Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halt. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 marca 2017

Od Halta cd Louise - Ślady zębów czasu

<Wszystko się dzieje jeszcze pod wieczór, ale następne opka będą już rano, słowo za siebie i resztę ^^" >

        Nietrudno było zgadnąć, kto jako pierwszy zacznie przeglądać nadgryzione zębem czasu budynki - Tenzin (dosłownie) w podskokach znalazł się u podnóża pagórka i zniknął między domami. Godność Louise chyba nie mogła jej pozwolić po raz kolejny dać się wyprzedzić Owcy. Wzięła wdech, jakby zaraz miała zanurkować, i ruszyła biegiem przez trawę. Z perspektywy Halta i Kiette wyglądało to jakby coś się toczyło z góry w ślad za dwoma duchami. Mężczyzna jednak powstrzymał się w ostatniej chwili od zgryźliwego komentarza. Uśmiechnął się zachęcająco do stojącej z tyłu kotołaczki i ukłonił, jakby przepuszczał ją w drzwiach.
  - Panie i duchy przodem - powiedział z uśmiechem.
  Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i zaczęła ostrożnie schodzić na dół. Idąc za nią łucznik wyczuł pod stopami wgłębienie, podobnego spodziewał się trochę na bok. Koleiny, domyślił się. Musiała tędy biec kiedyś droga, ubijana latami w miękkiej ziemi przez koła wozów. Obieżyświat zerknął na niebo, pomarańczowe od zachodzącego słońca. Zza ich pleców nadciągały ciemniejsze chmury. Zapowiadało się na burzę. Niedługo trzeba będzie zbierać towarzystwo w kierunku domu Alta. Póki co mogli jeszcze wykorzystać ostatki dnia na zwiedzenie nowo odkrytego terenu.
  Lou spacerowała właśnie po murku, kiwając się na boki, jakby chciała sprowokować grawitację do zrzucenia jej na ziemię. Gdzieś między domami mignęła jasna sylwetka Tenzina i zniknęła w drzwiach domostwa tylko po to, by zaraz przeskoczyć przez zniszczone okno i zwiedzać dalej. Łącznik przeglądał wszystko z dziecięcą fascynacją, w przeciwieństwie do wręcz leniwie snującej się za nim Suowei.
  - Znaleźliście już coś ciekawego? - spytał Halt.
  - Ja na razie przeglądnęłam tylko tamten zupełnie zawalony - Niebieska machnęła łapką w stronę małego domu w zupełności pozbawionego dachu. - Nic tam nie ma, tylko trawa i pordzewiałe boksy. Chyba trzymali tam owce czy kozy.
  - A Tenzin?
  - Jak na razie obskoczył chyba ćwierć wioski i nigdzie nie siedział na dłużej - wzruszyła ramionami. - Pewnie da nam znać jeśli coś znajdzie.
  Halt obrzucił wzrokiem starą wieś. Przecinała ją właściwie tylko jedna droga, a parterowe domki stały schludnie ułożone po obu stronach. Nieco większe gospodarstwa miały po kilka budynków, stojących za domem mieszkalnym, jak wspomnianą przez chochliczkę obórkę. Te w zupełności pozbawione dachów musiały mieć je kryte jeszcze strzechą, co wskazywało na zamożność mieszkającej tu niegdyś społeczności. Drewniane płotki nie nadawały się już do użytku - sprawiały wrażenie, jakby byle podmuch wiatru mógł je przewalić. Ostały się jedynie porośnięte warstwą dzikiego zielska murki, sięgające nie wyżej niż pas dorosłego człowieka. Mimo wszystko łucznikowi łatwo było sobie wyobrazić pokryte ozdobami drewniane ściany, przejeżdżający wóz obszczekiwany przez podwórkowe psy, dzieciaki przebiegające przez drogę, kobiety wieszające pranie lub pielęgnujące grządki i odległe odgłosy zwierząt na pastwiskach.
  Tylko co zmusiło tych wszystkich ludzi do opuszczenia tego miejsca?
  - Halt! Zobacz! - zawołała nagle Louise.
  Mężczyzna otrząsnął się. Nawet nie zauważył kiedy zeskoczyła z murku. Kiette również zdecydowała się pozwiedzać. Głos Andrasty dobiegał z jednego z większych domów posiadających aż trzy przybudówki. Jedna, w zupełności drewniana, była w kompletnej ruinie. Musiała być zapewne stajnią. Do drugiej z przybudówek schody prowadziły w dół - pomieszczenie było do połowy zapadnięte w ziemię, najpewniej służyło jako spiżarnia dla krótkoterminowych produktów. Halt wszedł do trzeciej, obecnie pozbawionej drzwi i jednej z okiennic. Druga wisiała na walecznym zawiasie. Wnętrze niewątpliwie było kuźnią, z której pozostał jedynie piec i kowadło.
  - Też to widzisz? - zapytała Lou. Wspięła się na kowadło, chcąc być w miarę na wysokości towarzysza.
  - Co masz na myśli? - Halt uniósł jedną brew pytająco.
  - Wieszaki na ścianach, stojaki na gotowe wyroby - wszystko puste. Nawet narzędzi kowalskich nie ma.
  - Ktoś mógł obrobić ten teren. I to pewnie na długo przed nami, bo zardzewiałego metalu nie ma po co kraść - stwierdził mężczyzna ze wzruszeniem ramion.
  - Zastanów się raz jeszcze - nie zgodziła się dziewczyna. - Cały teren zdecydowanie pokryty był kiedyś polami uprawnymi i pastwiskami. Mieszkający tu niegdyś kowal nie trudnił się wykuwaniem broni ani płatnerstwem. Tych ludzi bardziej martwiły zużyte uprzęże w pługu, albo uszkodzona motyka. A taki typowy podrzędny rabuś nie interesuje się kradzieżą sprzętu rolniczego.
  - Sugerujesz, że albo zabrał te rzeczy ktoś faktycznie potrzebujący tego typu narzędzi - zgadywał łucznik - albo kowal spakował swój dobytek i uciekł?
  - Obstawiam, że wszystkie domy są równie puste co ten. Tych ludzi NIC nie napadło. Gdyby zbierali się w pośpiechu, zabieraliby wszystkie niezbędne rzeczy, a młot kowalski czy miechy chyba nie są aż tak istotne w sytuacji zagrożenia życia. A tu nie ma zupełnie nic!
  - Patrząc po stanie wioski nikt tu nie mieszkał gdzieś od początków wojny...może nie chcieli ryzykować i woleli spokojnie udać się gdzieś za granice Sorsiny ZANIM ktoś ich napadnie?
  - Brzmi jak najrozsądniejsze rozwiązanie zagadki - odparła Lou. - Wzięli wszystko, by nie musieć w przyszłości zaczynać od niczego. Ej, może zbudowali sobie nową wioskę, gdzieś daleko stąd i do dzisiaj mieszkają tam dzieci, wnuki i prawnuki tutejszych mieszkańców?
  - Oby nie było nam dane tego sprawdzać - łucznik udał się w stronę wyjścia. - Nie chciałoby mi się opuszczać nowego domu zbyt szybko.
  Patrząc ogółem, budynki nadawały się do użytku. Kamienne fasady trwały niewzruszenie na swoich miejscach, a większość drewnianych ścian wystarczyłoby jedynie ponownie uszczelnić. Odnowa całej wioski oznaczała oczywiście wiele pracy, ale patrząc na liczebność mieszkańców Hidden i fakt, że nie wszystkim przeszkadzało spanie na świeżym powietrzu (niektórzy, pokroju Frelsera, wręcz nie mieli innego wyboru), załatanie kilku dachów i wzmocnienie paru ścian nie było rzeczą niemożliwą. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie zadowolony. Atlantowi na pewno się to spodoba. Będzie musiał mu to pokazać, jeśli oczywiście Louise i reszta nie zrobią tego pierwsi.
  Gdzieś w oddali zagrzmiało. Halt obejrzał się na złośliwie popędzający ich ciemny horyzont. Westchnął i zawołał resztę. Kilka minut później wspinał się już z Kiette i Lou z powrotem na pagórek z którego zeszli. Tenzin, jak zawsze w towarzystwie Suowei, dogonił ich dopiero na szczycie, wyraźnie dumny z siebie.
  - Coś znalazłem! - zawołał podekscytowany.
  Zatrzymali się, z zainteresowaniem wpatrując w owczego łącznika. Ten wyciągnął przed siebie delikatną dłoń i pokazał im lekko pogięty, metalowy krążek.
  - Moneta? - Halt wziął znalezisko w dwa palce, chcąc mu się przyjrzeć.
  - Jest na niej jakiś nominał? - Andrasta podskakiwała mu koło nóg, nie mogąc zobaczyć znaleziska.
  - Nie, za bardzo ubrudzona - odpowiedział łucznik. - Ale ktoś na pewno będzie w stanie ją wyczyścić. Zapytam o to resztę.
  Znowu zagrzmiało. Teraz wydawało się, że stało się to zdecydowanie bliżej niż wcześniej. Burza zachowywała się trochę jak matka zaganiająca dzieci do łóżek. I tak samo jak nie sposób było kłócić się z mamą, tak samo ignorowanie ostrzegawczych grzmień nie należało do najmądrzejszych pomysłów.

