Haltowi dawno nie było dane spędzać czas w towarzystwie, którego nie miał okazji z miejsca powystrzelać...no dobra, może było tu kilka ,,ewenementów", ale po co marnować strzały? Poza tym Atlant okazał się wyjątkowo gościnnym gościem i łucznik nie miał ochoty zajść mu za skórę. Gdy Squall przyniosła rum towarzystwo z miejsca poweselało. Największy entuzjazm okazał, ku jego zaskoczeniu - smok. Frelser słysząc nuty pieśni marynarskiej i prawdopodobnie już czując trunek wyprostował szyję na całą długość i utkwił wąskie gadzie źrenice w pani kapitan. Wyglądał przy tym jak pies myśliwski. Halt aż odchylił się do tyłu sprawdzić, czy zaraz z radości nie walnie ogonem w plecy Mild i Viserany. Szczęśliwie dla dziewcząt, chyba aż takich odruchów kanapowca nie miał.
Obieżyświat przyjął podany kubek, nawet nieco ufając, że piratka niczego mu tam nie dosypała. Poprzestał na jednym - wolał być w razie czego trzeźwy - i przysłuchiwał się opowieściom swoich nowych towarzyszy niedoli. Malik (Wiedziałem, że ma jakieś imię) streścił jak dostali się ze Squall do Hidden, ignorując jej docinki. Piratka natomiast opowiedziała jak wyratowała z opałów Frelsera, zupełnie nie zwracając uwagi na złośliwe uśmieszki Alta i felina, którzy - wnioskując po tym - również tam byli. Pałeczka przeszła na Frela. Gad po namowie opisał jak był zmuszony uciekać przed smokobójcami. Gdy zapadła cisza, Vis nie mogąc się powstrzymać przerwała ciszę całkiem zabawną historią, jak to Mild zniszczyła jakiejś kokietce sukienkę. Małej elfce pozostało zarumienić się ze wstydu. Po minucie jednak zrekompensowała się przypominając Viserany jak złamała nogę jakiemuś wieśniakowi. Ta dała młodej kuksańca i szybko uzupełniła, że to była wina Halta. Phester westchnął, po czym mruknął coś w stylu ,,No i się zaczęło". Łucznik ze złośliwym uśmiechem rzucił jedynie, że nie przypisuje sobie żadnych zasług, a w owym ,,przedsięwzięciu" był jedynie pomocnikiem. Rozpętał przy tym trwającą następne dwadzieścia minut wojnę na argumenty.
Gdy oboje w końcu się znudzili, reszta już dawno skupiała się na ciekawszych zajęciach. Mild gadała z Frelserem, wyraźnie nim zaintrygowana. Haltowi obiła się o uszy czyjaś wzmianka o sytuacji na północy i już chciał się wtrącić, gdy nagle coś zwróciło jego uwagę. Właściwie nawet nie ,,coś". Po prostu nagle coś w głowie podpowiedziało mu, że powinien się mieć na baczności. Ktoś się zbliżał. Łucznik zaufał instynktowi. Nie chcąc niepotrzebnie przerywać innym rzucił niedbale, że musi się przewietrzyć, po czym wziął do ręki łuk. Lisbeth jako jedyna zwróciła na ten fakt większą uwagę.
- ,,Przewietrzyć"? - rzuciła niedowierzająco i kiwnęła głową w stronę broni.
- Przezorny jest zawsze ubezpieczony - odparł z uśmiechem Halt. - Poza tym słyszałaś Atlanta - w pobliżu poniekąd jest całkiem sporo ,,nieciekawych stworzeń".
- A ich szczególne skupisko odnotowano na pewnej opuszczonej polanie - dodała z przekąsem. Mężczyzna nie był pewny, czy w jej oczach zobaczył błysk wesołości, czy tylko mu się zdawało.
Gdy tylko zagłębił się nieco w las porzucił pozory spokoju. Wyjął z kołczanu strzałę i nałożył ją na nienaciągniętą cięciwę, idąc przed siebie wolno. Stawiał kroki z już wrodzoną ostrożnością. Omijał suche, szeleszczące liście oraz nadłamane gałązki, całkowicie skupiony na otoczeniu. Nie był nawet w stanie określić ile czasu minęło - każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Ale wokół panowała upiorna cisza, przez którą Halt nawet obawiał się wziąć głębszy oddech. Las milczał.
Łucznik ostatni raz omiótł skąpane w świetle księżyca pnie drzew. Chyba mi odbija, pomyślał. Był tego już niemal pewny, gdy nagle coś zaszeleściło na lewo od niego. W jednym płynnym ruchu poderwał łuk, naciągnął cięciwę po rąbek ust i wypuścił strzałę w koronę drzew. Nie trafił - poinformował go o tym głuchy stuk wbijającej się w pień strzały...oraz zaskoczony, kobiecy okrzyk.
- Patrz gdzie strzelasz, barani łbie! - wyrwało się nieznajomej. Właścicielka głosu chyba jednak zrozumiała, że zrobiła coś wyjątkowo głupiego, bo szybko ucichła.
Halt stał w tym samym miejscu, mierząc w liście. Nie speszył go fakt, że strzelił do kobiety. Doświadczenie minionych dni nauczyło go jednego - ładna buzia czy uwodzicielski głos to jedynie przykrywki dla podłego charakteru.
