piątek, 25 grudnia 2015

Od Emmy - Kolejny prezent. Ale już nie taki zwykły!

– Jesteś boski… – szepnęłam uwodzicielsko do ucha postawnego bruneta, który teraz leżał koło mnie i składał pocałunki na moim ramieniu. Chyba nie zanosiło się już na kolejne igraszki. Była szósta rano, ale ja nie byłam ani trochę zmęczona po tej nocy. Faceci uwielbiają komplementy, nawet jeżeli są one wyssane z palca. Nie, on nie był boski. Nie było nawet „fajnie”! Słowo „średni” doskonale określa jego umiejętności łóżkowe.
Ale jeśli chodzi o wartość jego łóżka, w którym teraz leżymy… Tak, jego majątek zdecydowanie prześciga poziom tego, co działo się w nocy.
– Starałem się… – odszepnął romantycznie. „Jaaasne. Nic po Twoich staraniach, facet. Jesteś do bani… Ale to nie znaczy, że nie mogę Cię jeszcze wykorzystać…”
Właśnie, chcę coś od niego! Ale to nie może być takie zwyczajne „coś”. To coś musi być na maksa wycosiowane, inaczej zmarnuję moją szansę.
Mam!
W apartamencie, w którym mieszkam do niedawna trzymał się ustalonych z góry przez władze i rygorystycznych zasad, ale niedawno część z nich została zniesionych. W tym zakaz trzymania w mieszkaniach zwierząt…
– Misiu… – mruknęłam prosząco do blondyna… Zaraz, nie, to był brunet. Ech, znowu mi się miesza.
– Tak? – zapytał nie odrywając swoich ust od mojej skóry.
– Ostatnio myślałam nad pewną rzeczą… – zaczęłam niewinnie – Bo… Widzisz… Gdybyś mógł coś dla mnie zroooobić… – jęknęłam błagalnie, teatralnie przeciągając samogłoskę w wyrazie.
– Dla Ciebie wszystko, Angeliko – odpowiedział. „Angeliko”? Ach, no tak, podałam mu jedno ze swojej listy zmyślonych imion. Dobrze, że mi to przypomniał.
– Skarbie – rzekłam zastępując tym określeniem lukę, w którym powinno być jego imię, którego za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. – Może kupiłbyś mi pieska…? – zapytałam niewinnie, uważnie obserwując jego reakcję kątem oka.
– Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu…
– To wspaniale! – zawołałam, podrywając się z miejsca i energicznie siadając na łóżku. – Chcę takiego rasowego! – powiedziałam sztucznie podekscytowana.
– Dobrze… – odparł lekko rozbawiony moim wybuchem, podnosząc się i opierając na łokciach.
– Tak, takiego rasowego! I takiego szkolonego! O, i żeby był drogi! Najdroższy, najdroższy, najdroższy w całym mieście! Albo nie! W caaaaałym państwie! – marzyłam uradowana, udając, że nie zauważyłam coraz to posępniej wyglądającej miny blon… Bruneta, któremu uśmiech w mig zszedł z twarzy.
– Naj-Najdroższego? – zająkał się, niepewny czy się nie przesłyszał, pomimo, że powtórzyłam ten wyraz kilka razy.
– Tak! Bo zrobisz to dla mnie, prawda? – zapytałam, przenosząc swój wzrok sztucznie wypełniony niepewnością na mężczyznę.
– N-No, ja… – zaczął, lecz nie dane mu było dokończyć. Ba! Nawet odmówić! Mi się nigdy nie odmawia!
– Nie kupisz mi go…? – szepnęłam słabym głosem, sekunda po sekundzie wymuszając łzy. Zaraz jednak mój smutek przerodził się w gniew: – A więc to tak?! – krzyknęłam zrywając się z łóżka. – A myślałam, że jesteś inny od tych wszystkich mężczyzn! Że o mnie dbasz! Najwidoczniej się myliłam! – wrzasnęłam przez łzy, teatralnie się odwracając. Zasłoniłam dłonią zaczerwienione od płaczu oczy, podbiegłam do wieszaka, na którym wisiał mój szlafrok i szybko go na siebie nałożyłam.
– Zaczekaj! – zawołał mężczyzna, również wstając gwałtownie z łóżka.
– Nie! Puśc mnie! – krzyknęła, gdy poczułam na swoim nadgarstku jego dłoń, która w tamtym momencie trzymała mnie delikatnie, aczkolwiek zdecydowanie.
– Dobrze, przepraszam! Kupię Ci go! Kupię! – powiedział zawzięcie i przyciągnął mnie do siebie. Uśmiechnęłam się podle do siebie.

***

– O, tutaj jest sklep! – zawołałam, wskazując wolną ręką (wcześniej naciągnęłam go jeszcze na „małe” zakupy) na drewniane drzwi przyozdobione rysunkiem zwierzaka. Złapałam rękę mężczyzny i pociągnęłam go za sobą w stronę wejścia.
– Och, młoda damo! Proszę, wchodźcie! – zawołał starszy mężczyzna, gdy weszłam do budynku. Spojrzałam na sprzedawcę, a potem rozejrzałam się wokoło.
– A gdzie są zwierzaki…? – zapytałam lekko skonsternowana. Nigdy nie byłam w takich miejscach, bo papużki, króliczki i tym podobne nigdy mnie nie interesowały, ale z wielu bajek, opowieści dowiedziałam się, że powinny tu być piękne wystawy, za których szkłem siedziały małe szczeniaczki, kotki. Klatki przypięte do sufitu, zwisające swobodnie, niektóre pozamykane, niektóre nie, choć to i tak nie miało znaczenia, bo ptaki były bardzo dobrze wyszkolone…
– Jeśli chce pani któregoś kupić, to musi pani najpierw przejrzeć katalog – wyjaśnił spokojnie. Pewnie już nie raz ktoś zapytał się go o coś podobnego. Schylił się pod biurko i nie wiadomo skąd wyciągnął dość dużą książkę, a raczej album. Podeszłam do lady, a w ślad za mną podążył brunet.
Starszy pan uśmiechnął się do nas i obrócił katalog w naszą stronę. Otworzyłam go, po czym przewróciłam z jedną, czy dwie strony. W folijki były włożone małe kawałki płótna, na których namalowane zostały podobizny zwierząt. Koło portretu widniały takie informacje jak data urodzenia, imię, rasa, czy rodowód.
– I które Ci się najbardziej podoba, skarbie? – zapytał czule, obejmując mnie w talii.
– Chwila, wybieram – odpowiedziałam cierpko, na co zdziwiony mężczyzna zabrał łapy. – … Ten! – zawołałam nagle, kładąc palec na nosie psiaka, którego chciałam mieć.
– Jest pani pewna? – zagadnął sprzedawca – To rasówka, wyszkolona, a do tego bardzo droga – powiedział, obserwując moją reakcję znad wielkich okularów zasłaniających mu pół twarzy.
– Och, dlatego go chcę! – zawołałam radośnie – Misiuu… – zajojczałam tym swoim słodkim głosem. Odwróciłam się w stronę postaci stojącej za mną i popatrzyłam na niego błagalnie – Zrobisz to dla mnie…? – zapytałam
– J-Jasne… – uśmiechnął się, choć dobrze było po nim widać, że nie jest szczególnie zachwycony pięciocyfrową ceną na skrobaną piórem koło portretu. Amator – Możemy go zobaczyć? – zapytał, zwracając się do osoby stającej za blatem.
– Ją, proszę pana, ją – poprawił go sprzedawca, uśmiechając się od ucha do ucha zadowolony, że ktoś wyda tyle pieniędzy w jego sklepie. Ponownie schylił się do niskiej półki i wziął z niej mały, ale dość nowy kluczyk.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie stanąć na palcach i uważnie obserwować poczynania staruszka. Ten, wyprostował się i zaprosił nas gestem dłoni do długiego korytarza. Weszłam ochoczo, chociaż mój towarzysz zdecydowanie nie był w najlepszym humorze.

sobota, 19 grudnia 2015

Od Viserany c.d. Ashlotte - Przepis

Wiecie co? Tak sobie myślę... że lepiej trafić nie mogłam. Ja już nie mówię o tym, że znalazłam miejsce w którym najwyraźniej znajdę sobie dom, nie będę musiała przebywać w tłumie... No i jest tu smok! Wiecie, ja zawsze miałam pewną, hmm, słabość do zwierząt. Ale smoki to takie wyjątkowe stworzenia. Udało mi się kiedyś podsłuchać jak mój tata opowiadał mamie o wyprawie, na której tata spotkał jednego smoka. Tyle, że on uważał, że to Stworzenia Śmierci. Wiecie, takie stare przesądy. Ja natomiast od tamtego czasu marzyłam, żeby spotkać jakiegoś... No i jest! Hmmm, czy zasłużyłam? Nie wiem. Wątpię, żeby bogowie patrzyli na to co robię. Chociaż może jest jakiś takie jeden...?
W każdym razie, już wiecie czemu siedziałam jak zaczarowana przy ognisku patrząc na Frelsera. Mam nadzieję, że nikt mnie nie widzi. To dosyć żenujące, ale silniejsze ode mnie. Po chwili jednak mój żołądek daje o sobie znać i kiedy towarzysze wspominają o jedzeniu... Skręca mnie od środka, dosłownie. Dziwi mnie nieco, że to akurat Ash zrywa się, by je przynieść. Ale skoro tak... Niech tylko zrobi to szybko.
Myślę, że moje postanowienia czasem są bezcelowe. Po minucie mam ochotę wystrzelić płomieniami jak Atlant. Jeść!, woła mój żołądek. Dlatego zajmuję się analizowaniem całej tej grandy. Tak, może mi to jakoś pomoże odciągnąć uwagę od gło...Szzzzzzzzzzz!
W tym momencie słyszę rozmowę Halta i Phestera, dlatego też wcinam się na moment. Potem jednak wracam do swoich planów.
Powiedzmy, że nie muszę się skupiać na analizowaniu Mild i Ash, bo je już jakoś poznałam ogólnikowo. Halt... Jego na razie odpuszczę. Inaczej mój żołądek będzie zmuszony zwracać powietrze. Phester to intrygujący i irytująco uparty mądrala, a niech mu tam będzie. Chce się chować to niech się chowa. Squall jest tym typem kobiety, z którą albo się dogadam albo się zabijemy. Wolałabym nie, bo wygląda na to, ze ona też ma utarczki z Haltem, a co dwie pary rąk sprawnie posługujących się ostrzem to nie jedna, prawda? (Halcik, nie zaśniesz :D) Lisbeth też się chowa, ale wydaje się w porządku choć mało mówi tego wieczoru. Atlant... No tego to ja już lubię! W końcu bawi się ogniem, to jest mój człowiek! No dobra, człowiek to za dużo powiedziane... Malik to taki wyrośnięty kocur. Przygarnęłam kiedyś jednego - nie, to że jestem wilkołakiem nie znaczy że zjadam koty na śniadanie, obiad i kolację. Lubię je. Ten tu pije trochę za dużo kawy, ale każdy z nas coś popija... tak, nawet wodę. Tak czy owak, jeszcze go dorwę. Ale może nie dziś. Frelser... No mój zachwyt jest oczywisty ale co do jego charakteru, może trochę nieśmiały, ale zobaczycie - my nim tak zakręcimy, że niedługo będzie taki!
A teraz wielki powrót żołądka! No, dosyć tego. Głód to głód - a przecież jutro pełnia! Podrywam się z pieńka mrucząc przekleństwa i idę twardo do piwnicy. Nie martwi mnie, że się pobrudzę - po tym całym pożarze jestem tak utytłana, że mogłabym robić za ziemię.
Wchodzę do piwnicy spodziewając się Ashlotte wybierającej bardziej odżywcze kąski, jednak... Ona klęczy na podłodze i czyta...
- Co z tym jedzeniem? - pytam.
Dziewczyna podskakuje nerwowo, szybko zwija papier i odwraca się, wstając.
- To przepis. Może być przydatny w następnych dniach, nie musimy przecież ciągle jeść surowych warzyw prawda? - Uśmiecha się ale jakoś tak... Hm, no kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną więc po prostu jej nie wierzę. Nie dopytuję - wyjątkowo - bo zaślepia mnie głód. Wzdycham tylko wznosząc oczy ku niebu. W ciszy zbieramy co popadnie do kieszeni i rąk i idziemy do reszty towarzystwa.
- Znajcie łaskę pani! - wołam kąśliwie dołączając do głodnego tłumku.
Zauważam jednak, że nie ma Squall... Może poszła na spacer? A mniejsza, głód wzywa!
Jakieś 15 minut jestem zbyt zajęta jedzeniem, żeby skupić się na czymkolwiek innym. Czuję na sobie co jakiś czas spojrzenia niektórych osób ale już przywykłam. Ludzie zawsze na mnie dziwacznie patrzyli - przez oczy, przez ubiór, przez mój apetyt... Potem jednak rozbrzmiewają pierwsze nuty piosenki marynarskiej, sięgam więc po swoją nienaruszoną jeszcze porcję rumu - cel Squall. Ciesze się, że go przyniosła. Dawno nie piłam zacnego trunku.
Wieczór powoli mija, śpiewamy, rozmawiamy, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Ku mojej uciesze - nie tylko ja mam głośny i niekontrolowany śmiech! Nareszcie! Robi się coraz weselej aż w końcu czuję, że rum zaczyna działać...
<No, to kto teraz opisze nocno-rumowe "konwersacje" towarzystwa? Ze swojej strony powiem tylko, że Vis robi się nieco drażliwa po rumie ale i bardziej złośliwa i wesoła niż normalnie. Tak, jak trzeba to zatańczy :D >

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Od Phestera - Zwykły wieczór przy ogniu