sobota, 28 maja 2016

Od Halta cd Louise

        Człowieka cały czas potykają jakieś nieprzyjemności. I Halt miał w tym zakresie spore doświadczenie. Jako podróżnik zmagał się z wieloma problemami. Na łodzi nawet podczas spokojnych wiatrów nękają go nudności, nie mówmy więc o tym, co się dzieje w jego żołądku podczas sztormów. Przez całe życie zdążył poznać każdy rodzaj opadów. Grzbiet tłukły mu lodowe kule gradu prawie co lato. Mżawki nie dawały się wyspać. Ulewy sprawiały, że gdy już raz człowiekowi zamokły do ostatniej nitki buty, to już się nie przejmował omijaniem kałuż tylko szedł na wprost. Wiatry chlastały po twarzy gorzej niż wściekła kobieta otwartą dłonią. Burze piaskowe i śnieżne wydawały się ciąć policzki na odlew i wydrapywać oczy.
  Ale przy kataklizmie pokroju Squall wszystko wydawało się blednąć.
  Łucznik podciągnął się do góry i usiadł okrakiem na konarze wyliczając pod nosem najwymyślniejsze epitety. Już zanim skończyły mu się pomysły dostrzegł, że słowa po prostu nie są w stanie opisać piratki. I to zdecydowanie nie w tym dobrym sensie. Rozejrzał się w poszukiwaniu swojego łuku. Miał nadzieję, że ta małpa nie zrobiła go w konia i rzeczywiście gdzieś tu jest. Całe szczęście (trudno stwierdzić czyje - Halta czy Squall) był: wisiał na krańcu gałęzi. Halt zmrużył oczy patrząc doń podejrzliwie. Przez swoje ostatnie pasmo nieszczęść nie mógł zaufać niczemu, a zwłaszcza cienkiemu konarowi. Toteż zdecydował się nie płaszczyć jak głupek i czekać na trzask, tylko zejść niżej, gdzie drzewo mogło spokojnie wytrzymać jego ciężar. Stanął pewnie na przygiętych nogach, przeszedł metr, półtora, po czym wyciągnął rękę po swoją broń. W końcu zadowolony zsunął się po pniu na dół i ruszył drogą w stronę Hidden.
  Widząc w oddali sylwetkę Squall (ich nową towarzyszkę dostrzegł nieco później) do głowy cisnęły mu się najróżniejsze pomysły na zemstę. Przyszło mu spędzić trochę czasu między korsarzami z zimnych krain północy i doświadczyć ich złośliwości. Przy tym, co ci potrafili wymyślić wybryk piratki wydawał się mało oryginalny. Ale łucznik miał swoje metody. Złotooka zaciągnęła u niego debet. Nie ma co go marnować za JEDNYM razem...
  - ...to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - dotarł do niego fragment wypowiedzi Squall, gdy dogonił dziewczyny.
  - A zaprowadzisz mnie do niego? - zapytała chochlikopodobna.
  - Ależ oczywiście! - wtrącił się wesoło chłopak klepiąc przesadnie piratkę w plecy. - Alt na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
  - Raczej o jedną piątą osoby - dziewczyna poprawiła go mierząc niebieską wzrokiem. - No dobra, żartuję - uśmiechnęła się złośliwie czochrając ją pojednawczo po głowie.
  Mała fuknęła, ale dumnie zniosła zniewagę. Obieżyświat przyjrzał się jej ciekawie. Czubkiem głowy ledwo przerastała psa, a mimo to chłopak odnosił wrażenie, że mieściło się w niej więcej dumy niż w jakimkolwiek napuszonym sorsińskim rycerzu. Noszona prze nią miniaturowa kopia ubioru ciężkozbrojnego żołnierza piechoty i zarzucona na ramieniu tarcza komicznie kontrastowały z porośniętą kocim meszkiem niebieską twarzyczką, dużymi oczami i typowo dziewczęcymi dwoma kucykami. Halta szczerze zastanawiało jak tak małe, z pozoru delikatne stworzonko mogło przeżyć jakąkolwiek bitwę.
  - Skoro już nas skądś znasz, to może wyrównasz rachunek? - zaproponował chochlikowi.
  Dziewczyna podniosła na niego różowe oczy po czym odpowiedziała dumnie.
  - Louise Trzecia Andrasta Quartz.
  - Łoł! Chwila! - Squall pokręciła głową.
  - Co? O dwa wyrazy za dużo dla twojej szarej komórki? - rzucił łucznik.
  - Kaca mam, dajcie mi trochę forów - złotooka machnęła ręką niedbale.
  - Pirat z kacem? - brunet uniósł niedowierzająco brew.
  - Nie bądź taki cwany - uśmiechnęła się złośliwie. - Skąd u takich małych istotek biorą się takie poważne imiona? - rzuciła do Louise.
  - Takie małe istotki miewają znacznie lepiej rozwiniętą kulturę od dużych durnych istotek, które przywiązują swoich kompanów do drzew pod wpływem alkoholu - odgryzła się Quartz.
  - Dobrze! Tak trzymaj! - wtrącił się Halt. - Z piratami trzeba po krasnoludzku!
  - Sam lepszy nie jesteś, skoro dałeś się uwiązać pod konarem wysoko nad ziemią - niebieska zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów dając wyraz swojemu zażenowaniu.
  I piratka i łucznik zdecydowali się przemilczeć fakt, że właśnie nawtykała im wyrastająca ponad kolana blondwłosa dziewczyna. Las zaczynał się już przerzedzać, odsłaniając znajomą polanę.

Squall? Teraz twoja kolej, no chyba, że chcesz nadrobić opka Altowi ;P Wybaczcie, że bez ładu i składu :<

poniedziałek, 15 lutego 2016

Od Halta cd Viserany - Nietypowa gromada

        Haltowi dawno nie było dane spędzać czas w towarzystwie, którego nie miał okazji z miejsca powystrzelać...no dobra, może było tu kilka ,,ewenementów", ale po co marnować strzały? Poza tym Atlant okazał się wyjątkowo gościnnym gościem i łucznik nie miał ochoty zajść mu za skórę. Gdy Squall przyniosła rum towarzystwo z miejsca poweselało. Największy entuzjazm okazał, ku jego zaskoczeniu - smok. Frelser słysząc nuty pieśni marynarskiej i prawdopodobnie już czując trunek wyprostował szyję na całą długość i utkwił wąskie gadzie źrenice w pani kapitan. Wyglądał przy tym jak pies myśliwski. Halt aż odchylił się do tyłu sprawdzić, czy zaraz z radości nie walnie ogonem w plecy Mild i Viserany. Szczęśliwie dla dziewcząt, chyba aż takich odruchów kanapowca nie miał.
  Obieżyświat przyjął podany kubek, nawet nieco ufając, że piratka niczego mu tam nie dosypała. Poprzestał na jednym - wolał być w razie czego trzeźwy - i przysłuchiwał się opowieściom swoich nowych towarzyszy niedoli. Malik (Wiedziałem, że ma jakieś imię) streścił jak dostali się ze Squall do Hidden, ignorując jej docinki. Piratka natomiast opowiedziała jak wyratowała z opałów Frelsera, zupełnie nie zwracając uwagi na złośliwe uśmieszki Alta i felina, którzy - wnioskując po tym - również tam byli. Pałeczka przeszła na Frela. Gad po namowie opisał jak był zmuszony uciekać przed smokobójcami. Gdy zapadła cisza, Vis nie mogąc się powstrzymać przerwała ciszę całkiem zabawną historią, jak to Mild zniszczyła jakiejś kokietce sukienkę. Małej elfce pozostało zarumienić się ze wstydu. Po minucie jednak zrekompensowała się przypominając Viserany jak złamała nogę jakiemuś wieśniakowi. Ta dała młodej kuksańca i szybko uzupełniła, że to była wina Halta. Phester westchnął, po czym mruknął coś w stylu ,,No i się zaczęło". Łucznik ze złośliwym uśmiechem rzucił jedynie, że nie przypisuje sobie żadnych zasług, a w owym ,,przedsięwzięciu" był jedynie pomocnikiem. Rozpętał przy tym trwającą następne dwadzieścia minut wojnę na argumenty.
  Gdy oboje w końcu się znudzili, reszta już dawno skupiała się na ciekawszych zajęciach. Mild gadała z Frelserem, wyraźnie nim zaintrygowana. Haltowi obiła się o uszy czyjaś wzmianka o sytuacji na północy i już chciał się wtrącić, gdy nagle coś zwróciło jego uwagę. Właściwie nawet nie ,,coś". Po prostu nagle coś w głowie podpowiedziało mu, że powinien się mieć na baczności. Ktoś się zbliżał. Łucznik zaufał instynktowi. Nie chcąc niepotrzebnie przerywać innym rzucił niedbale, że musi się przewietrzyć, po czym wziął do ręki łuk. Lisbeth jako jedyna zwróciła na ten fakt większą uwagę.
  - ,,Przewietrzyć"? - rzuciła niedowierzająco i kiwnęła głową w stronę broni.
  - Przezorny jest zawsze ubezpieczony - odparł z uśmiechem Halt. - Poza tym słyszałaś Atlanta - w pobliżu poniekąd jest całkiem sporo ,,nieciekawych stworzeń".
  - A ich szczególne skupisko odnotowano na pewnej opuszczonej polanie - dodała z przekąsem. Mężczyzna nie był pewny, czy w jej oczach zobaczył błysk wesołości, czy tylko mu się zdawało.
  Gdy tylko zagłębił się nieco w las porzucił pozory spokoju. Wyjął z kołczanu strzałę i nałożył ją na nienaciągniętą cięciwę, idąc przed siebie wolno. Stawiał kroki z już wrodzoną ostrożnością. Omijał suche, szeleszczące liście oraz nadłamane gałązki, całkowicie skupiony na otoczeniu. Nie był nawet w stanie określić ile czasu minęło - każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Ale wokół panowała upiorna cisza, przez którą Halt nawet obawiał się wziąć głębszy oddech. Las milczał.
  Łucznik ostatni raz omiótł skąpane w świetle księżyca pnie drzew. Chyba mi odbija, pomyślał. Był tego już niemal pewny, gdy nagle coś zaszeleściło na lewo od niego. W jednym płynnym ruchu poderwał łuk, naciągnął cięciwę po rąbek ust i wypuścił strzałę w koronę drzew. Nie trafił - poinformował go o tym głuchy stuk wbijającej się w pień strzały...oraz zaskoczony, kobiecy okrzyk.
  - Patrz gdzie strzelasz, barani łbie! - wyrwało się nieznajomej. Właścicielka głosu chyba jednak zrozumiała, że zrobiła coś wyjątkowo głupiego, bo szybko ucichła.
  Halt stał w tym samym miejscu, mierząc w liście. Nie speszył go fakt, że strzelił do kobiety. Doświadczenie minionych dni nauczyło go jednego - ładna buzia czy uwodzicielski głos to jedynie przykrywki dla podłego charakteru.
  - Złaź na dół - powiedział spokojnie.
  Nieznajoma wahała się moment zanim zdecydowała się zeskoczyć z drzewa. Gdy już to zrobiła, łucznika ogarnęło niemałe zaskoczenie. Jakieś dwa metry od niego stała najprawdziwsza harpia, tego był pewien. Ptasie szpony zamiast stóp, brązowe pióra, rozłożyste skrzydła zrośnięte z rękoma i biały czub zamiast włosów. Dziewczyna jednak zdecydowanie nie była typową harpią. Miała twarz młodej kobiety, a nie wiedźmy. Poza tym, gdyby była typową przedstawicielką swojej rasy, odpowiedziałaby na posłany w jej stronę strzał czymś zdecydowanie bardziej nieprzyjemnym niż nazwanie ,,baranim łbem". Mężczyźnie rzuciła się w oczy także przewieszona na plecach lutnia z jasnego drewna.
  - Dobrze, jestem na ziemi - powiedziała melodyjnie harpia. - Możesz już chyba opuścić łuk, nie sądzisz? To trochę...krępujące, mieć wycelowaną w pierś strzałę.
  - Od kiedy w okolicy mieszkają harpie? - zapytał Halt, nie obniżając łuku. - Z tego co słyszałem pełno tu jakiegoś dziadostwa, ale o harpiach ani słowa.
  - Bo nie mieszkają w Sorsinie dobre trzy wieki? - odpowiedziała nieznajoma jakby mówiła coś oczywistego.
  - W takim razie co tu robisz?
  - Zwiedzam.
  - Las?
  - Wiesz, mogłabym cię zapytać o to samo.
  Łucznik prychnął uśmiechając się lekko. Zdjął strzałę z cięciwy.
  - Niech ci będzie - powiedział. - Wnioskuję, że również trafiłaś tu cudownym zrządzeniem losu uciekając przed wojskami?
  - ,,Również"? - zainteresowała się. - Czyli jest tu więcej uciekinierów?
  - Całkiem spora gromadka - Obieżyświat machnął ręką w kierunku, z którego tu przyszedł. - Chyba moim obowiązkiem jako nowo mianowanego obywatela tego skrawka lasów jest zaprowadzenie cię do reszty. Pani pozwoli?
  Harpia uśmiechnęła się i ruszyła za nim. Przez chwilę panowała cisza.
  - A tak w ogóle to z kim mam przyjemność? - zapytała nagle dziewczyna.
  - Z tego co pamiętam to prędzej tobie wypada się przedstawić, biorąc pod uwagę fakt, że jestem uzbrojony, a ty nieproszonym gościem - zauważył mężczyzna.
  - A savoir vivre? - sparowała z lekką wesołością. - Jeszcze wczoraj to mężczyźnie wypadało się przedstawić pierwszemu...zwłaszcza , jeśli wcześniej nieopatrznie strzelił w stronę damy.
  - Cwana jesteś - łucznik już zaczynał ją lubić. - Halt, do usług. A ty?
  - Kaniehtí:io Neomë'thakkí.
  Halt bezskutecznie próbował kilka razy powtórzyć skomplikowane imię harpii, ale szybko się poddał.
  - A jakaś krótsza wersja? - rzucił z nadzieją.
  - Ziio - odparła teraz już wyraźnie rozbawiona kobieta.
  W końcu las ustąpił miejsca znajomej polanie z dalej płonącym ogniskiem i zadowolonym towarzystwem. Squall widząc wychodzącego spomiędzy drzew łucznika już otworzyła usta, by rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale urwała gdy zauważyła harpię. Zresztą nie tylko ona - wszyscy nagle ucichli zaskoczeni.
  - Panie, panowie i inne gady! - zaanonsował teatralnie Obieżyświat, przy ostatnich słowach rzucając wymowne spojrzenie w stronę co poniektórych, dając im do zrozumienia, że to nie Frelsera miał na myśli. - Oto panna Ziio we własnej osobie!

