Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dirhael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dirhael. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 maja 2017

Od Dirhaela c.d Atlanta - Rapido

Pomysł Atlanta, by poszukać w miasteczku koni zdecydowanie przypadł Słowikowi do gustu. Prawdę powiedziawszy myśl o wierzchowcu wywołała na twarzy rudzielca jeszcze szerszy niż dotychczas uśmiech. Sekretem nie było, że Dirhael uwielbiał zwierzęta. One także w przedziwny sposób ciągnęły do niego. Tajemnicza siła pchała Włóczykija w stronę czworonogów, a one zdawały się zwracać nań szczególną uwagę. Ta sama bezimienna magia oddziaływała w obie strony w przypadku każdego innego chowańca, który z własnej woli oddał się pod ludzkie władanie. Co więcej, dzikie zwierzęta, niezależnie od tego czy były bezpieczne czy nie, także wykazywały się zgoła większą chęcią do kontaktów z osobą Włóczykija niż miało to miejsce w przypadku innej osoby. Elf doskonale pamiętał pewną okropnie mroźną, zimową noc, gdy przy ognisku zastała go wataha wilków. Bestie były przemarznięte, lecz obawiały się ognia na tyle, by nie móc podejść do niego na odpowiednią do ogrzania się odległość. Wtedy właśnie, z niewielką pomocą dobrych chęci udało mu się zachęcić watahę do zostania z nim, a resztę nocy spędził pośród miękkich, wilczych futer i zadowolonych popiskiwań. I niejako był z siebie dumny.
Obecnie jednak nikt nie wymagał od niego ponownego zaklinania watahy. Tym razem musiał jedynie znaleźć konia, a to było stanowczo mniej chwalebne zadanie, którego nie dane mu będzie wspominać aż tak długo. Mimo to dobry nastrój Słowika zdawał się być zupełnie nieporuszony takim stanem rzeczy. Każdy kolejny dzień stanowił dla Włóczykija zagadkę. Naturalnym było, że nie codziennie można było spodziewać się nadejścia dnia obfitującego w przygody czy heroizm i tak stan rzeczy jak najbardziej elfowi odpowiadał. Różnorodność jego dni stanowiła istotną równowagę, dzięki której Dirhael nie mógł narzekać ani na nudę, ani na nadmiar mocnych wrażeń. Tym bardziej, że przecież nie tak dawno był świadkiem i równocześnie jednym z uczestników bijatyki, a później spotkał dziwną kobietę z księgarni.
~ Skup się nieco... ~ upomniał go Alt, gdy całą uwagę Słowika przyciągnęła sprzedająca zioła starsza pani. ~ Szukamy konia, a nie zielska.
- Tak, tak... - mruknął Rovidan, wzdychając przy tym cicho. - Pamiętam.
Włóczykij przykazał sobie znaleźć stajnię i wrócił do rozglądania się dookoła w poszukiwaniu. To miasteczko już zawsze będzie kojarzyć mi się z szukaniem wszystkiego.
~ Nie narzekaj. Zawsze mogło być gorzej. ~ odpowiedział mu rozbawiony głos Atlanta. Dirhael parsknął tylko, choć sam nie potrafił opanować ponownie cisnącego się mu na usta uśmiechu.
- Pewnie mogło być. - zgodził się po chwili.
Zaledwie po kwadransie Dirhael znalazł wreszcie odpowiedni, podobny stodole budynek. Dotarł do drzwi stajni i pchnął je. Jego oczom ukazały się cztery częściowo zapełnionych boksów. Cała stajnia była bardzo jasna i starannie wyczyszczona, więc tym milej było Słowikowi oglądać jej wnętrze.Otoczyła go dobrze mu znana woń koni (w żadnym wypadku nie kojarzona przez niego z przykrym zapachem) i siana. Chwilę później w stronę Włóczykija zmierzał wyjątkowo przyjaźnie wyglądający mężczyzna przy tuszy. Przystanąwszy przy rudzielcu, okazał się być od niego nieco niższy, ale, jak na dobrego gospodarza przystało, i tak wyciągnął w jego stronę dłoń, którą Słowik uścisnął.
- Co cię do mnie sprowadza, elfie? - spytał zaskakująco dudniącym barytonem, potrząsając uwięzioną w jego dłoni słowiczą ręką.
- A cóż może mnie sprowadzić do tak wspaniałej stajni? - zaczął Dirhael - Chciałbym pożyczyć na jeden dzień szybkiego wierzchowca. Zapłacę tyle, ile będzie konieczne.
- W okolicy nie ma miasta oddalonego o dzień drogi, a już na pewno nie ma niczego na tyle blisko, by zajechać tam i wrócić jeszcze tego samego dnia. - gospodarz wypuścił dłoń Włóczykija i skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. Dirhael nie dziwił się tak gwałtownemu oziębieniu dialogu. W końcu poprosił o coś pozornie niemożliwego do wykonania. Naturalnym więc było, że człowiek nie chciał dać się oszukać i okraść. Słowik jednak ani myślał zrobić tak paskudną rzecz. Wydobył z kieszeni odpowiednio wysoką kwotę i wręczył ją właścicielowi, uśmiechając się przy tym niewinnie.
- Zaiste jest tak jak mówisz, miły panie. Nie ukrywam, że nie zamierzam tu wracać. Mimo wszystko koń wróci na miejsce, przyrzekam na wszystko, że tak będzie. Ponadto zostawiam przecież znacznie więcej pieniędzy niż ta prośba jest warta, więc niczego pan nie straci, prawda?
Gospodarz przyjął pieniądze i zmierzył Słowika badawczym spojrzeniem. Chłopak rozłożył ręce na boki, tak by sprawiać wrażenie osoby otwartej i faktycznie nie mającej niczego do ukrycia.
Niebawem Dirhael wyprowadzał z boksu osiodłanego gniadosza. Koń nosił imię "Rapido", co wedle gospodarza oznaczać miało mniej więcej "szybki". Gniadosz zdawał się jednak być spokojnym, wręcz leniwym wierzchowcem. Słowik pociągnął za uzdę, zmuszając ogiera do szybszego stępa i gestem ręki pozdrowił odprowadzającego go wzrokiem gospodarza. Już za murami stajni rudzielec wspiął się na siodło i ułożył w nim wygodnie. Włóczykij naprawdę lubił jazdę konną i uważał, że potrafił jeździć. Sprawiało mu to niekłamaną przyjemność. Nie można było mu też odmówić naturalności w siodle. Słowik na grzbiecie wierzchowca, gdyż nie tylko koni dosiadał w swoim życiu, czuł się równie pewnie co na stałym gruncie. Dlatego też bez zbędnego przeciągania, pogładził szyję konia i lekko szturchnął go piętami.