Towarzystwo zebrane przy ogniu zaczynało się nieco ożywiać. Powoli wszyscy zaczynali się otwierać, jeśli można to tak nazwać. Bo w końcu nikt z zebranych tutaj osób na chwilę obecną nie mógł, ani nie chciał mówić czegoś więcej o sobie. Każdy miał coś do ukrycia. Phester jednak czół że każdy z tych wyrzutków, uciekinierów czy też podróżników zostanie tu na dłużej i z czasem może się zżyją. Według niego to była tylko kwestia czasu. Obrócił delikatnie głowę by spojrzeć w stronę gór które oddzielały ich nowej Sorsiny. A coś mu się wydawało że okazja to tego by wszyscy tu zebrani połączyli się dla jednej sprawy mogła nadejść w każdej chwili.
 ~Dlaczego się nie odzywasz?~ Do myśli medyka wdarł się głos smoka. Phester nie blokował go, nie było takowej potrzeby, wiedział że smoki tylko tak się komunikują i inaczej nie umiały.
 ~Nie mam nic do powiedzenia, a skoro nic nie mam to po co miałbym mówić?~ Wyjaśnił spokojnie również drogą telepatii, na co Frelser aż otworzył szerzej oczy. Nie spodziewał się odpowiedzi taką drogą. Mężczyzna podniósł oczy na monumentalnego gada. Stworzenie to wydawało mu się dość osobliwe jak na swój gatunek. Mimo że zaczynał się oswajać z towarzystwem jak wszyscy, to zdawał się być nieco spłoszony.
 -A tak czysto teoretycznie, to znajdą się dla nas miejsca na nocleg?- Zapytał Halt. Lakoo przerwał rozmowę z felinem.
 -Jest, zdążyłem poznać tutejsze tereny i mogę stwierdzić że kiedyś, może nawet przed wojną, było tu coś jakby miasteczko czy osada. Zostało kilka budynków takich jak ta moja chałupa, w wielu nawet zostały ubrania. Co więcej była też tutaj karczma i jakaś biblioteka. Jest w niej archiwum, ale księgi wieczyste zapisane są w nieznanym mi dialekcie. Normalny księgozbiór za to jest w mowie wspólnej.
 -A wiesz co tutaj wcześniej było?- Zaciekawiła się nagle Viserany.
 -Niestety nie, resztek tego miejsca nie da się jednoznacznie przyporządkować do topografii miasta, osady, wsi czy nawet zakonu. Choć do ostatniego mu najbliżej. Bo za daleko stąd do szlaku, zbyt jałowa ziemia i za gęsty las na uprawy. Warowni też nie ma, ni zamku.
 -Może to jedno z tych ukrytych krain z baśni i podań?- Zażartowała Erany.
 -Zdziwiłabyś się ile potrafi być prawdy w legendach. Myślisz że potwory z portowych opowieści mogli stworzyć siedzący przy kielichu brodacze?- Piratka wyszczerzyła się, a w tym uśmiechu Phester wyczuł małą zmianę. Nie umiał jednak określić czym dokładnie ta zmiana mogła być ani czego dotyczyła.
 -Wracając do tematu.- Atlant ponownie się odezwał. -Jest tutaj blisko dwudziestu budynków, nie wszystkie nadają się do zamieszkania, ale na razie wystarczy. Po wieczerzy będę mógł wam pokazać kilka.- Taka odpowiedź w pełni usatysfakcjonowała wszystkich zebranych. Phester nawet już wiedział który budynek sobie obierze na najbliższy czas.
 -Długo nie wraca, nie?- Czerwonooka pół-elfka wychyliła się w stronę drzwi. Następnie wstała i ruszyła do domku Alta. Gwary nadal nie ustawały. Tylko Kruk siedział w ciszy obserwując ludzi na około. Nawet Lisabeth z zakrytą twarzą którą spotkali na szlaku rzucała półsłówkami do co poniektórych. Po drodze dała się podpuścić. Wcześniej nie miał pewności co do niej, ale zachowanie, zapach, wygląd, zakryte usta oraz poranny bieg były dla niego wystarczające. Wiedział już że ma tutaj pobratymca. Choć trochę odmiennego, to nawet lepiej. Nie zamierzał jej wydawać, nie była agresywna. A i zbędna w tej chwili była jakakolwiek panika. Z resztą nie tylko ona ukrywała swoją tożsamość. Pół-elfka, która ruszyła za biało-włosom. Obie miały zapach dziwnie znajomy, nie wydawał on jednak żadnych wyroków na nikogo. Nawet w małej i milutkiej Mild wyczuwał coś innego. Była jeszcze piratka teraz prowadząca względnie luźną rozmowę z innymi biesiadnikami. Była jedną z najgłośniejszych. Zagadywała, żartowała i była złośliwa. Względny spokój i wyluzowanie, jednak dawało się wychwycić u niej kilka dziwnych zachowań. Drapała co jakiś czas zażarcie policzki. Zdawało się że sprawdza czy nadal je ma, co zdawało się być zabawne. Obserwowała też zachmurzone niebo. Phester starał się dokładnie zanalizować jej zachowanie, jednak nie umiał go dokładnie zinterpretować.
 -Skoro tamta poszła po zagrychę, to ja skoczę sobie po popite!- Zawołał stając. Frelser uniósł gwałtownie głowę, zawadzając nieco o niższe gałęzie.
 ~Też poproszę!~ Rozochocił się nieco za bardzo bo jego słowa usłyszeli wszyscy zebrani.
 -Co ja browarnia?- Zakpiła błyskając zębami.
 -Czyżby przemawiała przez ciebie skąpość? Przecież taka biedna wcale nie jesteś.- Podpuszczał ją łucznik. Dziewczyn natomiast jedynie uśmiechnęła się zbójecko. Jeszcze na ułamek sekundy zerknęła raz jeszcze w niebo po czym zniknęła w ciemności. Na moment po jej odejściu zza chmur wyjrzał księżyc, a okolica zalśniła od rozświetlonych kropelek rosy.
 -Doprawdy trafiłem na niesamowite towarzytwo...- Mruknął niemal niesłyszalnym szeptem do siebie.

Gdy tylko dziewczyna znalazła się za linią drzew puściła się dzikim pędem w stronę swojego statku. Gęste zalesienie blokowało światło księżyca, co bardzo jej odpowiadało. Mimo wszechogarniającego mroku i ciągłego pędu widziała bardzo dobrze. To właśnie dawały jej te żółte oczy wąskimi źrernicami - doskonały wzrok po ciemku i... pod odom. Okręt nie mógł wpłynąć całkiem na mieliznę. Stał co prawda w zatoczce naprawdę dobrze ukryty. Nie mógł być zauważony czy uprowadzony. Szczególnie że tego okrętu nie dało się ruszyć bez jej zgody. Przy brzegu stała szalupa, jednak piratka zdecydowanie preferowała przepłynąć się. Zrzuciła ubrania i wskoczyła do wody. W momencie jak znikła pod taflą wody to aż do statku nic jej nie zmąciło, mimo że od brzegu było to nawet ponad pół mili. Wy nużyła głowę dopiero na metr czy dwa od statku. Nie było nawet możliwe by dostrzec jak to się stało. Ale ciemny kształt tak mignął wzdłuż burty i na moment później całkiem naga krzątała się po pokładzie. Zwinęła kilka rzeczy, zrzuciła dwie beczułki rumu i skoczyła za nimi z powrotem w morze. Na zacienioną plaże wypłynęły obie baryłki. Dopiero po dłuższej chwili zaś wyłoniła się Squall. Szybko ubrała się i nałożyła kilka dodatkowych szczegółów. Rekawiczki i czarnyą kominiarkę, do tego naciągnęła mocno kaptur. Zaśmiała się widząc soje odbicie składające się z masy ubrań i jaskrawożółtych ślepi. Zachichotała cicho. Teraz gdy wróci do ogniska łącznie z nią będą już trzy i pół zamaskowanych postaci. Pół bo Halt miał tylko kaptur na sobie. Pochwyciła alkohol i dziarskim krokiem ruszyła drogę powrotną.

 -No nareszcie! Już myśleliśmy że się utopiłaś!- Zawołał łucznik gdy tylko zobaczył dziewczynę.
 -To ty tutaj nadal jesteś? Ch*lera zapomniałam! Dla ciebie niestety nie mam… przykro mi bardzo.- Odgrywała scenkę jak profesjonalny aktor. Jednak posłała mu swój wredny uśmieszek, a raczej chciałaby bo i tak nikt nie mógł tego zauważyć przez kominiarkę. Zdawało się to dziwne, ale może po prostu było jej zimno, więc nikt nie pytał dlaczego ma rękawiczki i się zamaskowała. Phesterowi jednak takie założenie zdawało się podejrzane, bo przez plecy kaftana były mokre, czyli miała mokre włosy tak samo jak noe części garderoby. Nie miał jednak zamiaru zwracać na to uwagi czy pytać dlaczego się zasłoniła. Nie miał nawet do tego prawa w końcu sam nie pokazywał twarzy. w czasie jego przemyśleń towarzystwo zdążyło na powrót się rozweselić i to na tyle szybko że do jego uszu dotarły słowa znanej na całym świecie piosenki.

Kiedy rum zaszumi w głowie, 
Cały świat nabiera treści, 
Wtedy chętnie słucha człowiek 
Morskich opowieści… 


<Mam szczerą nadzieję Vis że mnie nie zaszlachtujesz ^^ , za to że się nieco wtrąciłam, ale uzględniłam też to że tak bardzo chciałaś dokończyć opko Asch, dlatego też tutaj nie przeszkodziłam :D Liczę również że reszta się nie pospała czytając (o ile wam się w ogóle chciało XD)>

Od Ashlotte cd Squall - Co kryje się w górach?

Nie rozumiałam za bardzo, dlaczego kotopodobny ubolewa nad stratą napoju jakim jest kawa. Nigdy specjalnie mi nie smakowała. Po względnym opanowaniu sytuacji odezwał się Halt, przedstawiając nam (to znaczy osobom, które nie miały wcześniej wątpliwej przyjemności się z nią zapoznać) kolejną osobę, której wcześniej nie było.
- Panie i Panowie, macie przyjemność poznać wielmożną władczynię mórz i oceanów, a przy okazji niezrównaną w swoim fachu egoistkę - Squall. - Powiedział z ironią i przekąsem łucznik. Na te słowa (jak się domyśliłam) piratka poderwała się natychmiast.
- Jeszcze słowo, a osobiście dopilnuję żeby Cię pożarły rekiny, kiedy następnym razem władujesz mi się na statek. - "Kto się czubi, ten się lubi" - od razu przyszło mi na myśl. Każdy z nas przedstawił się jeszcze raz i można było stwierdzić, że mniej więcej wiemy kto jest kto.
Cóż, cała sytuacja wydała mi się raczej zabawną. Oprócz jednego szczegółu. Zakurzonym przedmiotem, który sprawił tyle kłopotów, a którego pozwoliłam sobie bez pytania obejrzeć - był stary, pożółkły i zniszczony już nieco zwój. Zwój dotyczył linaktropii. Mogły znajdować się tam cenne informacje, które pozwoliłyby mi na kontrolowanie tego czegoś co siedziało wewnątrz mnie. Potwora. W pośpiechu upuściłam tak ważne dla mnie znalezisko i teraz leżało sobie gdzieś na podłodze w tej zakopconej chacie. Całe szczęście, że ten cały kruczy medyk ugasił pożar. W zasadzie to podziwiam go. Ten jego stoicki spokój, aurę tajemniczości i ten dziwny pierwotny strach, który wywołuje. Założę się, że nie tylko mnie przeszedł dreszcz, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. Oczywiście żadne z nas się do tego nie przyzna, zwłaszcza, że mężczyzna jest niezwykle uprzejmy. Trafiłam do dziwnego grona osób. Mała, jednak waleczna elfka, głośna dziewczyna kłócąca się ciągle z lubującym się w kapturach łucznikiem, lekarz z ptasią maską, tajemnicza dziewczyna z chustą na twarzy, wielki, chodzący na dwóch łapach kot, "tutejszy władca" - posiadacz rogów, kobieta wyglądająca jakby ją zdjęto ze statku pirackiego i smok. Teraz już jest nas łącznie dziesięcioro. Nigdy nie lubiłam przebywać w tak licznym towarzystwie, ale, o dziwo z nimi było całkiem...całkiem.... Nie jestem pewna jak to określić....fajnie? To takie prostackie słowo. Jednak frasowała mnie jeszcze jedna rzecz - moje ubrania. Całe czarne. I śmierdziałam dymem. I kawą. Od kawy zdecydowanie bardziej wolę herbatę. Śmiem twierdzić, że żadne z obecnych tutaj nie posiadało w swym ekwipunku perfum, czy choćby zwykłej wody toaletowej. Całe szczęście w poprzednim mieście zaopatrzyłam się w niezbędny flakonik pełen cudownego zapachu. Wyjęłam go z sakiewki, był niewielki, zajmował wyjątkowo mało miejsca, po czym zaczęłam bezceremonialnie opryskiwać się mgiełką słodkiej woni. Duży kocur, o ile dobrze pamiętam - Malik, natychmiastowo przerwał opłakiwanie ukochanego napoju, prychnął głośno i odskoczył niemalże na drugi koniec polany. Cała reszta zaśmiała się, bądź zachichotała chórem.
- Ja zamiast pryskać się pachnidełkami, proponowałabym zmyć tą sadzę w jakiejś rzece, czy czymś. - Wtrąciła Viserany, chociaż jej prawdopodobnie bród nie przeszkadzał tak bardzo jak mi.
- Mamy tutaj wodę, spokojnie, wszyscy będziecie mogli się umyć, gdy tylko budynek trochę się przewietrzy. - Odparł Atlant, właściciel domu. Ta wiadomość niesamowicie mnie ucieszyła, chociaż nie dałam tego po sobie poznać. Z braku zajęcia część towarzystwa wznowiła przygotowywanie ogniska, przytaszczyli jakieś pnie, lub duże kamienie, by każdy z nas miał gdzie usiąść. Ja zajęłam się czesaniem mojej klaczy, stałam na uboczu przyglądając się od czasu do czasu reszcie. Każdy tutaj wygląda raczej na samotnika, no może z wyjątkiem dwóch, trzech osób, a jednak wszyscy trafiliśmy tutaj z jakiegoś powodu. Tak myślę. Przeznaczenie bywa silne, tak silne, że gromadzi grupkę zupełnie obcych sobie, i różnych od siebie stworzeń w jednym miejscu. Moje przemyślenia przerwał nagle głośny trzepot kilkuset skrzydeł. Ogromne stado ptaków, przeróżnych gatunków przeleciało nagle nad naszymi głowami.
- Co...do.... - Mruknęła Squall wpatrując się w niebo.
- To nie wróży nic dobrego. - Stanowczo stwierdziła Lisbeth - dziewczyna z chustą na twarzy. Myślę, że jednak każdy z nas zdawał sobie z tego sprawę. Coś wydarzyło się w jakiejś odległości od nas i nie było to nic pozytywnego.
-...Co robimy? - Zapytała mała elfka, z nutką niepokoju w głosie.
- Na razie najlepiej nic. Te ptaki mają za sobą już kilka godzin drogi, coś musiało bardzo je wystraszyć, ale miało miejsce daleko stąd. Za górami. - Odpowiedział, jak zwykle spokojnym głosem Phester. Faktycznie, kierunek lotu wskazywał na to, że przyleciały znad gór, ponadto wyglądały na zmęczone.
- Tylko dlaczego nie zatrzymały się wcześniej?... - Halt zmrużył oczy nadal patrząc na oddalające się stado.
- Ptaki już tak mają, jak się czegoś wystraszą to lecą przed siebie póki nie wyda im się, że jest już bezpiecznie. A w tych górach raczej nie jest bezpiecznie. - Odparł Atlant.
- ...Co masz na myśli?
- No... Żyją tam różne nieciekawe stworzenia. Ale góry wystarczająco daleko, nic tutaj nie przyjdzie, raczej nie musicie się martwić. - Uśmiechnął się rogaty.
- Jakie "nieciekawe stworzenia"? - twarz Visty wyrażała bardziej zaciekawienie, niż strach.
- Mantikory, strzygi, bazyliszki, demony, stada dzikich likantropów, - na te słowa skrzywiłam się lekko, mam nadzieję, że nikt tego nie zauważył - samotne wiedźmy i wiele innych, nienazwanych jeszcze istot. Mało kto się tam zapuszcza.
~Niedawno byłem w ich pobliżu~ - rozbrzmiał w głowach wszystkich głos smoka - Frelsera. Swoją drogą, ze wszystkich towarzyszy, którzy mieli przyjemność być tu razem ze mną, on był najbardziej niezwykły. Piękny. Smoki od zawsze mnie fascynowały, ale zawsze trzymały się daleko. Oczywiście mówię o dzikich smokach, do tych hodowlanych nie miałam nawet okazji się zbliżyć. Jednak miałam wrażanie, że Frelser mi nie ufa, a przynajmniej mnie unika. Ciekawe czemu.
- I co? Widziałeś jakąś wiedźmę? - Zapytała z nieco drwiącym uśmiechem Squall. Smok zatrzepotał skrzydłami.
~Przecież mówię, że byłem w pobliżu! Wolałem nie podlatywać, bo czułem, że nie czeka tam nic dobrego~
Skończyliśmy rozmowę o górach, ponieważ okazało się, że o dziwo jest już wieczór, a słońce zaszło parę minut temu. Atlant rozpalił ognisko używając swoich mocy, tym razem nie podpalając przy okazji całego lasu. Na szczęście. W trakcie rozpalania skupiłam wszystkie zmysły na unikaniu wszelkiego kurzu. Tak na wszelki wypadek.
Wszyscy usiedliśmy dookoła paleniska, na kamieniach i pieńkach.
- Ej, a co z jedzeniem? Chyba nie będziemy siedzieć przy ognisku bez żadnego żarcia? - Halt rozejrzał się błagająco.
- Wolałbym napić się kawy... - Jęknął Malik.
- Jak jesteś śpiący, to droga wolna. Nikt cię tu nie trzyma. - Powiedziała Squall drapiąc się po policzku.
- Nie o to chooodzi... - Wbrew swoim słowom, kocur ziewnął przeciągle.
- Kawy raczej już nie ma... - W tym momencie "właściciel" krainy zrobił jakby pauzę, przypominając sobie wcześniejsze wydarzenia, przez które tę kawę straciliśmy - Ale gdzieś w domu powinno być schowane jeszcze jakieś jedzenie. Pod stołem była klapa do piwnicy...
- Ja pójdę! - Wstałam nagle. Nikt się tego po mnie raczej nie spodziewał. Jednak przypomniałam sobie o zwoju. On musi gdzieś tam być, a ja muszę go znaleźć. Nikt nie zaprotestował, więc ruszyłam w stronę budynku. Za moimi plecami znowu rozległa się wrzawa rozmowy. Weszłam do środka. Podłoga była czarna. Nie jestem pewna, czy to przez wylaną kawę, czy po prostu się zwęgliła. Nie dostrzegłam zwoju. Klęknęłam i zaczęłam przeszukiwać każdy skrawek pomieszczenia. Zajęło mi to trochę czasu, liczyłam na to, że nikt tego nie zauważy, ale w końcu miałam przynieść jedzenie... Odnalazłam go wreszcie. Nie powstrzymałam ciekawości i rozwinęłam go czytając zawartość. Nie przeczytałam nawet dwóch zdań, gdy do chaty ktoś wszedł.
- Co z tym jedzeniem?