Ziio? Ktoś inny? Skombinowałam muzykę! x3

środa, 14 października 2015

Od Halta CD Viserany - Żeńska duma i upór...

       Halt z powątpiewaniem spojrzał na leżącą na ziemi Viserany. Dziewczyna śmiała się. Nie był jednak pewny czy z niego, czy obok niego. Podniósł pytająco brew.
  - Ona tak zawsze? - pytanie skierował bardziej do Mild i Ashlotte niż do Vis.
  Elfka wzruszyła ramionami. Ash nie odezwała się dalej polerując szablę.
  - Po coś drzwi otwierał? - rzuciła Viserany dalej leżąc.
  - Chciałem iść po coś do jedzenia do gospody - wyjaśnił.
  Wyciągnął rękę w geście pomocy. Dziewczyna jednak odtrąciła ją i wstała samodzielnie. Łucznik wzruszył ramionami, narzucił na głowę kaptur i wyszedł w noc.

        Wrócił niedługo potem. Właściciele gospody byli bardzo miłymi ludźmi. Nie była to najzwyklejsza obskurna tawerna w której przesiadywali głównie pijacy. Tu przesiadywali ludzie spokojni i kulturalni, którzy znali umiar w piciu. A więc głównie zmęczeni pracą w polu chłopi, kupcy, czasem trafiał się jakiś bogatszy mieszczanin. Mijając straż Halt naciągnął lekko kaptur. Nie był pewny czy nie jest przypadkiem dalej ścigany, choć nie pamiętał by kiedykolwiek był w tej mieścinie. Ale przezorny jest zawsze ubezpieczony. 
  Wszedł do stajni z dwoma małymi pakunkami z jedzeniem. Jeden zostawił na dalszą podróż, drugi zaniósł na tyły stajni.
  - Smacznego - powiedział i bez ostrzeżenia rzucił do zamyślonej Mild świeżą bułkę. Dziewczyna złapała ją zaskoczona w ostatniej chwili. Halt podniósł brwi i dodał z uznaniem: - Niezły refleks.
  Rzucił też pieczywo Ashlotte i wyciągnął kolejny wypiek dla Viserany, która siedziała najbliżej.
  - Podziękuję - powiedziała z tajemniczym uśmieszkiem.
  - Na diecie jesteś? - rzucił kąśliwie łucznik, choć jak dla niego dziewczyna była aż niezdrowo chuda. Nie nalegał jednak. Trudno. Więcej zostanie na drogę.
  Viserany zmrużyła oczy w geście ,,Nie pozwalaj sobie, bo źle na tym wyjdziesz". Bawiła się przy tym sztyletem, co ostatecznie dało pożądany efekt i Halt zdecydował się nie drążyć tematu. Wyłożył się z powrotem na słomie. Sam zjadł już wcześniej i nie czuł głodu. Nie dane mu było jednak długo leżeć sobie w spokoju.
  - Czemu nie siedzisz w gospodzie, skoro podobno zapłaciłeś za nocleg? - rzuciła jakby od niechcenia Ashlotte.
  Halt podniósł lekko głowę. Zastanowił się nad odpowiedzią.
  - Lubię towarzystwo podobnych sobie - stwierdził po chwili i nie urozmaicał już swojej wypowiedzi.
  - A do czego ci łuk? - to pytanie padło z ust Mild.
  - Do strzelania? - odparł głupkowato łucznik.
  - Nie o to mi chodzi - elfkę nieco oburzyło potraktowanie jej pytania niepoważnie. - Łuk to broń dystansowa, a założę się, że podróżujesz głównie przez miasta. Strzelanie w razie czego w takim tłoku z długiego łuku raczej nie jest zbyt pomocne.
  Halt uśmiechnął się lekko.
  - No proszę. Czyli nie nosisz miecza dla ozdoby - przyznał. - Owszem, dla każdego zwykłego łucznika byłby to raczej średni pomysł.
  - Zwykłego? - prychnęła Viserany. - A dlaczego ty jesteś niby niezwykłym?
  - Chcesz się przekonać? - głos Halta brzmiał wyzywająco. - Rano na pewno przestanie padać, a przed stajnią jest sporo miejsca na mały pojedynek strzelecki. Co ty na to?

Viserany? x3

czwartek, 10 września 2015

Od Halta cd Squall - Wysiadka

        Felin chyba przyjął sobie ostrzeżenie do serca. W każdym razie gdy ktoś trzymał na nim oko. Halt przywykł do bujania kilka godzin po jakże krótkiej rozgrywce w ,,łgarza". Tym razem ku jego uldze trwało to krócej. Chyba zaczął się przyzwyczajać. Zły znak. 
  Gambit ani trochę nie wzbudził w nim więcej zaufania niż przy pierwszym spotkaniu. Sam jego pseudonim którym się przedstawił z miejsca ostrzegał ,,Uwaga, jestem krętaczem i złodziejem!". Łucznik pilnował go ukradkiem czy aby nie próbował posłać statku z dymem. Nie żeby ta zasrana łajba go cokolwiek obchodziła. Z ulgą o niej zapomni gdy tylko postawi nogę na stałym lądzie. Ale póki to ona trzymała go przy życiu kilka mil od brzegu miał nadzieję, że jeden puszek nie pośle jej na dno. Poza tym robił to też z szacunku do kapitana. Nie w tym zwykłym, uczciwym sensie. Znacie to uczucie, kiedy kogoś szczerze nieznosicie, ale mimo tego odczuwacie pewien mały, ledwo tlący się podziw do tej osoby...chociaż w życiu byście się do tego nie przyznali. To właśnie czuł wobec Squall Halt: mieszaninę nienawiści z drobną dozą podziwu dla zdolności i charakteru.
  Nawet gdy wepchnęła mu do rąk szpadel. Kapitan zrobiła to tak niespodziewanie, że pozbawiła łucznika tchu. Chłopak spojrzał na nią pytająco, na co ta uśmiechnęła się tryumfująco.
  - No co? - powiedziała. - Mówiłam, że masz posprzątać po tej kobyle. Pronto.
  Halt nawet tego nie skomentował. Posłał oddalającej się dziewczynie pełne jadu spojrzenie i ze wzruszeniem ramion ruszył w stronę schodów do ładowni. 
  Gwizdacz przywitał go od razu pretensjonalnym rżeniem i tupnął kilka razy kopytem. Jak mogłeś mnie tutaj zostawić?!
  - Spokojnie, mały, jutro stąd spadamy - łucznik poklepał czworonoga po karku, po czym oberwał w środek czoła końcówką końskiego ogona. 
  Tym razem ogier parsknął i zarżał zdecydowanie weselej. Po chwili dołączył do niego śmiech bardziej ludzki, chodź zdecydowanie dziwny, jakby bardziej delikatny i zdecydowanie bardziej perfidny. Halt dopiero teraz zauważył wylegującego się na workach z cukrem felina. 
  - Konie to wredne bestie, nie uważasz? - powiedział kot. Obieżyświat nie odzywał i zajął się swoją robotą. - Że też wy, ludzie, tak je uwielbiacie.
  - Wybacz, ale nie mamy czterech łap - odezwał się w końcu. - I nie sramy pod płotami.
  - No proszę, dowcip ci się wyostrzył - Gambit uśmiechnął się złośliwie. - Czyżby przeszła ci choroba morska?
  - Owszem - przyznał bez cienia emocji łucznik. - Zrobiłbyś coś pożytecznego futrzaku zamiast zostawiać kłaki na cukrze...
  - Na przykład co?
  - Zanurkować po kostkę pani kapitan - odpowiedział sarkastycznie Halt akcentując ostatnie dwa słowa. I nie wrócić, dodał w myślach.
  Ku jego zdziwieniu Gambit roześmiał się ponownie. Na powątpiewające spojrzenie łucznika wyciągnął z kieszeni lnianych spodni jakiś drobny ciemny przedmiot i zaczął podrzucać go w ręce.
  - Ludzie mają słaby wzrok z tego co słyszałem. Ty chyba też nie jesteś wyjątkiem. Nie CZYM właściwie jest ,,pani kapitan", bo się za bardzo od was różni, ale mimo kocich oczu widzi nie lepiej - powiedział zagadkowo felin.
  Dopiero teraz Obieżyświat rozpoznał w podrzucanym przedmiocie...obsydianową kostkę.
  - Skąd ją masz?! - zapytał zaskoczony podchodząc dwa kroki bliżej.
  - Wcale nie wypadła za burtę. Nawet nie zdążyła spaść na pokład - odpowiedział Gambit z tryumfalnym uśmiechem.
  Haltowi mimowolnie podniósł się jeden kącik ust.
  - Nie doceniłem cię - przyznał. - I co teraz z nią zrobisz?
  - Powiedzmy...że ją sobie pożyczę. Oddam dopiero gdy Sztorm przybije tam, gdzie JA zechcę. A przyznam...bardzo mi ten statek odpowiada - kot przeciągnął się i poprawił na swoim ,,legowisku".
  - Co miałeś na myśli mówiąc, że Squall jest...inna? - zainteresował się nagle łucznik.
  Felin otworzył oczy i zmarszczył brwi.
  - Tak bardzo interesują cię tajemnice tych ślicznych ocząt? - zadrwił.
  - Nie. Interesuje mnie za to co wiesz o Sztormie. I lepiej mów prawdę.
  - Mam być szczery? Nic nie wiem. Ale czuję. Ta pannica nie jest zdecydowanie kim za kogo się podaje. I dlatego zostaję na tym ,,przeklętym" okręcie dopóki się tego nie dowiem.
  - Powodzenia życzę - parsknął śmiechem Halt.
  Nagle łajbą zabujało silniej niż zwykle. Obieżyświat zatoczył się do tyłu i w ostatniej chwili odzyskał równowagę. Gwizdacz zarżał szarpiąc łbem czując jakieś zagrożenie. Nawet spokojny do tej pory felin zjeżył się i syknął zaniepokojony.
  - Lepiej to sprawdźmy - mruknął Halt i ruszył do barierki schodów powstrzymując cisnący żołądek.
  Squall klęła walcząc z kołem sterowym. Wiatr szarpał olinowaniem, które samo zamiast załogi walczyło z burzą. Deszcz lał się strumieniami. Halt został pchnięty w stronę masztu i postanowił zostać przy nim trzymając się kurczowo. Gambit natomiast wbił pazury wszystkich czterech kończyn w pokład gdy wicher  rzucił nim do tyłu.
  - Czyżby Sztorm spotkał swojego imiennika?! - przekrzyczał huk.
  - ZAMKNIJ SIĘ! - odwrzasnęła kapitan. - PIE***LONA BURZA!
  Halt w przerwie między bujnięciami przebiegł w stronę steru. W ostatniej chwili chwycił się balustrady.
  - I co teraz?! - zawołał do Squall.
  - Płyniemy do portu! - odpowiedziała dziewczyna. - Musimy to przeczekać!
  Łucznik słysząc przekleństwo w niezrozumiałym sobie języku obejrzał się. To Gambit straciwszy równowagę spadł z łoskotem na dolny pokład. Halt postanowił pójść jego śladem. Z tą różnicą, że jemu udało się normalnie skorzystać ze schodów. Zatrzasnął klapę i osunął się na stopień. Kot mimo obtłuczeń zdołał zaśmiać się złośliwie widząc jak gwałtowne bujanie przypomniało łucznikowi o chorobie morskiej.

