Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 marca 2017

Od Malika cd Jumona - Przepraszam, zgubiłem smoka...

        Malik, jak to na stereotypowego kota przystało, nie lubił być mokry. Równocześnie był także medykiem i jego kodeks moralny kazał mu poświęcać wszystko dla dobra pacjentów. Nigdy w życiu by się nie spodziewał, że te dwie rzeczy kiedykolwiek zaczną sobie bruździć. A jednak - obejrzenie z bliska rannego skrzydła Frelsera wiązało się z wielokrotnym spotkaniem z wilgotną od nocnej ulewy trawą. Frel swoim zwyczajem wiercił się jak szczeniak, to próbując pospieszać felina, to znowu dopatrując koło nosa upierdliwą muchę, w efekcie czego Gambit obrywał na zmianę w czoło i w plecy albo krawędzią skrzydła, albo nawet ogonem, po czym lądował na ziemi. Doskonale rozumiał, że młody smok nie mógł doczekać się próbnego lotu, ale jego niecierpliwość wespół z mokrym ubraniem zaczynały mu grać na nerwach.
  - Nareszcie - mruknął pod nosem, gdy w końcu zdjął cały opatrunek. - Frel, rozprostuj skrzydło!
  W ostatniej chwili przypomniał sobie, że powinien był tą prośbę bardziej doprecyzować i schylił się przewidując co też mogłoby go w innym wypadku ponownie spotkać. I faktycznie, smok rozłożył wyleczone skrzydło tak, jak je trzymał, czyli na wysokości pyska felina, śmigając nad uchylonymi uszami skulonego medyka.
  - Następnym razem nieco wyżej - rzucił zirytowany. Gad słysząc karcący ton podjął nieudaną próbę ukrycia łba w trawie.
  Kot delikatnie przesunął dłońmi po śladach rany, sprawdzając czy skóra odpowiednio się napięła. Nie chciał, by przez jego nieuwagę i brak doświadczenia w leczeniu podobnych przypadków Frelser miał problemy z krzywo zrośniętą, a co za tym idzie zbyt krótką błoną skrzydłową. Wszystko wyglądało jednak tak, jak powinno. Malik odsunął się kilka metrów i zamachał rękoma jakby próbował latać. Lodowy gad załapał i załopotał skrzydłami, stając przy tym na tylnych łapach.
  - Wszystko wygląda świetnie - stwierdził zadowolony felin, gdy Frelser opadł z powrotem na wszystkie nogi.
  ~ To mogę już latać? ~ w głowie kota zabrzmiał proszący głos szarego smoka.
  - Jest tylko jeden sposób by się o tym przekonać... - Gambit uśmiechnął się do niego porozumiewawczo.
  Frel okręcił się w kółko z radości.
  - Ale tylko próbny lot! - rzucił szybko medyk. Isbryter spojrzał w jego stronę. - Kilka kółek nad polaną i wracasz, jasne? - doprecyzował.
  Gad pokiwał ochoczo głową i przestąpił kilka kroków dalej od domku Atlanta. Stanął na lekko rozłożonych nogach, dla próby zamachując jeszcze powoli skrzydłami. Potem zamachnął pewnie ogonem i z krótkiego biegu wystartował ostro w górę, wyciągając przed siebie szyję. Lecąc ku niebu okręcał się z gracją wokół własnej osi, a gdy osiągnął zamierzony pułap rozłożył nieruchomo skrzydła, przez chwilę opadając w dół, po czym zaczął spokojnie szybować po kolistym torze. W obserwowaniu akrobacji szczęśliwego smoka było coś magicznego, jakby sam widok chciał budzić w obserwującym takie same uczucia, co te towarzyszące majestatycznym gadom w przestworzach. Do równie uradowanego Malika dotarł ryk. Felin nawet nie zdawał sobie sprawy, że podobny odgłos może pobrzmiewać czymś innym niż grozą, a jednak ten jeden przywodził na myśl jedynie okrzyk czystej radości.
  Nagle jednak medyk zdał sobie sprawę, że Frel zaczął zbaczać z umówionego kursu, aż w końcu smok zupełnie odbił w stronę lasu i poleciał w tamtym kierunku.
  - Ty kłamliwa cholero... - Gambit pokręcił z niedowierzaniem głową i pobiegł za nim.
  Pomysł już z założenia był głupotą: dogonić na piechotę lecącego smoka? Felin nie miał pojęcia co chciał w ten sposób osiągnąć. Domyślał się jedynie, że smok najpewniej za chwilę gdzieś wyląduje, a jedynym w miarę otwartym terenem jaki przychodził mu do głowy, poza ich polaną, było jeziorko niedaleko stąd. Jedynym logicznym wyjściem wydawało się udanie właśnie w tamtym kierunku i poczekanie na oszukańczego gada z założonymi rękoma.
  W myślach Malik układał już całą tyradę na temat smoczej prawdomówności i różnych scenariuszy na temat tego co mogło by się wydarzyć, gdyby rana nagle się otwarła w locie...właściwie to nic by się nie zdarzyło, poza skropieniem okolicy gorącą smoczą krwią. Ale na coś musiał ponarzekać, jeśli chciał tego przerośniętego bachora upomnieć. Przedzierał się przez zarośla nie zastanawiając się ile właściwie robi hałasu, aż w końcu wylazł na brzeg. Ku jego zdziwieniu, gdy podniósł wzrok dostrzegł dwójkę chłopaków odruchowo unoszących bronie w jego stronę. Po chwili jednak opuścili oręż, a jeden z nich, chyba niezbyt zadowolony, wcisnął ręce w kieszenie.
  - Dzień dobry - przywitał się ten drugi.
  Felin zmrużył oczy. Coś mu w nim nie pasowało. Jakby gdzieś już widział jego...albo kogoś bardzo podobnego.
  - A dobry - odpowiedział. - Powiedzcie mi, panowie, nie widzieliście może gdzieś w okolicy smoka?
  Oboje spojrzeli po sobie skonfundowani.
  - Mówię zupełnie poważnie - zapewnił Gambit, doskonale sobie zdając sprawę, że pewnie brzmi dla nich jak wariat. - Zgubiłem smoka.
  - Zgubiłeś...smoka? - powtórzył po nim blondyn, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze słyszy.
  - Tak! Lodowego, konkretnie. Długi na jakieś trzy konie, szare łuski i pióra na zewnętrznej stronie skrzydeł - uściślił felin.
  - Nie przypominam sobie, niestety.
  - Ech, mówi się trudno - Selethen machnął niedbale ręką i już odwrócił się z powrotem.
  - Czekaj! - wtrącił się drugi z dwójki. Kot obrócił się w ich kierunku. - Jesteś jedną z mieszkających tu istot?
  - ,,Istot"? - Malik uniósł jedną brew. - Na temat co poniektórych to chyba trochę zbyt wiele powiedziane. A można wiedzieć czemu pytacie? - w jego głosie zabrzmiała podejrzliwość. Za granicami Hidden wciąż trwała wojna, a wnioskując po opowieściach niektórych, imperium mogło zacząć się interesować tutejszymi terenami. Nie chciał przyprowadzić Atlantowi pod nos imperialistów już drugiego dnia swojego pobytu tutaj.

