoś go usłyszy. I nawet mu się udało. Poczuł na sobie czyjś wzrok, wzrok przepełniony nieskończonym zdziwieniem oraz niemym pytaniem, której jednak podaruje sobie cytować ze względu na nadmiar przekleństw. Te trzy metry pod nim stała niska, lekko niebieskawa z blond włosami dziewczyna, do złudzenia przypominająca chochlika. Nieznajoma zamrugała kilka razy.
-Emm.. słuchaj... wiem że to dziwne ale czy dałabyś radę mnie stąd ściągnąć?
-Czy...- Dziewczyna wskazała palcem na wiszące ubrania.
-Błagam, nie pytaj...- Westchnął głośno. -Lepiej żebyś nie poznała sprawcy.
-Och... a czemu to niby?- Gdzieś z góry dobiegł kobiecy głos.
-Squall? Poczekaj tylko jak ja się uwolnię...- Zagroził znów się szamocąc.
-Spokojnie, słyszałam.- Zapewniła go. Siedziała tuż nad nim, na tej samej gałęzi, tylko, że nie mógł jej zobaczyć zważywszy na swoje położenie. Dziewczyna tam właśnie też spała nie chcąc przegapić pobudki "przyjaciela".
-Zdejmij mnie stąd albo...- Nie dokończył bo Squall nie zwlekając wyjęła sztylet i przecięła liny na całej długości. Chłopak spadł dokładnie na przygotowane do tego miejsce czyli usypaną kupkę zielska i liści. Pierwszym co napotkał po wynurzeniu się z tej sterty była nadal zdziwiona mina nieznajomej. Chwilę później spadły na niego buty i ubrania. Łuk jednak został w górze.
-Mam nadzieje że ty nie do Hidden?- Piratka zeskoczyła tuż obok niebieskoskórej z szerokim, niby to miłym uśmiechem. Nie miała już na sobie ani kominiarki, ani rękawiczek, a nawet kaptura, wyglądała całkowicie normalnie. No nie licząc oczu i tego diabelskiego uśmieszku. W tym czasie Halt błyskawicznie ubrał się i sapiąc z wściekłości skoczył na dziewczynę. Ta jednak wdzięcznym ruchem uniknęła ataku. Obierzyświat jednak nie odpuszczał i podciął ją, następnie przygważdżając własnym ciałem.
-Dobra... jak by się tu zemścić...- Zaczął zastanawiać się głośno z wrednym uśmiechem.
-Eeee... czyżby Halt Quicksilver i Squall Repentina?- Zapytała nieznajoma pochylając się nieco nad skotłowanymi, co z resztą był w sumie tylko teatralnym gestem bo wzrostem nie przewyższała większego psa. Oboje na obejrzeli się na nią nieco zdziwieni.
-Tak, a c...- Nie skończył bo Squall odepchnęła go wyzwalając się z uścisku i stając na przeciw z swoim nieodłącznym wyrazem twarzy. Halt na razie stał spokojnie, ale Squall czuła że planuje on już swoją zemstę.
<Louise? Halt, mam nadzieje że mnie nie zamordujesz XD>
-Nawet nie próbuj...- Ktoś odwrócił jej uwagę od nieznajomego. -Wystarczy że nad nami się pastwisz, zostaw szczeniaka.- Halt prychnął krótko, a dziewczyna wróciła na swoje miejsce nie zmieniając wyrazu twarzy, a raczej oczu.
-Raczej kota... śmierdział sierściuchem.- Niby to mimochodem wskazała na siedzącego nieopodal Malika który prychnął teatralnie wprawiając towarzystwo w rozbawienie. Ziio zagrała pierwszy takt nowej piosenki. Tuż obok niej siedział Frelser niemal opierając się o nią z przymkniętymi oczami. Squall zaczęła się zastanawiać o jaki utwór mój poprosić ten monstrualny gad. Długo na odpowiedź nie musiała czekać, spokojna melodia bez słów spokojnie ciągnęła się między rozmowami zebranych. Dziewczyna sięgnęła po swój garnuszek z alkoholem i już miała przyłożyć do ust. Zapomniała o jednym malutkim szczególiku... miała zasłoniętą twarz. Widząc to Halt roześmiał się kpiąco, co prawda nie na długo, bo dziewczyna niby to przypadkiem kopnęła jego naczynie z którego większość trunku wylała się w trawę.
-Ups... chyba koniec picia na dziś co?- W oczach znów zabłysła iskierka wredoty.