        Statek przybił chyba cudem do najbliższego portu. Kołysanie nie ustało, ale przynajmniej zmalało na tyle, by Halt mógł opanować protestujące trzewia. Stęknął i podniósł się na nogi. Po niewygodnej drzemce utwierdził się w przekonaniu, że ma dość. Dosyć tego okrętu, dosyć Squall, dosyć nawet towarzystwa Gambita. Po krótkim namyśle chwycił leżące w nieładzie oporządzenie Gwizdacza i osiodłał zdziwionego, aczkolwiek rozweselonego konia. Czyżby opuszczali statek? Nareszcie!
  Gdy łucznik skończył, cichcem zakradł się do wyjścia. Podniósł lekko klapę. Deszcz dalej siąpił niemiłosiernie, ale jechać się dało. Wyprowadził konia (całe szczęście, że umiał się poruszać odpowiednio cicho, chwała długoletnim treningom!) na pokład i opuścił trap. Sprowadził Gwizdacza ostrożnie na molo i sarkastycznie zasalutował okrętowi. Po tym wskoczył na siodło, a ogier natychmiast zerwał się do biegu. Tego mu brakowało! Piekielny rejs nareszcie się skończył!

Wybacz, że cię tak zostawiam z puszkiem, Squall, ale nabrałam nagle weny x3 Miłego rejsu z kocurem!

środa, 10 czerwca 2015

Od Halta cd Squall - Biblioteka


    Halt nawet nie miał ochoty na komentarze. No cóż, sprawa przedstawiała się jasno: ma zdobyć jakąś księgę znajdującą się w cholerę wielkiej bibliotece, pilnowanej przez cholera wie co, w jakiejś cholernej warowni gdzieś na tej cholernej wyspie. Świetnie! Co w tym niby budzi jakiekolwiek wątpliwości?
  Nie ma co jęczeć. Łucznik poprawił pas kołczana i już w biegu sprawdził napięcie cięciwy. Na szczęście nie zbutwiała. Schował łuk do kołczanu i zagłębił się w las. Cały czas upewniał się, z której strony tu przybył, aby nie stracić orientacji. Było to trudne zadanie, gdyż wszystko wokół wyglądało tak samo. Każde drzewo, fragment ścieżki, gęstość zalesienia – nic się nie zmieniało. Halt mógł tylko mieć nadzieję, że warownia w żaden sposób nie została zakamuflowana. Przedzierając się przez splątane gałęzie i krzywe pnie zastanawiał się, co też może strzec tej biblioteki. Squall nie kwapiła się by poinformować go kim byli jego poprzednicy. Nie mógł więc domyślać się, jakie on sam ma szanse. Bo przecież dobrze byłoby wiedzieć, że możliwe jego poprzednik był wyszkolonym wojownikiem, a mimo to nie podołał zadaniu. Tak samo przydatna byłaby informacja, że zastąpił jakiegoś byle chudego kieszonkowca, który złamał nogę przez jakiś korzeń zanim dotarł do owej warowni i nie wrócił, dale leżąc w jakimś rowie.
  Po parunastu minutach żwawo wspiął się na pierwsze lepsze drzewo i z korony rozejrzał się po terenie. Wyspa nie była przecież wielka. Dostrzeżenie warowni nie było więc trudne. Szara, podniszczona wiekiem wieża z zawalonym stropem aż raziła oczy wśród zielonych lasów. Łucznik sprawnie zszedł na ziemię i powrócił do marszu.
  W końcu dotarł do poszukiwanej warowni. Jednak widząc zawaloną w połowie, zbudowaną wyłącznie z szarego kamienia wieżę naszły go wątpliwości. W czymś takim miała znajdować się biblioteka? Szybko jednak skarcił się w myślach. „Nigdy nie oceniaj niczego po okładce” pomyślał i śmiało wszedł przez całą jeszcze bramę, z ręką zaciśniętą w pogotowiu na łuku. Instynkt nie oszukał go – za wejściem znajdowały się schody. Nie trudno więc domyślić się, gdzie znajdowała się szukana biblioteka.
  Z trudem dotarł na sam dół. Światło zapewniały ledwo tlące się pochodnie powieszone na ścianach w tak wielkich odległościach, że rzucana przez nie poświata nie robiła w mroku korytarza większej różnicy. Mimo wszystko jednak cały czas trzymał się przeciwnego muru, który pozostawał zacieniony. Nie chciał rzucać swojego cienia na schody przed sobą, w razie gdyby ten cały „strażnik” czekał blisko wyjścia. Halt zawsze stawiał na element zaskoczenia. Do tej pory zawsze był niezrównaną pomocą. Gdy w końcu tunel skończył się łucznikowi zaparło dech w piersi.
  Owa biblioteka okazała się zdecydowanie większa niż przypuszczał. Było to pomieszczenie wielkości nawy głównej w słynnych, wielkich katedrach i kościołach. Stojące rzędy gigantycznych regałów wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Kopulaste sklepienie ginęło w mroku, jednak reszta biblioteki była wręcz doskonale oświetlona za pomocą płonących na zielono pochodni. Halt otrząsnął się i ruszył wolnym, niesłyszalnym krokiem w stronę pierwszego lepszego regału. Jednak gdy przejechał wzrokiem po grzbietach książek zwątpił w samego siebie. Gdzie ma szukać tego pieprzonego zaklęcia? Były tam przecież miliony podobnych ksiąg.
  Nagle kątem oka łucznik dojrzał jakiś ruch. Obrócił się w tamtym kierunku odruchowo chwytając za strzałę. Nałożył ją na cięciwę i powolnym krokiem ruszył śladem tajemniczego poruszenia. Czymkolwiek to było, nie zauważyło go i Halt zamierzał to wykorzystać. Wyjrzał za róg regału. Jakaś tajemnicza postać sprawnie skradała się przed siebie. Mężczyzna szedł pewnie, jakby wiedział gdzie ma szukać. Halt nawet już podejrzewał czego szuka. Z nikłym uśmiechem ruszył za nim skradając się od cienia do cienia, cicho niczym duch.
  Postać zatrzymała się. Zamachała ogonem (ku zdziwieniu Halta) i nastroszyła uszy, jakby coś ją zaniepokoiło. Jednak po chwili podjęła poszukiwania. Felin (Obieżyświat domyślił się z kim ma do czynienia) wskoczył na regał po lewej i z łatwością wspiął się na wyższe półki. Halt czując podpowiedź intuicji odszedł trochę na bok, dalej doglądając jego poczynania. Kot trzymając się półki jedną ręką, zaczął wertować księgi drugą. W końcu pochwycił obitą brązową skórą książkę. Haltowi  w oczy rzucił się błysk złotych napisów: „Mona sori”.
  Uśmiechnął się do siebie i naciągnął cięciwę z nałożoną strzałą. Pocisk poszybował ku celowi. Jenak brzdęk cięciwy musiał uprzedzić felina, gdyż w ostatniej chwili odwrócił łeb w stronę łucznika. Strzała przeleciała mu przed nosem, ten jednak z zaskoczenia puścił się półki i runął w dół. Obieżyświat obserwował jego „lot” już czując łatwy sukces. Kot jednak w locie z wrodzoną wprawą okręcił się i lądując przeturlał się po podłodze dla złagodzenia upadku, który mimo iż zapewne i tak bolesny nie wytrącił go z rytmu. Od razu zerwał się na nogi. Książka upadła na ziemię. Obejrzał się z furią na zakapturzonego łucznika, sam ściągając własny kaptur. Oczom Halta ukazał się pysk brązowego kota, z jaśniejszym znamieniem w kształcie półksiężyca na czole i szmaragdowymi oczami. Obieżyświat podszedł dwa metry i podniósł skórzany tom z podłoża. Felin z zaciętym wyrazem pyska wyszarpnął zza pasa sztylet i pokiwał ręką prowokująco. Łucznik jednak nie zamierzał wdawać się w bójkę. Już nakładał kolejną strzałę, jednak kot  niesamowitą prędkością doskoczył do niego i zamachnął się poziomo sztyletem. Halt uskoczył w ostatniej chwili, zarzucił łuk na plecy i wyciągnął własny nóż. Felin długo nie czekał. Utrzymując dystans mniejszy niż metr wprawnie atakował sztyletem, co jakiś czas kanciarsko przerzucając go do drugiej ręki dla zmylenia. Obieżyświat z pewnym trudem parował ataki, mając wolną jedną rękę, pod pachą drugiej trzymając księgę. Nagle jednak kot cofnął się o krok i z wyskoku kopnął przeciwnika obunóż w mostek. Halt wypuścił „Mona sori” i zatoczył się do tyłu, na chwilę tracąc oddech. Gdy podniósł się na nogi ogon felina znikał już za zakrętem. Rzucił się za nim w pościg. Jednak gdy skręcił w prawo zamarł zdziwiony widząc dziesięć metrów przed sobą swojego przeciwnika, stojącego jak słup soli i z lekkim przerażeniem patrzącego przed siebie. Dopiero wtedy do uszu Halta dotarło to, co kocur usłyszał wcześniej: kroki, połączone ze zgrzytem pazurów o posadzkę.
 I wtedy spomiędzy regałów wylazł owy tajemniczy strażnik biblioteki. Był to behir, długi na dwanaście metrów błękitny jaszczur z sześcioma parami łap. Podniósł łeb, a gdy dostrzegł obcych zaryczał z furią. Felin momentalnie pobiegł z powrotem w stronę łucznika. Jednak przebiegając obok niego wepchnął mu w ręce księgę.
  - Jest twoja! – powiedział szybko i uciekł między regały.
  Halt zaskoczony spojrzał na okładkę, a następnie na behira. Jaszczur utkwił wzrok w brązowej księdze. Łucznik zdając sobie sprawę czego chce smokopodobny, zerwał się do ucieczki. Sam na tak szerokiej przestrzeni nie miał z tym gadem szans, a książki za nic nie zostawi. Musiał dostać się do tunelu, tamtędy raczej behir się nie przeciśnie. Jaszczur po raz kolejny ryknął i z łomotem dwunastu łap rzucił się w pościg. Łucznik skręcił za regał i gdy nadrobił nieco dystansu odwrócił się dobierając łuku. Gdy gad wychylił łeb w jego kierunku czekała go niemiła niespodzianka. Strzała wbiła mu się w lewe oko. Na chwilę go to zatrzymało. Obieżyświat pobiegł więc przed siebie w kierunku, z którego – miał nadzieję – przyszedł wcześniej. Kluczył między ścianami z równo poukładanych ksiąg starając się na darmo zgubić behira. Błękitnołuski był dobrze rozeznany w układzie biblioteki i za każdym razem zmuszał Halta do zmiany kierunku. W końcu chyba cudem Obieżyświat dostrzegł wyjście. Przyspieszył ostatni raz i rzucił się do wąskiego korytarza. W ostatniej chwili. Behir jedynie wepchnął do środka łeb, nie mając miejsca by go chociażby otworzyć. Halt z bijącym sercem oparł oparł się o ścianę i obserwował jak gad próbuje poszerzyć wyjście. Nie czekał aż mu się to uda. Wybiegł z powrotem po schodach, kurczowo trzymając pod pachą „Mona sori”. Gdy w końcu ujrzał jasną plamę światła do jego uszu dotarł desperacki ryk.
  Łucznik z ulgą wciągnął w płuca świeże powietrze. Ludzkim odruchem przysłonił oczy od jaskrawego światła. Jego błąd. Oberwał błyskawicznym ciosem w brzuch. Zgiął się w pół tracąc oddech, gdy następny cios smagnął go w plecy. Upuścił księgę i padł, nieco zamroczony, na ziemię. Stojący obok napastnik zamachał ogonem, uśmiechnął się tryumfalnie i odrzucił kij, którym posłużył się jako prowizoryczną bronią.
  - Pozwolisz, że to wezmę – powiedział zadowolony i podniósł skórzany tom.
  - Dziękuję bardzo! – powiedział nagle trzeci głos.
  Nim felin zareagował ktoś wyrwał mu księgę i przywalił w potylicę. Halt podniósł głowę. Jego oczom ukazała się postać Squall.