Przepraszam, że tyle nie pisałam, ale już jestem. Too... Ktoś miałby ochotę odpisać? C:

wtorek, 8 grudnia 2015

Od Squall c.d. Mild - Ciekawy ciąg przyczynowo-skutkowy

Dziewczyna nie zdążyła nawet odejść gdzieś dalej, jak usłyszała dodatkowe głosy dochodzące z miejsca gdzie zostawiła towarzyszy. Zapewne nawet tym by się nie przejęła zbytnio gdyby nie to że wyłapała wśród wielu słów znajomy już głos. W tym właśnie momencie ciekawość, a może część jej wrednego charakteru, wzięła górę. Kapitan zawróciła, gdy wyszła na krawędź polany zamarła na chwilę. Faktycznie stał tam zakapturzony łucznik. Reszcie towarzystwa nawet nie zdążyła się uważniej przyjrzeć, nie z braku uwagi, raczej chwilowo mało ją to obchodziło. Wszyscy prócz felina, Halta i smoka. Ostatni wszedł Atlant dokładnie przyglądając się piratce, jakby pytał ją czy aby na pewno nic nie wymyśli co miałoby skończyć się ofiarami. Ta w odpowiedzi wysłała jedynie nie jednoznaczny uśmiech.
 -Cholera... a miałem nadzieję, że utkniesz gdzieś na tym morzu, najlepiej na dnie...- Westchnął głośno niby to mimochodem.
 -Niestety... Ponoć diabli sego nie biorą.- Dorzuciła wzruszając ramionami. -Za to dobrze że na ciebie natrafiłam.- Dodała po chwili, a Gambit wyszczerzył się domyślając się co takiego kobieta może mieć na myśli. Tym samym Halt nie wiedząc co się dzieje, ale czując zdrętwiał nieco.
 -Potrzebne będą: siekiera, piła, liny, dziekć, spore drzewo i...- Wyliczała na palcach.- Ach tak! I duuużo czasu oraz energii.- Założyła ręce na piersi, zadowolona z niewyraźnej miny chłopaka.
 -Chwila, moment! W co ty chcesz mnie znów wrobić?- Patrzył nieufnie w jej oczy.
 -Wrobić? Ja? Ciebie? Skądże! Jedynie chce żebyś pomógł mi naprawić szkody.- Malik zachichotał, Squall jednak szybko ukróciła jego radość.
 -Nie mówiłam tobie? Ciebie też to dotyczy.
 -Coooo?!
 -Ponad metr masztu pękł, trzeba je tym zająć, czarodziejem nie jestem, a wy byliście wtedy na okręcie. Musicie mi jakoś zapłacić za podróż na pokładzie Sztormu.- Szturchnęła palcem w pierś chłopaka kilkukrotnie. Ten już otwierał usta do odpowiedzi gdy nagle Frelser który dotychczas trzymał głowę w otwartym oknie, tak by obserwować co się dzieje w środku, wyjął ją gwałtownie. Chwile później drzwi się otworzyły a z środka wybiegła cała ferajna głośno kasłając i krztusząc się.
 -Co jest?- Zdziwił się głośno Gambit. Squall natomiast nie zwracając uwagi na protesty wskoczyła się na ramiona Halta by zobaczyć ponad głowami małego tłumku co się dzieje.
 -Są wszyscy?- Zapytał głośno Lakoo, policzył wszystkich i dopiero wtedy się roześmiał.
 -Czy mi się wydaje? Czy właśnie spaliliście tę ruderę?- Zapytała z powątpierwaniem Squall obserwując kłęby dymu.
 -Nie całkiem...- Z środka wyszła ostatnia postać. A konkretnie mężczyzna w białej masce.
 -O k*rwa! Co wy tam spaliliście że widzę człowieko-ptaka? Bo tyle jeszcze dziś nie wypiłam.- Zawołała, mężczyzna jednak puścił to mimo uszu.
 -Dom z kamienia, więc stoi, księgi też ocalone. Chyba jedyna twoja strata to łóżko, część garderoby i stół.- Wyliczył wszystko i otrzepał się. Ubranie było nadpalone, ale wciąż nie odkrywało nawet skrawka ciała. W sumie ubrania wszystkich były nadpalone najbardziej jednak u Vis, Mild i Alta, który już praktycznie nie miał góry stroju. Nie wiedzieć dlaczego to u nich sytuacja wywołała najwięcej śmiechu.
 -Co tam się u diabła działo?- Zapytał Halt zrzucając Sztorm która cały czas siedziała mu na ramionach. Wylądowała na nogach i zaraz doskoczyła do wejścia domku z ciekawością zaglądając do środka.
 -No więc... to trochę wina tej tam.- Alt wskazał na piratkę.
 -Moja? Mnie tam nawet nie było!
 -Daj nam wyjaśnić.- Odezwała się kobieta z bandamką na twarzy. -Otóż ta mała.- Tu wskazała na Mild. -Gdy tylko ten tam.- Jej palec przesunął się na władce, który już wyszczerzył się jak niewiniątko.    
 -Powiedział że zna sztuczki z ogniem, to ona zaczęła go podpuszczać.
 -Hej! Nie tylko ja! Vist też chciała zobaczyć- Oburzyła się
 -W każdym razie, jak go podpuszczały, tak zrobił. Zaczął się popisywać i wszystko było by fajnie, gdyby nie ta tutaj- Znów pokazała palcem kolejnego "winowajce" czyli Ashlotte. -Nie zaczęła grzebać po kontach. Wyjęła jakiś rupieć pana ogniowego i postanowiła zdmuchnąć z tego czegoś kurz... wprost na pysk tego tutaj łuskowca. Oczywiście ten kichnął...- Nie trzeba było kończyć bo ta trójka już domyślała sie ciągu dalszego.
 -A nie mówiłem żebyś tego nie robiła?- Zadowolony z siebie Felin spojrzał na Squall.
 -Nie... Nie wmówicie mi że te kilka łyków rumu i od jego kichnięcia zajęło się łóżko.
 -Po pradzie to najpierw zajął się Atlant, od niego Mild która mimo protestów starała się go ugasić, a od niej łóżko...- Uzupełniła informacje Viserany.
 -Chwila. Podsumujmy, ty bawiłeś się ogniem, ty go do tego namówiłaś, ty dmuchnęłaś kurzem w jego nos, a ty kichnięciem wywołałeś pożar i na koniec on go ugasił?- Felin pokolei zwracał sie do sprawców sypadku.
 -Ta... Oblał nas jeszcze ciepłą kawą...- Burknęła Vis.
 -Kawą?!- W głosie kotowatego zabrzmiała nutka mutku i rozpaczy. W tym momencie dwójka która nie była naocznym świadkiem zdarzenia wybuchła śmiechem.
 -No... Chciałeś ognisko to masz.- Wydusiła przez śmiech Squall.




Kto odpisuje? Trochę to trwało, ale nie bardzo miałam czas, wybaczcie :)

poniedziałek, 30 listopada 2015

Wiesz, bo kiedy jest smutno, to się kocha zachody słońca. Ściga się konie, roznieca ogień, uwielbia kradzieże. Do póki tłumaczysz, że robisz wszystko w dobrej wierze.