- Złaź na dół - powiedział spokojnie.
Nieznajoma wahała się moment zanim zdecydowała się zeskoczyć z drzewa. Gdy już to zrobiła, łucznika ogarnęło niemałe zaskoczenie. Jakieś dwa metry od niego stała najprawdziwsza harpia, tego był pewien. Ptasie szpony zamiast stóp, brązowe pióra, rozłożyste skrzydła zrośnięte z rękoma i biały czub zamiast włosów. Dziewczyna jednak zdecydowanie nie była typową harpią. Miała twarz młodej kobiety, a nie wiedźmy. Poza tym, gdyby była typową przedstawicielką swojej rasy, odpowiedziałaby na posłany w jej stronę strzał czymś zdecydowanie bardziej nieprzyjemnym niż nazwanie ,,baranim łbem". Mężczyźnie rzuciła się w oczy także przewieszona na plecach lutnia z jasnego drewna.
- Dobrze, jestem na ziemi - powiedziała melodyjnie harpia. - Możesz już chyba opuścić łuk, nie sądzisz? To trochę...krępujące, mieć wycelowaną w pierś strzałę.
- Od kiedy w okolicy mieszkają harpie? - zapytał Halt, nie obniżając łuku. - Z tego co słyszałem pełno tu jakiegoś dziadostwa, ale o harpiach ani słowa.
- Bo nie mieszkają w Sorsinie dobre trzy wieki? - odpowiedziała nieznajoma jakby mówiła coś oczywistego.
- W takim razie co tu robisz?
- Zwiedzam.
- Las?
- Wiesz, mogłabym cię zapytać o to samo.
Łucznik prychnął uśmiechając się lekko. Zdjął strzałę z cięciwy.
- Niech ci będzie - powiedział. - Wnioskuję, że również trafiłaś tu cudownym zrządzeniem losu uciekając przed wojskami?
- ,,Również"? - zainteresowała się. - Czyli jest tu więcej uciekinierów?
- Całkiem spora gromadka - Obieżyświat machnął ręką w kierunku, z którego tu przyszedł. - Chyba moim obowiązkiem jako nowo mianowanego obywatela tego skrawka lasów jest zaprowadzenie cię do reszty. Pani pozwoli?
Harpia uśmiechnęła się i ruszyła za nim. Przez chwilę panowała cisza.
- A tak w ogóle to z kim mam przyjemność? - zapytała nagle dziewczyna.
- Z tego co pamiętam to prędzej tobie wypada się przedstawić, biorąc pod uwagę fakt, że jestem uzbrojony, a ty nieproszonym gościem - zauważył mężczyzna.
- A savoir vivre? - sparowała z lekką wesołością. - Jeszcze wczoraj to mężczyźnie wypadało się przedstawić pierwszemu...zwłaszcza , jeśli wcześniej nieopatrznie strzelił w stronę damy.
- Cwana jesteś - łucznik już zaczynał ją lubić. - Halt, do usług. A ty?
- Kaniehtí:io Neomë'thakkí.
Halt bezskutecznie próbował kilka razy powtórzyć skomplikowane imię harpii, ale szybko się poddał.
- A jakaś krótsza wersja? - rzucił z nadzieją.
- Ziio - odparła teraz już wyraźnie rozbawiona kobieta.
W końcu las ustąpił miejsca znajomej polanie z dalej płonącym ogniskiem i zadowolonym towarzystwem. Squall widząc wychodzącego spomiędzy drzew łucznika już otworzyła usta, by rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale urwała gdy zauważyła harpię. Zresztą nie tylko ona - wszyscy nagle ucichli zaskoczeni.
- Panie, panowie i inne gady! - zaanonsował teatralnie Obieżyświat, przy ostatnich słowach rzucając wymowne spojrzenie w stronę co poniektórych, dając im do zrozumienia, że to nie Frelsera miał na myśli. - Oto panna Ziio we własnej osobie!
Ziio? Ktoś inny? Skombinowałam muzykę! x3
poniedziałek, 15 lutego 2016
czwartek, 11 lutego 2016
Od Ziio - Wielkie wyjście
- Bis! Bis! - rozległy się wesołe wołania.
Ziio uśmiechnęła się promiennie. Tak fantastycznej publiczności nie miała od kilku lat. Stuletnia wojna może się skończyła, pozostawiła jednak w Sorsinie głęboką, niezabliźnioną jeszcze szramę. Podczas gdy żołnierze mogli sobie pozwalać na wszystko co chcieli, ludność dalej żyła w przestrachu, że ich dom spłonie następnej nocy. Co za tym idzie, do obcych odnosili się niemal z wrogością. A gdy jakiś przyjezdny jest na dodatek potworem?