Squall? Później opowiesz, gdzie byłaś, chyba, że chcesz :P

wtorek, 2 czerwca 2015

Od Halta cd Squall - Karta przetargowa

    Halt zamarł, dalej mierząc piratkę nieufnym wzrokiem. Jak to możliwe, że jedna osoba może tak często zmieniać charakter? Jeszcze chwilę temu rozmawiała z nim jak normalny człowiek...
  Cóż, nie ufaj piratom, prawda?
  - Gdzie znajdę to twoje ,,zaklęcie"? - mruknął dalej nieprzekonany.
  - Na jednej takiej wyspie - odparła zdawkowo Squall.
  - Niech zgadnę: wyrzucisz mnie pod jakimś grodem na odciętej od reszty świata wyspie i jeśli coś pójdzie nie tak, spie*dzielisz gdzie pieprz rośnie?
  - No proszę! Jesteś jasnowidzem? - uśmiechnęła się złośliwie.
  Łucznik warknął zirytowany.
  - Mowy nie ma. Nie jestem najemnikiem - odpowiedział.
  - A czy ja mówię, że zamierzam ci ZAPŁACIĆ? - Squall uznała, że to koniec walki i wyluzowała się, choć zapewne była gotowa na każdą sposobność. - Uznaj to za handel wymienny: ty zdobywasz to zaklęcie lub pomagasz mi je zdobyć, a ja za to powiem tyle ile wiem. Poza tym, jesteś na MOIM statku i to WBREW mojej woli. Jak coś ci nie pasuje, to burta jest tam - machnęła ręką za siebie - To jak?
  Halt zastanowił się szybko nad całą sprawą. Ryzyko, że coś pójdzie nie tak było bardzo wysokie, w końcu czego ma się spodziewać po piracie, jak nie kolejnych przekrętów? Nie sądził też, czy osoba Squall w ogóle zasłużyła na jakąkolwiek pomoc. Ale z drugiej strony, jeśli rzeczywiście wie coś o Husein'ie, to wielką szkodą byłoby zaprzepaścić szanse na uzyskanie cennych informacji. W sumie mały zwrot akcji może być całkiem przyjemną odmianą do nudnej żeglugi.
  Obieżyświat podjął decyzję. Płynnym ruchem wsunął saksę z powrotem do pochwy przy pasie i wyprostował się.
  - Zgoda - odpowiedział sucho. - Ale nie licz na następne ,,przysługi".


Squall? Wybacz długość *^* Ale najważniejszą wątpliwość chyba ci wyjaśniłam

piątek, 29 maja 2015

Od Halta cd Squall - Na pokładzie Sztormu

Gdy piratka zniknęła (bo teraz już miał pewność kim była) Halt warknął zirytowany i przyrąbał atakującemu go pijakowi w nos. Nie tak to się miało skończyć, ale co poradzić? Trzeba żyć dalej. Poprawka - trzeba się przede wszystkim wydostać z tej knajpy. Wyjście tym samym sposobem co niedoszła sojuszniczka odpadało. Pod liną stłumiła się największa bijatyka. Halt spojrzał wyżej i dostrzegł belkę podpierającą strop. Uśmiechnął się do siebie. Wskoczył na stół pod balustradą, a następnie wspiął się na pięterko. Tam stanął na barierce i skoczył do przodu chwytając się belki. Podciągnął się. Była wytrzymała, więc bez problemu stanął na niej wyprostowany balansując z lekko rozłożonymi rękoma. Jakiś metr przed nim przeleciała butelka, prawdopodobnie wycelowana w niego. Przebiegł na środek belki stropowej i skoczył w stronę liny. Chwycił się jej i sprawnie wspiął do tego samego otwartego okna. Strażnicy zaczęli pokazywać go sobie palcami, niektórzy bezskutecznie próbowali otworzyć przybite dobrze wycelowaną strzałą tylne drzwi. Halt tylko zasalutował i wyszedł na dach.
Zsunął się z kopułowatego dachu tawerny na niższe piętro. Przebiegł pół długości domu obok gwiżdżąc przeciągle. W końcu usłyszał znajome rżenie i stukot kopyt na bruku. Halt zsunął się więc po dachówkach lądując na balkonie obok jakiejś zaskoczonej mieszczanki.
- Pani wybaczy! - powiedział szybko i przesadził barierkę, lądując na ugiętych nogach na grzbiecie Gwizdacza. Dzielny koń przywykł do takich akrobacji i przyjął nagły nacisk bez tracenia rytmu galopu.
Halt usiadł w siodle i przyspieszył konia słysząc już pościg. Gdy nadrobił dystansu gwałtownie skręcił w boczną uliczkę. Obejrzał się.
- Jedź do portu! - rzucił do Gwizdacza. Ogier machnął łbem. Łucznik zeskoczył więc i przeturlał się po drodze chcąc złagodzić upadek. Szybko cofnął się w cień i znieruchomiał. Tak jak przewidział rozpędzony patrol w ogóle go nie zauważył i pobiegł za koniem bez jeźdźca.
Gdy wszystko ucichło, wychynął z cienia zadowolony i ruszył spokojnie w stronę portu, gdzie poczeka na Gwizdacza. Nie martwił się o niego. To nie pierwsza taka akcja. Sam ogier był świetnie wyszkolony. Bez obciążenia, jakim jest jeździec szybko zgubi pościg i ruszy do portu, gdzie zaczeka na Halta.
Tymczasem jego właściciel postanowił odnaleźć szukaną piratkę. Jeśli rzeczywiście wiedziała coś o Husein'ie, on musi się tego dowiedzieć. Śledzi brata od dwóch lat, kiedy to dostał list, który nakierował go jedynie za granice kraju Arsmana. Później nie otrzymał już rzadnych wieści. Husein nie robiłby tak bez powodu. Najwyraźniej obawia się wysyłać mu wiadomości o swoim położeniu. Czyli jest śledzony, albo trzymany gdzieś pod kluczem. Halt obstawiał raczej tę pierwszą wersję.
Poznanie tożsamości szukanej piratki nie było tak trudne jak myślał. Pewien facet wygadał, że jedynym witającym tu od paru lat piratem, jest Squall Repentina, na okręcie ochrzczonym ,,Sztorm". Łucznik ku swojemu zadowoleniu odnalazł okręt. Na dodatek pusty. Najwyraźniej Squall poszła uzupełnić zapasy. Aż szkoda nie skorzystać z takiej okazji. Skoro ona mu nic nie powie, to odpowiedź znajdzie sam.
Halt wszedł bez trudu na pokład. Pierwszym miejscem do przeszukania jakie przyszło mu na myśl była ładownia pod pokładem. Zszedł po schodach na dół cały czas zachowując czujność. Przeszukał pilnie każdy kąt, jednak nie znalazł śladu obecności Husein'a. Już miał wyjść, kiedy nagle usłyszał jakieś kroki na pokładzie. Przez moment wydawało mu się, że na statek weszła jakaś grupka ludzi. Wyciągnął saksę z pochwy i przyczaił się przy schodach. Po chwili kolejny niechciany pasażer postanowił zejść po pokład...Gwizdacz.
Halt przeklął w myślach. Zupełnie zapomniał o ogierze! Natomiast koń zniecierpliwiony czekaniem postanowił szukać pana na własną rękę, a raczej kopyto.
- Co ty tu robisz? - szepnął zdenerwowany łucznik. - Na górę i to na...
Urwał słysząc kolejne dźwięki. Ktoś toczył beczki po pokładzie. Halt zamarł trzymając wodze konia. Gwizdacz również czując niepokój właściciela postanowił siedzieć cicho. Parę minut później, ku zgrozie Halta, statek wypłynął.