Jumon? Sarazi? Wybaczcie długość tego właściwego cd, wenus brakus >.<

piątek, 10 czerwca 2016

Od Malika cd Ziio - ,,Niebezpieczni" intruzi

        Gambitowi raczej średnio podobała się wizja łażenia po lesie i, co gorsza, pracowania. To chyba nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt jak bardzo dużo w genach udzieliło mu się typowo kociej natury. Tyle dobrze, że w końcu dostał swoją kawę. Może to powstrzyma go przed uduszeniem minstrelki za podpuszczanie Alta do rozdzielania pożytecznych zadań...
  Za domkiem władcy znajdował się mały skład materiałów. Krzywe, sękate deski leżały we względnym ładzie na stosie po pięć w jednym rzędzie i po dwie ułożone poziomo przy końcach tworząc ,,pięterka". Malik wziął pięć z samej góry, po czym bezpardonowo wepchnął je w ręce harpii.
  - Masz, przydaj się na coś - powiedział i zabrał się za następne pięć. Tyle powinno wystarczyć do tymczasowego zaznaczenia kształtu strażnicy. Będą musieli potem obrócić się po kolejne...
  - Hola! - zbuntowała się Ziio z powrotem oddając deski felinowi. - Po cholerę mam to nosić?
  - Tak będzie szybciej? - doparł sarkastycznie Malik.
  - Oj, nie nie nie, kochany! Mam lepszy pomysł - zaproponowała, a kot skrzywił się lekko za nazwanie go ,,kochanym". - Mogę przelecieć nad lasem i znaleźć zawczasu jakieś dobre miejsce, a potem zawrócić i ci je wskazać. Nie sądzisz, że tak będzie lepiej?
  - To weź to miejsce znajdź od razu przynosząc tam deski - upierał się Gambit.
  - Niby jak? Nie mam osobnej pary skrzydeł!
  - Ale masz orle szpony - chłopak przewrócił oczami. - Od czegoś ptaki drapieżne je mają, prawda?
  Dziewczyna fuknęła niezadowolona z obrotu spraw, ale po minucie dąsów podleciała lekko nad stosik z drewnem i chwyciła w szpony trzy deski. Lepsze to niż nic, pomyślał Malik śledząc wzrokiem lecącą nad las Ziio, po czym wziął jeszcze młotek oraz gwoździe do sakwy i ruszył jej śladem między drzewa. Nie wiedzieć czemu widok obruszonej harpii nieco poprawił mu humor.
  Śpiewaczka chyba się na nim mściła. A przynajmniej tak się wydawało sfrustrowanemu Gambitowi, gdy po raz piąty zmieniała kierunek lotu wołając ,,Nie, czekaj, to chyba było jednak tam!", by zaraz potem znowu zmienić zdanie. Zamruczał pod nosem gdzie też może sobie wsadzić to swoje ,,tam" i skręcił poprawiając w rękach ciążące mu już deski. W końcu jednak chyba już jej wystarczyło, albo sama się zmęczyła, bo w końcu wylądowała na całkiem sporym, rozłożystym dębie. Kot zrzucił deski u jego korzeni i gdy otrzepywał dłonie nagle tuż przed jego nosem poleciały w dół trzy inne, niemal miażdżąc mu stopy. Spojrzał w górę wściekły.
  - Ups - powiedziała złośliwie harpia. - Chyba mi wypadły.
  - To teraz się pofatyguj, by je tam wywlec z powrotem - odparł.
  - Nie marudź. Wiesz jaki stąd jest wspaniały widok?
  Nie widział. Skąd mógł to ocenić? Podszedł więc do grubego pnia i odbił się od wystającego korzenia. Chwycił się kory wbijając w nią kocie pazury, sprawnie wspiął się na górę i usiadł na konarze naprzeciwko Ziio. Rzeczywiście, widok niczego sobie. Co najważniejsze, dobrze było stąd widać szlak...a na nim obecnie dwie znajome Malikowi sylwetki. Zmrużył oczy.
  - Czy to Halt i Squall? - zdziwił się.
  - I ktoś trzeci - dodała minstrelka.
  Dopiero teraz felin dostrzegł małą sylwetkę między nimi. Jakiś dzieciak? Nie, nawet na pięciolatka za małe...skrzat? Machnął łapą niedbale, nie chcąc teraz się nad tym zastanawiać.
  - Kolejny włóczęga - powiedział. - Lepiej zajmijmy się już tymi strażnicami. Jeśli się pospieszymy, jutro będzie już można zacząć właściwą budowę.
  Ziio wzruszyła ramionami i zeskoczyła z drzewa, by podać kotu deski. Gambit cierpliwie i starannie poprzybijał je tworząc szkielet półkolistej platformy ciągnącej się na trzy konary. Na więcej nie starczyło im materiału. Na razie jednak wystarczało jedynie zaznaczyć ogólny kształt. Jutro Frelser już powinien być w stanie latać i zajmie się noszeniem desek do oznaczonych drzew. Trzeba będzie też zaciągnąć jeszcze kogoś do roboty, na przykład Halta i Atlanta. Może i leonis był władcą, ale Malik już zdołał się przekonać, że do typowych to on raczej nie należał i propozycja pomocy w budowie raczej go nie urazi.
  W końcu zadowolony z siebie felin zeskoczył z drzewa lądując miękko na ugiętych nogach.
  - No, to możemy iść do nastę...O BOGOWIE! - krzyknął nagle, bowiem tuż koło jego stopy coś białego nagle warknęło wściekle.
  Harpia spojrzała zdziwiona na powód całej paniki i nie mogła powstrzymać śmiechu. Był to mały, biały terrier z lśniącą, czyściutką pokrywą włosową zamiast sierści. Właściciel aby podkręcić to wrażenie grozy zawiązał mu na szyi czerwoną kokardę. Ziio roześmiała się.
  - To tylko szczeniak! - zawołała szukając wzrokiem Malika, który nagle gdzieś zniknął. W końcu spojrzała w górę - felin trzymał się kurczowo pnia na wysokości około dwóch metrów. Pokręciła głową z niedowierzaniem i wzięła terrierka na ręce. - Spokojnie, bestia spacyfikowana! Możesz już zejść!
  Gambit lekko zażenowany swoją gwałtowną reakcją zsunął się z powrotem na dół.
  - Prawie mnie w stopę użarł... - starał się wybronić otrzepując ubranie z kawałków kory. Ziio jednak przerwała mu chwytając go za czubek głowy i odwracając w stronę lasu.
  A tam na ścieżce stała jak słup soli młoda dziewczyna w nienagannej czerwonej sukience i dobranym pod kolor kapeluszu z szerokim rondem.