Imię: Erin
Nazwisko: Flynn (nazwisko, podobnie jak imię nadała sobie sama. Nie dlatego, że chce „uciec przed przeszłością”, czy inne bzdety. Po prostu… prawdziwe wyleciało jej z głowy.)
Przydomek: Przez wielu (zwłaszcza na morzach) nazywana jest Jednonogą, choć bardzo nie lubi tego przezwiska. Woli, jak znajomi wołają na nią Pokrzywka, bądź Jaskółka.
Rasa: Człowiek, choć wiele osób szczerze w to wątpi. Najczęściej po prostu okrzykują ją szatanem, lub pomiotem diabła. Nie żeby bardzo jej to przeszkadzało.
Wiek: 17 lat
Płeć: Kobieta, choć przez ubiór i sposób bycia często brana jest za mężczyznę (a właściwie to za chłopca). Niekiedy jest w stanie takowego udawać.
Stanowisko: Wynalazca, Zielarz
Aparycja: Erin jest chyba jedną z najniższych osób, jakie chodzą po świecie. Dziewczyna jest bardzo drobnej budowy i posiada wieczną niedowagę. W dodatku przez jej dziecięcą (a nawet trochę chłopięcą) twarz często brana jest za dużo młodszą, niż jest w rzeczywistości. Mało kto wierzy, że chłopczyca, która posyła każdemu złośliwe uśmieszki, jest prawie dorosłą kobietą. Choć jeśli mam być szczera, to Erin nigdy nie zachowywała się i nie ubierała, jak „przystało”. Zazwyczaj zakłada na siebie proste i trochę za duże męskie ubrania (nigdy nie zobaczysz jej w sukience). Bardzo lubi ciąć, lub pruć swoje ubrania i chodzi w takich „łachmanach” nawet w zimę, podczas najgorszych zamieci. Jej ciemne włosy zawsze są w nieładzie, a żeby podkreślić swoją „odmienność” Jaskółka wpina w nie mnóstwo kolorowych ptasich piór, bądź związuje niektóre pasemka, robiąc z nich małe warkoczyki. Od czasu do czasu lubi zakładać swoją „zbroję” (niech was nie zwiedzie ta nazwa, w rzeczywistości jest bardzo wygodna) nawet jeśli nie szykuje się na bitwę. Po prostu, przypominają jej się stare czasy, nic więcej. Jak już pewnie zauważyliście, Erin nie ma jednej nogi. Utraciła ją lata temu i przez ten czas zdążyła przywyknąć do metalowej kończyny. Poważnie, biega bardzo szybko i doskonale radzi sobie podczas długich wędrówek, czy wspinaczki po zboczach i drzewach. Nie jest może specjalnie ładna, nie widać też u niej żadnych, typowo kobiecych kształtów. Właściwie, gdyby chciała to mogłaby dalej uchodzić za chłopaka.
Zdolności: Przede wszystkim dziewczyna ma umysł wynalazcy. Jest gotowa na nowe pomysły i rady, które często wykorzystuje przy tworzeniu swych dzieł. A co takiego tworzy? Wszystko, poważnie. Mogą to być proste rzeczy, takie jak wisiorki, czy ozdobne zawieszki, albo bardziej skomplikowane urządzenia, chociażby nakręcane zabawki. Wszystkie drobne narzędzia tworzy z niezwykłą precyzją, nie pomijając przy tym żadnych, chociażby najdrobniejszych szczegółów. Zna się również na wszelkich roślinach. Oficjalnie zajmuje się tworzeniem leków, choć tak naprawdę największą wiedzę (i wprawę) ma w sporządzaniu trucizn. Ciężko powiedzieć, czy ta wiedza faktycznie była jej aż tak potrzebna. Po prostu Erin znacznie szybciej uczyła się nazw i właściwości trujących roślin, niż tych, które są w stanie pomóc człowiekowi. Poza tym ma duszę artystyczną. Kocha rysować i malować, choć preferuje szkicowanie wszystkiego ołówkiem. Czasem zdarzy jej się ułożyć jakiś wiersz, zaśpiewać piosenkę, ale też bez przesady. Nie nadaje się na poetkę. Oprócz tego (mimo kalectwa) bardzo dobrze się wspina i dalej uwielbia wdrapywać się na czubki drzew.
Zainteresowania: W wolnym czasie, kiedy Erin nie jest zajęta tworzeniem kolejnych „małych wynalazków” bardzo lubi wędrować. Już dawno temu przyrzekła sobie, że jej kalectwo nie będzie miało wpływu na zainteresowania, dlatego też do tej pory nie odważyła się zrezygnować z żadnej przygody, ani dalekiej podróży. Poza tym bardzo lubi pisać wiersze, nawet jeśli są to krótsze „bazgroły”, jak to je nazywa. Wszystkie dzieła, czy to wiersze, czy opowiadania, zapisuje w swoim skórzanym brulionie, który zawsze nosi przy sobie. A niech tylko ktoś odważy się go wziąć, bądź co gorsza, przeczytać bez pozwolenia… Pokrzywka interesuje się różnego rodzaju brońmy, więc nawet jeśli wygląda niepozornie, to radziłabym nie zadzierać. Poza tym w wolnym czasie lubi płatać figle i robić psikusy ludziom dookoła (nawet jeśli są to nieznajomi). Lubi od czasu do czasu zabrać komuś cenny przedmiot, a potem śmiać się z miny okradzionego, gdy zwraca mu jego zgubę.
Charakter: Erin jest wolnym duchem. Zawsze chodzi dokąd chce i robi to co jej się podoba, kierując się w życiu własnymi, ustalonymi przez siebie zasadami. Uważa, że każdy powinien żyć życiem, które będzie w stanie zapamiętać, dlatego też nigdy nie słucha innych. Nie znosi zakazów, ani wszelkich ograniczeń. Właściwie to jest w stanie zrobić wszystko, by złamać jakieś zasady i udowodnić innym do czego jest zdolna. Z tego samego powodu nie wykonuje też niczyich rozkazów i sama dumna jest z faktu, iż nikomu nie podlega. Nie wstydzi się tego kim jest i nigdy nie próbowała przed nikim ukrywać swej osobowości. Włóczęga inwalida, w dodatku sierota… no i co z tego? Jakoś nigdy jej to nie przeszkadzało. Poza tym Erin ma na tyle dziwaczny sposób bycia, że mało kto jest w stanie domyślić się przez co tak naprawdę przeszła. Dziewczyna zawsze chodzi rozradowana, posyłając nieznajomym szeroki zestaw uśmiechów, uśmieszków i grymasów. Ciężko znaleźć kogoś tak odważnego i łaknącego przygody, jak Erin. Niekiedy odnosi się wrażenie, że dziewczyna zawsze gdzieś pędzi, a wiadomo- im niebezpieczniej, tym lepiej! Otwarty na nowe znajomości, wulgarny, głośny i zawsze wyszczerzony diablik, który uwielbia wtykać nos w nie swoje sprawy. Wiele razy przez swą wścibskość wpadała w tarapaty, choć dzięki przebiegłości i nie małej inteligencji, zawsze znajdowała jakieś wyjście z każdej sytuacji. Choć na pozór miła i przyjacielska, to w rzeczywistości jest świetną aktorką. Sarkazm i ironia są u niej na porządku dziennym, a jeśli wymaga tego sytuacja potrafi kłamać, jak z nut. Zazwyczaj jednak ludzie mają ją za wariatkę i chłopczycę, która żyje chwilą. Taka wersja siebie najbardziej jej odpowiada.
Historia: Dziewczyna urodziła się w niewielkiej nadmorskiej wiosce. Nie znała swoich rodziców, ani dalszych krewnych… tak naprawdę to nie przypuszcza, że ma gdzieś jakąkolwiek rodzinę. Z początku małe (i sprawiające niemałe kłopoty) dziecko było przekazywane z rąk do rąk różnym rodzinom, które miały choć trochę czasu (doświadczenia już nie koniecznie) by zająć się małą dziewczynką. Kiedy Jaskółka miała nieco ponad sześć lat, zaopiekował się nią pewien przemiły pan, na którego (choć nie był bardzo wiekowy) bez przerwy krzyczała „starcze”, lub „staruszku”. No, ale cóż począć? Kiedy ktoś jest młody, każdy dookoła wydaje się znacznie starszy. Owy człowiek przedstawił się Pokrzywce, jako dawny przyjaciel jej ojca. Ciężko powiedzieć, czy to co mówił było prawdą, czy nie, choć z początku Erin nie miała żadnych wątpliwości co do historii Staruszka. Poza tym, nawet jeśli była zmyślona, to nie sądzę by dziewczynie specjalnie to przeszkadzało. Bądź co bądź to właśnie on nauczył ją wszystkiego, co wie do dzisiaj. Starzec był wielkim artystą i wynalazcą. Miał nawet własny warsztat, który Erin od wczesnego dzieciństwa pomagała mu prowadzić. Początkowo były to drobne sprawy, takie jak obsługa klientów, czy sprzątanie półek. Dopiero w wieku kilkunastu lat zaczęła uczyć się wyrabiania przeróżnych narzędzi, od zabawek, po niewielką broń (była zbyt słaba i drobna, by własnoręcznie wykuć coś większego, to chyba jasne). Nowe życie bardzo się jej podobało. Zarabiała na swoje utrzymanie, zyskała kogoś, kogo mogła nazwać rodziną i jeszcze zdobyła wykształcenie dotyczące zielarstwa, oraz tworzenia narzędzi. Staruszek był kimś, kogo w dzisiejszych czasach można nazwać „człowiekiem renesansu”. Pokazał Erin wiersze i sprawił, że dziewczyna pokochała sztukę. W wolnych chwilach uczył dziewczynę walki na krótkie miecze, bądź noże, a także pokazał swej podopiecznej kilka prostych zaklęć (nie korzysta z nich zbyt często). Wspaniałe życie musiało się jednak skończyć. Bowiem pewnej nocy do warsztatu Staruszka przybyli uzbrojeni żołnierze. Jak się okazało, Starzec od bardzo dawna produkował broń po części dla pieniędzy, choć potajemnie wspierał małe grupy ludzi, sprzeciwiające się rządom nowego władcy- Arsmana. Kiedy fakt też wyszedł na jaw, wojownicy wtargnęli do warsztatu i zabili Starca na miejscu. To właśnie podczas tej bójki (jeśli tak można to nazwać) Erin straciła nogę. Całe szczęście, uciekła zanim żołnierze zdążyli ją pojmać, a dzięki nabytym umiejętnością, własnoręcznie zrobiła sobie sztuczną kończynę. Przez kilka kolejnych lat dziewczyna wędrowała od jednego miasta, do drugiego, od jednej wsi, do następnej. Włóczyła się po świecie i choć w życiu spotkało ją wiele złego, to nie przestała psocić (czasem dokonywała też drobnych kradzieży). W końcu jednak znudziło się jej takie życie. Mieszkanie w miastach, w których władzę sprawowali zabójcy jej opiekuna najzwyczajniej ją męczyło. Do Hidden trafiła przez przypadek, ale uwierzcie mi, bardzo ucieszyła się z takiego obrotu spraw.
Partner: Powiedzmy, że nie wierzy w takie rzeczy. Każdego traktuje tak samo, więc dlaczego miałaby robić choć jeden wyjątek?
Rodzina: Jaka tam rodzina? Toż to sierota, wychowywana przez pewnego wynalazcę, który był dawnym przyjacielem jej ojca. Poza tym nie zna nikogo, z kim mogłaby być spokrewniona.
Towarzysz: Póki co brak. Choć nie ukrywam, Erin bardzo lubi zwierzęta i jeśli znajdzie jakieś odpowiednie, to możliwe, że zdecyduje się je zatrzymać.
Szczegóły:
~Erin kocha zwierzęta i choć zawsze chciała mieć jakieś „na własność” to nigdy żadnego nie zatrzymała na dłużej. Zawsze twierdziła, że na wolności będzie im lepiej.
~Dziewczyna ma tendencję do zasypiania w różnych, przypadkowych miejscach. Znaleźć ją można śpiącą chociażby na drzewie, podłodze, dachu domu, czy po prostu gdzieś w trawie… ale nigdy w łóżku.
~Czasem, przez to, że w wielu miastach, by dostać pracę musiała udawać chłopaka, zdarza jej się mówić o sobie w męskiej, a potem w żeńskiej osobie.
Autor: Annabeth