- W drogę, Rapido. - zarządził, świadom tego, że koń i tak zrozumiał przekaz. Nie mógł jednak odmówić sobie choć pozornej rozmowy z ogierem.
~ Jak masz zamiar oddać tego konia? ~ zagadnął Atlant, gdy Rapido spokojnym, niemal żółwim tempem szedł ubitym traktem.
- Najzwyczajniej każę mu wracać do domu? - odpowiedział mu pytaniem Słowik. Jego ton sugerował oczywistość odpowiedzi.
~ Sądzisz, że cię posłucha i wróci? ~ w głosie niematerialnego towarzysza Dirhaela zabrzmiało powątpiewanie.
- Ja jestem pewien, że posłucha i wróci. Zaufaj mi, kolego. Wiem co robię! - Rovidan uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Bez trudu dało się wyczytać z tego podejrzanego grymasu, że elf coś kombinował. Z całą pewnością był to ten uśmiech za który do chłopaka przylgnęło przezwisko "Chochlika". 
Rapido potrząsnął łbem i parsknął, najwyraźniej rozumiejąc, że rozmowa, której połowicznie był świadkiem dotyczy też jego. Ogier zatrzymał się i cofnął o krok.
- Oj... Już chcesz wracać? Rapido, proszę cię! - Słowik zaśmiał się i znowu szturchnął konia łydkami. Tym razem jednak nieco mocniej niż niedawno. Koń znów podjął marsz. Chwilkę później już kłusował.
~ Masz jakieś pomysły na to czym możemy umilić sobie podróż? ~ zagaił w myślach Słowik, nienawykły do ciszy w czyimkolwiek towarzystwie. ~ Mam ci coś zaśpiewać czy może obejdzie się bez?

<Alt? Nie wiem czy to może się spodobać, ale proszę bardzo!>

sobota, 25 marca 2017

Od Dirhaela c.d Atlanta - Na tropie mapy

Kobieta była piękna. Zdecydowanie zbyt piękna, by Dirhael mógł czuć się w jej obecności całkowicie naturalnie. Z długiego, luźno spiętego koka spływało jej kilka pofalowanych pasm kruczoczarnych włosów. Okalały one bladą, delikatną twarz i duże szare oczy. Słowik mógłby przyglądać się jej oczarowany jeszcze przez wiele godzin i nie nasyciłby się tym widokiem. To właśnie o takich istotach śpiewano najpiękniejsze pieśni i to one, takie kobiety stanowiły natchnienie niejednego twórcy. Teraz jednak efekt psuł strach malujący się na tej doskonałej twarzy i właśnie to pomogło Dirhaelowi się otrząsnąć. Oprzytomniał, przestał otwarcie wpatrywać się w kobietę i odchrząknął, czując, że twarz oblewa mu rumieniec. Oblizał wargi, szukając odpowiednich słów.
- Taaak... Najwyraźniej kiepsko rozpoczęliśmy tą znajomość... - Słowik odrzucił kostur na bok. Sięgnął do wysokiego buta i wydobył z niego karambita, którego także rzucił w stronę kija. Chodziło mu głównie o to, by kobieta widziała, że pozbył się swojej broni, a potem uniósł obie ręce nad głowę. - Nie jestem groźny. W zasadzie nawet nie lubię się bić. - mruknął cicho, jakby samym kojącym głosem, mógł wzbudzić zaufanie kobiety. - Czy zatem pozwolisz mi, piękna pani, bym mógł pomóc?
Czarnowłosa siedziała na ziemi i nadal nieufnie mierzyła Włóczykija wzrokiem, a chłopak wcale się temu nie dziwił. Cierpliwie zniósł to jak otaksowała go wzrokiem od dołu do góry i wbiła spojrzenie w jego oczy. Może szukała w nim czegokolwiek budzącego niepokój czy świadczącego o tym, że jest kolejnym zagrożeniem. Dirhael nie był pewien czy cokolwiek takiego w nim dojrzała, bo on sam sprawiał wrażenie raczej średnio niebezpiecznego.
- Kim ty jesteś? - spytała w końcu.
- Zwą mnie Słowikiem - odparł, nieznacznie się uśmiechając - Mogę także być kimkolwiek zechcesz, piękna pani.
- Ale jak masz na imię? - zmarszczyła brwi.
- Dirhael Rovidan. - odparł tylko, robiąc krok w jej stronę. Kobieta cofnęła się, by wyrównać między nimi odległość. Słowik westchnął cicho. - Jak mam cię do siebie przekonać, pani?
- Nie zbliżaj się do mnie.
- W porządku, lecz nie sądzę, by było to rozsądne posunięcie w obecnej sytuacji. 
- Co masz na myśli?
Słowik opuścił dotychczas trzymane w górze ręce i złożył je jak do modlitwy. Jego głos pozostał nadal spokojny i nie zdradzał nawet cienia niecierpliwości.
- Sądzę, iż podróżując ze mną do najbliższego miasta unikniesz niebezpieczeństw, pani. Nie powinnaś tu zostawać... - urwał, zauważając ciemną smugę na ziemi. Kobieta przyciskała do boku dłoń spod której wypływała świeża krew. - Jesteś ranna, pani... To dlatego nie chciałaś, bym się zbliżał. - odgadł.
Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego zacisnęła usta w wąską kreskę.
- Mam pełną świadomość tego, iż jestem w twych oczach odmieńcem. - kontynuował Słowik, niezrażony jej niechęcią - Słusznie nie darzysz mnie nazbyt dużym zaufaniem, lecz zaręczam, że nie jestem zły. Ponadto mogę pomóc. Proszę mi tylko na to pozwolić... Nie życzę pani źle, chcę jedynie móc zrobić to, co słuszne.