Cóż, naszej harpii w żadnym wypadku potworem nazwać się nie da. Ani to z wyglądu (bo przecież mimo piór, skrzydeł i ptasich łap jest całkiem ładną osobą), a tym bardziej z jej charakteru. Jednak ,,nieludzie”, jak się tego wieczoru przekonała, dalej w wielu zakamarkach kraju robią niemałą sensację. Całe szczęście ludzie wymęczeni stanem powojennym gdy usłyszeli, że dziewczyna jest minstrelem, pozwolili jej zostać na jeden utwór. Wesoła piosenka zrobiła swoje - zaciekawiła, zasiała ziarenko błogości. A gdy harpia rzekła z teatralnym westchnieniem, że zrobiła swoje i czas jej iść, widownia aż zbyt wylewnie zaprotestowała prosząc o jeszcze jeden występ. Ziio szybko więc wróciła na swoje miejsce i śpiewała dalej.
Tak oto docieramy do chwili obecnej. Kyra siedząc na belce pod stropem tuż pod szklanym świetlikiem stroiła lutnię, a na dole wyczekująco patrzyli na nią uśmiechnięci ludzie.
- Cóż jeszcze mogę zaśpiewać? - zawołała z udawanym oburzeniem. - Cały repertuar mi zużyjecie!
- Nie daj się prosić! - odparł raźnie jeden z siedzących pod ścianą weteranów wojskowych.
- Właśnie! - poparli go naraz wszyscy.
Harpia skrzywiła się teatralnie. Po chwili jednak na powrót się uśmiechnęła.
- Niech wam będzie! Jak się bawić, to do rana! - zakrzyknęła i cała karczma zatrzęsła się od popierających ten pomysł okrzyków.
Zarzuciła nogę na nogę, oparła na udzie lutnię i zamyśliła się chwilę. Niewiele kłamała z tym repertuarem - gdy przybyła do zajazdu dopiero zaczynało zmierzchać, a obecnie już chyba zbliżała się północ. Noc była młoda, a jej kończyły się piosenki. Po jakiejś minucie podjęła w końcu spokojną, rytmiczną, aczkolwiek nieco nostalgiczną melodię na niskich tonach. Wieśniacy zamilkli wsłuchani w skupieniu, wpatrzeni w drgające struny i zręczne palce dziewczyny. Melodia ciągnęła się dobre dwie minuty, zanim Ziio zaczęła śpiewać:
Nie, już nie pamiętam
Co zniosło tu nas.
Czy był to wiatr psotny?
Czy płynący czas?
Cóż znowu chce patrzeć
Na łzy tych rozstań?
Co znów chce nas zmusić
Do ckliwych wyznań?
Nie, już nie chcę wiedzieć
Co...
W tym momencie trzasnęły głośno drzwi, wytrącając zupełnie Kyrę z rytmu. Już miała rzucić jakąś kąśliwą uwagę w stronę gbura, który jej tak chamsko przerywa, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Do karczmy wparowało pięciu strażników miejskich. Zamarła. Nie miała pojęcia jak tutejsza władza odnosi się w temacie nieludzi i ich obecności w miejscach publicznych. Po minie komendanta wyczytała jedynie, że czekają ją kłopoty.
- Nie ruszać się! - zakomenderował mędrkowatym tonem.
- Ależ ja się wcale nie ruszam, panie władzo - powiedziała spokojnie Ziio.
Strażnik podniósł głowę do góry. Najwyraźniej nie zauważył jej już w wejściu.
- O co chodzi? - zapytała harpia, gdy milczenie przeciągnęło się niezręcznie dla najwyraźniej początkującego dowódcy.
- Jest pani aresztowana! - zaczął przypominając sobie swoją rolę.
- Ale za co? - szczerze zdziwiła się Kyra. Niby znała już odpowiedź, ale niemniej dalej zaskoczyła ją. Do tej pory jeszcze nie spotkała się z takim przejawem braku tolerancji wobec rasy.
- Za zakłócanie spokoju!
- Proszę pana - wtrącił się cierpliwie starszy oberżysta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu. - Panna Ziio jest minstrelem. Z tego co pamiętam żyją oni właśnie z zakłócania ciszy nocnej.
- Co przepra...? Nie! Nie o ciszę nocną tu chodzi mości gospodarzu - strażnik potrząsnął głową.
- To o co? - przerwała mu lekko już zirytowana harpia.
Człowiek popatrzył na nią jakby go właśnie śmiertelnie obraziła.
- No słucham - wzruszyła ramionami. - Jeśli się mnie ktoś boi, to może opuścić lokal. Nikogo tu przymusem nie trzymam. Aczkolwiek nie widzę żadnego powodu do strachu.
- Słuchaj no, ty...
- Harpio?
- ...potworze! Masz się zaraz wynieść z tego miasta, bo inaczej...
Ziio zeskoczyła z belki, lądując tuż przed chuderlawym mężczyzną, który wzdrygnął się i odskoczył. Przewiesiła swój instrument na plecach za umocowany do gryfu pasek i wyprostowała się dumnie, zaplatając ręce na piersi.
- Bo inaczej co? - powtórzyła pytająco.
- Ha! Grozisz mi! - komendant jakby zadowolony sięgnął ku rękojeści miecza.
- Co przepraszam? - harpia zamrugała kilka razy.
- Nikt nie będzie groził przedstawicielowi prawa!