poniedziałek, 23 listopada 2015

Od Mild cd Viserany - Spotkanie

        Mild uśmiechnęła się dwuznacznie.
  - Nic, nic - próbowała się wykręcić, ale powstrzymywanie złośliwego uśmieszku wychodziło jej coraz gorzej. - Po prostu widzę, że miło spędzasz czas z Haltem...
  Ta drobna sugestia wystarczyła. Reakcja Vis była natychmiastowa. Zebrała luźno wiszące wodze swojego wierzchowca i zamachnęła się nimi, by trzepnąć dzieciaka w łeb. Daya zgrabnie uniknęła ciosu. Viserany całe szczęście nie była tak szczerze wściekła. Wiedziała dobrze, że młoda się z nią droczy.
  - Oj, kiedyś się doigrasz - pomachała jej ostrzegawczo palcem wskazującym. - Twój refleks nie przed wszystkim cię uratuje.
  - Na twoje ślimacze ruchy wystarczy - Mild wystawiła starszej dziewczynie język.
  Ta udała teatralne oburzenie, uśmiechu nie powstrzymywała.
  - No proszę! Jaka wyszczekana! A może wyrwę ci ten twój język i każę ci go połknąć? - zaproponowała i w momencie doskoczyła do elfki. 
  Dziewczynka uchyliła się przed chwytem Vis. Odbiegła śmiejąc się, jednak brunetka szybko ją dogoniła. Nie jest może zbyt silna, ale zgarnięcie upierdliwego dzieciaka i wrzucenie go do sterty liści pod drzewem nie było wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza, że wszystko było tylko i wyłącznie wygłupem. Mild poleżała chwilę w liściach dalej parskając śmiechem, aż w końcu Viserany ze zdecydowanie poprawionym humorem podała jej rękę i pomogła wstać.
  Następny fragment podróży na wschód okazał się ich ostatnim. Nie, nie umarli za zakrętem. Dotarli do celu, choć nie było to z miejsca tak oczywiste jakby się można spodziewać...
  Gwizdacz, miedziany ogier Halta, nagle zakwiczał i zaczął się cofać, niemal wpadając na konia Viserany. Łucznik ściągnął wodzę w ostatniej chwili, lecz koń dalej był niespokojny. Mild, jadąca razem z Lisbeth na jednym karoszu, ściągnęła wodze i obejrzała się na nich do tyłu. Phester i Ashlotte zrobili podobnie.
  - Hej! - warknęła na łucznika Bherini. - Daruj sobie, to już nie jest śmieszne!
  - To nie ja - zaparł się chłopak.
  - Tak, poprzednie trzy razy to też nie ty? Nudzi ci się czy jak?!
  Jak się można było spodziewać, Halt po prostu nie mógł przepuścić okazji do rzucenia złośliwym komentarzem. Rozpętało to kolejną przepychankę słowną, tym razem jednak na sporą skalę. Lisbeth westchnęła zniecierpliwiona nad uchem Mild.
  - Oni tak zawsze? - rzuciła, na co Daya jedynie wzruszyła ramionami.
  - Przysięgam, że tym razem to nie ja - powiedział w końcu Halt i dodał, gdy Viserany już otwierała usta do kolejnego komentarza: - Gwizdacz jest po prostu tak wyszkolony.
  - Do denerwowania reszty? - rzuciła kąśliwie dziewczyna.
  - Spokojnie - wtrącił się Phester. Nie mówił głośno, a jednak jego stoicki spokój natychmiast uciszył obu. - Czuje krew, prawda? - dodał kiwając blaszanym dziobem w stronę niespokojnego rumaka.
  Halt zmarszczył brwi podejrzliwie, co nie było oczywiście zbytnio widoczne przez kaptur.
  - Skąd wiesz? - spytał.
  - Zgadywałem - odpowiedział medyk. - Zachowajcie czujność.
  Łucznik bez ociągania zdjął z pleców łuk i nałożył strzałę na cięciwę nie naciągając jej jeszcze, kierując teraz wierzchowcem jedynie nogami. Nie ufał zbytnio temu facetowi, ale wierzył Gwizdaczowi. Ogier nigdy go nie zawiódł. Reszta poszła w ślady Halta. Mild poluzowała nieco pas pochwy na plecach, aby w razie czego mogła wysunąć z niej miecz samym szarpnięciem ramienia i od razu go chwycić. Vis (mimo ciągłej niechęci do łucznika) jechała dalej trzymając w ręce sztylet. Ashlotte, jakby w zamyśleniu, gładziła rękojeść szabli. Lisbeth także trzymała rękę na nożu przy pasie. Tylko Phester dalej jechał, jakby jego własne słowa go ominęły. Dziwny z niego facet, pomyślała Daya.
  W końcu odnaleźli źródło niepokoju Gwizdacza. Wjechali na wydeptaną polankę, która niedawno musiała być miejscem poważnej walki. Pierwszym, co rzuciło się w oczy Mild była rozcięta stalowa siatka, od wewnętrznej strony pokryta cienkimi kolcami. Ziemia pod nią była zakrwawiona i rozorana. Dopiero potem dziewczynka zauważyła ciała jakichś nieznanych sobie mężczyzn. Wyglądali jej na najzwyklejszych bandytów. Lisbeth i Halt zeskoczyli z siodeł. Dziewczyna podeszła do siatki, łucznik natomiast obserwował ślady.
  - Smokobójcy - powiedziała po chwili Lis. - Siatka stworzona do łapania latających gadów.
  - Nie będę się kłócił. Ziemia pod nią jest rozryta i ugnieciona, a tamta sosna ma połamany wierzchołek - dodał Halt. - Coś wielkiego spadło z nieba i uderzyło w polankę...
  - Smok?! - zapytała podniecona Mild. 
  - Dobra, ale gdzie on w takim razie jest? - zaciekawiła się Vis. - Ci mili panowie nie wyglądają jak po walce ze smokiem. 
  - To robota człowieka...a w każdym bądź razie istoty humanoidalnej - odpowiedział chłopak.
  - Rany, to ty takie trudne słowa znasz? - rzuciła złośliwie Viserany.
  Nie skomentował tego.
  - Złapali smoka, ale jakaś obca grupa musiała go uwolnić i zatłuc smokobójców - podsumowała Lisbeth. - Nic tu po nas.
  - Przeciwnie - Halt z uśmieszkiem wskazał szlak prowadzący na wschód. - Zostawili trop...
  - Chcesz iść za tymi wariatami ratującymi smoki? - był to raczej domysł, niźli pytanie.
  - I tak mamy po drodze, prawda panie Kruku?
  Phester jedynie wzruszył ramionami. Łucznik uznał to za zezwolenie i wskoczył na siodło z miejsca ruszając kłusem, a za nim reszta. Mild zaczekała na Lisbeth i popędziła karosza. 
  Wkrótce dotarli do kolejnej polany. Ta była bardziej rozległa...a niemalże na wprost nich znajdował się jakiś domek. Przed nim leżał na słońcu wyciągnięty niczym kot spory jasnoszary kształt...
  - Smok! - pisnęła elfka nie mogąc się powstrzymać.
  Wszyscy wstrzymali oddech. Gad podniósł zaciekawiony łeb i wpatrywał się w nich błękitnymi oczyma. Mimo, iż był jakieś kilkadziesiąt metrów dalej, widział ich jak na dłoni, każdy szczegół, kolor oczu, wyraz twarzy...i broń. Smok nie wiedzieć czemu podniósł się nagle i zaczął cofać, wydając dźwięki niczym wieloryb.
  - Czy on się nas...boi? - powiedział z niedowierzaniem Halt.
  - Ale niby dlaczego? - zdziwiła się Daya. - To przecież smok! Może nie tak wielki, ale jednak smok.
  Grupa niepewnie ruszyła konie i zaczęli zbliżać się do domku. Smok zaczął warczeć ostrzegawczo. Teraz Mild zauważyła opatrunek na jego przedniej łapie. Gdy byli już jakieś dziesięć metrów od chaty, z lasu nagle wyszły dwie postacie: jakiś chłopak z rogami i kot poruszający się na dwóch nogach. Nieśli w rękach drewno na opał. Na widok tego drugiego Halt zamarł.
  - Nie wierzę... - powiedział tylko.
  W tym samym momencie felin zauważył także i jego. Upuścił opał na ziemię, a na jego pysku wykwitł pełen złośliwości uśmiech.
  - Halt! - krzyknął. - Sporo czasu się nie widzieliśmy! - kot ruszył w ich kierunku.
  - Zdecydowanie za krótko, Gambit - warknął łucznik. Zsiadł jednak z konia i pokazał reszcie, że nie ma się czego obawiać.
  - To ty ich znasz? - zdziwił się rogaty.
  - Pewnie Wasza Wysokość - powiedział dalej uśmiechnięty kocur, którego Halt nazwał Gambitem. - A przynajmniej tego w płaszczu...Gdzieś ty wytrzasnął te dziwadła?
  Mild obejrzała się po sobie nie rozumiejąc dlaczego została nazwana dziwadłem. Reszta nie poczuła się urażona. Smok zaskomlał wychylając łeb zza domku. Gambit obejrzał się w jego stronę.
  - Spokojnie, Frel - powiedział. - Nic ci nie zrobią.
  - Nic ci...? - powtórzyła szeptem Lisbeth nie dowierzając w to co słyszy. Od kiedy smoki obawiają się bandy włóczykijów?
  - Wiesz co Alt? - powiedział nagle kot. - Chyba przyda się nam to ognisko nieco większe.
  - Racja, ale najpierw chyba przyda się nieco wyjaśnień - chłopak położył drewno na stosie obok werandy i zwrócił się do nowo przybyłych:  - Nazywam się Atlant Lakoo, tutejszy, w pewnym sensie, władca. Mogę poznać wasze imiona?
  Na chwilę zapadła cisza. Mild obejrzała się na resztę i pierwsza wystąpiła naprzód prostując się dumnie.
  - Jestem Mild Aldre - dygnęła wedle wpojonych jej w dzieciństwie zasad.
  Atlant uśmiechnął się lekko widząc to i również lekko teatralnie się ukłonił. Halt widząc, że obcy nie jest wrogo nastawiony przedstawił się drugi. Po nim Viserany, Phester, Ashlotte i w końcu Lisbeth.Nagle - ku zdziwieniu Atlanta i Halta - odezwał się Gambit:
  - Dobra, skoro po szczerości do po szczerości: Malik Seley el'then - skłonił się lekko przed towarzystwem wzdychając lekko.
  Atlant podniósł pytająco brew. 
  - Czyli to to chciałeś wcześniej mi i Squall powiedzieć, co? - zauważył.
  Halt zesztywniał.
  - Tobie...i komu? - jęknął.
  Malik uśmiechnął się diabolicznie. I wtedy z lasu wyłoniła się kolejna postać. Tym razem była to kobieta. Zastygła w miejscu - nie tyle, co na widok obcej grupy. Raczej gdy zobaczyła samego Halta. Mild obserwowała to jedno to drugie. Atlant widząc co się święci zaprosił grupkę do chaty. Nikt nie oponował. Na podwórzu zostali tylko Halt, Squall i Gambit...no i oczywiście Frelser, który nie mógł wejść do domku Alta, a obecnie patrzył zaciekawiony na człowieka w zielonym płaszczu.

Squall? Nikomu innemu nie mogłam tego dać do dokończenia XD

sobota, 21 listopada 2015

Od Viserany c.d. Lisbeth - Hidden

Nie bardzo wiem gdzie jedziemy. Ale jest w porządku. Jadę sobie w środku pochodu. Jadę, co jest dziwne bo ja zazwyczaj biegam własnonożnie. Ale to miła odmiana. Cieszę sie ze jedziemy lasem, nie główną drogą. Po pierwsze - zasze wolałam lasy. Po drugie jesteśmy bardzo zwracajacą uwagę grupką. Mężczyzna z dziobem, elfie dziecko, biegnąca kobieta-cień, Robin Hood, cicha dama i ja. Ale wiecie co? Bardzo mi dobrze tak jechać...
Do czasu.
- Stchórzyłaś - słyszę nagle obok.
Odwracam się i widzę zacienioną kapturem twarz. Znów się zacznie...
- Nie rozmawiam z tobą - mówie oschle.
- A to czemu? Nadal winisz mnie za tego mężczyznę obok gospody?
- A może mam siebie winić?!
- Szczerze? Tak.
- Szczerze? Nie interesuje mnie co mówisz.
Przez chwilę milczy ale irytująco się uśmiecha. Denerwuje mnie to dlatego po chwili pospieszam lekko konia i zajmuję sie obserwowaniem wszystkiego poza nim. Myślę też o tym dokąd jedziemy. Możliwe ze coś wspominali ale byłam zbyt zdenerwowana całą sytuacją...
- A mi się wydaje, że ciebie bardzo interesuje co mówię. Zwłaszcza jeśli powiem, że stchórzyłaś.
- Och przestań! Jakbyś mnie wtedy nie sprowokował to bym nie rzuciła tym nożem.
- Tak, czyli to moja wina.
- Właśnie tak.
- Aha. No to może jak dotrzemy na miejsce to spróbujemy znowu?
Brzmi to dla mnie nieco śmiesznie, więc parskam śmiechem. Halt nie wie co się dzieje więc mierzy mnie wzrokiem i czeka. Ale nie doczeka się. Słyszę bowiem, że kobieta-cień pyta Mild o miejsce na koniu. Zrywam sie szybko żeby jej odstapić - świetna okazja żeby uwolnić się od tego... osobnika i trochę pobiegać. Zanim jednak zdążę zeskoczyć, nasza droga Mild robi miejsce nowej i już, moja nadzieja odjeżdża razem z nimi. Świetnie.
- Nie zadowolona?
- Skąd!
Halt śmieje się ale ja tylko wywracam oczami i ruszam dalej. Przez jakiś czas jedziemy stałym tempem, bez żadnych przygód. Potem jednak robimy krótki postój. Zsiadam z konia i wdrapuję sie na drzewo. Siadam na wysokiej gałęzi i machając nogami oglądam krajobraz. Jest ładnie. Wiosna, wiadomo. Lubię patrzeć na te wszystkie strumyki które odmarzają, przede wszystkim na nie i na wodospady które zwalczają lód. Uwielbiam na to patrzeć, ale rzadko mam okazję.
- Co tam widzisz? - słyszę znów. No nie, myślałam że tu mnie nie znajdzie.
- Coś, co mnie nie denerwuje - odwarkuję.
- Popatrzę z tobą.
Odwracam do niego głowę i miażdże go wzrokiem. Czy jemu się wydaje, że go nie zrzucę z tego drzewa?! Bardzo się myli...
- Nie, dzięki. Znajdź sobie inne drzewo co?
- Daj spokój, nie jesteś taka gruba, ja tez nie, zmieścimy się.
- Taaaak? - Unoszę brew. - Nie jestem pewna... - Szybko wyciągam ręce i dotykam barku Halta... W tym samym momencie mam wizje.
Otwieram oczy siedząc nadal na gałęzi. Wzdycham cicho i rozglądam się. Halt siedzi obok i trzyma mnie za ramiona.
- W porządku? - pyta.
- Taak...? Puść mnie.
- Pewna jesteś.
- Tak. Mówie niewyraźnie?! - Szarpię sie i szybko schodzę z drzewa. Wskakuję na konia a zaraz potem ruszmay dalej. Przez resztę drogi nie odzywam sie słowem...
W końcu dojeżdżamy do jakiegoś miejsca. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy. Czuję tylko że sie zatrzymujemy więc zsiadam z konia. Głaszczę wierzchowca i mruczę coś do niego. Nagle ktoś kładzie rękę obok mojej na szyi konia. Odwracam się szybko by zmiażdżyć wzrokiem... Mild?
- No i jak ci sie podoba? - pyta.
- Ale co? - odowiadam niemrawo. Szybko zmieniam minę.
<Mild?>

środa, 18 listopada 2015

Od Atlanta c.d. Frelser - Krótka rozmowa

Gambit fuknął po kociemu na dziewczynę, ale nie odezwał się do niej. Wręcz ceremonialnie przeszedł obok niej by dostać się do poszkodowanego. Na co dziewczyna jedynie roześmiała się.
 -Ty pewnie jak zwykle wiesz o czym rozmawia się w porcie prawda?- Atlant przychylił się do piratki, korzystając z okazji, że smok i Gambit byli zajęci czym innym. Squall zmarszczyła brwi, domyślała się jednak czego może chcieć mężczyzna. Przytaknęła powoli i nastawiła uszu, jednak wzrokiem śledziła tamtych dwoje.
 -Muszę wiedzieć co się dzieje na kontynencie. Jestem tutaj już dłuższy czas i ukrywam się przed wojskami. Historyjka o "władowaniu" była wymyślona na miejscu.- Mówił półgłosem, ale zachowywał się swobodnie, jaby rozmowa dotczyła pogody.
 -No proszę? Dezerter boi się armii?- Uśmiechnęła się jadowicie.
 -To miejsce - Hidden, jednak istnieje.- Kontynuował, nawet nie zwracając uwagi na słoa dziewczyny. -Co więcej jeszcze dziś powinna przybyć tutaj kolejna osoba. A może i więcej, prawda jest taka, że czy wtedy skłamałem czy nie Hidden powstaje, a równocześnie od tej chwili jest zagrożone. Arsman czuje się panem świata, też tego skrawka ziemi. Poznałem go na tyle dobrze by wiedzieć, że kiedy dojdą do niego wieści o istnieniu niezależnego państwa na terenie niczyim, wpadnie tutaj i zrówna wszystko z ziemią.- Tłumaczył dalej nieświadomie przybierając poważny ton, w oczach dziewczyny Lew zmienił się z starą Bestię. Nie dała jednak tego po sobie poznać.
 -I na co mnie to mówisz? Jakby obchodziła mnie twoja osoba, czy też twój "kraj" z dwojgiem poddanych.- Wskazała ręką na tamtych dwoje.
 -Kraj? Śmiesznie brzmi, bardziej "grupa buntowników, schowana za górami"- Drgnął w krótkim odruchu śmiechu. -Znam twoją kartotekę i wiem...
 -Gówno wiesz. Wiesz tyle ile pozwoliłam o sobie wiedzieć temu śmiesznemu "wywiadowi" króla. A ty wiesz tylko te bajki i portowe legendy zapisane w tych papierkach. Za dzień lub dwa wypłynę. Zostawię tobie Puszka i Jaszczura i tyle mnie zobaczysz.
 -Nie potrzebujesz przypadkiem bazy wypadowej? Proponuję układ, tutaj będziesz mogła trzymać łupy i chować się. Za jedyne chce tylko informacji ze świata, bo tutaj i ta jestem odcięty, a muszę wiedzieć co i jak gdyby miały zdarzać się tutaj jakieś najazdy.- Piratka znów się zaśmiała z drwiną.
 -Wiesz co? Zaczyna mnie to nawet ciekawić... może faktycznie tutaj zabawię? Nie myśl sobie jednak, że będę twoją usłuszną podwładną. To co chcesz wiedzieć?
 -Nie chcę wam przeszkadzać...- Oboje gwałtownie podnieśli wzrok na stojącego obok Felina. -...ale skończyliśmy i słyszeliśmy co-nieco tej waszej rozmowy. - Frelser również podniósł głowę i spojrzał na Atlanta, który jedynie pokiwał rozbawiony głową.
 -No proszę? Nie wiesz że starszych się nie podsłuchuję?
 -To nie było nic takiego, czego nie mogliby usłyszeć. -Chcieliśmy jedynie zgłosić swoje stanowisko w tej sprawie.- Uśmiechnął się szeroko i podjął pod boki.
 -A konkretnie?- Władca uniósł brew, nie do końca rozumiejąc intencje kotowatego.
 -A konkretnie to moje stanowisko mogłoby być medyczne i inżynierskie.- Zaśmiał się, na co tym samym odpowiedziała reszta grupki.
 ~Więc ja biorę lotnika i łowcę!~ Przekazał pośpiesznie Frelser i zaryczał cicho.
 -Więc tworzysz w Hidden własny wiek feniksa?- Squall zaśmiała się i uniosła kubek z kawo-rumem do toastu. -To niech ta twoja banda nie rozpadnie się z pierwszym najazdem.- Po czym wypiła resztę napoju i zamaszystym ruchem odłożyła kubek na stół, następnie wstała.
 -A ty gdzie? I co z...
 -Nie denerwuj się, jeszcze tutaj wrócę. Na razie jednak pędzi mnie alkohol, a później wybieram się na wycieczkę krajoznawczą. Wieczorem wrócę, albo nawet wcześniej.- Oznajmiła spokojnie, przeskoczyła przez barierkę i odeszła gdzieś między drzewa pogwizdując. Frelser spojrzał na pozostałych dwoje pytająco. Miał nadzieje że wiedzą coś więcej o Sztormie. Tamci jednak tylko wzruszyli ramionami równie zdziwieni.
 -Jestem głodny, jak się postaramy to do zachodu słońca przygotujemy ognisko i wieczerzę.- Atlant klasnął w dłonie i zatarł je z radością.