Mówił zupełnie szczerze i może właśnie to ostatecznie przekonało kobietę, by nieznacznie skinęła mu głową. Ucieszony tym Włóczykij powoli podszedł do niej i ukucnął. Zachował przy tym należytą ostrożność i w miarę możliwości nie wykonywał gwałtownych ruchów. Czuł się tak, jak gdyby zbliżał się do dzikiego zwierzęcia, którego nie chciał za żadne skarby świata spłoszyć. Obecna sytuacja niewiele odbiegała od tego wyobrażenia, jak uświadomił sobie po chwili.
Słowik odsunął dłoń kobiety od jej boku i delikatnie przyjrzał się ranie. Była całkiem głęboka, lecz wąska, a jej krawędzie na szczęście nie były poszarpane.
- Ktoś cię dźgnął, pani. Zgadza się? - nie czekał na potwierdzenie, bo doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Taka rana z całą pewnością nie była dziełem cięcia czy szarpania i doskonale pasowała do pchnięcia sztyletem. Dirhael mógł mieć jedynie nadzieję, że narzędzie, którym zadana została rana nie było zardzewiałe lub brudne. - To bolesne, lecz z całą pewnością nie jest śmiertelne. Masz, pani, wiele szczęścia, gdyż napastnikowi najprawdopodobniej brakowało doświadczenia.
- Kim właściwie jesteś? - spytała kobieta, gdy wydobył z kieszeni prostą, lnianą chustkę i przyłożył ją do rany, chcąc choć nieco ją oczyścić i zatamować krwawienie.
- Pytasz o to KIM czy CZYM jestem, piękna pani? - spytał bez złośliwości, lekko rozdzierając materiał i tak zniszczonej sukni kobiety. Tylko tyle, by mieć łatwiejszy dostęp do rany i, by nie nie pozbawiać kobiety jej odzienia.
- O oba.
- Jestem elfem. A w każdym razie z grubsza można by mnie tak nazwać.
- To znaczy? - drążyła temat.
- Łączę w sobie krew elfów i driad, pani, lecz to bez większego znaczenia. Zajmuję się głównie zwiedzaniem świata wzdłuż i wszerz. - Dirhael przycisnął chusteczkę do rany i położył na niej dłoń kobiety, dając jej tym samym znak, by ją przytrzymała. - Proszę dać mi chwilkę...
Wstał i rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem dookoła charakterystycznych białych kwiatów krwawnika. Roślina rosła pospolicie, więc nie miał zbytnich problemów z jej zlokalizowaniem. Znacznie gorzej było z przygotowaniem rośliny do tego, by zadziałała jak należy. Nie miał czasu jej suszyć, nie bardzo mógł przygotować z niej napar, by obmyć ranę. Zostało mu jedynie rozgnieść ziele i w takiej właśnie formie przyłożyć do rozciętego boku. Nie był to najskuteczniejszy sposób, choć niewątpliwie działał jak należy.
Słowik zmył krew z boku kobiety z pomocą wody z własnego bukłaka i przyłożył do rany zmiażdżoną roślinę. Chusteczkę spisał już na straty, gdyż była nie do odratowania, więc wcisnął ją z powrotem do kieszeni.
- To krwawnik. - wyjaśnił, gdy kobieta powątpiewająco spojrzała na zioło. - Jak sama nazwa sugeruje tamuje on krwawienie. Nie mogę teraz zrobić nic więcej...
- Mhm...
Po jakimś czasie krew przestała ciec, więc Dirhael zaryzykował dźwignięcie kobiety na nogi. Nie stała całkowicie o własnych siłach i dlatego też musiała wesprzeć się o elfa, gdy ten już podniósł swoje bronie z ziemi. W ten sposób ruszyli przed siebie, ku miastu. Nie było ono aż tak oddalone, jak Słowik pierwotnie zakładał, więc dotarli do niego po zaledwie godzinie drogi, gdy słońce stało jeszcze dość nisko, by nawet nie zwiastować nadejścia południa. Tam właśnie rozstali się z kobietą, która oznajmiła, że od tej pory już poradzi sobie sama, podziękowała uprzejmie i kulejąc, odeszła w tylko sobie znanym kierunku.
Sobotni poranek w niewielkim miasteczku niósł ze sobą gwar. Sobota była w końcu dniem targowym, wobec czego życie, które na co dzień i tak kręciło się wokół rynku podwajało swoje obroty. Gromadki roześmianych dzieci biegały tu i ówdzie lub zbite w ciasne grupki bawiły się na uboczu. Ludzie w każdym wieku przechadzali się między rozmaitymi, barwnymi straganami. Jakiś młody mężczyzna przebiegł w pobliżu elfa, ścigając uciekającego przed nim koguta, co zaowocowało chichotem jego towarzyszy, którzy z bezpiecznego miejsca obserwowali zmagania człowieka z jego przyszłym obiadem. Pies o sierści w kolorze piachu zaszczekał radośnie, gdy obsiadła go gromadka dzieciaków. Kilka kobiet przy znajdującej się w centralnej części studni śledziła wzrokiem co atrakcyjniejszych mężczyzn, wymieniając przy tym szeptane uwagi na ich temat. Rudy kot wylegiwał się na bruku, grzejąc się w promieniach słońca i najwyraźniej nie zauważał zmierzającego ku niemu konia ciągnącego wóz z sianem. Dirhael pozwolił się unieść gwarnemu, osobliwemu zamieszaniu miasta i wkroczył pomiędzy stragany, by z bliska móc obserwować zwyczajne życie miasteczka. Miało ono dla niego specyficzny urok i z przyjemnością stał się częścią tego małego światka. Efekt psuli jedynie odziani w zbroje strażnicy podejrzliwie obserwujący cały plac.
~ Nie przyszliśmy tutaj zwiedzać... ~ przypomniał mu znany głos Atlanta. Brzmiał mocniej niż gdy słyszał go po raz ostatni, elf zatem był pewien, że Alt odzyskał już siły.
- I tobie również witaj ponownie. - odpowiedział mu Słowik, który najprawdopodobniej odwykł już od słuchania niematerialnego towarzysza. Mógł też na chwilę zapomnieć o jego istnieniu i nie byłoby to dla niego nic dziwnego. - Jeśli nie przyszliśmy tutaj zwiedzać jak zatem mam znaleźć mapę? Poza tym mieszkasz w mojej głowie, więc uszanuj mnie i fakt, iż sama podróż, a co za tym idzie poznawanie miejsc w których się znajduję jest nierozerwalnie złączone z moim życiem.