Wyszarpnął - dość nieumiejętnie - miecz i skierował go w stronę Kyry. Dziewczyna cofnęła się przed ostrzem. Wielu wieśniaków widząc, że szykuje się burda, ruszyło w stronę drzwi. Harpia obejrzała się na boki szukając jakiejś drogi ucieczki. Nie miała zamiaru się z nikim pojedynkować. Gdyby teraz choćby drasnęła komendanta lub któregoś z jego ludzi, niewątpliwie przyznałaby w ten sposób rację nazwaniu jej ,,potworem”, nawet jeśli by się jedynie broniła. Podłapała spojrzenie gospodarza karczmy. Mężczyzna stał przy umocowanym na ścianie kołowrotku z dźwignią i owiniętą wokół liną. Kiwnął głową w górę. Dziewczyna podążyła za idącą po stropie liną...sięgała do świetlika. Natychmiast zrozumiała o co chodzi i skinęła głową z podziękowaniem. Starszy mężczyzna uśmiechnął się i zakręcił dźwignią. Klapa w świetliku uchyliła się ze skrzypnięciem. Strażnicy spojrzeli w górę odruchowo. Harpia wykorzystała moment nieuwagi. Odbiła się od ziemi i pomagając machnięciem skrzydeł wylądowała z powrotem na belce stropowej. Posłała strażnikom ironicznego buziaka, po czym wzbiła się w powietrze i wyleciała przez świetlik.
Ziio uśmiechnęła się promiennie. Tak fantastycznej publiczności nie miała od kilku lat. Stuletnia wojna może się skończyła, pozostawiła jednak w Sorsinie głęboką, niezabliźnioną jeszcze szramę. Podczas gdy żołnierze mogli sobie pozwalać na wszystko co chcieli, ludność dalej żyła w przestrachu, że ich dom spłonie następnej nocy. Co za tym idzie, do obcych odnosili się niemal z wrogością. A gdy jakiś przyjezdny jest na dodatek potworem?
Cóż, naszej harpii w żadnym wypadku potworem nazwać się nie da. Ani to z wyglądu (bo przecież mimo piór, skrzydeł i ptasich łap jest całkiem ładną osobą), a tym bardziej z jej charakteru. Jednak ,,nieludzie”, jak się tego wieczoru przekonała, dalej w wielu zakamarkach kraju robią niemałą sensację. Całe szczęście ludzie wymęczeni stanem powojennym gdy usłyszeli, że dziewczyna jest minstrelem, pozwolili jej zostać na jeden utwór. Wesoła piosenka zrobiła swoje - zaciekawiła, zasiała ziarenko błogości. A gdy harpia rzekła z teatralnym westchnieniem, że zrobiła swoje i czas jej iść, widownia aż zbyt wylewnie zaprotestowała prosząc o jeszcze jeden występ. Ziio szybko więc wróciła na swoje miejsce i śpiewała dalej.
Tak oto docieramy do chwili obecnej. Kyra siedząc na belce pod stropem tuż pod szklanym świetlikiem stroiła lutnię, a na dole wyczekująco patrzyli na nią uśmiechnięci ludzie.
- Cóż jeszcze mogę zaśpiewać? - zawołała z udawanym oburzeniem. - Cały repertuar mi zużyjecie!
- Nie daj się prosić! - odparł raźnie jeden z siedzących pod ścianą weteranów wojskowych.
- Właśnie! - poparli go naraz wszyscy.
Harpia skrzywiła się teatralnie. Po chwili jednak na powrót się uśmiechnęła.
- Niech wam będzie! Jak się bawić, to do rana! - zakrzyknęła i cała karczma zatrzęsła się od popierających ten pomysł okrzyków.
Zarzuciła nogę na nogę, oparła na udzie lutnię i zamyśliła się chwilę. Niewiele kłamała z tym repertuarem - gdy przybyła do zajazdu dopiero zaczynało zmierzchać, a obecnie już chyba zbliżała się północ. Noc była młoda, a jej kończyły się piosenki. Po jakiejś minucie podjęła w końcu spokojną, rytmiczną, aczkolwiek nieco nostalgiczną melodię na niskich tonach. Wieśniacy zamilkli wsłuchani w skupieniu, wpatrzeni w drgające struny i zręczne palce dziewczyny. Melodia ciągnęła się dobre dwie minuty, zanim Ziio zaczęła śpiewać:
Nie, już nie pamiętam
Co zniosło tu nas.
Czy był to wiatr psotny?
Czy płynący czas?
Cóż znowu chce patrzeć
Na łzy tych rozstań?
Co znów chce nas zmusić
Do ckliwych wyznań?
Nie, już nie chcę wiedzieć
Co...
W tym momencie trzasnęły głośno drzwi, wytrącając zupełnie Kyrę z rytmu. Już miała rzucić jakąś kąśliwą uwagę w stronę gbura, który jej tak chamsko przerywa, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Do karczmy wparowało pięciu strażników miejskich. Zamarła. Nie miała pojęcia jak tutejsza władza odnosi się w temacie nieludzi i ich obecności w miejscach publicznych. Po minie komendanta wyczytała jedynie, że czekają ją kłopoty.
- Nie ruszać się! - zakomenderował mędrkowatym tonem.
- Ależ ja się wcale nie ruszam, panie władzo - powiedziała spokojnie Ziio.
Strażnik podniósł głowę do góry. Najwyraźniej nie zauważył jej już w wejściu.