<??? No wiem trochę któtko, ale czekamy teraz tak naprawdę na resztę grupki :P>

środa, 11 listopada 2015

Od Lisbeth c.d. Phester’a - Tam, gdzie wschodzi słońce…

Dziewczyna delikatnie zmrużyła oczy, zupełnie jakby chciała uchronić je przed promieniami wschodzącego słońca. Choć, tym razem to nie ono kuło ją w oczy. Lis zawsze wykonywała tę czynność, gdy nie była czegoś pewna, lub chciała przejrzeć ludzi na wylot… albo i nie-ludzi, tak jak w tym wypadku. Mrużyła oczy i taksowała obcych szybkim spojrzeniem, od góry do dołu, jakby dzięki temu miała dowiedzieć się o nich absolutnie wszystkiego. Nie żeby ta czynność faktycznie jej coś dawała, ale niektórych nawyków po prostu ciężko jest się pozbyć. Nawet jeśli miało się na to dobre sto lat i dostanie się jeszcze wiele kolejnych wieków.
Zastanowiła się chwilkę nad odpowiedzią, ale niezbyt długo, by grupa nie musiała specjalnie na nią czekać. Z jednej strony właściwie w ogóle ich nie znała. Ale tak naprawdę to od wielu dekad nie znała na tym świecie już nikogo. Wszystko skończyło się dobre pięćdziesiąt lat temu, kiedy starszy brat postanowił opuścić ten świat. Choć już wtedy był wiekowy (a przynajmniej jak na czasy średniowiecza…) i bardzo rzadko się z nim widywała. Właściwie to wszystkich przyjaciół, jeśli kiedykolwiek mogła nazwać tak pozostałych Łowców straciła ponad wiek temu. Z drugiej strony było w tej bandzie coś wyjątkowego, czego nie spotykała u innych istot. Co to było? Nie miała pojęcia, a przynajmniej jeszcze nie. Ale przecież mogła się tego dowiedzieć, wystarczyło jeden gest, jedno słowo.
„Na wschód, co?”- pomyślała i uśmiechnęła się odrobinę, choć przez chustę, zasłaniającą jej pół twarzy nie można było tego dostrzec.- „Zapowiada się ciekawie. Czemu nie?”
W odpowiedzi wzruszyła odrobinę ramionami, po czym skinęła głową.
-Dobrze.- dodała krótko, na wypadek gdyby jej wcześniejsze gesty nie były dość jasne.
Pozostali członkowie grupy też najwyraźniej nie mieli zamiaru rezygnować z podróży na wschód. Każde z nich ruszyło więc z powrotem przed siebie. Prowadzili swoje wierzchowce przez las, depcząc tym samym własną ścieżkę wśród drzew, krzaków, czy też innych gęstych zarośli. Jedno było pewne, ta droga na pewno nie nadawała się na podróż. A już na pewno nie na dłuższą wyprawę, która wymagała przeprowadzania koni. Lisbeth szła tędy zaledwie wcześniejszej nocy, wiedziała więc doskonale, że przez dobre pół godziny szlak będzie robić się coraz gęstszy, węższy i trudniejszy do przejścia. Wiedziała jednak, że po tych kilkudziesięciu minutach męki, trafią na otwartą przestrzeń. I choć nie był to całkowicie odsłonięty teren to nadawał się do jazdy konnej. Ona nie miała wierzchowca, ale nie potrzebowała żadnego transportu. Na własnych nogach też da radę, a na początku wędrówki będzie to nawet znacznym ułatwieniem.
Nie musiała się pakować, bo nigdy nic ze sobą nie miała. A przynajmniej nie były to drobiazgi na tyle duże, by nie zmieściły się do kieszeni płaszcza. Najważniejsza była chusta, noże i kapelusz. Jeśli miała wszystko przy sobie, mogła wyruszyć w każdej chwili. Choć jakby się tak nad tym zastanowić to brakowało jeszcze jednej rzeczy… tym jednak mogła pomartwić się później.
-No i wszystko pięknie!- zauważyła jedna dziewczyna, kiedy kompania znów ruszyła w drogę. Ta sama, która wcześniej ochrzciła Lis „badziewiem”, choć kobieta nie czuła żadnej urazy. Raczej rozbawienie, nawet jeśli tego nie okazywała.
Gotka ruszyła za pozostałymi, trzymając się trochę z tyłu. Obserwowała każdego z nieznajomych, próbując dowiedzieć się chociaż tego z kim ma do czynienia. O dziwo, pierwsza rzuciła jej się w oczy niska, jeżeli nawet nie najniższa dziewczyna z grupy. Wyglądała jak… zwykła, ludzka kobieta, choć było w niej również coś nie-ludzkiego. Salander zbyt dużo czasu poświeciła na tropieniu i rozpoznawaniu wszelkich istot, by nie wiedzieć, że owa długowłosa nieznajoma może wcale nie być człowiekiem. Elegancka, koronkowa odzież sprawiała, że wyglądała bardzo poważnie, choć Lisbeth nigdy nie oceniała ludzi po wyglądzie. Zaraz obok niej swego konia prowadziła białowłosa dziewczynka. Szpiczaste uszy wyraźnie mówiły Gotce, że ma do czynienia z Elfką, do tego nie trzeba być żadnym ekspertem. Zaraz przed nią szła pewna dwójka, która wpadła na nią, gdy zmuszała się do wstawania. Brązowowłosą zdążyła już poznać i kilka zdań z nią zamienić. Co do jej „rasy” to… kobieta miała elfią urodę, która była naprawdę łatwo rozpoznawalna. Nie była jednak Elfką, tego Lisbeth była pewna. A zatem byli tutaj tacy mieszańcy jak ona? Dobrze wiedzieć. To nawet miła odmiana choć raz w życiu spotkać kogoś, kto nie jest pełnej krwi. Mężczyzna, który wędrował i kłócić się z krótkowłosą kobietą miał zasłoniętą twarz zielonym kapturem, więc ciężko było cokolwiek dostrzec. Choć Gotka nie wyczuła w nim niczego obcego… najprawdopodobniej był zwykłym człowiekiem. Człowiekiem, którym niegdyś była i ona.
Dziewczyna skrzywiła się odrobinę. Poczuła ukłucie zazdrości, które opuściło ją tak szybko, jak się w niej zrodziło.
Wśród nich była jeszcze jedna postać, choć przyznam, że rozszyfrowanie go stanowiło dla byłej Łowczyni niełatwą zagadkę. A przecież w swoim fachu nauczyła się rozpoznawać każdego, nawet najdziwniejsze mieszanki… choć ten tutaj stanowił naprawdę wielkie wyzwanie. Może to przez jego tajemniczą aurę, która przez cały czas otaczała mężczyznę?
„No i przez to, że nie widać nawet milimetra jego twarzy.”- pomyślała.
No dobra, rozumiała, że nie każdy musi pokazywać całą twarz, zwłaszcza, że sama należała do wielbicieli chustek i kapturów. Ale na co komu taka wielka maska?! Z ptasim dziobem?! W dodatku mężczyźnie towarzyszyły dwa kruki, które albo latały gdzieś w pobliżu, albo przysiadywały na jego ramieniu.
„Wyglądają jak trzyosobowe stado.”- uznała ironicznie.
Najdziwniejsze było to, że im dłużej zdawała sobie sprawę z tego, iż jest wśród nich ktoś tak skryty i tajemniczy… w dodatku przez tą maskę nie potrafiła określić jego rasy, tym bardziej chciała mu ją zabrać. W końcu, po tych kilkudziesięciu minutach marszu i przepychania się przez gęstwinę roślin, udało im się wydostać z tej plątaniny gałęzi. I choć dalej znajdowali się w lesie, to te tereny nadawały się do jazdy konnej. Dlatego też kompanii (co poniektórzy nawet z ulgą) dosiedli swych wierzchowców. Właściwie to jedyna Lis nie miała swego rumaka, choć od początku uznała, że poradzi sobie bez transportu.
-Nie masz konia?- zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie. Lisbeth odwróciła się i ujrzała młodą, białowłosą Elfkę. Dziewczyna trzymała wodze swego wierzchowca w jednej dłoni, drugą głaskała go po szyi.- Jak chcesz, to możemy pojechać razem, jakoś się zmieścimy.
Gotka uśmiechnęła się z wdzięcznością, choć przez chustkę nie było tego widać.
-Jak ci na imię?
-Mild.
-A więc Mild, dziękuję za propozycję. Ale chyba jakoś dam radę.- Elfka najwyraźniej nie była przekonana, gdyż przyjrzała się nieznajomej, unosząc lekko jedną brew.
-Będziemy jechać przez jakiś czas.- ten głos już nie należał do białowłosej. Był to głos mężczyzny, a Lis już wcześniej go słyszała. Za nią stał ten sam tajemniczy „ktoś”, dosiadający już swego konia.
-Pobiegnę obok.- zauważyła, jakby była to rzecz zupełnie normalna. Właściwie to nadludzka szybkość była jedyną zaletą, jaką otrzymała po swej „mutacji” dekady temu, choć nigdy jeszcze nie musiała biec za końmi.
-Zobaczymy.- ton w jakim to wypowiedział był spokojny, zimny i zdawałoby się nawet, że zupełnie obojętny. Może to było skrzywienie zawodowe, lub fakt, że Lisbeth rzadko kiedy rozmawiała z kimkolwiek, ale wyczuła w nim coś na kształt wyzwania. Choć równie dobrze to mogło być tylko złudzenie.
Kiedy kompania ruszyła, Gotka pobiegła za nimi. Właściwie to na początku, kiedy wierzchowce ruszyły stępa nie musiała się wysilać. Kłus tez nie stanowił żadnego problemu, bo choć musiała już biec, to nie bardzo szybko. Właściwie to przez większość czasu kompania poruszała się żwawym kłusem. Tylko jeden koń ruszył galopem… Gdy Lis zerknęła na wałacha, dostrzegła, że jego jeźdźcem jest nikt inny, jak zamaskowany mężczyzna. Nie miała pojęcia po co wybiegł na przód, choć odniosła dziwne wrażenie, że jest poddawana próbie. Cóż, skoro tak, to nie miała najmniejszego zamiaru się cofnąć.
Ruszyła przed siebie, zostawiając kłusujące towarzystwo. Po jakimś czasie dogoniła galopującego wałacha tak, że teraz biegła z nim na równi. Przez chwile przyszła jej do głowy myśl, by wyprzedzić wierzchowca… nie, wtedy pokazałaby na co ją stać. Poza tym za szybko by się zmęczyła. W końcu jednak i tak musiała przyspieszyć, gdyż zamaskowany mężczyzna pogonił swego konia. To jeszcze nie był cwał, ale daleko było temu do galopu… Mimo to biegła. Nie zatrzymała się, nie myślała nawet o zwolnieniu, choć wszystkie mięśnie bolały ją jak nigdy. Zerknęła w bok i posłała obcemu pełne nienawiści spojrzenie, ale ten nawet nie myślał by się zatrzymać. Dziewczyna wymieniła w myśli kilka przekleństw, które najlepiej pasowały do sytuacji i zwolniła biegu. Zdyszana dotruchtała do nieznajomego, który zatrzymał konia, najwyraźniej czekając na pozostałych.
-A mówiłaś, że dasz radę.- zauważył, znów tym zimnym i opanowanym głosem, który nie wyrażał żadnych emocji.
Lisbeth zaklęła najciszej jak było to możliwe i spiorunowała mężczyznę spojrzeniem, mroźniejszym niż najbardziej sroga zima.
-Zrobiłeś. To. Specjalnie.- wycedziła przez usta. Niestety, przez to, że dalej dyszała i próbowała złapać oddech, dało to mało groźny efekt.
-Zupełnie nie wiem o czym mówisz.- nieznajomy dalej utrzymywał przy swoim. Najgorsze było jednak to, że przez opanowany ton głosu ciężko było się z nim spierać.
„Jasne, bujać to my, nie nas.”
Dziewczyna zacisnęła pięść, choć zaraz zrobiła chyba najmniej oczekiwaną i, możliwe że najmniej odpowiednią rzecz. Zaczęła się śmiać, choć sama do końca nie wiedziała dlaczego. Zaraz jednak się opanowała. Usłyszała za sobą stukot kopyt, co świadczyło, że pozostali już do nich dotarli. Lisbeth wycelowała palcem wskazującym w mężczyznę z maską i, jakby nigdy nic odparła, dysząc jeszcze trochę ze zmęczenia:
-Świat jest stuknięty.- i tyle. Nic więcej. Tego typu zakończenia rozmów były jak najbardziej w jej stylu, zwłaszcza, gdy nie wiedziała co powiedzieć.
Jeszcze zmachana po, zaskakującym krótkim biegu (co jest dowodem, że „moc” jaką otrzymała, jeśli można tak ją nazwać, owszem daje jej szybkość, jednak zabiera wytrzymałość… aczkolwiek bieg za galopującym koniem bywa męczący) podeszła do karego konia, którego dosiadała młoda, białowłosa Elfka. Kaszląc i z trudem łapiąc oddech, spojrzała się w górę i zapytała:
-Czy ta propozycja podwózki… dalej jest aktualna?