~ Niech ci już będzie...
Włóczykij uśmiechnął się do siebie triumfalnie i ruszył przed siebie, nadal zachwycając się otoczeniem. Niedługo potem zwiedzanie przywiodło go aż pod drzwi niewielkiego sklepiku z obiecującym szyldem przedstawiającym księgę.
- Myślisz, że tu znajdziemy to czego szukamy? - zagadnął Atlanta, przenosząc wzrok z rysunku książki na stare drzwi wejściowe.

<Alt? Myślisz, że to już dobry moment na wycieczkę do Hidden?>

niedziela, 12 marca 2017

Od Dirhaela cd. Atlanta - Rzeczy dziwne i dziwniejsze

W czasie licznych podróży Dirhael nauczył się spodziewać niespodziewanego. Wędrował bez planu od wsi do wsi, od miasta do miasta i od krainy do krainy, więc co rusz coś go na drodze zaskakiwało. Na ogół chłopakowi takie odmiany się podobały niezależnie od tego czy były mu przychylne czy nie, bo nie mógł narzekać na monotonię, a co za tym idzie także i nudę. Czasem srogo wyglądająca starsza kobieta, na widok której od razu miało się ochotę uciec i schronić za siódmą górą i siódmą rzeką, okazywała się być miłą babią, która nie dość, że wspaniale gotuje, to jeszcze chętnie dzieli się tym co przygotuje, ma złote serce i niewyczerpane pokłady dobroci. Innym razem piękni, życzliwie wyglądający ludzie bywali demonami w ludzkiej skórze, tylko czekającymi na to, by komuś zaszkodzić. Zdarzały się i przypadki w których ubodzy, odtrąceni od społeczeństwa ludzie, byli bardziej uczciwi i skorzy do pomocy niż porządni mieszczenie, o elitach mających majątki nie wspominając. Dirhaelowi udawało się też spotykać tych, którzy okrzykiwani byli potworami, a mieli zdecydowanie więcej serca i byli bardziej ludzcy niż ci, którzy ich tak nazywali, nie mając sobie nic do zarzucenia. Oczywiście nie każdy był inny niż krążąca o nim powszechna opinia. Słowik zdawał sobie sprawę z tego, że ludzi pasujących do odgrywanych przez nich ról jest znacznie więcej niż tych, zdolnych zaskoczyć. Jednakże całe miasta były w oczach chłopaka feerią nieoczywistych i niejednoznacznych zdarzeń i ludzi. Z jego obserwacji wynikało jasno, że znakomita większość otaczających go zjawisk ma drugie, sprytnie zakamuflowane znaczenie.
Poza granicami miast także nie bywało przewidywalnie. Natura potrafiła zaskoczyć znacznie bardziej niż ludzkość i właśnie dlatego, z szacunku dla niepokornych żywiołów, Dirhael zawsze miał się na baczności. Niejednokrotnie bywał świadkiem tego jak z jednej, puchatej chmurki powstaje trwająca kilka dni ulewa, a przecież niewielu jest w stanie połączyć niepozorny obłoczek z grubą zasłoną granatowych chmur. Najpiękniejsze kwiaty i najzdrowiej wyglądające owoce często zwodniczo były trujące. Słowik miał także przyjemność oglądać jak niedźwiedzica z krwawej, bezlitosnej łowczyni w swym niebezpiecznym majestacie w oka mgnieniu staje się czułą, kochającą matką i tylko ubrudzony świeżą posoką pysk, świadczył o tym, jakiej przemiany doświadczyła. Właśnie ta niedźwiedzica - dla myśliwych i podróżnych śmiertelne utrapienie; dla własnych dzieci źródło i gwarancja przeżycia - ze względu na dwoistość swej natury tak bardzo zafascynowała Dirhaela. Świat nigdy nie był jednakowy, zawsze stanowił medal o dwóch różnych, nierzadko zupełnie przeciwnych stronach. Słowik czasami miał jednak wrażenie, że "medal" nie jest odpowiednim słowem dla opisania różnorakiej natury świata. Znacznie lepiej pasowało mu określenie "sześcian", lecz i jemu czasem brakowało kilku stron.
Niewprawny obserwator zwykle dostrzegał tylko jedną ze stron, rzadziej dwie czy trzy i pozwalał, aby to jedynie część całości kształtowała jego światopogląd. Poznawszy tylko jedną z części całości uważał, że dotarł do sedna sprawy i porzucał temat. Dirhael natomiast nie zwykł mawiać, że poznał coś doskonale, choć z pewną pasją analizował to co go otaczało, starając się dojrzeć jak najwięcej. W ten właśnie sposób, dzięki rozumowaniu i spostrzegawczości, potrafił spodziewać się tego, czego przeciętny, nieobeznany z prawdziwą naturą świata obserwator nie potrafił nawetvdo siebie dopuścić. To umiłowanie sprawdzania każdego aspektu nie raz było przyczyną wielu nieszczęść, ale chłopak nigdy nie uważał, że robi błąd. Był na to zbyt ciekawy świata. Mimo to nawet Słowik nie śmiał przypuszczać, że spotka go coś aż tak dziwnego. Podobne opętania nie zdarzają się przecież na każdym kroku, a sam Dirhael świadkiem żadnego nigdy nie był.
Uczucie było co najmniej paskudne. W jednej chwili chłopak spokojnie wygrywał na fletni zasłyszaną w mieście melodię, a już w następnej całe jego ciało przeszywało wściekle lodowate ostrze. Właśnie dlatego wzdrygnął się i poderwał na równe nogi, nie rozumiejąc co mogło mu się przytrafić. Obezwładniający ziąb ustał tak nagle jak się pojawił i został zastąpiony nie mniej nieprzyjemnym uczuciem rozlewającego się po całym ciele ciepła. W jednej chwili ze stanu przypominającego przebywanie nago na mrozie, trafił wprost pod bramy piekielne i poczuł się tym tak samo skołowany jak wtedy, gdy w dzieciństwie zawiązywano mu oczy i kręcono nim aż całkowicie stracił orientację. Jedyna różnica polegała na tym, że tym razem nie miał zawiązanych oczu i nie była to gra. Gorąco palące chłopaka od środka zelżało i zniknęło w momencie w którym usłyszał głos, który z całą pewnością nie należał od żadnej z myśli Dirhaela.