- O co chodzi? - zapytała harpia, gdy milczenie przeciągnęło się niezręcznie dla najwyraźniej początkującego dowódcy.
- Jest pani aresztowana! - zaczął przypominając sobie swoją rolę.
- Ale za co? - szczerze zdziwiła się Kyra. Niby znała już odpowiedź, ale niemniej dalej zaskoczyła ją. Do tej pory jeszcze nie spotkała się z takim przejawem braku tolerancji wobec rasy.
- Za zakłócanie spokoju!
- Proszę pana - wtrącił się cierpliwie starszy oberżysta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu. - Panna Ziio jest minstrelem. Z tego co pamiętam żyją oni właśnie z zakłócania ciszy nocnej.
- Co przepra...? Nie! Nie o ciszę nocną tu chodzi mości gospodarzu - strażnik potrząsnął głową.
- To o co? - przerwała mu lekko już zirytowana harpia.
Człowiek popatrzył na nią jakby go właśnie śmiertelnie obraziła.
- No słucham - wzruszyła ramionami. - Jeśli się mnie ktoś boi, to może opuścić lokal. Nikogo tu przymusem nie trzymam. Aczkolwiek nie widzę żadnego powodu do strachu.
- Słuchaj no, ty...
- Harpio?
- ...potworze! Masz się zaraz wynieść z tego miasta, bo inaczej...
Ziio zeskoczyła z belki, lądując tuż przed chuderlawym mężczyzną, który wzdrygnął się i odskoczył. Przewiesiła swój instrument na plecach za umocowany do gryfu pasek i wyprostowała się dumnie, zaplatając ręce na piersi.
- Bo inaczej co? - powtórzyła pytająco.
- Ha! Grozisz mi! - komendant jakby zadowolony sięgnął ku rękojeści miecza.
- Co przepraszam? - harpia zamrugała kilka razy.
- Nikt nie będzie groził przedstawicielowi prawa!
Wyszarpnął - dość nieumiejętnie - miecz i skierował go w stronę Kyry. Dziewczyna cofnęła się przed ostrzem. Wielu wieśniaków widząc, że szykuje się burda, ruszyło w stronę drzwi. Harpia obejrzała się na boki szukając jakiejś drogi ucieczki. Nie miała zamiaru się z nikim pojedynkować. Gdyby teraz choćby drasnęła komendanta lub któregoś z jego ludzi, niewątpliwie przyznałaby w ten sposób rację nazwaniu jej ,,potworem”, nawet jeśli by się jedynie broniła. Podłapała spojrzenie gospodarza karczmy. Mężczyzna stał przy umocowanym na ścianie kołowrotku z dźwignią i owiniętą wokół liną. Kiwnął głową w górę. Dziewczyna podążyła za idącą po stropie liną...sięgała do świetlika. Natychmiast zrozumiała o co chodzi i skinęła głową z podziękowaniem. Starszy mężczyzna uśmiechnął się i zakręcił dźwignią. Klapa w świetliku uchyliła się ze skrzypnięciem. Strażnicy spojrzeli w górę odruchowo. Harpia wykorzystała moment nieuwagi. Odbiła się od ziemi i pomagając machnięciem skrzydeł wylądowała z powrotem na belce stropowej. Posłała strażnikom ironicznego buziaka, po czym wzbiła się w powietrze i wyleciała przez świetlik.
sobota, 6 lutego 2016
Niech wojenne zniszczenie posągi obali, Niech gmach zrównają z ziemią batalie najkrwawsze - Miecz Marsa nie tknie ani pożar nie osmali Słów, w których żyjesz, w których żyć będziesz już zawsze
Imię: Ziio. Nie jest to jej pełne imię. Prawdziwe, Kaniehtí:io, trudno jest wymówić i dziewczyna woli, by zwracali się do niej zdrobnieniem niż kaleczyli język przodków.
Nazwisko: Pochodzi z rodu Neomë'thakkí - ,,Bladoskrzydłych"
Przydomek: Siostry nazywały ją Kyra (słowo znaczące tyle co ,,pisklę"), a wśród ludzi zyskała pseudonim artystyczny Breeze
Rasa: Harpia...wiem, nie przypomina pomarszczonej staruchy. Efekt diety pozbawionej ludzkiego mięsa.
Wiek: 74 lata, czyli jak na harpię jest jeszcze młoda (chociaż jej rówieśniczki już narzekają na wory pod oczami i tzw. ,,kurze łapki")
Płeć: Kobieta, choć niektórzy się kłócą i wolą nazywać ją samicą. Jak zwał tak zwał, nie obrazi się o nic.