Emma? Ziio? Obiecałam ci to opo Ri :P

niedziela, 29 maja 2016

Od Malika - Dajcie mi kawy...

        Gambitowi ciężko było dzisiaj wstać. To nie kwestia wczorajszej nocy. Wszyscy późno pozasypiali, owszem. Squall przytargała sporo rumu, zgadza się. Ale słaba kondycja psychiczna i fizyczna felina nie pochodziła z niedospania. Nie powodował jej też kac, bo przecież nie pił wiele (nie ma słabości do alkoholu), a na dodatek mieszał to wszystko z kawą. Człowiek nie umie tego wyjaśnić. Malik jest po prostu kotem, a każdy kot nie jest w najlepszej formie gdy coś bezprawnie wyrwie go ze snu.
  Tym razem była to Mild. Dziewczyna na wpół śpiąca nie dostrzegła leżącego w trawie brązowego ogona. Chociaż podeszwy jej butów wykonano z cienkiego materiału, a sama trzynastolatka ważyła raczej niewiele, nadepnięcie było dla pogrążonego w błogim śnie Selethena niczym uderzenie młota kowalskiego. Zerwał się z typowo kocim skowytem na nogi i zasyczał oburzony, gładząc w dłoni pokrzywdzony ogon. Zaskoczona elfka oprzytomniała niemal natychmiast.
  - O rany, wybacz! - zaczęła. - Serio, niechcący!
  Malik wyminął ją burcząc pod nosem zgoła nieprzyjemne rzeczy na temat nie dających mu się wyspać. Kładąc uszy po sobie i zamiatając wściekle ogonem skierował kroki w stronę domku Atlanta. Prowadziło go tam tylko jedno - kawa. Bo jak tu normalnie funkcjonować bez kubka porządnej kafey o poranku? W trzewiach Gambita zgromadziła się chęć mordu typowa każdemu uzależnionemu od smolistego napoju, zdolna do ugaszenia tylko przez to płynne złoto.
  Domek od wnętrza w najlepszym stanie nie był. Nic dziwnego, że Alt zdecydował się spędzić śniadanie na zewnątrz. Teraz leonis jedynie półleżał wyciągnięty na krześle, chłonąc z przymrużonymi oczami upojny spokój kolejnego wspaniałego dnia w Hidden...
  Spokój wyparował razem z pojawieniem się felina.
  - Zdążyłem na kawę? - zaczął i bez zapytania przesadził barierkę werandy.
  Atlant otworzył jedno oko nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
  - Wybacz, ale zapasy kawy poszły z dymem - przypomniał Gambitowi.
  Kot opadł ciężko na krzesło jakby zaraz miał zemdleć. Nagle jednak sobie o czymś przypomniał i zaczął szperać w sakiewce przy pasie.
  - Ale imbryk dalej masz? - zapytał.
  Leonis pokiwał głową. Malik zadowolony wyszperał z sakwy mniejszy woreczek i uniósł go dumnie przed siebie niczym Świętego Graala.
  - Zgaduję, że to kawa? - parsknął śmiechem władca.
  - A jakżeby inaczej? - odparł dumnie kotowaty nabierając do imbryka wody z beczki na deszczówkę. - I to nie byle jaka, bo z mojej ojczyzny.
  - Chyba nie chcesz w takim razie jej rozpuszczać w deszczówce? Wodę trzeba najpierw zagotować...
  - Nie ucz felina kawy robić - kotowaty rozejrzał się. W końcu odnalazł wzrokiem to czego szukał...
  Frelsera.
  Gad zasnął niedaleko reszty, obok nucącej Ziio. Teraz jednak leżał na grzbiecie z rozłożonym jednym skrzydłem (drugie wciąż było unieruchomione po zabiegach medycznych) i głową wykręconą pod nienaturalnym kątem, jakby chciał przez sen powąchać swoje tylne łapy, ale wolał to zrobić wyginając kręgosłup w przeciwnym kierunku. Gambit schylił się w poszukiwaniu zgniecionej przez niego pierzastej minstrelki, jednak - ku niemałej uldze - najwyraźniej zdążyła się gdzieś ewakuować zanim Frel zaczął się wiercić. Felin podszedł do leżącego do góry nogami smoczego łba i kucnął obok.