Głos przedstawił mu się jako Atlant i mgliście określił całą sytuację, wprowadzając Słowika w jeszcze większą dezorientację. Głos miał także niecodzienną prośbę, ale to było już zbyt wiele dla chłopaka. Zajął się więc pierwszą kwestią, licząc przy tym, że może cokolwiek mu się rozjaśni, a sytuacja nabierze nieco sensu.
- A więc, Atlancie... - zaczął niepewnie, nie mogąc zwalczyć dziwnego uczucia wywołanego niejako mówieniem do siebie i bezsensownością tego. Czuł jednak, że tak trzeba. - Raz jeszcze. Jak doszło do tej niecodziennej sytuacji?
~ Ćwiczyłem wychodzenie z ciała. Jak widać coś poszło nie tak, a ja trafiłem w nieznane mi miejsce niedaleko ciebie. Musiałem znaleźć ciało w którym nie groziłoby mi zniknięcie, a ponieważ ty byłeś w pobliżu, pomyślałem, że możesz mi pomóc. - wyjaśnił głos.
- Czego dokładnie ode mnie oczekujesz? - chłopak uniósł jedną brew.
~ Chcę, żebyś pomógł mi znaleźć moje ciało, bo bez tego nie mogę zostawić cię w spokoju.
Sytuacja wcale nie przestała być dziwna, choć Dirhael wiedział nieco więcej niż na początku i ta garść informacji, którą otrzymał póki co całkowicie mu wystarczała. Usiadł z powrotem na ziemi, oparł łokieć o zgięte kolano i wsparł podbródek na zaciśniętej luźną pięść dłoni. Nie specjalnie spieszyło mu się gdziekolwiek o tej porze. Uczucie posiadania drugiej świadomości nadal było dla niego dziwne. Odrobinę nie podobał mu się także fakt, że głos miał dostęp do jego własnych myśli. Słowik nie miał może wiele do ukrycia poza paroma wstydliwymi wspomnieniami z dzieciństwa, które i tak wraz z upływem lat zaczęły się zacierać, lecz cenił sobie tę podstawową prywatność równie co każdy. Odsunął jednak od siebie swoje niezadowolenie i skupił na chwili obecnej. Nie zamierzał wyruszać nocą, Atlant jeszcze nie sprawił, by chłopak chciał się go jak najszybciej pozbyć, więc nie było sensu nigdzie iść. Jego przypadkowy towarzysz wydał mu się nawet tak samo interesujący co okoliczności ich spotkania i Dirhael zdecydowanie chciał poznać go nieco lepiej zanim ich drogi się rozejdą. Chciał też pomóc, bo zwyczajnie tak wypadało, on sam nie znosił odmawiać, gdy mógł coś zrobić i nie miał powodów postąpić inaczej.
- W porządku. - stwierdził po chwili, nieco pewniejszym niż dotychczas głosem. Stopniowo oswajał się już ze świadomością, że pomimo tego, że jest sam, tak naprawdę wcale tak nie jest. Tym razem głos w jego głowie przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
~ W Hidden. - odparł w końcu. Wyczuł jednak, że Słowikowi nic to nie powiedziało, więc dodał - Pokaż mi jakąś mapę. Pokieruję cię.
Dirhael parsknął krótkim, melodyjnym śmiechem.
- Wybacz, nie mam ani skrawka mapy. Nie potrzeba mi wiedzieć dokąd wiedzie mnie droga. Jednakże mogę spróbować jakąś zdobyć, jeśli istnieje taka potrzeba.
~ To by nam wiele ułatwiło.
- Co się stanie, gdy już dotrzemy do Hidden? Mam zwyczajnie liczyć na łut szczęścia, że jakimś cudem rozpoznam twe ciało?
~ W Hidden mieszkają ludzie, którzy ci pomogą. Nie przejmuj się tym, póki nie dotrzemy do celu.
- Rozumiem... Tak mi się wydaje. - odpowiedział głosowi Altanta.
Słońce właśnie schroniło się za horyzontem, oddając świat pod panowanie nocy. Dirhael lubił noce niemal tak samo jak dnie. Zawsze był tym typem istoty, która i w zwykłej kałuży jest w stanie wskazać coś urzekającego. Chłopak wychodził z założenia, że świat to piękne miejsce i warto zachwycać się jego urodą, gdy ma się ku temu czas i sprzyjające okoliczności. On sam miał na to wiele, wiele czasu, więc żył tak, jakby cały świat dookoła był cudem. Dziś jednak nie miał zbytnio nastroju na podziwianie aksamitnego mroku nocy, który otulał uśpiony las. Dlatego też zsunął się nieco niżej na pniu i półleżąc wsunął worek pod głowę.
~ Kiedy wyruszymy? - spytał Atlant, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego do czego Słowik zmierza. Prawda była taka, że Dirhael nie zamierzał zmieniać swojego rytmu dnia i przyzwyczajeń w obliczu tej odbiegającej od normalności sytuacji. Przebył długą drogę e ciągu dnia i miał zamiar odpocząć przed kolejnym dniem spędzonym na szlaku. W kwestii wyjaśnienia odparł więc tylko:
- Nazajutrz.
A potem pozwolił, by zapach świeżych ziół, mchu i kory drzewa oraz cicho szumiące liście ukołysały go do snu. Nie pamiętał co dokładnie mu się śniło, lecz mógł przysiąc, że były to dobre sny. Z takim właśnie przeświadczeniem się obudził. Niedaleko na gałęzi drzewa siedział wyjątkowo bliski chłopakowi ptak. Młody słowik witaj nowy dzień z zapałem budzącym niekłamany podziw Dirhaela. Włóczykij poczuł dumę na myśl o tym, że został porównany do tego ptaszka i może się tym mianem przedstawiać. Słońce nie stało jeszcze zbyt wysoko, lecz i tak oświetlało okolicę, barwiąc ją na miły dla oka złoty kolor. Słowik wstał i przeciągnął się, a potem otrzepał ubranie z trawy, kępek mchu, patyczków i grudek ziemi. Chwycił worek, przerzucił go sobie przez ramię i ujął w dłoń kostur. Wygrzebał jeszcze z worka sakiewkę pełną malin i ruszył przed siebie, delektując się smakiem owoców. Kierował się do drogi, którą wczoraj przeciął.