-Na szczęście nie tylko dla mnie.- Odwzajemnił się patrząc uporczywie na kominiarkę. Dziewczyna bez słowa schyliła się, zerwała dosyć spore źdźbło trawy i włożyła je do swojego kubka. Następnie sięgnęła do cholewy buta wyciągając niewielki sztylet, po czym skierowała w swoją stronę. Chłopak zamarł na chwile nie rozumiejąc co kombinuje dziewczyna. Squall wzięła lekki zamach u ukuła się dokładnie tam gdzie za materiałem powinny być usta.
-To ty...- Odruchowo wyciągnął rękę, zaraz jednak ją cofnął. W czarnym materiale pojawiła się maleńka dziurka, tak mała że nadal nic nie było widać spod kominiarki. Dziewczyna z wyczuwalną satysfakcją przełożyła trawiastą słomkę przez usta i pociągnęła długi łyk rumu. Gdy odejmowała kubek od ust, nie mogła nie westchnąć głośno z zachwytem.
-Twoje niezdrowie.- Uniosła znacząco naczynie i napiła się jeszcze trochę.
-Uciekając z tego przeklętego statku w życiu bym nie pomyślał ze trafię znów na największą zmorę tego świata... A tu patrz! Siedzi koło mnie i spokojnie sobie popija rum.- Łucznik pokiwał głową.
-Też miałam nadzieje że chodzący pech mnie ominie a tu patrz... takie buty...
-"Chodzący pech"?!
-Gdzie się nie pojawisz tam coś zmajstrujesz: znalezienie przez strażników, przypałętanie się kota, złamanie masztu i jeszcze połamałeś nogi jakiegoś chłopa.- Dziewczyna wyliczała na palcach.
-Co? Chwila! skąd wiesz o parobku?.- Mimowolnie jego wzrok uciekł w stronę Vis i Mild, na co Squall zaniosła się gromkim śmiechem.
-A wiesz... wiatr mi wyśpiewał takie nowiny.- Puściła mu zalotne oczko, na co odpowiedział jedynie głośnym westchnięciem. Oboje byli tak pochłonięci dokuczaniem sobie nawzajem, że nawet nie spostrzegli, że zarówno melodia i ogólny gwar ustały. A jedynym co przerywało ciszę prócz strzelających iskier z ogniska było ciche, miarowe chrapanie smoka. Dogasający płomień ognika falował w rytm oddechu gada co wywołało cichy śmiech dziewczyny. Tak duże i groźne zwierze a śpiąc przypominał kociątko. Z resztą nie tylko on zdawał się odejść w krainę morfeusza, minstrelka oparta o łapę Frelsera z zaciśniętą w dłoniach lutnią. Atlant rozłożył się na jednym z pni wokoło ogniska z opuszczonym ogonem i jedną łapą niczym prawdziwy lew. Tuż obok oparte o siebie Mild i Viserany. Ashlotte siedziała nieopodal nich oparta o drzewo, a jej głowa co jakiś czas opadała na ramię, w końcu uległa i skuliła się w trawie. Podobnie jak Gambit który przejawiając swoją kocią naturę skulił się blisko ognia pomrukując cicho. Nawet Lisbeth owinęła się swoim płaszczem oparta o konar. Wszyscy oddychali miarowo i spokojnie, jak małe dzieci które po długiej zabawie zasnęły przy ciepłym kominku. Mimo że gdzieś oddali szumiał ciemny bór, a z gór można było usłyszeć wycie wilków. To każdy spał spokojnie w cieple ogniska. Tutaj nikt nie słyszał krzyków, lamentów ani szczęknięć żelaza. Jedyny ogień jaki wśród nich się znajdował dawał poczucie bezpieczeństwa i ciepło, nie strach i ból. Tutaj po prostu nie było wojny, a każdy z tych podróżnych przebył długą drogę by móc tak po prostu zasnąć w ciszy, nawet wśród innych praktycznie nieznanych włóczęgów. Jedynej osoby jakiej jej brakowało w tym towarzystwie był zamaskowany medyk. On po prostu znikł... nawet nie wiadomo jak i kiedy, ale go nie było. Ale co ją to obchodziło? Niech się szlaja jak ten kot, z którym z resztą nie skończyła, ale to innym razem. Dziewczyna chwyciła gruby kawałek drewna i dorzuciła go do ognia by do rana nie zgasł.
-Hej... Halt?- Odezwała się cicho, co było dość niecodzienne jak na nią. Gdy jednak nie uzyskała odpowiedzi obróciła głowę w stronę łucznika.