Mild? Phester? A może ktoś inny...?

czwartek, 5 listopada 2015

Od Frelsera cd Atlanta - Wśród swoich

        Zanim Frelser cokolwiek odpowiedział ku wielkiemu zdziwieniu zebranych przybliżył łeb do zaskoczonej piratki. Dziewczyna odsunęła się odruchowo. Smok jednak jedynie wciągnął głęboko w nozdrza jej zapach. Nie ufał jej. Kotowaty i ten z rogami, który przedstawił się jako władca tej części kraju, nie wzbudzili jego podejrzeń. Na pewno nie byli ludźmi. Ale ona...ona wyglądała jak jedna z nich. Pachniała solą, mokrym drewnem, jej oddech lekko czuć było dawno już pitym alkoholem. Jednak ten podstawowy zapach, charakterystyczny dla każdego, wykluczał ją z grona ludzi. Uspokojony cofnął łeb i zaczął wyjaśniać:
  ~ Nazywam się Frelser, z linii Isbryter'ów. Od jakichś trzech lat błąkam się po świecie...
  - Hola! - przerwał felin, w którym obudził się dawno nieużywany instynkt medyka. - Jeśli to ma być dłuższa historia, to lepiej wracajmy. Wasza Wysokość ma może u siebie bandaże i spirytus? Medyczny - dodał widząc nagłe ożywienie dziewczyny.
  - Pewnie...ale nie mów do mnie ,,Wasza Wysokość" - odpowiedział rogaty.
  - A niech Waszej Wysokości będzie - kot wzruszył ramionami i machnął ręką do smoka by szedł za nimi. - No to co tam opowiadałeś Frel?
  Smok opowiedział im podczas drogi wszystko: od pierwszych naborów, aż po jego tułaczkę przez nieprzychylne tereny. 
  - Byłeś w armii Arsmana? - zaciekawił się Atlant.
  ~ Nie ~ sprzeciwił się Frelser. ~ Miałem walczyć przeciwko jego wojskom, o ile dobrze pamiętam...
  Felin zachichotał pod nosem.
  - Masz w takim razie niezłe wyczucie czasu gadzino - powiedział. - Arsman zajął całą Sorsinę. Teraz tylko podporządkowuje sobie mieszkańców...
  - Hidden nigdy sobie nie podporządkuje - przerwał mu Alt. - Nie ma tu miejsca dla takich jak on.
  ~ Czyli...nie ma tu ludzi? ~ dopytał się biały smok. Rogaty pokiwał głową. ~ Mogę tu zostać?
  - Oczywiście - władca uśmiechnął się przyjaźnie. - Póki co obawiam się, że Gambit i tak by cię nigdzie teraz nie puścił.
  Dotarli do jakiejś rozległej polany. Blisko ściany lasu stał nieco zarośnięty domek z werandą. Nagle kot rzucił się do przodu, przeskoczył barierkę i szybko wziął w łapy stojący na stoliku czajnik. Westchnął z ulgą.
  - Kawa jeszcze ciepła! - zawołał do reszty, jakby informacja ta była wagi międzynarodowej.
  - Ten sierściuch jest definitywnie uzależniony - stwierdziła piratka, po czym pacnęła smoka w bark. - A tak w ogóle to jestem Squall.
  Dziewczyna rozsiadła się na jednym z krzeseł. Tymczasem Gambit nagle oprzytomniał i rzucił smokowi, by się nigdzie nie wybierał, po czym zniknął z Atlantem w domku. Gad położył się na ziemi i ułożył łeb na łapach. Uważnie obserwował wszystko dookoła. Nagle Squall podniosła ze stołu jakąś manierkę. Po odkorkowaniu do nozdrzy samca dotarła znajoma woń. Podniósł łeb i gapiąc się w piersiówkę oblizał pysk. Piratka zwróciła na to uwagę. Uśmiechnęła się.
  - Co? Chcesz trochę rumu? - zażartowała, ale gdy gad pokiwał głową uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Dawaj! Łyknij sobie, póki kocur nie patrzy.
  Wystawiła rękę za barierkę, a Frel zadowolony podsunął łeb i lekko otworzył paszczę...
  - SQUALL! ANI MI SIĘ WAŻ!
  Smok spojrzał zawiedziony w stronę wejścia. Gambit ostrzegawczo mierzył w dziewczynę palcem. Atlant natomiast usiadł tylko na krześle i patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę.
  - Nie przesadzaj kotku - odparła przekomarzającym tonem piratka, dalej trzymając manierkę nad pyskiem gada, który pełen nadziei ponownie otworzył paszczę. - Alkohol rannemu nie zaszkodzi, a krzepy doda i te twoje męczarnie łatwiej zniesie.
  - Nie. Ruszaj. Tą. RĘKĄ! - z każdym słowem felina ręka  Squall przechylała się i w końcu wlała zawartość piersiówki do pyska smoka. Dla Frelsera było to co prawda nieco mało, ale wystarczyło, by mógł poczuć przyjemny mu posmak. Spojrzał dziękczynnie na dziewczynę, a potem tryumfalnie na kota.

Squall? Atlant? Staram się trzymać formę w opkach x3

środa, 4 listopada 2015

Od Atlanta c.d. Malika i Frelsera - Mała sprzeczka

Podczas gdy futrzasty towarzysz piratki zaglądał jej do kubka, Atlant uświadomił sobie że nie zna jeszcze imienia felina goszczącego w jego domostwie.
 -Swoją drogą, jakim mianem mogę się do ciebie zwracać?
 -Mali...- Wypalił bez namysł, ale zaraz się zreflektował. -Naczy się Gambit, wolę gdy tak się do mnie zwraca.- Uśmiechnął się niewinnie.
 -Chwila moment... Kiciu, coś ty chciał powiedzieć najpierw? Hm?- Squall zaraz wyłapała błąd chłopaka. Mali...co?- Prowokowała go z łobuzerskim uśmieszkiem. Gambit chciał się jakoś szybko wyłgać, ale uwagę wszystkich przykuł krzyk. Ale nie taki rzeczywisty krzyk, było to wołanie o pomoc słyszalne jedynie w ich głowach. Atlant zerwał się na równe nogi. Alt wyczulił zmysł którego tak dawno nie używał. Czuł zaniepokojenie, zainteresowanie i gotowość swoich gości i coś jeszcze. Strach utraty życia stworzenia gdzieś niedaleko. Zanim jednak zdołał powiedzieć o tym pani kapitan Przeskoczyła ganek i popędziła w kierunku z którego jak się wydawało dochodziło wołanie.
 -Za nią.- Rzucił twardo. Malikowi zdawało się że głos leonisa niejako zmienił się. Zignorował jednak w tym momencie kwestie głosu. Obaj ruszyli w ślad dziewczyny. W tym czasie Squall dodarła już do polany, na której zastała niecodzienny widok. Srebrny smok, wił się w gęstej siatce, a koło niego kręcili się niemali mężczyźni. Błagalnemu spojrzeniu gada zawtórowały słowa w jej głowie: "Proszę pomóż". Głupia nie była, wiedziała jaka to scena jest przed nią odgrywana, smokobójcy niemal mieli swój łup. Piratka naciągnęła kaptur na twarz i doskoczyła do herszta bandy zamachującego się na gada pokaźnych rozmiarów toporem. Kopnęła go w brzuch, na tyle mocno że wypuścił z dłoni broń i upadł na ziemie przewracając fikołka.
 -Panowie... Ładnie to tak na cudzą zdobycz czatować?- Demonstracyjnie kładąc stopę na cielsku smoka i uśmiechnęła się diabolicznie, prezentując ostre kły. Pobliźniony wojownik splunął i wstał, a jego towarzysze otoczyli kobietę.
 -Panieneczko, młode damy siedzą przy krośnie w chacie. A nie po lasach kłopotów szukają.- Jego głos był mocno zachrypnięty i głęboki. W miarę jak się przybliżali, krąg wokoło niej również się zacieśniał. Żaden z nich jeszcze nie rozpoznał kobiety, ani niebezpieczeństwa jakim ona była. Nawet ostrzegawczy grymas nieokiełznanej radości zakrywał szeroki kaptur.
 -Stać!.- Zdecydowany i twardy ton Atlanta sprawił że smoczy łowcy zatrzymali się i obrócili na nowego przybyłego. W oczy Malika rzucił się widok rannego stworzenia skrępowanego łańcuchami. Felin nie bacząc na resztę zajął się na chwilę obecną przynajmniej tamowaniem krwotoku i względnym opatrunkiem. Tyle o ile pozwalała na to siatka.
 -Ktoś ty?- Zawołał dowódca arogancko. Teraz cała uwaga skupiła się na Bestii.
 -To ja powinienem o to zapytać. Co robicie na moich ziemiach? I jak śmiecie polować tutaj?- Teraz jego postać faktycznie pokazywała surowego i bezwzględnego dowódcę. Nawet Squall zwróciła na niego uwagę i zwątpiła czy nie ma przed sobą starą Bestie.
 -Dogadajmy się. Myśmy zwykli łowcy, zabieramy zwierza i więcej nas już nie zobaczysz.- Mężczyzna próbował być cwany, jednak Alt, nie miał ochoty oddawać im smoka.
 -Smok zostaje, ale wy macie odejść.- Był nie ugięty, a wyprostowana sylwetka i chłodne spojrzenie nie pozwalało nawet myśleć że zmieni zdanie.
 -O nie... Nie po to targaliśmy się za tym potworem by teraz okiwał, nas tutejszy "Król"- Łowca wypowiedział te słowa w najbardziej obraźliwy i ohydny sposób jaki mógł. -Chłopcy brać chama i dziewkę!- Zakomenderował swoim podwładnym którzy ryknęli głośno. Atlant dobył miecza, a  na ustach Squall, widząc to "przyzwolenie" na walkę, ponownie rozkwitł zbójecki uśmieszek. Ostrza tych dwojga zabłysły w powietrzu i dwoje padło. Pozostała trójka wraz z przywódcą wcale nie miała zamiaru odpuszczać, wręcz przeciwnie ich zapał do walki stał się jeszcze zagorzalszy. Podczas gdy kapitan i Lew zajęci byli walką, herszt podkradł się by ponownie spróbować zabić smoka. Malik zajęty w tym czasie ranami nie zauważył zagrożenia. Dopiero ryk gada obudził wszystkich i to Atlant zdołał w porę zareagować i wdać się w walkę. Ciężki topór znacznie spowalniał przeciwnika. Jednak jego ciosy były tak silne że chłopakowi dzwoniły zęby. Cudem sparował cios na jego tors, jednak odbił ostrze i z nabranym impetem wykonał półobrót, następnie ciął od obojczyka aż po biodro. Smokobójca zachłysnął się krwią, charknął coś i upadł na kolana. W tym czasie dziewczynie został dwoje przeciwników.
 -Squall!- Atlant zawołał kobietę i oboje pożałowali. Bo odwróciła się, a przeciwnicy wykorzystując chwilę rozkojarzenia wymierzyli cios. Piratka cudem uniknęła rozbicia głowy. Jedynie Kaptur odsłonił jej twarz. Zwierzęce oczy błysnęły w słońcu, a do łowców dopiero teraz dotarło z kim mieli do czynienia. Było jednak dla nich za późno. Szelmowski uśmieszek wykrzywił jej usta i na chwilę później obaj padli martwi spod jej szabli. Atlant widząc tylko że dziewczyna jest cała podszedł do smoka.
 -Co z nim?- Zapytał felina, zajętego cały ten czas pilnowaniem by smok trzymał się przy życiu.
 -Nie widać hektolitrów krwi?! Łatwiej by mi było bez tej stalowej siatki.- Wskazał na wiążący problem. Chłopak z pomocą piratki w miarę sprawnie pozbyli się łańcuchów i odrzucili je w bok. Smok rozprostował skrzydła zapewniając dla okolicznych drzew nowy, czerwony wzorek w kropki.
 -Hej, hej, hej! Kolego połóż ty się na glebie!- Zawołała Squall wycierając krew.
 ~Przepraszam...~ Wszyscy usłyszeli ponownie głos w gada w swoich głowach.
 -I nie ruszaj się proszę, jeśli dasz się opatrzyć wyzdrowiejesz w kilka dni.- Kotowaty zerwał kolejny pas ubrania i ścisnął przy skrzydle.
 -Możesz być już spokojny. Tylko jak tutaj trafiłeś? I kim jesteś?- Zapytał Alt.