[Tu mieści się fragment opka Squall :3]

Squall pokręciła głową z niedowierzaniem, dalej nie mogąc powstrzymać złośliwego uśmiechu.
- Jesteś uparty jak osioł. Chociaż po namyśle, to chyba obraza dla tych szlachetnych stworzeń - powiedziała piratka świetnie się bawiąc kosztem zchorowanego Halta.
Łucznik zdecydowanie nie podzielał jej humoru, chociaż starał się robić dobrą minę do złej gry. Zdzierżył docinki Squall.
- Co nie zmienia, że nie chcę mieć na okręcie ani ciebie, ani tej śmierdzącej szkapy - pirat wskazał palcem na Gwizdacza. Koń chyba wyczuł obelgę pod jego adresem, bo położył uszy po sobie i gniewnie potupał nogą.
- Hola! Mnie możesz obrażać do woli, ale tego tutaj proszę się... - urwał i na moment zakrył dłonią usta, po czym zapanował nad żołądkiem - ...nie czepiać, panno Repentino.
Squall spiorunowała mężczyznę wzrokiem.
- Skąd ty...
- Zasięgnąłem języka - odparł zanim dokończyła. - A teraz proszę o odstawienie nas na ląd.
- Nie ma mowy. Nie wracam do tego miasta. Jak chcesz tam wracać, to zapraszam za burtę - kapitan uśmiechnęła się złośliwie.
- No to utknęłaś na jednej łajbie z marudnym koniem i łucznikiem cierpiącym na chorobę morską.
Piratka zmrużyła kocie oczy. W ogóle nie odpowiadała jej obecność Halta, a co dopiero zwierzęcia. Jednak nie miała wyboru. Machnęła więc niedbale ręką i odpowiedziała:
- Trudno. Ty i omusicie poczekać aż dobiję do brzegu. A tymczasem siedzicie tu na MOICH warunkach, jasne? Nie plątaj mi się pod nogami, ani nie niszcz okrętu. A po tym tutaj - wskazała na Gwizdacza - masz posprzątać, gdy tylko się ulokujemy w jakimś porcie.
Repentina ruszyła nieco nabuzowana z powrotem do schodów. Jednak w ich połowie przypomniała sobie o czymś jeszcze, więc odwróciła się do Halta:
- Jeszcze jedno: zapomnij o tym co słyszałeś w tawernie.
Halt przypomniał sobie moment gdy piratka opuszczała gospodę i nie mógł powstrzymać szelmowskiego uśmiechu.
- Czyżby szanowna pani kwestionowała mój honor? - zapytał zaczepnie.
Ta zmierzyła go od pasa w dół.
- Śmiem kwestionować coś innego.
Nudności Halta ustąpiły już - na szczęście - następnego ranka. Utrzymało go to w przekonaniu, że morze wygląda pięknie jedynie z brzegu lub na obrazku. Przez ten czas łucznik zdążył ulokować Gwizdacza pod schodami, gdzie opartemu o ścianę koniowi nie groził upadek w razie zbyt wielkiego kołysania. W wolnym czasie Halt zajmował się różnymi rzeczami: strugał kolejne runy na swoim łuku, wspinał się po olinowaniach (co zdecydowanie nie przypadało do gustu kapitanowi statku) i opiekował Gwizdaczem. Zauważył, że Squall mało sypiała, jakby nie do końca ufała Haltowi. Gdy więc udawała się do swojej kajuty, chłopak omijał to pomieszczenie szerokim łukiem (Bóg wie, co dziewczyna mogłaby sobie ubzdurać) lub spał w tym samym czasie na sporządzonym hamaku ze starej płachty. Oboje do siebie ,,przywykli" - w sensie: unikali się ile wlezie.
Wieczorem, gdy słońce zaczynało już zachodzić, Halt z nudów oparł się łokciami o burtę i patrzył w morze. Squall zdecydowała się do niego dołączyć (co prawda stała półtora metra dalej, ale to szczegół). Piratka korzystała z faktu, że Halt nie miał na głowie kaptura i mogła mu się przyjrzeć. Główną uwagę zwróciła na włosy...
- Kiedy ostatnio byłeś u balwierza*? - zapytała złośliwie.
Halt odruchowo przeczesał ręką włosy. Obcinał je zaledwie tydzień temu, jednak robił to tradycyjnie za pomocą noża. Oczywiście nie miał przy sobie wtedy lustra, dlatego też wyglądał tak niechlujnie.
- Po co balwierz, kiedy ma się nóż? - odpowiedział z uśmiechem.
- W sumie racja - Squall utkwiła wzrok w jakimś punkcie na horyzoncie. - Coś ty takiego zrobił pewnemu ,,gentelmanowi", że aż nasłał na ciebie straże?
Łucznik przypomniał sobie o Artemie. Kiedyś tego sukinkota dopadnie. Nie dość, że podał mu fałszywe informacje, to jeszcze na niego straż nasłał.
- Otóż chciałem dostać informacje od pewnego łącznika - zaczął Halt. - Facet wydawał się w porządku, ale rządał kolosalnej sumy za niepewną plotkę. Gdy grzecznie poprosiłem o zniżkę, wyśmiał mnie. Stwierdziłem więc, że najlepszym sposobem będzie przesłuchanie go. Toteż przywiązałem gościa do krzesła i strzelałem do niego z opaską na oczach.
- Hah, nie spodobało mu się?
- Zwłaszcza gdy jedna ze strzał wbiła się w krzesło między jego nogami.
Squall parsknęła śmiechem. Halt poczuł małą satysfakcję na wspomnienie przerażonego kanciarza.
- Niestety jakimś cudem znał moje nazwisko. Reszty już się pewnie domyślasz - zakończył strzelec.
- Dorobiłeś się reputacji, co? - rzuciła kapitan okrętu.
- W moim kraju owszem - przyznał Halt. - Ale nie wiedziałem, że tutaj informacje tak szybko się rozchodzą. Ludzie znają moje imię zanim się w mieście pojawię.
- Skądś to znam - odparła piratka dalej wpatrzona w horyzont.
Halt dyskretnie się jej przyglądał. Musiał przyznać, że Squall była nawet ładna. Ostro zakończone oczy, gładkie rysy, prosty nos, nawet wąskie źrenice w niczym nie przeszkadzały. Przeciwnie - idealnie podkreślały charakter dziewczyny. Oczywiście każdy facet ma swój własny ideał kobiety, podobnie jak każda dziewczyna ma w głowie wzór idealnego mężczyzny. Dla Halta nigdy nie liczyła się uroda, choć również grała pewną rolę. Łucznik zwracał uwagę na charakter. Dlatego też do tej pory nie znalazł sobie narzeczonej. Wszystkie panny w miastach wydawały się po prostu takie same.
- Ty chyba również dorobiłaś się sławy w portach - zagaił do rozmowy Halt. Może uda mu się czegokolwiek dowiedzieć o tej tajemniczej osóbce.