-No nie wierzę...- Prychnęła widząc jak Obierzyświat zasnął na siedząco tuż koło niej, a zajęło mu to ledwie minutę. Na ustach dziewczyny zatańczył szelmowski uśmieszek. Wstała i zniknęła w lesie odbiegając gdzieś, po pewnej chwili jedna wróciła chicho nucąc.
-Z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- Zaczęła coś majstrować przy niczego nieświadomym śpiącym. Poczuła na sobie czyjś wzrok, a konkretnie była to dziewczyna z czerwoną bandamką która najwyraźniej nie zdążyła jeszcze zasnąć do końca. Squall jedynie puściła jej oczko i przyłożyła palec do ust by była cicho. Lisbeth wzruszyła ramionami i okryła się szczelniej.
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Hej, jak się zabawimy,
Gdy przyjdzie raniutko...
~~***~~
Słońce wzeszło powoli, oświetlając jeszcze resztki wiosennego szronu, który z resztą nie potrzebował wiele czasu by zmienić się w kropelki wody. Pierwsze ptaki obudziły się na chwile przed słońcem, ale teraz las ożył od świergotów, ruchu zwierząt zaczynających wstawać. Zaczynał się nowy, ciepły, nieco wietrzny i całkowicie normalny dzień w Hidden... no prawie. Podczas gdy wszyscy spokojnie jeszcze drzemali, jedna osoba zaczynała się budzić. Niestety nieco dalej od reszty, a nawet o wiele dalej.
-K*RWA MAĆ!!!- Zawołał ochrypiały głos orientując się gdzie jest. -Squall ja ciebie zabije, najnormalniej świecie ZABIJE!!! Utopie jak psa! Słyszysz mnie?- Halt który właściwie był tą jedyną osobą zaszamotał się wściekle do jednak nic nie dało. Wisiał przywiązany gęsto linami całym ciałem do grubej gałęzi twarzą w dół, nad mocno zarośniętą ścieszką. Spróbował ruszyć chociaż głową, ale mógł tylko nieco obejrzeć się na boki. Po jego prawej stronie podwieszone do innej gałęzi wisiały jego broń i buty, natomiast po lewej... ubranie...
-Nie wierzę... co mnie pokarało...- Puścił pod nosem jeszcze dłuższą i bardziej mięsistą wiązankę. -Przysięgam, że ja osobiście tego demona nabije na pal...- Zazgrzytał zębami, po czym spróbował zacząć krzyczeć najgłośniej jak się da, a nóż-widelec ktoś go usłyszy. I nawet mu się udało. Poczuł na sobie czyjś wzrok, wzrok przepełniony nieskończonym zdziwieniem oraz niemym pytaniem, której jednak podaruje sobie cytować ze względu na nadmiar przekleństw. Te trzy metry pod nim stała niska, lekko niebieskawa z blond włosami dziewczyna, do złudzenia przypominająca chochlika. Nieznajoma zamrugała kilka razy.
-Emm.. słuchaj... wiem że to dziwne ale czy dałabyś radę mnie stąd ściągnąć?
-Czy...- Dziewczyna wskazała palcem na wiszące ubrania.
-Błagam, nie pytaj...- Westchnął głośno. -Lepiej żebyś nie poznała sprawcy.
-Och... a czemu to niby?- Gdzieś z góry dobiegł kobiecy głos.
-Squall? Poczekaj tylko jak ja się uwolnię...- Zagroził znów się szamocąc.
-Spokojnie, słyszałam.- Zapewniła go. Siedziała tuż nad nim, na tej samej gałęzi, tylko, że nie mógł jej zobaczyć zważywszy na swoje położenie. Dziewczyna tam właśnie też spała nie chcąc przegapić pobudki "przyjaciela".
-Zdejmij mnie stąd albo...- Nie dokończył bo Squall nie zwlekając wyjęła sztylet i przecięła liny na całej długości. Chłopak spadł dokładnie na przygotowane do tego miejsce czyli usypaną kupkę zielska i liści. Pierwszym co napotkał po wynurzeniu się z tej sterty była nadal zdziwiona mina nieznajomej. Chwilę później spadły na niego buty i ubrania. Łuk jednak został w górze.
-Mam nadzieje że ty nie do Hidden?- Piratka zeskoczyła tuż obok niebieskoskórej z szerokim, niby to miłym uśmiechem. Nie miała już na sobie ani kominiarki, ani rękawiczek, a nawet kaptura, wyglądała całkowicie normalnie. No nie licząc oczu i tego diabelskiego uśmieszku. W tym czasie Halt błyskawicznie ubrał się i sapiąc z wściekłości skoczył na dziewczynę. Ta jednak wdzięcznym ruchem uniknęła ataku. Obierzyświat jednak nie odpuszczał i podciął ją, następnie przygważdżając własnym ciałem.