Malik? Frelser? Cza zrobić coś z trupami... I czekamy na dołączenie reszty grupki do nas :D

Od Frelsera - Smokobójcy

        Ciemny kształt przeciął niebo. Frelser leciał, jak co dzień. Leciał, a w dole mijały drzewa, ptaki nie zdolne wylecieć wyżej. Nawet bielik, do tej pory jedyny wspaniały drapieżnik w tej części nieba zleciał między wierzchołki jodeł speszony majestatem szarego smoka. Dawno na tych terenach nie zawitał żaden z tych gadów. Dawno nie widziało się tu więc równie pięknego stworzenia...
  Które piękne było nawet ranne.
  Obserwator z dołu oglądając smoka przez dłuższy czas zwróciłby uwagę, że jego lot nie jest tak zgrabny i płynny. Że gad wymachuje skrzydłami bardziej rozpaczliwie, bez dokładnego rytmu. Jakby chciał po prostu od czegoś uciec. A po jego przelocie na dłonie i twarz owego obserwatora spadłyby ciężkie krople w kolorze ciemnego karminu. Smocza krew ciekła z rany pod skrzydłem, pod wpływem rozpędu spływała na błonę lotną, a tam wąskimi kanalikami docierała do brzegów skąd uzbierana w odpowiednio ciężką kroplę leciała razem z wachlarzem innych na dół, rosząc drzewa niczym upiorna mżawka.
  Frel nie musiał się oglądać, by wiedzieć, że nie zgubił pościgu. Krzyki smokobójców docierały do niego co chwilę. A to dalej, to znów bliżej. Panika rosła. Smok teraz już tylko walczył o przetrwanie. Jak niemal codziennie. Ledwo gdzieś udało mu się zaaklimatyzować, a już los sprowadzał do jego leża niefortunnego pasterza bądź podróżnego, który widząc smoka nie słyszał przesyłanych przez niego telepatycznych wiadomości, uciekał do swojej wioski i nie omieszkał podzielić się wiadomością. A to na kark Frelsera ściągało kolejnych amatorów przygód. Mało to chłopów nasłuchało się bajek o wielkich skarbach na jakich drzemie poniekąd każdy smok? I przychodzili, a jakże! Jedne chojraki same wymachiwały bez ładu i składu jakąś kosą - tych przepędzał zwykły ryk. Następni jednak przychodzili w większych ,,zbrojnych" grupach. Chłopi jednak, strachliwi z natury, nie cenili zbytnio swojej przewagi liczebnej, a widząc, że smok prawdziwy z krwi i kości pryskali gdzie pieprz rośnie po jednym, jakże mizernym zionięciu ogniem, pozostawiając swój prowizoryczny oręż. Frelowi zdarzyło się nawet raz znaleźć przed swoim tymczasowym leżem barana wypchanego siarką. W najgorszych wypadkach (takich jak ten) kmiecie zrzucały się i najmowały łowców potworów.
  - Doganiamy go! - krzyczał tryumfalnie szef bandy. - Zaraz wleci w pułapkę! - cóż, plus głupoty ludzkiej. Większość ludzi sądziła, że Frelser to po prostu kolejna durna bestia i nie rozumie ani słowa.
  Pułapkę?!, pomyślał zaskoczony.
  I wtedy znikąd nadleciała ciężka, stalowa siatka. Nakryła samca, który nie zdążył wykonać uniku. Smok runął w dół, połamał jakieś mniejsze drzewo i przetoczył się po ziemi. Dyszał ciężko. Z bólu? Zmęczenia? Strachu? Teraz sam nie wiedział. Było już po nim. Siatka od wewnętrznej strony pokryta była małymi kolcami. Gdy spróbował się teraz wyswobodzić, poharatałyby błonę na skrzydłach. Kiedy siedział nieruchomo, nic mu nie groziło, bo łusek na grzbiecie siatka nie była w stanie nawet zarysować. Ale nie zmieniało to faktu, że smok był już ewidentnie martwy.
  - Patrzcie no, kogo my tu mamy! - okrzyk pierwszego smokobójcy trzeźwił Frela. Smok zaczął szamotać łbem na boki.
  - Hah! Spójrzcie no! - dopowiedział drugi. - Takiego mazgaja to żem w życiu nie widział!
  - Co jest dzieciaczku? Nie umiesz zwykłej siateczki rozerwać, hę?
  I po co to wszystko? Wykończcie mnie już, błagał w myślach. Wstydu oszczędźcie...
  - Patrz, smoczku! Co my tu dla ciebie skarbeńku mamy - herszt bandy odpiął od siodła obusieczny topór.
  Frelser już widząc nadchodzącą śmierć poczuł się słabo. Zaczął się szarpać jeszcze bardziej. Widząc, że nic to nie daje pozostało mu jedno. Skupił się i w jednym, potężnym telepatycznym wybuchu zawołał:
  - Pomocy!
  To wezwanie musiał usłyszeć każdy w obrębie kilku mil...

Ktoś? Ursa, liczę tu na wejście smoka (czyt. Alta, Squall i Malika)

Rzeczywisty czy zmyślony, prawdziwy czy fałszywy, błyszczy zagadkowo w ciemnościach. Tak toczy się świat, bez tego błysku potoczyłby się w nicość


Imię: Frelser (z norweskiego ,,zbawca”...duże z nim chyba nadzieje wiązali). Jak ktoś się uprze to może skrócić do Frel.
Nazwisko: Isbryter. Tak, smok może mieć nazwisko.
Przydomek: Hodowcy nazywali go Hvit Bresme, czyli ,,biały kieł”, ponieważ jako pisklę miał aż nienaturalnie białe zęby.
Rasa: Ise Dragen - ,,smok lodowy”, z czystej linii. Mógłby nawet rodowód pokazać, gdyby nie został na północy.
Wiek: 53 lata. Jak na smoka to bardzo młody wiek.
Płeć: Samiec
Stanowisko: Lotnik, Łowca
Aparycja: Jako młode jeszcze zwierzę nie należy do największych ze swojego gatunku. Jego grzbiet przewyższa grzbiet koński jedynie o półtora razy, a długością (razem z ogonem) jakieś trzy i pół. Rozmiaru dodaje mu jednak długa smukła szyja oraz oczywiście rozłożyste skrzydła. Ma średniej długości tępo zakończony pysk i błękitne oczy. U nasady czaszki posiada dwie pary rogów. Łuski mieszczą się pełnej gamie od białego brzucha przez niewiele ciemniejsze skrzydła, szare na grzbiecie i łapach aż do czarnej linii wzdłuż kręgosłupa. U nasady skrzydeł, po zewnętrznej stronie, posiada ciemnoszare pióra. Ogon zamiast masywnego grotu, jak u smoków południowych, ma futrzasty pędzel. Poza tymi wszystkimi cechami naturalnymi, Frelser ma jeszcze u nasady szyi po lewej stronie wypalone (obecnie już w białym kolorze) znamię hodowlane: znak omegi.
Zdolności: Jak się można łatwo domyślić, Frel potrafi latać. Ha! I to jak! Smok dzięki drobnej budowie potrafi się porządnie rozpędzić, przeganiając innych przedstawicieli swojego gatunku. Na dodatek jest wyjątkowo zwrotny. Jak większość smoków potrafi ziać ogniem. Jednak jako przedstawiciel rasy z lodowej północy jego płomień do najwspanialszych nie należy i poza podpalaniem do niczego skutecznego nie służy. Do walki preferuje więc uścisk swoich szczęk, pazury oraz - w przypadku mniejszych od niego przeciwników - ogon, którym potrafi nieźle człowieka obić, jeśli nie połamać. Jego łuski dają mu ochronę przed ogniem, metalem i czarami mającymi na celu go zranić. Ma jednak słabsze punty pod pachwinami, których nigdy nie dosłania, nawet w locie (wtedy podkurcza łapy). Potrafi porozumiewać się za pomocą telepatii. Jego wyostrzone zmysły wychwytują wszystko. Węchem jest w stanie rozpoznać rasę jego rozmówcy, co z miejsca alarmuje go przed kimś, kto może go skrzywdzić.
Zainteresowania: Do jego ulubionego hobby należy samo latanie. Frelser czuje się wtedy wolny i niepokonany, niczym prawdziwy król przestworzy. Gdy nie może tego robić jest markotny i niechętny do żadnej współpracy. Uwielbia słuchać wszelkich historii, nieważne jak bardzo wyssanych z palca. I prawdziwe i fałszywe mogą liczyć na chociaż tego jednego ciekawskiego słuchacza. Poza tym Frel lubi muzykę oraz poezję (która także należy do swego rodzaju historii). Poza lataniem, kocha także pływać. Ma bardzo pojemne płuca i lubi długo siedzieć pod wodą. Ma słabość do błyskotek. Zwłaszcza kamieni szlachetnych. Cóż, to chyba przypadłość każdego smoka.
Charakter: Frelser jest jak na smoka dość...udomowiony. To pewnie przez fakt, że pochodzi z hodowli. Jego smocze instynkty są mocno zatarte, ale jednak istnieją. Objawiają się głównie gdy ktoś grozi czemuś, co ceni. W przypadku większości smoków są to skarby, a u Frela...przyjaciele. Tak, młodzik ceni sobie przyjaźń bardziej niż drogocenne metale. Niestety ciągną się za tym mniej przyjemne dla niego konsekwencje. Samiec za mocno się przywiązuje i ciężko przeżywa wszelkie rozstania. Jeszcze gorzej znosi cudzą śmierć. Nie umie być obojętny na żadną krzywdę. Sam w życiu nie zaatakowałby nikogo bez przyczyny. Trudno go wyprowadzić z równowagi, a jeśli komuś się to uda, to niech go Bóg ma w opiece - nie ma nic gorszego od wściekłego smoka, nawet jeśli ten smok to Frel. Jednak przez zdecydowaną większość czasu samiec jest potulny jak baranek. A przy bliskich przyjaciołach można go porównać do przerośniętego szczeniaka: ociera się, mruczy, czasem wydaje się nie zdawać sobie sprawy ze swoich rozmiarów (zwłaszcza gdy chce położyć ci się na kolanach). Jest bardzo gorliwy w swoich obowiązkach. Jeśli nie wykona poprawnie jakiegoś zadania (nawet gdy nie była to całkowicie jego wina) wypomina to sobie przez długi czas. O ile przy bliskich zachowuje się swobodnie, wobec obcych jest całkowicie nieufny. Zwłaszcza, gdy ktoś obcy zaczepia któregoś z jego przyjaciół. Warczy na nieznajomego przy każdym jego gwałtownym ruchu, ale nie zaatakuje póki nie zajdzie taka potrzeba. Największy brak zaufania okazuje wobec ludzi. Odmieńców, hybrydy i zwierzęta traktuje jak braci, ale każdy czystej linii człowiek jest dla niego z miejsca potencjalnym wrogiem. Jak się już można domyślić, jest bardzo towarzyski. Samotność nie przeszkadza mu jedynie w powietrzu. Na ziemi, bez nikogo u swojego boku, czuje się nieswojo.
Historia: Frelser nie jest dzikim smokiem. Wykluł się z jaja w hodowli smoków rasy Ise Dragen z linii Isbryter’ów (protoplasta jego rodowodu miał na imię Isbryter - ,,lodołamacz”), a konkretnie w skrzydle Omega. Jako młodemu smokowi wypalono mu na barku symbol skrzydła hodowli i szybko zaczęto jego trening. Jego właściciel wiązał z nim wielkie nadzieje, podobnie jak reszta ludzkiego plemienia. Trwała wtedy wojna, a smoki wyjątkowo ceniono jako jednostkę lotniczą. Nadano mu imię Frelser. Smoczek kształcił się pod czujnym okiem hodowców. Lata mijały. W wieku pięciu lat on i jego rówieśnicy byli już na tyle sprawni, by ruszyć do wojska. Zjawili się żołnierze i wybierali. I zabrali wszystkich wielkich, silnych, najskuteczniejszych młodzików...czyli wszystkich poza Frelem. Smok był zbyt młody, by się tym przejmować. Rzeczywiście, był mniejszy, nie tak silny i nieco zbyt potulny...ale co to za strata? Lubił być taki, jaki był. Hodowcy zdecydowali się go u siebie zostawić. Wywołało to kłótnie w skrzydle Omega, bo mniejszość sądziła, że samiec nie nadaje się do dalszej hodowli (z powodu defektu w postaci ciemnej linii na grzbiecie, ale to szczegół). Koniec końców, Frelser został. Próbowano go kilkakrotnie wcisnąć do armii, ale wojsko go nie chciało. Wybierało za to starsze osobniki, o wiele cenniejsze dla hodowców. Lata mijały, ludzie znikali, pojawiali się nowi, wojna trwała, a Frel cieszył się każdą chwilą swojego życia. Możliwe, że zbyt długi pobyt pod opieką ludzi i zbytnie rozpieszczanie go zamazało jego smocze instynkty, ale nikt nie próbował dzieciaka zmieniać. Niech będzie taki jaki jest. Ale w kluczowym momencie wojny armia wróciła. Potrzebowali smoków, uzależnili się od łatwej walki z tymi potężnymi gadami po swojej stronie. A hodowcy postawili im ultimatum: albo Frelser, albo nic. Marszałek zgodził się od razu. Był zdesperowany. Po obejrzeniu kilku pokazów lotniczych wykonanych przez nieświadomego niczego gada na rozkaz hodowcy, uznał nawet, że będzie to przydatny lotnik. Podpisano odpowiednie papiery i za kilka dni pięćdziesięcioletni Frel miał trafić do obozu wojennego, a następnie ruszyć przeciwko armiom młodego władcy, Arsmana. Hodowcy obawiali się, jak samiec zniesie ta nagłą zmianę. Nic mu więc nie mówiono. Smok potulnie pozwolił zaprowadzić się na statek, pod pokład, do ciasnego boksu...i wypłynęli. A Frelser mimo lekkiej tęsknoty był przekonany, że niedługo i tak wróci do domu. Wyprowadzono go na ląd, pomiędzy śmieszne, kolorowe namioty, nałożono mu na pysk jakąś dziwną uprząż blokującą żuchwę, wprowadzono do klatki...zatrzaśnięto drzwi. Wtedy samca ogarnęły wątpliwości. Co to miało znaczyć?! Co oni robią?! Frel domyślił się, że go oszukano. Stracił wtedy zaufanie do ludzi. Na dodatek żołnierze szybko przekonali się, jak bardzo niegroźny jest biały smok i wykorzystywali go jako kozła ofiarnego. Jednak w tydzień później ten ich ,,niegroźny mazgaj” podczas karmienia niemal odgryzł karmicielowi rękę, a gdy jakiś naiwniak otworzył drzwi do klatki y go ukarać , został boleśnie połamany pod masywną łapą wściekłego smoka. Gad uciekł. Kilka lat wędrował po całym kraju Arsmana, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, gdzie nikt go nie skrzywdzi. Ścigali go maruderzy, łowcy potworów, nawet smokobójcy. A on wciąż uciekał. I cały czas starał się żyć jak dziki smok. Ale taki styl bycia oczekiwał od niego samotności, a tego smok wprost nie znosił. Zupełnie przypadkiem trafił jednak do Hidden. Ta kraina była dla niego wybawieniem.
Partner: Póki co nie jest raczej pewny siebie w tej roli. Może jako partner dałby radę (o ile jakaś smoczyca nie będzie zwracać większej uwagi na jego dziecinność), ale na ojca się nie nadaje. Jest za młody.
Rodzina: Nie znał nikogo. W hodowli każdy samiec mógł być jego ojcem, bratem, kuzynem, stryjem. To samo tyczy się samic. Wszelkie tego rodzaju informacje miał zapisane w rodowodzie, ale sam nigdy nie zaznał ciepła prawdziwej rodziny.
Towarzysz: Brak
Szczegóły: ~ Lubi być drapany pod brodą. Tupie przy tym tylną łapą jak pies.
  ~ Frel uwielbia ryby, zwłaszcza te słonowodne, ale nienawidzi, a wręcz boi się węgorzy. Żywy czy martwy - każdy węgorz powoduje, że po grzbiecie przechodzą mu ciarki.
  ~ Ma głupi zwyczaj wiercenia się przez sen. Jeśli ma się do czynienia z małym szczeniaczkiem jest to nawet słodkie, ale ze smokiem nie wygląda to już tak zabawnie. Wizja zostania zmiażdżonym przez wielkiego gada każdego zniechęci do zasypiania obok niego.
  ~ Smok ma słabość do alkoholu. Całe szczęście ma zbyt twardy łeb by się opić, a I tak raczej wystarcza mu jedno wiadro.
Autor: NyanCat^._.^~