  - Frel? - zaczął. Smok jedynie sapnął przez sen. - Frel! - wydarł mu się do ucha i gad zerwał się gwałtownie na nogi.
  To zdecydowanie był błąd. Wystraszony gad szarpnął łbem w bok przysadzając łuskowatym policzkiem prosto w nos Malika. Chłopak padł jak długi na trawę upuszczając imbryk i chwycił się za pysk jęcząc głucho. Frelser obejrzał się w poszukiwaniu źródła dziwnego dźwięku, aż w końcu spojrzał w dół.
  ~ Przyjacielu, po co się wykładasz pod nogami? ~ w głowie felina rozbrzmiał zdziwiony głos smoka.
  - Takie hobby - wystękał Gambit zbierając resztki godności z ziemi. Tym razem nie mógł się na nikogo wydrzeć. Jakby nie było, sam się o to prosił.
  ~ Nie rób mi tak więcej, proszę ~ Frel otrzepał się jak pies prostując wolne skrzydło. ~ To nieprzyjemne być wyrywanym ze snu...
  - Coś o tym wiem... - kot podniósł pusty już imbryk. - Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy. Chwila moment i jesteś wolny. - gad pokiwał łbem na zgodę. - Świetnie. Daj mi minutkę, muszę się obrócić po wodę.
  Alt na szczęście nie pytał dlaczego Malik napełnia naczynie ponownie. Odprowadził go jedynie pytającym spojrzeniem, na co otrzymał nieme ,,Bez komentarzy". Felin wrócił szybko do wczorajszego paleniska. Rozgrzebał je trochę, ale żar się nie utrzymał. Postawił w sczerniałych resztkach drewna napełniony blaszany imbryk, po czym poprosił Frelsera, by go podgrzał. Smok lodowy nie mógł poszczycić się wspaniałym płomieniem, jednak jego ciepły oddech był wystarczający. Po półgodzinie dumny z siebie Selethen wrócił na ganek z parującą kawą, trzymając ucho imbryka owiniętą w róg płaszcza łapą.
  - No i co powiesz? - rozsiadł się zadowolony i nalał smolistego płynu do dwóch kubków.
  Atlant uniósł jedną brew w podziwie dla upartego kota i pociągnął łyk. Skinął głową z uśmiechem.
  - Całkiem niezła - odpowiedział. - Nigdy sobie nie odpuszczasz ani kubka, co?
  - Oddajcie cezarowi co cesarskie... - Malik upił trochę i westchnął z rozkoszy. - ...a felinowi po prostu dajcie kawy.
  - Ciekawy tekst. Mogę go kiedyś zacytować? - usłyszeli z góry.
  Z dachu na werandę zeskoczyła brązowa harpia z lutnią zarzuconą na plecach. Typowo ptasim zwyczajem zamiast stać na ziemi przycupnęła na barierce werandy, zaciskając na drewnie orle szpony i odrobinę rozkładając zrośnięte z rękoma skrzydła. Przekrzywiła lekko głowę posyłając towarzyszom swój rozbrajający uśmiech, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Dopiero teraz felin dostrzegł, że kły minstrelki są nieco dłuższe niż u człowieka, co nadawało dziewczynie drapieżnego wyglądu.
  - Dzień dobry, Ziio - przywitał się wesoło Alt. - Jak tam noc? Napijesz się z nami?
  - Dziękuję, ale nie przepadam za kawą - kot mimowolnie się skrzywił słysząc tę uwagę. - A noc całkiem spokojna...tylko gdzieś nad ranem prawie przygniótł mnie kilkutonowy jaszczur. Urocze zwierzę, wije się jak szczeniaczek!
  Harpia w końcu po kilku minutach wiercenia zdecydowała się usiąść na barierce bardziej po ludzku. Ściągnęła wiszące na rzęsie uparte białe piórko i zdmuchnęła je jak kosmyk włosów.
  - Przyjemnie tu macie - zagaiła, po czym zaczęła stroić swoją lutnię, dzieląc swoją uwagę zarówno na instrumencie jak i rozmowie.