Stanowisko: Artysta, Lotnik
Aparycja: Ziio, o ile wśród swoich jest raczej niska, między ludźmi wydaje się średniego wzrostu, może nieco powyżej normy, ale to przez pierzasty czub. Ma proporcjonalną sylwetkę, mówiąc współcześnie jest kobietą z ,,krągłościami”. Nie jest chuda, ani znowu gruba...po prostu w pewnym sensie idealna, a przynajmniej sama się ze swoim ciałem dobrze czuje (i chyba o to chodzi). Barki ma jedynie nieco szersze - efekt wielu lat lotów. Ma twarz o delikatnych rysach, choć nasada jej nosa jest nieco wypukła. Ciemnobrązowe oczy podkreśla makijażem. Białe zęby dopiero po bliższym zerknięciu okazują się posiadać dwie pary nieco dłuższych kłów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Nie ma włosów, w ogóle. Nawet jej brwi to cieniutkie, drobne piórka. Głowę porastają jej większe, śnieżnobiałe, układające się w czub z tyłu głowy. Kark, dekolt i ramiona pokryte są identycznymi. Jedyną wolną od piór powierzchnią (poza twarzą) są ręce dziewczyny, z których tylko gdzieniegdzie wystaje biały pierz. Są one zrośnięte aż po nadgarstek z rozłożystymi, brązowymi skrzydłami. Kyra posiada jednak zwykłe dłonie, z paznokciami co prawda nieco dłuższymi niż u zwykłych, ludzkich kobiet. Tułów i uda pokrywają pióra brązowe, zdecydownie krótsze niż te na głowie i karku. Nogi dziewczyny przypominają orle, tylko że kształtem przypominające ludzkie (i zginające się jak u człowieka). Zamiast stóp posiada ptasie, szponiaste łapy z trzema palcami skierowanymi do przodu i jednym zupełnie przeciwstawnym. Ma też ogon z białych, długich lotek. Ziio nie nosi ubrań, bo nie ma takiej potrzeby - pióra już same w sobie spełniają funkcję okrycia. Bardzo o nie dba. Jedyne elementy ubioru jakie posiada to ozdobny pasek i para długich kolczyków, wszystkie wykonane ze złota i wysadzane klejnotami.
Zdolności: Cóż, przede wszystkim będzie to umiejętność latania - ma skrzydła, to z nich korzysta i to, trzeba przyznać, niezwykle umiejętnie. Nie jest może mistrzynią akrobacji, tak jak ptaki czy smoki, ale nie narzeka. Nie zwykła posługiwać się żadnym orężem. W końcu natura (bądź jakieś złośliwe bóstwo z zaburzeniami psychicznymi) stworzyła harpie już same w sobie jako mordercze potwory. Gdyby jeszcze nauczyć je posługiwać się bronią...oj, lepiej nawet o tym nie myśleć. Więc mimo iż Ziio nie wyhowywała się całe życie wśród sióstr pozostały w niej zabójcze instynkty. Jako broń wykorzystuje więc szpony i kły, chociaż te drugie raczej rzadziej. Co do tych mniej destrukcyjnych zdolności, dziewczyna potrafi pięknie grać na lutni oraz śpiewać. Ma dźwięczny, niemal uwodzicielski głos. Całkiem dobrze rysuje, ale za farby raczej się nie bierze. Niejeden raz przez przypadek przejechała po płótnie skrzydłem niszcząc sobie pióra i obraz.
Zainteresowania: Kyra przede wszystkim uwielbia sztukę i wszelkie jej odłamy. Uwielbia teatr, poezję i śpiew. Sama rymów poskładać niestety zbytnio nie potrafi, dlatego zostaje przy spamiętywaniu piosenek oraz wierszy. A pamięć do tego ma diabelnie dobrą. Gdy nie ma nic do roboty lubi wyłożyć się na odpowiednio wytrzymałej gałęzi lub - rzadziej - na trawie, patrzeć w chmury i nucić. Gdy ma węgiel i papier bierze się za rysunek także przy tym podśpiewując.
Charakter: Harpia jest pod względem charakteru zdecydowanym ewenementem wśród swoich. Przede wszystkim nie ma wstrętu do innych gatunków ani nie uważa się za lepszą przez swoje pochodzenie. Owszem, jest wyjątkowo dumną i niezależną osobą. Widać to w jej wyprostowanej postawie, dobieranych z pewnością siebie słów i podejmowanych w szybkiej decyzji działań. Nigdy jednak nie obraziłaby kogoś na tle rasowym z tego powodu, a niestety większość jej gatunku widzi w tym powód do najmniejszej zaczepki. Co za tym idzie, Kyra należy do osób wyjątkowo tolerancyjnych. Nie czepia się cudzego zdania ani nie krytykuje poglądów czy religii. Szczerze, to takie tematy ją po prostu nie interesują. Widzi w nich jedynie powód do kłótni. Co do wierzeń nie ma nic, głównie przez wzgląd wpływu wszelakich bogów na rozwój kultury, czyli tak kochanej przez nią sztuki i muzyki. Jest osobą wyjątkowo wesołą. Często się uśmiecha błyszcząc kłami (co czasami bywa obrane na opak) i śmieje. Twierdzi, że jeśli przyjdzie jej ujrzeć koniec świata, powinna go przyjąć z uśmiechem na ustach. Jeśli chodzi o rozmowę z nią, to jest osobą wyjątkowo towarzyską i chętnie do kogoś gębę otworzy. Przez większość życia mało kto zaczynał z nią rozmowę (przeważnie to ona musiała zaczepiać), więc obecnie każdą próbą nawiązania z nią kontaktu niezwykle ceni. Lubi wiedzieć, że może na kimś polegać. Doświadczenie nauczyło ją jednak nieufności i z miejsca kogoś przyjacielem nie nazwie. Wrogiem też - na to trzeba sobie specjalnie zasłużyć. Bywa denerwująca oraz złośliwa, ale w złej wierze tego nie robi. Chociaż trzeba przyznać, denerwowanie ludzi, za którymi nie przepada sprawia jej niemałą satysfakcję. Jest zdecydowanie mądrzejsza niż się może wydawać. Nienawidzi osób oceniających wszystko po okładce. Ziio wydaje się pozbawiona wstydu. Nigdy nie zobaczysz by się zarumieniła czy zachichotała nerwowo. Lubi za to sprawiać, by inni się tak zachowywali. Wyjątkowo ją to bawi, zwłaszcza u mężczyzn.