-Dobra... jak by się tu zemścić...- Zaczął zastanawiać się głośno z wrednym uśmiechem.
-Eeee... czyżby Halt Quicksilver i Squall Repentina?- Zapytała nieznajoma pochylając się nieco nad skotłowanymi, co z resztą był w sumie tylko teatralnym gestem bo wzrostem nie przewyższała większego psa. Oboje na obejrzeli się na nią nieco zdziwieni.
-Tak, a c...- Nie skończył bo Squall odepchnęła go wyzwalając się z uścisku i stając na przeciw z swoim nieodłącznym wyrazem twarzy. Halt na razie stał spokojnie, ale Squall czuła że planuje on już swoją zemstę.
<Louise? Halt, mam nadzieje że mnie nie zamordujesz XD>
Od Hanneona cd. Atlanta - Wpadka
Nie ma miejsca na żadne gierki czy hipnotyzowanie spojrzeniem. Raz,
gorący uczynek. Dwa, sporo ludzi. Trzy, przede mną stoi władca. A ja
leżę na brzuchu na ziemi, jakby ktoś mną rzucił. A nie, przecież tak
właśnie było. I z której niby strony jestem ,,zwycięzcą"?!
- Hanneon - odpowiedziałem na pytanie i podniosłem się z ziemi, ignorując dłoń Atlanta.
Cudnie. Pierwszy raz w życiu mnie złapano! Czy ja już całkiem zapomniałem o ostrożności? Nie zamierzałem tłumaczyć im się, co robiłem, a już zwłaszcza Squall, która zbyt delikatna nie była. Zdązyłem trochę dowiedzieć się o zamieszkałych tutaj istotach i jakoś nie zyskała mojej sympatii. Chociaż... kto ją zyskał?
- Wiesz, kolego, samotnik, czy nie, złośnik, czy nie, zapraszamy do ognia.
Atlant trochę mnie zaskoczył swoim podejściem, ale w końcu on tu dowodzi, więc czemu się dziwić. Zachowanie godne władcy, który chce być blisko z poddanymi. W sumie, dobrze, że nie oczekiwał wyjaśnień, bo nie sądzę, bym zdołał ubrać to tak, żeby przy okazji nie obrócić zebranych przeciw sobie. Powiedzenie, że nie obserwowałem ich tylko tu i teraz i że wiele rzeczy widziałem oraz słyszałem raczej na dobre by mi nie wyszło, nie potrzebuję wrogów. Oczywiście fizycznie dałbym radę się obronić, ale poważnie nie chcę dalej wędrować po świecie.
Spojrzenia wszystkich osób wokół ogniska były skierowane na mnie. Niektórzy patrzyli podejrzliwie, inni, podobnie jak Atlant, z czymś w rodzaju dobroci. Każdy z zebranych był inny, wszystkich znałem z widzenia, a oni zdawali się widzieć mnie po raz pierwszy. Prawda prawdą, to bardzo możliwe, bo raczej mało kto zwraca uwagę na osoby pozostające w cieniu czy siedzące dość wysoko na drzewach. Nie przywykłem do bycia w centrum uwagi, przez co byłem trochę skrępowany i może sam przed sobą zawstydzony faktem, że Squall mnie znalazła, co wciąż do mnie nie dociera. Cały czas czułem spojrzenie jej zielonych oczu. Chyba nie zbyt podobało jej się to ułaskawienie mnie.
Otrzepałem swój płaszcz ze źdźbeł trawy i bardziej z grzeczności, niż z chęci, zdjąłem kaptur. I tak w części zsunął się podczas lotu, który mi zafundowała, a na szczęście zdążyłem wrócić do ludzkiej postaci w stu procentach. Może kły pomijając, ale z nimi niestety nie da się nic zrobić.
Skłoniłem się lekko Atlantowi, jako wyraz szacunku i podzięka za zaproszenie. Zrozumiałem sens jego słów, ale nie wiem, czy zdołam się ,,wpasować" i czy w ogóle chcę. Jesteśmy wspólną społecznością, ale jednak wątpię w swoje umiejętności integracji. Odpowiada mi tak, jak jest. Dołączenie do zebranych - nie, żebym chciał - było niezbyt na miejscu, zważywszy na okoliczności.
- Wybacz, panie, ale chyba powinienienem już wracać - powiedziałem, patrząc na Atlanta. Posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie i chyba spodziewał się podobnej odpowiedzi. - Miłej biesiady.