Atlant? Ziio? Nadrabiam te opka, Ursa :P

poniedziałek, 2 listopada 2015

Od Malika cd Squall - Witamy w Hidden

        Squall postawiła kosz na ziemi i stanęła na nim jedną nogą, po czym założyła ręce na piersi i już miała stanowczo odmówić, gdy nagle Gambit niespodziewanie stanął po stronie leonisa.
  - To będzie zaszczyt! - odpowiedział ochoczo i po odłożeniu kosza potrząsnął prawicą Atlanta.
  - Jak śmiesz mnie zdradzać? - fuknęła piratka. - Gdzie twoja piracka godność?!
  - Wolę już kradzioną kawę - Malik kiwnął głową zdecydowany.
  - Nie ,,kradzioną" - poprawił go Alt. - Przecież ci kupcy mi ją sprezentowali.
  - Święta racja. No to prowadź! Squall, idziesz?
  - A gdzie się podziało ,,pani kapitan"? - dziewczyna uśmiechnęła się zjadliwie, ale ruszyła za nimi w las.
  - Wybacz, ale staram się właśnie o obywatelstwo. A ,,panią kapitan" jesteś dla mnie tylko na pokładzie Sztormu - odparł Gambit.
  Squall nie skomentowała tego, choć na pewno miała na to ochotę. 

        - Uuuu...Ładna chata - rzuciła sarkastycznie dziewczyna wchodząc do domku pana Lakoo.
  - Od spania na statku nawet stodoła lepsza - odpowiedział felin.
  W rzeczywistości dom Atlanta daleki był od porównania do stodoły. Villa ani pałac królewski to nie był. Dawało to jednak pewne świadectwo o tym, jakim typem władcy jest leonis. I takich władców kot lubił najbardziej, a mało królów w ogóle lubił. 
  - Gdzie to postawić? - zapytał. Przez całą drogę niósł jeden kosz kawy, podczas gdy Alt wziął drugi. Trzeciego Squall jakoś nie kwapiła się targać, więc trzeba będzie pewnie po niego wrócić.
  - Tutaj - odparł rogaty chłopak i postawił kosz w rogu. Malik poszedł za jego przykładem. - To ja zaparzę tą kawę, a was zapraszam na werandę.
  Kot pokiwał głową i uśmiechnął się zadowolony. Wyszedł na zewnątrz ze Squall i zajęli dwa wolne krzesła przy stoliku. Gdy Atlant przyniósł gliniane kubki i aromatycznie pachnący czajnik Gambit poczęstował się pierwszy. Po kilku łykach smolistego napoju odchylił się do tyłu wzdychając z rozkoszy.
  - Tego mi brakowało - powiedział. - Całe trzy dni bez kawy! Nie do pomyślenia!
  Atlant parsknął śmiechem i sam chętnie upił trochę ze swojego kubka. Squall natomiast kręciła lekko naczynkiem z zamyśleniem wpatrując się w wirujący leniwie płyn.
  - A mi dalej czegoś brakuje - rzuciła stanowczo. - Masz może rum bestyjko? Nieważne, wezmę swój - po tym wyciągnęła znikąd piersiówkę i wlała trochę jej zawartości do kubka.
  Malik zamrugał kilka razy zdziwiony. Ani razu nie zauważył, żeby dziewczyna trzymała przy sobie piersiówkę.
  - Gdzie ty to trzymałaś? - wypalił głupkowato. 
  - W dupie. Tak jak resztę świata - odparowała ironicznie piratka i za jednym zamachem wypiła prawie połowę zawartości naczynia. Popatrzyła na nie z namysłem. - Ty...To nie takie złe.

Atlant? Squall? Wybacz mi zakończenie, ale pomysłów brakło xD

sobota, 24 października 2015

Od Malika cd Squall - Odmieńcy

       Malik złapał butelkę, ale na zawartość spoglądał z powątpiewaniem. Nie żeby podejrzewał kapitan o próbę otrucia go. To by było jak dla niej chyba zbyt proste. Przez ten krótki czas, który w jej towarzystwie spędził zdążył już domyślić się z jakiej gliny jest ulepiona. Takie osoby jak ona zdecydowanie nie lubiły prostych rozwiązań. Gdyby tylko chciała, pozbyłaby się go w bardziej widowiskowy sposób. A mimo to kocur wahał się. Znał starą jak świat zasadę ,,Nie pij ze swoim szefem". Póki siedział na tej łajbie, to Squall była szefem. Jednak z drugiej strony wiedział też, że odmowa przy takiej propozycji może panią kapitan urazić, a tego nie chciał. Za bardzo cenił sobie swoją skórę. Po chwili wahania uniósł lekko butelkę do toastu i pociągnął jeden łyk. Skrzywił się lekko. Nie był przyzwyczajony do alkoholu, poza spirytusem do odkażania ran. Squall widząc to parsknęła śmiechem.
  - Cóż to, kiciu? - zadrwiła. - Za mocne dla ciebie?
  - Wiesz, jedyny napój który zwykle piję o poranku to porządna kawa - odparł.
  - Wybacz, księciulku, nie mamy jej obecnie na stanie - kapitan uśmiechnęła się złośliwie, po czym nagle zmarszczyła brwi z namysłem. - W sumie...czemu by nie uzupełnić zapasów.
  Demoniczny uśmiech dziewczyny wcale nie podobał się Gambitowi.
 