Historia: Kaniehtí:io mieszkała wśród
swoich sióstr na wyspie daleko od Sorsiny. Urodziła się w pierwszej
połowie wojny stuletniej. Nawet nie miała o tym pojęcia, podobnie jak
jej siostry, które od wiekw nie opuszczały wyspy. Wylatywały stąd
jedynie na żer. Nic dziwnego. Kyra pochodziła z III rzędu tak zwanych
harpii wspaniałych. Jak się można po nazwie domyślić jej rodzina była
wyjątkowo chełpliwa i zbyt dumna na ,,bratanie się” z innymi gatunkami.
Na dodatek ród Neomë'thakkí był wyjątkowo szanowany, co jedynie
podnosiło ego matrony, czyli harpii przewodzącej odłamem rzędu. Kyra
zawsze się wyróżniała. Nie tylko z twarzy (jej gładki nosek stanowił
powód do śmiechu, bo co to za harpia bez orlego nosa?), ale i
charakteru. Była wyjątkowo ciekawska. Niejeden raz jeszcze zanim jej
skrzydła były w pełni rozwinięte wyłaziła na najwyższe drzewa by patrzeć
na nie tak odleły z te perspektywy kontynent. W nocy często skąpany był
w czerwonej łunie wojny, mimo odległości i nad wyspą zabarwiającej
nieboskłon niezdrową barwą. Gdy jednak dziewczynka pytała, co to za
światło, starsze siostry wzruszały jedynie ramionami, nie przejęte
niczym co ich samych nie dotyczyło. Gdy Kaniehtí:io skończyła 15 lat
była już po swoim pierwszym udanym locie. Wtedy, w noc jej urodzin, jak
zwykle siedziała na swoim drzewie patrząc na łunę w oddali i marząc o
tym, by dowiedzieć się co to takiego. Nagle zauważyła statek. Jej
siostry całe szczęście spały już najedzone i nie zdążyły go zobaczyć.
Dziewczyna, pozbwiona jeszcze wstrętu do ludzi, przeszybowała na drzewo
bliżej krawędzi wyspy. Wylądowała na gałęzi nad urwiskiem, a pod nią
znajdowała się wodna kipiel. Konar jednak nagle pękł i zanim Kyra
zdążyła zareagować wpadła z krzykiem do wody. Odbijające się od
skalistej ściany fale miotały nią powoli oddalając od domu. Ktoś na
statku ją zauważył i podniósł majtków na nogi. Kilka minut później,
które małej harpii wydawały się długimi godzinami walki o przeżycie, do
wody opadła sieć na ryby. Dziewczyna słysząc ponaglające okrzyki
chwyciła się jej. Drewniany dźwig zaklekotał i wkrótce Kyra poczuła pod
tyłkiem deski pokładu. Wokół niej stali ludzie, równie wystraszeni co
ona. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że uratowali harpię. Do akcji
jednak wkroczył kapitan statku, podróżnik z Sorsiny. Widząc, że
dziewczyna jest niegroźna i przerażona kazał się nią zaopiekować. Statek
nie mógł przybić do wyspy, nie zmianiając więc kursu ruszył ku
Sorsinie. Gdy Kaniehtí:io ochłonęła nieco właściciel okrętu zamienił z
nią kilka słów. W końcu stanęło na tym, że harpia z nimi na jakiś czas
zostanie, przynajmniej dopóki nie dorośnie.
Jednak przez te kilka lat załoga zdążyła się już do niej przywiązać i to z wzajemnością. To właśnie majtkowie po raz pierwszy zdrobnili jej długie imię do samego ,,Ziio”. Nauczyli dziewczynę grać na lutni, a ona za to odwdzięczała się śpiewem. Była też wyjątkowo przydatna dzięki zdolności latania, którą podszkoliła wśród masztów i olinowań. Harpia była szczęśliwa z życia na morzu. Odwiedzała Sorsinę kilka razy, ale kapitan zabraniał jej pokazywać się ludziom na brzegu z obawy, że wywoła niepotrzebną panikę. Tak więc Ziio widziała tylko porty. Pewnego razu, gdy miała już kończyć 25 lat, statek został zaatakowany przez wrogi okręt wojenny. Z załogi uratowała się tylko harpia. Doleciała do lądu przerażona, nie wiedząc dlaczego stało się coś tak okropnego. Nie mając co robić ze swoim życiem podróżowała po Sorsinie. Zdobyła własną lutnię i zarabiała jako bard. Ludzie początkowo traktowali ją z rezerwą i lekkim przerażeniem. Jednak dziewczyna potrafiła pięknym głosem zjednać sobie każdego. Wędrowała głównie z grupami znużonych zbrojnych, zabawiając ich śpiewem przy ogniskach. Gdy skończyła się wojna, robiła to dalej. I tymże sposobem trafiła do Hidden.