Skinąlem głową do zebranych, po czym odwróciłem się w stronę krzaków z których parę minut temu efektownie wyleciałem, zupełnie ignorując nieprzyjemne spojrzenie Squall. Niemal się uśmiechnąłem, wiedząc, że taki obrót spraw jej nie odpowiada.
<Squall? Albo ktoś, kto ma pomysł?>
- Hanneon - odpowiedziałem na pytanie i podniosłem się z ziemi, ignorując dłoń Atlanta.
Cudnie. Pierwszy raz w życiu mnie złapano! Czy ja już całkiem zapomniałem o ostrożności? Nie zamierzałem tłumaczyć im się, co robiłem, a już zwłaszcza Squall, która zbyt delikatna nie była. Zdązyłem trochę dowiedzieć się o zamieszkałych tutaj istotach i jakoś nie zyskała mojej sympatii. Chociaż... kto ją zyskał?
- Wiesz, kolego, samotnik, czy nie, złośnik, czy nie, zapraszamy do ognia.
Atlant trochę mnie zaskoczył swoim podejściem, ale w końcu on tu dowodzi, więc czemu się dziwić. Zachowanie godne władcy, który chce być blisko z poddanymi. W sumie, dobrze, że nie oczekiwał wyjaśnień, bo nie sądzę, bym zdołał ubrać to tak, żeby przy okazji nie obrócić zebranych przeciw sobie. Powiedzenie, że nie obserwowałem ich tylko tu i teraz i że wiele rzeczy widziałem oraz słyszałem raczej na dobre by mi nie wyszło, nie potrzebuję wrogów. Oczywiście fizycznie dałbym radę się obronić, ale poważnie nie chcę dalej wędrować po świecie.
Spojrzenia wszystkich osób wokół ogniska były skierowane na mnie. Niektórzy patrzyli podejrzliwie, inni, podobnie jak Atlant, z czymś w rodzaju dobroci. Każdy z zebranych był inny, wszystkich znałem z widzenia, a oni zdawali się widzieć mnie po raz pierwszy. Prawda prawdą, to bardzo możliwe, bo raczej mało kto zwraca uwagę na osoby pozostające w cieniu czy siedzące dość wysoko na drzewach. Nie przywykłem do bycia w centrum uwagi, przez co byłem trochę skrępowany i może sam przed sobą zawstydzony faktem, że Squall mnie znalazła, co wciąż do mnie nie dociera. Cały czas czułem spojrzenie jej zielonych oczu. Chyba nie zbyt podobało jej się to ułaskawienie mnie.
Otrzepałem swój płaszcz ze źdźbeł trawy i bardziej z grzeczności, niż z chęci, zdjąłem kaptur. I tak w części zsunął się podczas lotu, który mi zafundowała, a na szczęście zdążyłem wrócić do ludzkiej postaci w stu procentach. Może kły pomijając, ale z nimi niestety nie da się nic zrobić.
Skłoniłem się lekko Atlantowi, jako wyraz szacunku i podzięka za zaproszenie. Zrozumiałem sens jego słów, ale nie wiem, czy zdołam się ,,wpasować" i czy w ogóle chcę. Jesteśmy wspólną społecznością, ale jednak wątpię w swoje umiejętności integracji. Odpowiada mi tak, jak jest. Dołączenie do zebranych - nie, żebym chciał - było niezbyt na miejscu, zważywszy na okoliczności.
- Wybacz, panie, ale chyba powinienienem już wracać - powiedziałem, patrząc na Atlanta. Posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie i chyba spodziewał się podobnej odpowiedzi. - Miłej biesiady.
Skinąlem głową do zebranych, po czym odwróciłem się w stronę krzaków z których parę minut temu efektownie wyleciałem, zupełnie ignorując nieprzyjemne spojrzenie Squall. Niemal się uśmiechnąłem, wiedząc, że taki obrót spraw jej nie odpowiada.
<Squall? Albo ktoś, kto ma pomysł?>
piątek, 13 maja 2016
Urodziny Feniksów
Cóż urodziny w prawdzie były wczoraj, no ale... miałam taką sytuacje a nie inną więc piszę o tym dopiero teraz, mam nadzije że dzień zwłoki nikomu nie przeszkadza :P A ja sobie pomyślałam że łaśnie z tej okazji robię mały konkurs oraz event. Jeśli chodzi o konkurs to będziecie mogli wybrać swoją ulubioną postać z bloga w ankiecie po prawej --->. Natomiast o evencie powiadomię was już w ciągu najbliższych dni, mam nadzieje że to was też trochę ożywi bo choć piszemy tutaj już rok to opowiadań jest stosunkowo mało a akcja ruszyła ledwie kilka dni. Mimo to dziękuje wam że feniksy wciąż są a Hidden jeszcze nie upadło dzięki wam :D
Jeszcze raz wam wszystkim dziękuje i liczę na kolejne lata. No i wszystkiego najlepszego Feniksy~!