        Szybko dotarli na ląd. Plan Squall zakładał, że niedaleko prowadził trakt kupiecki. Sztorm czekał w naturalnym doku, gdzie nikt nie powinien go znaleźć. Piratka natomiast ,,porwała" ze sobą swojego dzielnego majtka i ruszyli w las. Znalezienie owego traktu nie było wielkim wyzwaniem. Problem polegał na czym innym...
  - Emmm...Pani kapitan? - zapytał niepewnie Malik.
  - Czego? - rzuciła Squall szukając miejsca na zasadzkę.
  - Nie jestem perfekcyjnym tropicielem, ale ten szlak wygląda na nieużywany i to od dłuższego czasu - Gambit spoglądał na szeroką drogę z powątpiewaniem.
  - Za długo żeś drogi nie widział i bajdurzysz - odparła dziewczyna podciągając się na jednej z grubszych gałęzi. Po chwili już na niej siedziała okrakiem.
  - Moja rodzinna wioska zajmowała się kupiectwem. Wiem na czym stoję - upierał się kot. - Stare koleiny po wozach zniekształcone przez deszcze, ślady butów i kopyt zanikły zupełnie, a przede wszystkim nigdzie nie ma świeżych oznak bytności. Coś mi tu śmierdzi i tym razem nie jest to ściera z pokładu.
  Squall już miała zripostować stwierdzenie felina. Nagle jednak zamarła w bezruchu i spojrzała w górę szlaku, znikającego w ciemnym lesie. Malik również coś usłyszał. Kroki. Natychmiast skoczył z miejsca i podciągnął się znikając w gęstym listowiu. Usiadł na osobnej gałęzi, naprzeciwko dziewczyny.
  - I co teraz? - syknął do Squall.
  - Daj mi się zastanowić...Masz przy sobie jakąś broń?
  Gambit pogładził swój szeroki sztylet po rękojeści. Wtedy przypomniał sobie o czymś jeszcze. Z sakwy przy pasie wyjął dwa okrągłe przedmioty. Piratka rozpoznała je natychmiast i uśmiechnęła się szeroko.
  - Bomby dymne. Niezły pomysł - przyznała.
  Malik rzucił jedną kapitan. Oboje czekali na odpowiedni moment. Gdy tylko pod ich drzewem przebiegła trójka ludzi, równocześnie cisnęli im pod nogi bomby dymne. Rozległ się trzask i ścieżkę zakryły geste opary szarego, gryzącego w oczy dymu. Niedoszli rabusie zeskoczyli na ziemię i w chwilę przygnietli do ziemi zaskoczonych ludzi...
  I dopiero gdy dym opadł do obu dotarło, że napadli nie tych co trzeba. może i byli to kupcy, ale nie mieli przy sobie nic. Co ciekawsze, nie wyglądali nawet na ofiary napaści: ich ubranie było całe, a sakiewki dalej ciężkie. Po prostu ich towary szlak trafił.
  - Co to ma znaczyć, do cholery?! - wrzasnęła zawiedziona Squall i cisnęła trzymanym za kołnierz biedakiem. Malik tymczasem w zamieszaniu jednego zdążył spętać za ręce, a drugi leżał przybity do ziemi sztyletem za rękaw drogiej kurty.
  - Kim jesteście? - zapytał. - Kupcami?
  Biedacy pokiwali gorliwie głowami.
  - To czym wy handlujecie? Powietrzem? - piratka założyła ręce na piersi.
  - Nie! - zaprzeczył ten spętany. - Tylko...no...nas okradli.
  - Kto? - warknął Malik.
  Wtedy ten ciśnięty przez Squall na trawę zdołał niezgrabnie wstać i pobiegł przed siebie tak szybko jak tylko mógł.
  - ODMIEŃCY! - wrzeszczał. - WSZĘDZIE ODMIEŃCY!
  - Co z nim nie tak? - rzucił sam do siebie felin.
  Przesłuchiwany uznał to za pytanie i szybko udzielił odpowiedzi:
  - Oni! Tak! Odmieńcy! To oni nas napadli! Tacy jak WY!
  - Znaczy się...nie napadli - poprawił go przybity do ziemi. - To my żeśmy im towary oddali...Jakem tylko ich obaczyli, tośmy się tak przerazili, żeśmy rzucili wszystko na ziemię i pobiegli. Znaczy się, tylko jednego my wiedzieli, ale gdzie jeden tam całe leże potworów. Prawdę gadali, że ten szlak już nieczynny...
  Gambit spojrzał z tryumfem na Squall. Ta prychnęła, wyrwała z ziemi sztylet Malika uwalniając przybitego biedaka i warknęła do kupców:
  - Spieprzać, póki mam dobry humor.
  Posłuchali bez namysłu. Zniknęli w przeciwnym kierunku z którego przyszli. Piratka oddała felinowi jego sztylet wpatrując się z namysłem w ciemny las, z którego wybiegli kupcy.
  - No to z kawy nici - powiedział kot. Squall nic nie mówiła. - Halo? Żyjesz? - dziewczyna otrząsnęła się nagle. - Coś ty tak zamarła jak słup soli?