~ Gdzie się wybieramy? - zagadnął głos po dłuższej chwili ciszy, gdy Włóczykij dotarłszy do ubitego traktu wybrał losowy kierunek.
- Co byś rzekł na stare, lecz dobre, tam gdzie nas nogi poniosą i wzrok zaprowadzi? - Dirhael uśmiechnął się do siebie. - Każda droga ostatecznie prowadzi do zamieszkałego miejsca. Nie ma znaczenia dokąd pójdziemy, bo i tak zajdziemy do celu. Jednakże, by umilić wędrówkę mógłbyś opowiedzieć mi kim jesteś i czym dokładnie jest Hidden, w porządku? - spytał i wrzucił do ust kolejną malinę. - Przed nami zapowiada się minimum parogodzinna wędrówka.

poniedziałek, 6 marca 2017

Zawsze trzeba wiedzieć kiedy kończy się jakiś etap w naszym życiu. Jeżeli uparcie chcemy w nim tkwić dłużej niż to konieczne, tracimy radość i szansę poznania tego co przed nami.

Imię: Wyjątkowo proste jak na standardy jego krainy i całkiem przyjemnie brzmiące: Dirhael. Tam skąd pochodzi imię jest cenne i ważne. Nie stanowi przypadkowego zlepku liter, lecz ma znaczenie i zawiera w sobie choć cząstkę natury posiadacza. Dlatego też wszelkie próby skrócenia sobie tego jakże istotnego miana są odbierane jako absolutny brak taktu. Popełnienie tak niesmacznego, choć przecież błahego błędu znacząco utrudnia jakiekolwiek przyjazne relacje z obrażonym, lecz Dirhael świadom różnic kulturowych przymyka oko na niezamierzone obrażanie go i cierpliwie tłumaczy gdzie został popełniony błąd oraz prosi o to, by następnym razem na to uważać.
Nazwisko: Dirhael nie posiada własnego nazwiska, bo dopóki nie opuścił rodzinnego domu właściwie go nie potrzebował. Przedstawiał się imieniem i wszyscy wiedzieli, że jest właśnie tym, kim jest i nie było żadnych problemów. Sytuacja uległa jednak zmianie i nazwisko stało się mu potrzebne. Zmyślił je przy pierwszej lepszej okazji i posługuje się mianem Rovidan.
Przydomek: W czasie licznych podróży przylgnęło do niego wiele tytułów, które Dirhael wspomina z uśmiechem na twarzy. Uważa, że to dlatego, iż każdy z nich ma swoje znaczenie i miejsce w jego historii. Ponadto Dirhael już dawno temu zrozumiał, że ludzie wiecznie będą go okrzykiwać nazwami bezpośrednio nawiązującymi do natury, więc polubił i to. Najstarszym z nich i jednocześnie najmilszym sercu chłopaka jest Słowik. Lubi także, gdy zwracają się do niego per Włóczykij. Pewnego razu, młoda kobietka, która wyrwała się matce, żeby przyjrzeć się mu dokładniej, okrzyknęła go Listkiem i tak też mu zostało. Chłopak uwielbia przytaczać historię każdego ze swych pseudonimów, by jego rozmówca mógł zrozumieć okoliczności nadania mu, na przykład, wiele mówiącego tytułu Chochlik lub Fiołek.
Rasa: Ludzie na pierwszy rzut oka przypisują mu elfie pochodzenie. Jemu taki stan rzeczy wcale nie przeszkadza, bo w jakimś procencie jest to najszczersza prawda. Przy bliższym poznaniu go także i ta część jego natury, która elfia nie jest, żadnej tajemnicy nie stanowi. Słowik bowiem ma też w rodzinie driady i nigdy nie czuł się w obowiązku zatajać faktu, że jest mieszańcem. Ba, jego cieszy ta miła dla oka i ucha odmienność!
Wiek: Liczy sobie równo 145 lat. Daleko mu jeszcze do tych doświadczonych minionymi wiekami elfów z jego rodzinnej wioski, ale dzieciakiem już nie jest. Czuje się na maksymalnie 19 ludzkich lat i tak też najczęściej zdarza mu się zachowywać.
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Oczywistą oczywistością jest to, że wybór Dirhaela padł w pierwszej kolejności na artystę oraz zielarza. Czułby się po prostu źle gdyby nie użyczał swej wiedzy o świecie roślin w imię wyższych celów. Za bardzo kocha też muzykę, więc tak czy siak byłby nierejestrowanym pieśniarzem, a nie widzi sensu się z tym kryć.
Aparycja: Słowik jest całkiem wysokim, szczupłym chłopakiem, który nawet pomimo szczerych chęci nijak nie potrafi wzbudzić w nikim strachu. Na szczęście Dirhael nie potrzebuje tej cechy i jest całkiem zadowolony z tego jak wygląda. Wiecznie rozczochrane miedziane (lub według niektórych pomarańczowe) włosy w połączeniu z oczami koloru młodych listków sprawiają, że Słowik nie ma się czego wstydzić. Uroku dodaje mu także uśmiech, który tak rzadko ustępuje miejsca innym grymasom, że niejeden znajomy Włóczykija jest święcie przekonany, że właśnie tak wygląda naturalny wyraz jego twarzy. Poza tym jego nieodłącznymi atrybutami są pozornie byle jaki, sękaty kostur i ewidentnie nadgryziony zębem czasu, skórzany worek, w którym chłopak zwykł nosić w czasie swych podróży cały dobytek (W tym jakże cenny dla niego notes z zapiskami dotyczącymi krain i miejsc, które zwiedził.). Zwykle nosi też przy sobie fletnię pana czy lirę, a w worku na ogół upchnięty ma też prosty flet.