~Ursa
Jeszcze raz wam wszystkim dziękuje i liczę na kolejne lata. No i wszystkiego najlepszego Feniksy~!
~Ursa
Od Atlanta c.d. Ziio i Hanneona - Podglądacz
Śpiewaczka nie zdążyła nawet nabrać dobrze tchu gdy ktoś już zaczął nową pieśń. Ziio rozpoznała utwór i zanim skończył się pierwszy wers minstrelka dołączyła w śpiewie i grze do melodii.
Na szlaku przeznaczenia trwaj,
A jest nim walka.
Twój miecz nie pozna smaku rdzy,
Zalśni od krwi.
I jeszcze jedno prawo Twe,
To Niespodzianka.
Ktokolwiek się sprzeciwi jej,
Przeznaczony mu miecz.
Tej nocy nie zobaczysz gwiazd,
To łuna nad Sorsiną.
Zapłonie i ukarze świat,
Świat, który zginie.
Jak stado czarnych kruków gdzieś,
Pędzą wrogowie.
Uszedłeś ale losy Twe,
Dokonują się w Tobie.
Ty pytasz co zrobiłeś źle,
Wciąż zadajesz pytania.
Oszukać przeznaczenie chcesz,
I spotyka Cię kara.
Twój los już napisany jest,
Twe daremne starania.
Jak kamień co rzucony chce,
Gwiazdą w niebie się znaleźć.
-Jak przystało na barda.- Squall która to właśnie podsunęła nowy kawałek z uśmiechem przyjrzała się harpii. Ta zadowolona z pochwały skinęła w jej kierunku głową. Wokół ogniska znów zawrzało od rozmów. Praktycznie każdy miał coś do powiedzenia. Rozmówcy co rusz zamieniali się w parach i grupach rozpoczynając nowe tematy. Sam Alt dołączył się do rozmowy miedzy Mild i Lisbeth. Z początku był on nawet lekko zaskoczony rozmownością zamaskowanej dziewczyny. Podejrzewał że to podjęty temat tak ją zaciekawił, czyli temat istot jakie zamieszkują tutejsze rejony.
-Czyli jak? Tu w górach siedzą wszystkie potwory?- Elfka wychyliła się przez ramię drugiej dziewczyny.
-Wszystkie? Nie z pewnością nie, ale spora część.- Sprostował Leonis
-Demon, potwór czy groźne zwierze jak każdy starają się uciekać przed wojskami. No chyba że to padlinożercy jak ghule.- Wytłumaczyła Lis, widać było że zna się na rzeczy i nie umknęło to uwadze chłopaka.
-A pasmo górskie tu na skraju kontynentu jest idealnym miejscem by się ukryć.
-Czy to przypadkiem nie spraw nam problemów?
-Z pewnością trzeba mieć się na baczności, jak jednak obserwuje wszystkich tutaj, to każdy da radę sobie poradzić z ewentualnym niebezpieczeństwem. A jeśli mam być szczery to towarzystwo wilkołaków, strzyg, leszych i całej tej zgraj jest nawet na rękę.
-Na rękę? Banda jakiś potworów i dziwadeł?!- Mild aż zapiała z zdziwienia.
-Jakbyśmy sami nie byli dziwadłami.- Trafnie zauwarzyła starsza dziewczyna. Co Lakoo skomentował jedynie cichym uśmiechem, jakby potwierdzał te słowa.
-A co do potworów to pewnie że są nam pomocne, oczywiście pośrednio. Bo pomyśl tuż za tymi górami trwa wojna Arsmana, a dzięki temu że te tereny są uznawane za siedlisko wszelkiego plugastwa, jak na razie nasz szanowny król nie zbliża się do nas.- Elfka pokiwała głową rozumiejąc już co władca ma na myśli. Atlant rozejrzał się po oświetlanych ogniem postaciach. Jedyną osobą która od początku nie ruszył się z miejsca, praktycznie nie odzywał i tylko siedziała z boku nie wdając się z nikim w dyskusje był oczywiście zamaskowany medyk. Obserwował bacznie otoczenie i towarzystwo. Phester poczuł na sobie wzrok władcy i powoli wskazał palcem na scenę rozgrywającą się zaledwie parę kroków za światłem ognia. Atlant obrócił się w wskazanym kierunku, zaraz za nim zrobili to jego rozmówcy.