Squall? Ruszamy do Hidden? x3

wtorek, 30 czerwca 2015

Od Malika cd Squall

        Felin wyślizgnął się sprawnie spomiędzy beczek. Uznał, że skoro i tak już go odkryto to po cholerę dalej się ciaśnić. Otrzepał się z kurzu i piachu i wyprostował się zadowolony.
  - To będzie zbędne - odpowiedział za siebie i łucznika, dalej mierzącego go morderczym spojrzeniem. - Poza tym przyda nam się transport...
  - A przynajmniej tobie, puszku, bo chyba nie lubisz moczyć sierści - odparł łucznik. - Nie zwlekajmy przez uprzejmości. Chcę jak najszybciej opuścić tę cholerną wyspę i TWOJE towarzystwo - to ostatnie rzucił prosto do piratki.
  Ta uśmiechnęła się promiennie do nich obu.
  - No to na pokład - zakomenderowała.
  - To znaczy, że mogę płynąć? - upewnił się Malik zajmując miejsce w szalupie.
  - Już i tak mam pasażera na gapę, jeden więcej chyba mi nie zaszkodzi...tylko pamiętaj, że na pokładzie obowiązują moje reguły - dziewczyna machinalnie pogładziła rękojeść szabli przy boku z tajemniczym uśmiechem.
  Felin zanotował to sobie w pamięci. Wbrew słowom łucznika lubił pływać, ale nie ze spacerku po desce.

        Kot z trudem powstrzymywał uśmiech widząc pozieleniałego łucznika. Na statku zdjął kaptur, więc mógł mu się dokładniej przyjrzeć. Przez lekki wiatr statkiem zaczęło mocniej bujać i mimo wcześniejszych dni spędzonych na pokładzie, chłopak najmocniej odczuwał skutki bujania.
  - I powiedz mi, po co ty się na ten statek pchałeś? - zapytał sarkastycznie felin.
  - Też mnie to ciekawi! - dorzuciła schodząca z olinowania kapitan.
  - Sam się nad tym zastanawiam - odwarknął łucznik zaciskając palce na relingu.
  - Weź przestań Halt - dziewczyna czysto złośliwie uderzyła go w plecy otwartą dłonią. - Morze jest piękne, nieprawda puszku?
  - Owszem, piękne. Ale nie nazywaj mnie więcej puszkiem.
  - To jak mam się do ciebie zwracać? - odparła złośliwie.
  - Gambit - kot uśmiechnął się drapieżnie, a przy jego uzębieniu nie stanowiło to najmniejszego problemu.
  - Czyli mam rozumieć, że grywasz w karty? - dziewczyna uśmiechnęła się szelmowsko.
  - A co? Chcesz się założyć?

Squall? Wybacz mi długość, ale lepsze to niż nic nie napisać

środa, 10 czerwca 2015

Brak wiary w siebie jest chorobą. Jeśli stracisz panowanie nad tym, wątpliwości staną się twoją rzeczywistością