Squall? :3 Tylko się tymi opisami nie odstrasz X 

czwartek, 28 maja 2015

Od Halta - Przesłuchanie

Jens z łoskotem zwalił się na ziemię. Wiozący go do tej pory koń aż sapnął czując nagły brak wagi na grzbiecie. Zwalisty wojownik nordyckiego okrętu trochę ważył. Halt wzniósł oczy ku niebu i ściągnął wodze Gwizdacza.
- Jednego nie mogę pojąć – powiedział z cieniem złośliwości, oglądając się na jarla. – Jak człowiek umiejący zachować równowagę na kołyszącym się podczas sztormu okręcie, nie umie przejechać kilometra bez wywrotki, na KUCYKU.
Jens burknął coś w odpowiedzi. Halt tylko szerzej się uśmiechnął, choć żeglarz nie mógł tego zobaczyć przez cień kaptura. Łucznik doskonale pamiętał jak niegdyś jarl wyśmiewał jego chorobę morską. Przejażdżka konno była idealną okazją do rewanżu. Jens jednak nie podzielał humoru kompana. Pomagał mu tylko i wyłącznie ze względu na jego brata, Husein’a, któremu wisiał przysługę. Nie wierzył też ciągle, że obaj łucznicy są rodzeństwem, a co dopiero bliźniakami. Poznał jednak lekki arydzki akcent i nawet podobną twarz, chociaż w jego mniemaniu Halt wyglądał jak zdziczała wersja Husein’a.
- Nie wsiadam więcej na tego demona – warknął unosząc się z klęczek, czemu towarzyszyło nieprzyjemne strzyknięcie.
- Wziąłem najłogodniejszego, jakiego mieli w stajni – warknął zniecierpliwiony Obieżyświat. – Dawaj, mamy jeszcze kawałek drogi. Najlepsze co możesz zrobić po spadnięciu z konia, to ponowne usadowienie się na grzbiecie.
Jarl spojrzał na niego jak na niepełnosprawnego umysłowo.
- Chcesz powiedzieć, że najlepsze, co mogę zrobić po spadnięciu z tej bestii, to ponowne wejście na jej grzbiet, aby mogła dalej się nade mną pastwić i obijać mi kości?
- Dokładnie. Pomóc ci wsiąść?
Nordycki wojownik pokręcił z niedowierzaniem głową.
- A ja cię miałem za przyjaciela.
Halt w końcu jednak zmusił Jensa do wejścia na grzbiet kuca. Czekał ich jeszcze kawałek drogi od gospody, w której rzekomo przesiadywał szukany przez nich kurier informacji. Łucznik liczył, że dowie się czegoś o swoim bracie. Jensa wziął ze sobą ze względu na jego pokaźny wzrost. Wszyscy już widząc nordyckiego wojownika mówili wszystko, co wiedzieli. Haltowi to odpowiadało. Po co marnować siły i cierpliwość?
W końcu dotarli do owej gospody przy leśnym trakcie. Z boku stały uwiązane konie. Jens z ulgą zsunął się z kuca i porządnie przywiązał go do barierki werandy. Halt puścił Gwizdacza wolno. Dobrze wiedział, że ogier nie ruszy się bez niego daleko. Tak go właśnie wyszkolił. W końcu podróżni weszli do zadymionej, dusznej karczmy. Łucznik nie zdjął kaptura, nie chciał, by obcy ludzie zapamiętali jego twarz. Niektórzy z podejrzliwością mu się przyglądali, jednak widząc towarzysza zakapturzonego strzelca od razu powracali do swoich zajęć. W końcu Halt wypatrzył szukanego przez niego człowieka. Podszedł śmiało do opierającego się o bar chuderlawego dezertera (dobrze wiedział, z kim ma do czynienia). Położył mu rękę na ramieniu na co ten odwrócił się.
- Ty jesteś Artem? – zapytał Halt.
- Zależy – odparł łącznik podejrzliwie mierząc wzrokiem najpierw łucznika, potem Jensa. – A z kim mam do czynienia?
- Z człowiekiem potrzebującym informacji.
Artem uśmiechnął się przebiegle.
- Wie pan – zaczął niby obojętnie. – Za każdą plotkę trzeba płacić.
- Ile? – rzucił twardo Jens.
- Trzydzieści koron.
Halt parsknął śmiechem i znowu chwycił człowieka za ramię.
- Słuchaj, jeśli ci życie miłe, zejdziesz do ośmiu – powiedział.
- Ciebie chyba do reszty pogrzało – Artem wypił resztę zawartości kufla trzymanego w ręce. – A z wariatami się nie zadaję.
Jens objerzał się niepewnie na Halta. Wiedział, że Obieżyświat nie puści tego płazem. Ten uśmiechnął się i zwrócił do karczmarza:
- Panie właścicielu, można na słowo?
Niski człowieczek za kontuarem podszedł do niego wycierając szklankę brudną szmatą.
- Co panu potrzeba? – zapytał wesoło.
- Porządnej liny – Halt uśmiechnął się złowieszczo.

Strzała stuknęła w drewno. W tawernie rozległy się wiwaty i śmiechy. Przywiązany do krzesła Artem z jękiem popatrzył na drgające jeszcze drzewce strzały wbitej w ścianę milimetry od jego ucha. Poprzednia strzała dalej tkwiła tuż koło jego łokcia. Halt poprawił opaskę na oczach i uśmiechnął się złośliwie.
- I jak? – powiedział zakładając na cięciwę kolejną strzałę i celując na ślepo. – Zdecydowałeś się gadać?
Artem tylko jęknął ponownie:
- Nie ma mowy!
Jens zaśmiał się rubasznie.
- Biedak – powiedział do Halta. – Jeszcze nie wie co go czeka, jeśli ta metoda nie poskutkuje.
- Poskutkuje, zobaczysz – łucznik uśmiechnął się i puścił cięciwę.
Strzała stuknęła w krzesło pomiędzy nogami mężczyzny. Ten wydał zduszony okrzyk. Cała tawerna zatrzęsła się ze śmiechu. Ludzie widzieli już różne widowiska, ale takiego jeszcze nigdy. Wszyscy do tej pory zdali sobie sprawę, że tajemniczy strzelec mimo opaski trafia tam, gdzie zamierza. Wszyscy, oprócz zalnego ze strachu potem Artema.
- Dobra! Wygrałeś! Powiem co chcesz! – krzyknął.
Halt zdjął opaskę i podszedł do przywiązanego faceta. Widownia widząć, że to już koniec przedstawienia z pomrukiem niezadowolenia rozeszła się. Jens wyjął strzały ze ściany i podał łucznikowi, który udawanie krytycznym wzrokiem prześledził swoje trafienia.
- Chole*a, spudłowałem – powiedział złośliwie patrząc na dziurę po ostatnim strzale. – A teraz powiedz mi: gdzie ostatnio widziałeś człowieka zwanego Husein’em?
- Ja…ja go nie widziałem… - powiedział strachliwie, ale widząc wściekłe spojrzenie Halta od razu dodał: - Ale wiem kto go widział!
- Opisz – rzucił Obieżyświat dając znać Jensowi, aby wszystko zanotował. Jarl wyjął kawałek papieru z kieszeni, wyprostował go i otrzymanym od łucznika węglem skrupulatnie szkicował portret pamięciowy z podanego opisu.
Gdy Artem skończył, wojownik podał Haltowi kartkę. Łucznik nie mógł wyjść z podziwu. Człowiek świetnie posługujący się toporem równie dobrze wykonywał portrety pamięciowe. Z kartki a Halta spoglądała bystrym wzrokiem z pozoru młoda, całkiem atrakcyjnia dziewczyna. Obieżyświata jednak zaciekawił jeden fakt: kocie źrenice.
- To wszystko? – spytał ostro Artema. Mężczyzna pokiwał głową tak, że go kark rozbolał. – Rozwiąż go.
Jens bez problemu rozerwał sznur. Halt podszedł jeszcze do kontuaru, by kupić prowiant, karczmarz jednak nalegał by wziął go sobie za darmo. Stwierdził, że dzięki „przestawieniu” jakie tu odstawił łucznik uzyskał kilku nowych stałych klientów. Dwaj podróżni wyszli więc z tawerny zadowoleni z rezultatów przesłuchania.
- To co teraz? – zapytał Halt. – Jedziesz ze mną do miasta po tą śliczną panią?
- Masz dziwne upodobania – stwierdził Jens. – Mnie te kocie oczy straszą. U nas, na północy, tylko demony takie mają.
- Niech ci będzie – Obieżyświat uśmiechnął się szelmowsko. – Czyli rozumiem, że wracasz?
- Zostawiłem załogę samą na całe pięć dni – usprawiedliwił się Jarl. – Bogowie wiedzą, co przez ten czas wymyślili. Nie mam ochoty kupować nowego okrętu.
- Święta racja – Halt gwizdnął przeciągle. Gwizdacz przykłusował na wezwanie i łucznik wskoczył na siodło. – Bywaj więc zdrów, Jens.
- I nawzajem, Halcie – odpowiedział jarl. – Po kolejnej przejażdżce na tym diable zdrowie zdecydowanie mi się przyda.
Dotarcie do miasta nie zajęło długo. Już późnym popołudniem Halt znalazł wskazaną przez Artema knajpę, w której rzekomo kwaterę obrała sobie dziewczyna z portretu.
- No Gwizdacz – łucznik zeskoczył na bruk. – Zostań tu.
Koń parsknął, jakby mówił „Bez ciebie i tak nie mam gdzie iść”. Halt uśmiechnął się i otworzył drzwi budynku. Wnętrze praktycznie niczym nie różniło się od tawerny, w której „przesłuchiwał” łącznika. Było tylko większe i mniej zatłoczone. Wchodząc do środka na chwilę otumanił go duszący zapach dymu i piwa. Ot, zwyczajna tawerna.
Łucznik rozejrzał się po pomieszczeniu. Czujnym wzrokiem omiatał twarze klientów szukając damy ze szkicu. W końcu zauważył jakąś zakapturzoną postać w kącie. Przez płaszcz nie poznałby, że ma do czynienia z kobietą gdyby nie kobiece…ekhem…atuty. Nie widząc w zadymionym pomieszczeniu innej dziewczyny podobnej do szukanej przez niego, uznał, że to właśnie ta. Zdjął więc z głowy kaptur, by wydać się bardziej godnym zaufania i przywdział jeden ze swoich rozbrajających uśmiechów. Podszedł do stołu zajmowanego przez nieznajomą.
- Można się dosiąść? – zapytał, po czym bez odpowiedzi usiadł naprzeciw dziewczyny. Łuk oparł o stół.
Teraz już był pewny, że trafił na właściwą osobę. Chociaż przez kaptur nie mógł zbytnio ropoznać twarzy, zauważył zółte oczy, o kocich źrenicach. Kobieta zmierzyła go wzrokiem.
- Jesteś ze straży? – zapytała czujnie.
- Czy tak według ciebie wygląda pełnoprawny, dopuszczony do służby strażnik? – zapytał z niedowierzaniem Halt.
- W sumie masz rację – dziewczyna nieco się wyluzowała. – Czego chcesz?
- Pewien człowiek wspomniał mi, że widziałaś gdzieś mojego brata – zaczął Obieżyświat.
- Naprawdę? Jak miał na imię? – kobieta wydawała się w ogóle nie zainteresowana rozmową. Chociaż…informacje mogą się okazać kosztowne. Kto wie, ile ten podejrzany łucznik zapłaci za ważne dane?
Już miała więc dorzucić ile chce kasy za informację, kiedy nagle do stołu podeszła trójka PRAWDZIWYCH strażników.
- Halt Quicksilver? – zapytał ostro pierwszy.
Halt kątem oka zauważył, że dziewczyna zaciągnęła mocniej kaptur. Chyba również nie była lubiana zbytnio w tych okolicach. Obieżyświat uśmiechnął się szeroko i wyciągnął na ławie.
- Oczywiście, panie władzo – niezauważenie położył dłoń na rękojeści noża. Wiedział, że nieważne co powie, będzie miał kłopoty.
- Pewien gentelman poskarżył się, że targnął pan na jego życie.
„Artem” pomyślał Halt, „Chyba tego lisa nie doceniłem”. Znów szybko rzucił okiem na siedzącą naprzeciw niego dziewczynę. Ta mrugnęła do niego znacząco i sięgnęła ręką w stronę własnego noża.
Cóż, przynajmniej Halt nie będzie w tej bijatyce sam.

Squall? Będzie burda!

Zawsze oczekuj najgorszego. Wtedy spotka cię najwyżej miłe rozczarowanie.