Zdolności: Dirhael jest nad wyraz sprawny fizycznie i choć nie mowa tu o szerokim wachlarzu figur akrobatycznych, łatwość z jaką pokonuje przeszkody wymagające kociej precyzji potrafi zachwycić. Zwłaszcza, że Słowik najwyraźniej nie jest świadom swojej naturalnej lekkości i gracji z jaką potrafi się poruszać.W ramach rekompensaty doskonale zdaje sobie sprawę z talentu muzycznego i uwielbia dzielić się nim ze światem. Potrafi zagrać na lirze, flecie i fletni pana i jest z tego powodu na tyle zadowolony, że nie poszukuje nowych instrumentów muzycznych. Ma też rękę do roślin i przedziwny dar przyciągania do siebie zwierząt i niezmiernie mu z tym dobrze. Od biedy potrafi się całkiem skutecznie bić, lecz prędzej sam sobie zrobi krzywdę niż kogoś trwale uszkodzi. Opanował także zdolność posługiwania się karambitem, więc nie jest całkowicie bezbronny, bo nosi przy sobie najgroźniejszy nóż świata. Potrafi też używać swojego kija do znacznie kreatywniejszych rzeczy niż podpieranie się w trasie. Do bagażu jego zdolności można by także zaliczyć manipulację roślinnością i naginanie jej do swojej woli (choć tutaj Dirhael jest tylko odrobinkę bardziej wtajemniczony niż kompletnie zielony w temacie nowicjusz). Nie jest najzdolniejszym magiem na planecie, chociaż stara się uczyć nowych, przydatnych czarów z odłamu tej dobrej magii, ale przez słaby dostęp do wiedzy z tego zakresu do tej pory szło mu to dość opornie. Mimo wszystko nie poddał się i eksperymentował na własną rękę. Chłopak zdaje się także doskonale rozumieć naturę, a nawet sprawia wrażenie jakby był w stanie z nią porozmawiać tak, by zdradziła mu swoje sekrety. Co jeszcze dziwniejsze takie cuda dzieją się naprawdę, co tłumaczy dlaczego Dirhael jest tak świetnym tropicielem oraz skąd w środku lasu wie, że w mieście niedobrze się dzieje. Jednakże zwykle nie przyznaje się do tego tak po prostu, bo zbyt wiele razy widział na twarzach powątpiewanie i niedowierzanie, gdy na pytanie o to skąd wie takie rzeczy, odpowiadał: "Wiatr mi powiedział.".
Zainteresowania: Nikogo nie zdziwi chyba to, że Słowik kocha muzykę. Ma melodyjny głos, więc często zdarza mu się podśpiewywać bez żadnej okazji lub przy pracy, bo zwyczajnie to lubi. Z niemalże równą pasją oddaje się studiowaniu nowych zagadnień czy próbowaniu coraz to innych rzeczy. Za swoje hobby uznaje gromadzenie unikalnych doświadczeń. Często można także zastać go z książką. Fascynuje go cały świat natury. Nie trudno więc zgadnąć, że Dirhael potrafi spędzić cały dzień na gałęzi drzewa, słuchając śpiewu ptaków, szumu wiatru pomiędzy liśćmi i obserwując obłoki leniwie płynące po niebie. Interesującym go zajęciem jest także włóczenie się bez konkretnego planu. Kiedyś próbował swoich sił w malarstwie, lecz uznał, że to nie jest zajęcie dla niego i zadowala się zwyczajnym prostym szkicowaniem kawałkiem węgla, choć nie uważa, by miał do tego szczególne powołanie.
Charakter: Dirhael poproszony o wymienienie najważniejszej dla niego wartości, bez zająknięcia odparłby: "Wolność!". Słowik spętany zakazami, ograniczeniami czy surowymi zasadami nie czuje się dobrze. Pod tym względem jest jak przypisany mu pseudonimem ptak - na wolności śpiewa piękniej niż w klatce. Reprezentuje ten typ osoby, której do szczęścia potrzeba jedynie nieba nad głową i otwartej drogi przed sobą. Chłopak z całą pewnością jest marzycielem i kocha rozmyślać nad nieraz błahymi sprawami. To wolna dusza, która znajduje przyjemność w beztroskim odkrywaniu tajemnic świata i robi to z niezwykłą pasją i zaangażowaniem. Włóczykij, jak przystało na kogoś jego pokroju, stanowi idealny przykład człowieka nie znającego pojęcia punktualności i odpowiedzialności. Choć jeśli obieca, że coś zrobi, na pewno uda mu się dotrzymać danego słowa, bo nie ma dla niego gorszego wstydu niż zawiedzenie kogoś, kto mu zaufał. Dirhael jest też prostolinijny i rozbrajająco szczery, a przy tym cechuje go nieco dziecinna ciekawość. Czasem zdarzy mu się popełnić wyjątkowo nietaktowną wpadkę, bo pyta o wszystko co go zaciekawi, a wyjątkowo łatwo go zafascynować własną osobą. Wobec tego wielu ludzi zarzuca mu wścibstwo nad którym chłopak stara się panować, lecz zwyczajnie mu nie wychodzi. Ma jednak świadomość tego, więc na równi z niewygodnymi pytaniami stara się przepraszać za nie, jeśli zauważy, że w jakiś sposób uraziło to rozmówcę. Słowik jest doskonałym obserwatorem, więc nie sposób zataić przed nim żadnego szczegółu. Drgnięcie mięśnia pod okiem lub ledwo dostrzegalny grymas potrafią powiedzieć mu więcej, niż jego rozmówca by sobie tego życzył. Chłopak, choć nie jest pozbawiony wad, ściąga sympatię otoczenia. Sam ma na ten temat teorię, że szczerym uśmiechem i dobrym słowem jest w stanie wskórać więcej niż gdyby został kolejnym stereotypowym czarnym charakterem. Dirhael jest radosną osobą i uwielbia żartować. Czemuś przecież zawdzięcza miano Chochlika, więc jego żarty przybierają raz na jakiś czas czysto złośliwy wydźwięk, lecz mimo wszystko są to niewinne, nieczyniące szkody dowcipy. Chłopak zdaje się być wulkanem energii i zaraża okolicę pozytywnym nastrojem i motywacją. Mimo to potrafi usiąść czasem gdzieś na boku i zwyczajnie obserwować, nawet nie zwracając na siebie uwagi. Wbrew pozorom Dirhael jest skromny i dobrym komplementem bez trudu można przyprawić go o wyjątkowo widoczne na cerze rudzielca rumieńce. Nie liczy się dla niego wygląd zewnętrzny, bo zbyt wiele razy w czasie swoich podróży spotykał ludzi o "brzydkich twarzach", a jednak pięknym wnętrzu. Zresztą, ktoś pokroju Słowika nie dba o nic, co przyziemne. Ani pieniądze go nie interesują, ani ogólna opinia. Sam uważa, że jest tym, kim jest i nie widzi sensu się zmieniać, by dopasować się do towarzystwa, bo łatwiej zmienić kompanów na takich, którzy polubią jego charakter, a nie nikłe korzyści płynące z tej znajomości (Przecież nie ma zbyt wielu korzyści płynących z utrzymywania kontaktu z biednym jak mysz kościelna włóczęgą, czyż nie?). Bywa też nieco sentymentalny i kocha zbierać pamiątki - w jego notesie znajduje się pełno wysuszonych liści, piórek i wszystkiego co tylko znalazł i uznał za godne zachowania. W gruncie rzeczy nie szuka z nikim zwady i stara się być miły oraz pomocny, bo sam traktuje ludzi tak, jak chciałby być traktowany, zatem równy szacunek okaże biedakowi i ważnej osobistości. Cechuje go także skromność, bo sądzi, że nie ma się czym chwalić, ani tym bardziej przechwalać.