Imię: Malik
Nazwisko: Seley el'then (dla osób mających problem z wymową, albo którym nie chce się zapamiętywać poleca wersję uproszczoną: Selethen)
Przydomek: Większość zna go pod pseudonimem Gambit (dość trafnym zresztą)
Rasa: Felin (odmiana pustynna)
Wiek: 22 lata
Płeć: Mężczyzna, chociaż można równie dobrze napisać Samiec
Stanowisko: Wynalazca, Medyk
Aparycja: Ogółem Malik wygląda jak kot, co chyba widać. Jest średniego wzrostu, przez uszy wydaje się wyższy od innych. Ma smukłą sylwetkę, zupełnie nie pasującą do mężczyzny. Ma futro koloru orzecha. Na głowie przeważnie nosi kaptur, jednak często go zdejmuje ukazując światu pysk jak u dachowca. Na czole ma jaśniejsze od reszty futra znamię w kształcie półksiężyca. Oczy koloru szmaragdów nadają mu wiecznie wesoły, łobuzerski wyraz twarzy, jakby wiecznie zastanawiał się co komu skroić sprzed nosa. W oczy rzuca się przede wszystkim ogon - długi i puszysty. Może to dziwnie zabrzmieć, ale bez niego Gambit nie umiałby normalnie ustać. Co do ubioru nie sugerujcie się zdjęciem. Malik na co dzień poza czerwonym, obszytym futrem płaszczem z kapturem, pasa z czerwoną szarfą i skórzanymi karwaszami zakłada także lekki kaftan bez rękawów i lniane spodnie. Nigdy nie ubiera butów (denerwują go). Zamiast tego nosi coś w stylu "owijek".
Zdolności: Przezwisko Gambit nie wzięło się znikąd. Malik to mistrz karcianych sztuczek. Jest świetnym iluzjonistą, jednak z prawdziwą magią nie ma nic wspólnego. Na dodatek to perfekcyjny kieszonkowiec i włamywacz. Okradnie cię z wszelkich kosztowności, a ty nawet nie zwrócisz na to uwagi. Sprawnie posługuje się wytrychami. Jest specem szybkiego ,,znikania". Czasami, by zrobić trochę zamieszania korzysta z własnoręcznie sporządzonych małych bomb dymnych. Gambit opanował do perfekcji sztukę poruszania się po miastach i lasach bez potrzeby stawiania stopy na gościńcu. Przeskakuje swobodnie z dachu na dach, z drzewa na drzewo, często w ogóle niezauważony. Ma też typową kocią zdolność: dzięki giętkiemu kręgosłupowi w razie upadku z wysokości z łatwością okręca się w powietrzu aby zgrabnie wylądować na nogach. Nosi przy sobie sztylet, jednak do walki wykorzystuje go rzadko. Znacznie skuteczniejszą bronią są pazury, zwłaszcza w połączeniu ze znajomością sztuk walki. Może nie wygląda, ale Malik jest także świetnym medykiem polowym. Zna się na ziołolecznictwie.
Zainteresowania: Malik nie wygląda na osobę świetnie wykształconą, jednak jego głównym hobby jest poznawanie kultur obcych narodów, legend, podań, a nawet samego języka. Ma upodobania czysto humanistyczne, co w tych czasach często budzi kontrowersje z ludźmi zadurzonymi w teologizmie. Z chęcią wykorzystuje każdą okazję, by poszerzyć własną wiedzę o organizmach żywych, głównie o człowieku. Wszelkie spostrzeżenia w wolnym czasie skrzętnie notuje w swoim małym notatniku, aby lepiej to wszystko zapamiętać i wykorzystać gdy zajdzie potrzeba. Gambit ma również zainteresowania pirotechniczne. Miesza eksperymentalnie różne środki wybuchowe i obserwuje efekty. Chętnie zajmuje się także odnajdywaniem różnych niekonwencjonalnych sposobów na ułatwienie codziennego życia.
Charakter: Jak by tu zacząć? Może najlepiej zaznaczyć, że Malik ma problemy ze szczerością. Nigdy jej nie lubił, bo zawsze wydawała mu się gorzka i nie na miejscu. Kłamanie i oszukiwanie jest więc u niego na porządku dziennym. Prawdę umie mówić, ale po co, gdy nie ma takiej potrzeby? Poza tym często używa sarkazmu, ozdabia słowa ironią. Rzadko wciąga się w dłuższe dialogi. Zwłaszcza gdy jego rozmówca wyda mu się zwykłym debilem. Bezpieczniej dla własnych nerwów jest wtedy urwać dyskusję. Malik jest wyjątkowo pomysłowy i zaradny. Jednak nigdy nie licz na niego w stu procentach. Jeśli nie jesteś mu przyjacielem, to nie zdziw się, jeśli w razie zagrożenia będzie wolał ratować własną skórę. Podczas pracy (nie ważne czy medycznej, czy technicznej) staje się niemal inną osobą: jest wtedy nieludzko skupiony na swoim zadaniu, jakby reszta świata nie istniała. I jeśli ktoś wtedy spróbowałby mu przeszkodzić, to...cóż, lepiej niech w ogóle nie próbuje.
Historia: Malik urodził się daleko stąd, na północy pustynnego, suchego kraju. Miasto rodzinne położone było nad morzem, gdyż życie z dala od wody było dość niebezpieczne. Zamiast tego portowe miasto musiało jednak znosić gorszą plagę. Pechem był to znany przyczółek kupiecki, gdzie bogate karawele, żaglowce i okręty podróżnicze uzupełniały zapasy za przywiezione bogactwa. I nie były to niestety jedyne statki w okolicy. Bogatą mieścinę przynajmniej dwa razy na miesiąc napadały statki pirackie. Obrona była tak słaba, że każdy mieszkaniec musiał się troszczyć sam o siebie. I tym sposobem Malik już jako dziecko musiał umieć się bronić i opatrywać rodzinę, przyjaciół i sąsiadów. W wieku 8 lat został porwany na statek piracki. Został sprzedany jako niewolnik do bogatego domu bardzo daleko od jego rodziny, bez szans na powrót. Jego właścicielem był zamożny kupiec. Traktował go jak ścierwo, nic nie warte bydle umiejące jedynie szorować buty i myć podłogi. Młody wiek w niczym mu nie pomógł. Kupiec jednak miał syna w wieku Malika o imieniu Kadar. Młody człowiek okazywał felinowi o wiele więcej współczucia i empatii. Chłopcy zaprzyjaźnili się i dzięki pomocy Kadara Gambitowi udało się przeżyć te siedem lat niewoli. Szczęście uśmiechnęło się wtedy do chłopaka. Ojciec Kadara padł ofiarą tajemniczej choroby, a jego syn dostał w spadku wszystko co tamten posiadał. W tym Malika. Kadar zrobił z niego swoją prawą rękę. Wtedy właśnie felin najbardziej rozwinął się intelektualnie (choć orłem dalej nie jest) pod względem pirotechniki i języków obcych. Jednak zdecydował się ruszyć dalej, ku smutkowi Kadara. Nie trzymał jednak przyjaciela przy sobie, gdyż cenił sobie jego zdanie. Tak też Malik ruszył na pięcioletnią tułaczkę, po której trafił do kraju Arsmana.
Partner: I tu tkwi kot pogrzebany. Malik nie ma żadnych obiekcji co do obcych ras, więc czasami podrywa nawet zwykłe kobiety. Te jednak raczej sądzą odwrotnie. Chyba Gambitowi pozostaje spędzić życie samemu.
Rodzina: Miał piątkę rodzeństwa, dwoje rodziców, parę wujków i w cholerę kuzynostwa.
Szczegóły: 
 - Malik jest niemal uzależniony od kawy. Nie wyobraża sobie dnia bez kubka tego gorzkiego napoju
 - Nienawidzi koni i psów (z wzajemnością)
 - Nigdy nie graj z nim w karty na pieniądze.
Tylko się zadłużysz, a Gambit ma wyjątkową pamięć do takich ,,szczegółów"
 - Tak, lubi drapanie za uchem (jeśli cię to ciekawiło, a jeśli nie, to teraz na pewno)
Autor: NyanCat^._.^~