Imię: Halt
Nazwisko: Quicksilver (to nie do końca jego prawdziwe nazwisko, bo takowego nigdy nie miał, tak nazywali go ludzie i takie więc nazwisko sobie przybrał)
Przydomek: Nazywano go różnie. Najczęściej powtarza się przydomek Sokół i Obieżyświat. Nazbierał też pełno innych "przydomków", których lepiej nie cytować...
Rasa: Człowiek, który lepiej dogaduje się z "odmieńcami" niż swoimi.
Wiek: 25 lat
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Łucznik (wielkiego wyboru dla takich jak on nie ma)
Aparycja: Człowiek z pozoru nikłej postury, jednak w każdym jego wygląd budzi pewną nieufność. Może to przez fakt, że niemal zawsze skrywa twarz w cieniu kaptura. Brzydki nie jest, specjalnie piękny też nie. Wygląda jednak nieco starzej niż powinien przez wiele ciężkich przejść. Twarz ma ciemniejszej karnacji, co zdradza wschodnie pochodzenie Halta. Mało kto pamięta jego kolor oczu, więc warto wspomnieć, że są one w odcieniu jasnego brązu. Ma przycięte na żołnierską modłę włosy koloru hebanu, brodę zawsze zdobi lekki zarost. Mimo wszelkich drobnych szczegółów znajomi Halta zawsze rozpoznają go po małej, denerwującej bliźnie na wardze. Łucznik nie lubi o niej wspominać. To pamiątka po tym, jak w dzieciństwie bawił się pułapką na myszy (lepiej nie pytaj, bo skończysz ze strzałą w kolanie). Zawsze ubiera się w swój maskujący zielony płaszcz z kapturem.
Zdolności: Halt jest zwykłym człowiekiem, więc magia jest mu zupełnie obca, chociaż wieśniacy często osądzają go o czarnoksięstwo. Jak się można łatwo domyślić główną zaletą Obieżyświata jest celność. Potrafi w mgnieniu oka przygotować łuk do strzału, wycelować i - jeśli trzeba - strzelić. Prawie nigdy nie pudłuje i to nie tylko z łuku. Niemal wszystkim potrafi dobrze rzucić, od noży po jednoręczne topory i siekiery. Umie również poradzić sobie w pojedynku wręcz. Nie ma co prawda miecza, szabli, ani rapiera. Ma za to przy sobie zestaw trzech noży: dwa do rzucania (jeden przy pasie, drugi w cholewie buta) i saksę, czyli ciężki sztylet o szerokiej głowni, zdolny nawet parować ciosy dwuręcznego miecza. Poza zdolnościami bojowymi Halt jest świetnym negocjatorem. Potrafi wyciągnąć informacje z każdego, lecz ma dość...restrykcyjne metody przesłuchań. Do jego ulubionych należy przywiązanie przesłuchiwanego jegomościa do jakiejkolwiek tarczy strzelniczej i strzelanie po kolei między nogi, pod pachą, koło głowy z zawiązanymi oczyma. Halt ma jeszcze jedną wielce przydatną zdolność: potrafi perfekcyjnie wtopić się w otoczenie, dzięki płaszczowi w zielonym kolorze i własnej zwinności. Porusza się nadludzko cicho, dlatego niektórzy sądzą, że ma w swoich żyłach krew elfa. Nawet w zimie daje to zdumiewające efekty. Nie rzadko ktoś patrzący na wprost ukrywającego się w cieniu łucznika w ogóle go nie zauwarza.
Zainteresowania: Tu chyba nie ma zbyt wiele do opisania. Większość wolnego czasu spędza na strzelaniu do tarcz bądź ruchomych celów, jeździe konnej i czytaniu książek. Czasami lubi spędzić trochę czasu z dobrym przyjacielem (JEDNYM). Ma jednak małą pasję: interesuje się działaniem ludzkiego umysłu, jego reakcjami na poszczególne bodźce i samą psychologią zachowań. Pomaga mu to w codziennej robocie. To właśnie stąd biorą się wszystkie jego genialne pomysły na nowe metody przesłuchań.Charakter: Halt jest typem samotnika. Duże towarzystwa go krępują, zwłaszcza jeśli wszyscy zwracają na niego swoją uwagę. Stara się nie ukazywać zbędnych emocji, takich jak strach, zakłopotanie czy choćby samo jakże często zgubne zauroczenie. W razie potrzeby potrafi kłamać jak z nut oraz zgrywać kogoś kim w rzeczywistości nie jest. Nie lubi niczego o sobie opowiadać. Woli być otoczony aurą tajemniczości, co jak na razie świetnie się sprawdza. Dlatego właśnie niemal zawsze kryje twarz w kapturze i mało się odzywa. Przy kimś obcym ogranicza się do zwięzłych, czysto formalnych zwrotów, dla przyjaciół jest bardziej gadatliwy. Jeśli chodzi o znajomości, to Halt ma swój rygor: jedna lub dwie bliskie osoby i nikt więcej. Już w towarzystwie więcej niż trzech osób naraz czuje się nieswojo. Wyjątkiem są jedynie narady i inne formalne spotkania. Halt jest wyjątkowo pamiętliwy, zwłaszcza na punkcie obraz skierowanych pod jego adresem. Jeśli zdarzyło ci się go obrazić, to w końcu się na tobie zemści, choćby czystą złośliwością, i to pewnie w najmniej oczekiwanym momencie. Bez trudu posługuje się sarkazmem i ironią. Mimo, iż nie dościga innych członków „stada” siłą, nadrabia braki przebiegłością i dobrymi pomysłami. Nie obchodzi go, co inni o nim myślą. Łatwo zdobywa nowe znajomości – już ¾ jego ojczyzny ma ochotę go zamordować.
Historia: Jako, że Halt nie cierpi niczego o sobie opowiadać, musisz spodziewać się historii raczej zwięzłej i mało szczegółowej. Poza tym próba opisania wszystkich ważniejszych wydarzeń z jego życia raczej spęzłaby na niczym. O szczegóły musisz sam zapytać.
Halt urodził się w Arydii – półpustynnym, gorącym kraju, w większości porośniętym trawami stepowymi. Nie miał rodziców, jego jedyną rodziną był brat bliźniak, Husein. Wychowywali się w zamkowym sierocińcu. Nie miał tam zbyt wielu przyjaciół, bo zawsze stronił od towarzystwa. Poza tym był zawsze na końcu: najniższy, najsłabszy, chuderlawy – ogólnie mówiąc: chuchro. Toteż starsze dzieciaki często obierały go za przedmiot drwin i żartów. Chłopak wyrobił sobie zdanie na temat takich jak oni. Utwierdził się w przekonaniu, że musi znaleźć coś, w czym będzie lepszy. I znalazł. Może nie był silny, ale za to szybki i zwinny. Opracował technikę wtapiania się w naturalne otoczenie. Gdy już opanował ją do perfekcji sam zaczynał sobie żartować z tych dryblasów (wierzyli, że nęka ich jakiś duch). Na ósme urodziny dostał łuk-zabawkę od jedynego opiekuna, który miał do niego słabość. Gdy razem z Husein’em nauczyli się z niego strzelać, Halt zażyczył sobie, że następnym razem chce dostać prawdziwy. Było więc jasne w jakim kierunku nauki pójdzie, gdy ukończy 10 lat. Trafił z bratem (celność chłopcy pradopodobnie mieli rodzinną) na naukę do Crowley’a – mistrza łucznictwa. Halt był jego ulubionym uczniem. Robił wielkie postępy. Po piętnastych urodzinach Crowley zdecydował się podarować mu prawdziwy łuk. Chłopakowi nic więcej nie było do szczęścia potrzebne. Jakież było zdziwienie opiekunów, gdy parę dni później Halt zniknął razem ze swoimi rzeczami (łukiem i samodzielnie uszytym, ciemnozielonym płaszczem) i kucykiem z pobliskiej szkoły rycerskiej. Zdążył tylko pożegnać się z Husein’em.
Od tamtej pory chłopak żył życiem włóczęgi. Chwytał się każdego zadania, które mogło mu przysporzyć satysfakcji i pomóc w doskonaleniu umiejętności łuczniczych. W wieku 18 lat strzelał już bezbłędnie nawet z opaską na oczach. Przeżył wiele przygód i widział mnóstwo niesamowitych miejsc. Przysporzył też sobie reputacji, z której dzisiaj jest wyjątkowo dumny. W końcu o jego czynach usłyszał pewien lord, o nazwisku Ibn’Lshad. Udało mu się sprowadzić do siebie człowieka zwanego Obieżyświatem i namówił Halta do współpracy. Mający ponad dwadzieścia lat chłopak zgodził się i przez nastepne trzy był człowiekiem od zadań specjalnych. Po tym, jak srebrną strzałą zabił jednego niebiezpiecznego wilkołaka, Ibn’Lshad uroczyście nadał mu nazwisko: „Quicksilver”. Haltowi bardzo odpowiadało takie życie, jednak coś, co skusiło go, by ruszył dalej. Dotarł do niego list od jego brata. Husein podał mu w nim jak ma dostać się do kraju Arsmana, chciał się z nim tam zobaczyć. Pod osłoną nocy Obieżyświat osiodłał Gwizdacza (swojego ulubionego konia) i bez pożegnania odjechał.
Po kolejnych dwóch latach tułaczki włóczęga zaprowadziła go za tutejsze granice, już ogarnięte Wiekiem Feniksa.
Partner: Nie jest pewny czy zdołałby z kimś się związać na stałe. Jego wybranka musiałaby pamiętać, że Halt nie umie długo usiedzieć w jednym miejscu i będzie często znikał na jakiś czas. Zdarza mu się jednak czasami mile „skomplementować” jakąś miłą panią (często dostaje za to w twarz). Ogółem jest otwarty na propozycje.
Rodzina: Nie miał rodziców. Jego jedyną rodziną jest brat bliźniak, Husein. Celem Halta jak na razie jest znalezienie go.
Towarzysz: Gwizdacz
Szczegóły:
- Halt jest wielbicielem koni. Zna się na ich hodowli i umie się z praktycznie każdym „dogadać”. Ma też swojego ulubieńca – smukłego, kasztanowatego rumaka z czarną grzywą, o imieniu Gwizdacz. Halt własnoręcznie go ujeździł niedługo po tym jak trafił pod służbę Ibn’Lshada. Ogier jest do niego bardzo przywiązany i posusznie wykonuje każde polecenie pana. Imię wzięło się od tego, że najlepiej reaguje na gwizdanie
- Może się wydać to śmieszne, ale ten wielki podróżnik…cierpi na chorobę morską. Pierwsze dwa dni żegługi zawsze są dla niego wyzwaniem
- Wciąż korzysta z tego samego łuku, który dostał na 15-te urodziny od mistrza łucznictwa. Do tej pory zdążył już wyrzeźbić w nim różne Arydzkie runy, mające według legend wspomagać celność właściciela broni. Halt w to nie wierzy, po prostu wzory mu się spodobały i tyle
- Ludzie (w szczególności damy) zawsze zwracają uwagę, że jest „niechlujnie ostrzyżony”. To prawda – Halt zawsze ma krzywoobcięte włosy. To głównie dlatego, że robi to swoim własnym nożem, często bez pomocy lustra
Autor: NyanCat^._.^~