-Ładnie to tak skradać się i podsłuchiwać?- Zza krzaków dobiegł głos Squall, a po chwili coś z głośnym hukiem wyleciało z liści i wylądowało pod nogami wszystkich. Był to drobny, czerwonowłosy chłopak.
-Patrzcie tylko kogo znalazłam.- Zaraz za żywym pociskiem wyszła sprawczyni małego zamieszania. -Krążył tak już chyba od kilku godzin i nas obserwował.- Oświadczyła oskarżycielsko.
-Jakbyś sama była święta.- Zaśmiał się Halt. -Zostaw biedaka, już i tak samą swoją obecności niszczysz wszystkim psychikę.
-Och... nie martw się w porównaniu z tobą mój drogi ja uspakajam ludzki umysł.- Wysłała w jego kierunku jeden z najwredniejszych uśmiechów na jaki było ją stać, choć wyrażały to tylko oczy jako, iż reszta jej twarzy była zakryta, to jednak całkowicie wystarczyło.
-A wracając do naszego "podglądacza". Jak cię zwą?- Atlant wstał i wyciągnął do niego rękę by pomóc mu wstać. Nieznajomy jeszcze chwilę siedział na ziemi jakby zastanawiał się czy na pewno ma odpowiadać czy może lepiej dać nogę? Rozglądając się wokół doszedł jednak do wniosku że daleko nie ucieknie, więc może lepiej będzie poznać swoich sąsiadów.
-Hanneon.- Powiedział i wstał bez oferowanej mu pomocy.
-Chyba mamy kolejnego złośnika.- Malik posłał krótkie spojrzenie kilku innym osobą.
-Wiesz kolego, samotnik czy nie, złośnik czy nie zapraszamy do ognia.- Zaproszenie Atlanta tak na prawdę nie dotyczył konkretnie by przyszedł do nich tu i teraz, ale by starał się nie odstawać i przekonać do nich.
<Hanneon? Sorki za ścierę, ale chciałam choć trochę napisać :) >
link do całej piosenki
Na szlaku przeznaczenia trwaj,
A jest nim walka.
Twój miecz nie pozna smaku rdzy,
Zalśni od krwi.
I jeszcze jedno prawo Twe,
To Niespodzianka.
Ktokolwiek się sprzeciwi jej,
Przeznaczony mu miecz.
Tej nocy nie zobaczysz gwiazd,
To łuna nad Sorsiną.
Zapłonie i ukarze świat,
Świat, który zginie.
Jak stado czarnych kruków gdzieś,
Pędzą wrogowie.
Uszedłeś ale losy Twe,
Dokonują się w Tobie.
Ty pytasz co zrobiłeś źle,
Wciąż zadajesz pytania.
Oszukać przeznaczenie chcesz,
I spotyka Cię kara.
Twój los już napisany jest,
Twe daremne starania.
Jak kamień co rzucony chce,
Gwiazdą w niebie się znaleźć.
-Jak przystało na barda.- Squall która to właśnie podsunęła nowy kawałek z uśmiechem przyjrzała się harpii. Ta zadowolona z pochwały skinęła w jej kierunku głową. Wokół ogniska znów zawrzało od rozmów. Praktycznie każdy miał coś do powiedzenia. Rozmówcy co rusz zamieniali się w parach i grupach rozpoczynając nowe tematy. Sam Alt dołączył się do rozmowy miedzy Mild i Lisbeth. Z początku był on nawet lekko zaskoczony rozmownością zamaskowanej dziewczyny. Podejrzewał że to podjęty temat tak ją zaciekawił, czyli temat istot jakie zamieszkują tutejsze rejony.
-Czyli jak? Tu w górach siedzą wszystkie potwory?- Elfka wychyliła się przez ramię drugiej dziewczyny.
-Wszystkie? Nie z pewnością nie, ale spora część.- Sprostował Leonis
-Demon, potwór czy groźne zwierze jak każdy starają się uciekać przed wojskami. No chyba że to padlinożercy jak ghule.- Wytłumaczyła Lis, widać było że zna się na rzeczy i nie umknęło to uwadze chłopaka.
-A pasmo górskie tu na skraju kontynentu jest idealnym miejscem by się ukryć.
-Czy to przypadkiem nie spraw nam problemów?
-Z pewnością trzeba mieć się na baczności, jak jednak obserwuje wszystkich tutaj, to każdy da radę sobie poradzić z ewentualnym niebezpieczeństwem. A jeśli mam być szczery to towarzystwo wilkołaków, strzyg, leszych i całej tej zgraj jest nawet na rękę.