Partner: Nie da się ukryć, że Ziio wobec każdego mężczyzny zachowuje się dosyć zalotnie. Jak na razie jednak nigdy do czegoś większego nie doszło.
Rodzina: Dziesięć sióstr (a przynajmniej tyle ich imion zapamiętała) i jedna matka. Gdy poznała zwyczaje ludzi zaczęło ją zastanawiać dlaczego ludzkie dzieci mają jeszcze ojca, a czasem i braci, czego nie może powiedzieć żadna harpia...
Towarzysz: Kyra uwielbia ptaki, jednak na razie nie przygarnęła żadnego. Może kiedyś znajdzie się jakiś, który za nią nadąży.
Szczegóły: ~ Dziewczynie zdaża się czasem popiskiwać po ptasiemu. Zwłaszcza gdy jest wściekła lub rozbwiona. Czasami gada z ptakami w ich własnym języku.
~ Większość emocji Ziio da się odczytać po jej piórach na głowie i karku. Stroszą się gdy jest czymś zaciekawiona, drgają gdy jest wściekła i opadają gdy smutna. Oczywiście wszystko wbrew jej woli.
~ Ziio ma własną lutnię. Jest wykonana z jasnego, niemal białego brzozowego drewna. Przez wiele lat dziewczyna zdążyła wyryć na niej wiele wzorów ptaków i kwiatów.
~ Mimo, iż Kyra nie wychowywała się długo wśród swoich, a do ludzkiego mięsa czuje wstręt, widok krwi może w niej budzić dawne instynkty. Ziio przeżywa wtedy wewnętrzny konflikt. Umie się jednak pohamować. Mimo wszystko jednak lepiej nie poddawać testom jej wytrzymałości. Może się to tragicznie skończyć.
Autor: RedRidingHood
Jednak przez te kilka lat załoga zdążyła się już do niej przywiązać i to z wzajemnością. To właśnie majtkowie po raz pierwszy zdrobnili jej długie imię do samego ,,Ziio”. Nauczyli dziewczynę grać na lutni, a ona za to odwdzięczała się śpiewem. Była też wyjątkowo przydatna dzięki zdolności latania, którą podszkoliła wśród masztów i olinowań. Harpia była szczęśliwa z życia na morzu. Odwiedzała Sorsinę kilka razy, ale kapitan zabraniał jej pokazywać się ludziom na brzegu z obawy, że wywoła niepotrzebną panikę. Tak więc Ziio widziała tylko porty. Pewnego razu, gdy miała już kończyć 25 lat, statek został zaatakowany przez wrogi okręt wojenny. Z załogi uratowała się tylko harpia. Doleciała do lądu przerażona, nie wiedząc dlaczego stało się coś tak okropnego. Nie mając co robić ze swoim życiem podróżowała po Sorsinie. Zdobyła własną lutnię i zarabiała jako bard. Ludzie początkowo traktowali ją z rezerwą i lekkim przerażeniem. Jednak dziewczyna potrafiła pięknym głosem zjednać sobie każdego. Wędrowała głównie z grupami znużonych zbrojnych, zabawiając ich śpiewem przy ogniskach. Gdy skończyła się wojna, robiła to dalej. I tymże sposobem trafiła do Hidden.
Partner: Nie da się ukryć, że Ziio wobec każdego mężczyzny zachowuje się dosyć zalotnie. Jak na razie jednak nigdy do czegoś większego nie doszło.
Rodzina: Dziesięć sióstr (a przynajmniej tyle ich imion zapamiętała) i jedna matka. Gdy poznała zwyczaje ludzi zaczęło ją zastanawiać dlaczego ludzkie dzieci mają jeszcze ojca, a czasem i braci, czego nie może powiedzieć żadna harpia...
Towarzysz: Kyra uwielbia ptaki, jednak na razie nie przygarnęła żadnego. Może kiedyś znajdzie się jakiś, który za nią nadąży.
Szczegóły: ~ Dziewczynie zdaża się czasem popiskiwać po ptasiemu. Zwłaszcza gdy jest wściekła lub rozbwiona. Czasami gada z ptakami w ich własnym języku.
~ Większość emocji Ziio da się odczytać po jej piórach na głowie i karku. Stroszą się gdy jest czymś zaciekawiona, drgają gdy jest wściekła i opadają gdy smutna. Oczywiście wszystko wbrew jej woli.
~ Ziio ma własną lutnię. Jest wykonana z jasnego, niemal białego brzozowego drewna. Przez wiele lat dziewczyna zdążyła wyryć na niej wiele wzorów ptaków i kwiatów.
~ Mimo, iż Kyra nie wychowywała się długo wśród swoich, a do ludzkiego mięsa czuje wstręt, widok krwi może w niej budzić dawne instynkty. Ziio przeżywa wtedy wewnętrzny konflikt. Umie się jednak pohamować. Mimo wszystko jednak lepiej nie poddawać testom jej wytrzymałości. Może się to tragicznie skończyć.
Autor: RedRidingHood
Subskrybuj:
Posty (Atom)