Historia: Jego historia jest wyjątkowo prosta i przyjemna. Urodził się w krainie nie ujętej nazwą na żadnej mapie, a mieszkańcy tego leśnego państewka zwykli zwać je po prostu Domem i tak też się utarło. Dzieciństwo Dirhaela nie było ani tragiczne, ani smutne. Nie był może gwiazdą wśród rówieśników i nigdy szczególnie się nie wyróżniał w żaden sposób, ale nikt mu nie dokuczał. W ten sposób przeżył najmłodsze lata swojego życia i ma co wspominać z tego okresu, gdyż razem z przyjaciółmi nie należał do tych stuprocentowo grzecznych dzieci. W wieku mniej więcej stu lat uznał, że Dom stał się dla niego zbyt ciasny, więc nie mówiąc nic nikomu, spakował swoje rzeczy i wyruszył w świat. Zostawił rodzicom jedynie krótką notkę o tym, żeby zbytnio się nie martwili i, że od czasu do czasu będzie pisał o tym jak bardzo tęskni i gdzie zawiodła go droga. W taki właśnie sposób od czterdziestu pięciu lat wałęsa się po świecie bez planu, ani celu i nie przeszkadza mu wcale ten stan rzeczy. Miał w tym czasie zbyt wiele przygód i poznał zbyt wielu ludzi, by chciało się to komukolwiek przytaczać po kolei. Do Hidden przybył całkiem niedawno i wydaje mu się, że osiądzie w jednym miejscu na nieco dłużej niż parę dni, gdyż nawet osobę pokroju Włóczykija dopada czasem zmęczenie życiem w nieustającej podróży.
Partner: Jest taka jedna, która skradła jego serce, a później na własne oczy widział jak je depcze i grzebie pod płotem. W wyniku przykrego doświadczenia Dirhael stał się ostrożniejszy i mniej ufny w kwestii zawierania związków, lecz stara się nie wykluczać ostatecznie opcji, że znajdzie sobie odpowiednią towarzyszkę.
Rodzina: Ma matkę i ojca oraz siostrę. Swego czasu utrzymywał z nimi bardzo dobry kontakt, ale jakoś zbyt często zaczął zmieniać miejsca pobytu, więc urwało się to. Słowik z przyjemnością powróciłby do pisania listów do domu, a teraz gdy osiadł na nieco dłużej w jednym miejscu może okazać się to możliwe do zrealizowania.
Towarzysz: Wędrował z wieloma towarzyszami, żaden z nich jednakże nie został z nim na stałe. Może to i lepiej, że zwierzęta i tak ostatecznie wybierały wolność?
Szczegóły: *Włóczykij jest wegetarianinem z potrzeby. Nie dość, że rozumie zwierzęta, więc dobrze zna uczucia towarzyszące ich śmierci, to jeszcze mdli go na sam widok mięsa. Nie jest jednak tym typem wegetarianina, który usiłuje nawrócić świat na jego dietę. Potrafi nawet z uśmiechem życzyć siadającym do pieczeni smacznego i nie widzi w tym żadnego problemu. Wyznaje zasadę, iż to, że on unika zjadania tego typu pokarmów nie oznacza od razu, że inni także mają je potępiać. O gustach się przecież nie dyskutuje.
*Prawdę powiedziawszy pojęcia nie ma gdzie leży jego ojczyzna, gdyż ta nijak się nie nazywała. Nie wie też jak tam trafić. Nigdy nie korzystał z żadnych map, więc nie byłby w stanie wskazać nawet gdzie był. Pamięta tylko nazwy i nazwiska, lecz nie sposób, by wskazał którędy szedł.
*Jego ulubioną porą dnia jest wczesny ranek i kocha wschody słońca oraz pierwsze śpiewy ptaków zbudzone tym niezwykłym zjawiskiem, więc z reguły właśnie o wschodzie wstaje. Można zatem przypuszczać, że jak na elfa i driadę przystało żyje zgodnie z rytmem przyrody, odpoczywając w nocy, gdy świat pogrążony jest we śnie i budzi się wraz z naturą w pierwszych promieniach słońca. Odpowiada mu taki styl życia.
*Ma niezwykłą słabość do kwiatów i doskonale zna ich znaczenia, więc żaden podarowany przez niego kwiat nie był nigdy bezpodstawnie i nieświadomie użyty. Jeden z jego pseudonimów - Fiołek - wziął się od tego, że pewna stara zielarka, u której przez pewien czas mieszkał, poznawszy się na charakterze Dirhaela nadała mu miano znaczące "skromna wartość", a on przystał na to, doskonale zdając sobie sprawę z prawdziwości tego tytułu.
*Żyje dość czasu, by używany przez niego język w niewielkim stopniu różnił się od języka współczesnego. Nie przeszkadza mu to dopóki wszyscy są w stanie to zrozumieć, bo w przedziwny sposób dodaje mu to wyjątkowości.
Autor: Apocalypse Rider