-Na rękę? Banda jakiś potworów i dziwadeł?!- Mild aż zapiała z zdziwienia.
-Jakbyśmy sami nie byli dziwadłami.- Trafnie zauwarzyła starsza dziewczyna. Co Lakoo skomentował jedynie cichym uśmiechem, jakby potwierdzał te słowa.
-A co do potworów to pewnie że są nam pomocne, oczywiście pośrednio. Bo pomyśl tuż za tymi górami trwa wojna Arsmana, a dzięki temu że te tereny są uznawane za siedlisko wszelkiego plugastwa, jak na razie nasz szanowny król nie zbliża się do nas.- Elfka pokiwała głową rozumiejąc już co władca ma na myśli. Atlant rozejrzał się po oświetlanych ogniem postaciach. Jedyną osobą która od początku nie ruszył się z miejsca, praktycznie nie odzywał i tylko siedziała z boku nie wdając się z nikim w dyskusje był oczywiście zamaskowany medyk. Obserwował bacznie otoczenie i towarzystwo. Phester poczuł na sobie wzrok władcy i powoli wskazał palcem na scenę rozgrywającą się zaledwie parę kroków za światłem ognia. Atlant obrócił się w wskazanym kierunku, zaraz za nim zrobili to jego rozmówcy.
-Ładnie to tak skradać się i podsłuchiwać?- Zza krzaków dobiegł głos Squall, a po chwili coś z głośnym hukiem wyleciało z liści i wylądowało pod nogami wszystkich. Był to drobny, czerwonowłosy chłopak.
-Patrzcie tylko kogo znalazłam.- Zaraz za żywym pociskiem wyszła sprawczyni małego zamieszania. -Krążył tak już chyba od kilku godzin i nas obserwował.- Oświadczyła oskarżycielsko.
-Jakbyś sama była święta.- Zaśmiał się Halt. -Zostaw biedaka, już i tak samą swoją obecności niszczysz wszystkim psychikę.
-Och... nie martw się w porównaniu z tobą mój drogi ja uspakajam ludzki umysł.- Wysłała w jego kierunku jeden z najwredniejszych uśmiechów na jaki było ją stać, choć wyrażały to tylko oczy jako, iż reszta jej twarzy była zakryta, to jednak całkowicie wystarczyło.
-A wracając do naszego "podglądacza". Jak cię zwą?- Atlant wstał i wyciągnął do niego rękę by pomóc mu wstać. Nieznajomy jeszcze chwilę siedział na ziemi jakby zastanawiał się czy na pewno ma odpowiadać czy może lepiej dać nogę? Rozglądając się wokół doszedł jednak do wniosku że daleko nie ucieknie, więc może lepiej będzie poznać swoich sąsiadów.
-Hanneon.- Powiedział i wstał bez oferowanej mu pomocy.
-Chyba mamy kolejnego złośnika.- Malik posłał krótkie spojrzenie kilku innym osobą.
-Wiesz kolego, samotnik czy nie, złośnik czy nie zapraszamy do ognia.- Zaproszenie Atlanta tak na prawdę nie dotyczył konkretnie by przyszedł do nich tu i teraz, ale by starał się nie odstawać i przekonać do nich.
<Hanneon? Sorki za ścierę, ale chciałam choć trochę napisać :) >
link do całej piosenki
wtorek, 10 maja 2016
Od Louise - Historie i obietnica
Lou
kichnęła zdmuchując kępkę siana przed sobą. Doprawdy, co jej przyszło
do głowy, by pakować się na wóz z ususzoną trawą i to jeszcze w środku
wiosny? To tak jakby alergik kupił sobie dziesięć kotów. Podrapała nos
wierzchem ukrytej w rękawicy dłoni, wyklinając pod nosem boga-zielarza,
Egannona, wywołując u prowadzącego wóz dobrodusznego staruszka salwę
śmiechu.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
Idąc po raz kolejny układała zbierane
od jakiegoś czasu fakty. Wszystkie tropy prowadziły ją jednoznacznie do
jednego miejsca: tajemniczego lasu, gdzie według wzrastających w siłę
plotek powstawało dziwne, nieoryginalne państewko stworzone z wyrzutków i
potworów. Teraz miała okazję jeszcze raz przypomnieć sobie wszystko co
słyszała o domniemanych jego obywatelach. Trochę już po kraju łaziła i
niejedno jej się o uszy obiło, a kilka z tych pogłosek wartych było
zapamiętania...
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


