Jens z łoskotem zwalił się na ziemię. Wiozący go do tej pory koń aż
sapnął czując nagły brak wagi na grzbiecie. Zwalisty wojownik
nordyckiego okrętu trochę ważył. Halt wzniósł oczy ku niebu i ściągnął
wodze Gwizdacza.
- Jednego nie mogę pojąć – powiedział z cieniem złośliwości, oglądając
się na jarla. – Jak człowiek umiejący zachować równowagę na kołyszącym
się podczas sztormu okręcie, nie umie przejechać kilometra bez wywrotki,
na KUCYKU.
Jens burknął coś w odpowiedzi. Halt tylko szerzej się uśmiechnął, choć
żeglarz nie mógł tego zobaczyć przez cień kaptura. Łucznik doskonale
pamiętał jak niegdyś jarl wyśmiewał jego chorobę morską. Przejażdżka
konno była idealną okazją do rewanżu. Jens jednak nie podzielał humoru
kompana. Pomagał mu tylko i wyłącznie ze względu na jego brata,
Husein’a, któremu wisiał przysługę. Nie wierzył też ciągle, że obaj
łucznicy są rodzeństwem, a co dopiero bliźniakami. Poznał jednak lekki
arydzki akcent i nawet podobną twarz, chociaż w jego mniemaniu Halt
wyglądał jak zdziczała wersja Husein’a.
- Nie wsiadam więcej na tego demona – warknął unosząc się z klęczek, czemu towarzyszyło nieprzyjemne strzyknięcie.
- Wziąłem najłogodniejszego, jakiego mieli w stajni – warknął
zniecierpliwiony Obieżyświat. – Dawaj, mamy jeszcze kawałek drogi.
Najlepsze co możesz zrobić po spadnięciu z konia, to ponowne usadowienie
się na grzbiecie.
Jarl spojrzał na niego jak na niepełnosprawnego umysłowo.
- Chcesz powiedzieć, że najlepsze, co mogę zrobić po spadnięciu z tej
bestii, to ponowne wejście na jej grzbiet, aby mogła dalej się nade mną
pastwić i obijać mi kości?
- Dokładnie. Pomóc ci wsiąść?
Nordycki wojownik pokręcił z niedowierzaniem głową.
- A ja cię miałem za przyjaciela.
Halt w końcu jednak zmusił Jensa do wejścia na grzbiet kuca. Czekał
ich jeszcze kawałek drogi od gospody, w której rzekomo przesiadywał
szukany przez nich kurier informacji. Łucznik liczył, że dowie się
czegoś o swoim bracie. Jensa wziął ze sobą ze względu na jego pokaźny
wzrost. Wszyscy już widząc nordyckiego wojownika mówili wszystko, co
wiedzieli. Haltowi to odpowiadało. Po co marnować siły i cierpliwość?
W końcu dotarli do owej gospody przy leśnym trakcie. Z boku stały
uwiązane konie. Jens z ulgą zsunął się z kuca i porządnie przywiązał go
do barierki werandy. Halt puścił Gwizdacza wolno. Dobrze wiedział, że
ogier nie ruszy się bez niego daleko. Tak go właśnie wyszkolił. W końcu
podróżni weszli do zadymionej, dusznej karczmy. Łucznik nie zdjął
kaptura, nie chciał, by obcy ludzie zapamiętali jego twarz. Niektórzy z
podejrzliwością mu się przyglądali, jednak widząc towarzysza
zakapturzonego strzelca od razu powracali do swoich zajęć. W końcu Halt
wypatrzył szukanego przez niego człowieka. Podszedł śmiało do
opierającego się o bar chuderlawego dezertera (dobrze wiedział, z kim ma
do czynienia). Położył mu rękę na ramieniu na co ten odwrócił się.
- Ty jesteś Artem? – zapytał Halt.
- Zależy – odparł łącznik podejrzliwie mierząc wzrokiem najpierw łucznika, potem Jensa. – A z kim mam do czynienia?
- Z człowiekiem potrzebującym informacji.
Artem uśmiechnął się przebiegle.
- Wie pan – zaczął niby obojętnie. – Za każdą plotkę trzeba płacić.
- Ile? – rzucił twardo Jens.
- Trzydzieści koron.
Halt parsknął śmiechem i znowu chwycił człowieka za ramię.
- Słuchaj, jeśli ci życie miłe, zejdziesz do ośmiu – powiedział.
- Ciebie chyba do reszty pogrzało – Artem wypił resztę zawartości kufla trzymanego w ręce. – A z wariatami się nie zadaję.
Jens objerzał się niepewnie na Halta. Wiedział, że Obieżyświat nie
puści tego płazem. Ten uśmiechnął się i zwrócił do karczmarza:
- Panie właścicielu, można na słowo?
Niski człowieczek za kontuarem podszedł do niego wycierając szklankę brudną szmatą.
- Co panu potrzeba? – zapytał wesoło.
- Porządnej liny – Halt uśmiechnął się złowieszczo.
Strzała stuknęła w drewno. W tawernie rozległy się wiwaty i śmiechy.
Przywiązany do krzesła Artem z jękiem popatrzył na drgające jeszcze
drzewce strzały wbitej w ścianę milimetry od jego ucha. Poprzednia
strzała dalej tkwiła tuż koło jego łokcia. Halt poprawił opaskę na
oczach i uśmiechnął się złośliwie.
- I jak? – powiedział zakładając na cięciwę kolejną strzałę i celując na ślepo. – Zdecydowałeś się gadać?
Artem tylko jęknął ponownie:
- Nie ma mowy!
Jens zaśmiał się rubasznie.
- Biedak – powiedział do Halta. – Jeszcze nie wie co go czeka, jeśli ta metoda nie poskutkuje.
- Poskutkuje, zobaczysz – łucznik uśmiechnął się i puścił cięciwę.
Strzała stuknęła w krzesło pomiędzy nogami mężczyzny. Ten wydał
zduszony okrzyk. Cała tawerna zatrzęsła się ze śmiechu. Ludzie widzieli
już różne widowiska, ale takiego jeszcze nigdy. Wszyscy do tej pory
zdali sobie sprawę, że tajemniczy strzelec mimo opaski trafia tam, gdzie
zamierza. Wszyscy, oprócz zalnego ze strachu potem Artema.
- Dobra! Wygrałeś! Powiem co chcesz! – krzyknął.
Halt zdjął opaskę i podszedł do przywiązanego faceta. Widownia widząć,
że to już koniec przedstawienia z pomrukiem niezadowolenia rozeszła
się. Jens wyjął strzały ze ściany i podał łucznikowi, który udawanie
krytycznym wzrokiem prześledził swoje trafienia.
- Chole*a, spudłowałem – powiedział złośliwie patrząc na dziurę po
ostatnim strzale. – A teraz powiedz mi: gdzie ostatnio widziałeś
człowieka zwanego Husein’em?
- Ja…ja go nie widziałem… - powiedział strachliwie, ale widząc
wściekłe spojrzenie Halta od razu dodał: - Ale wiem kto go widział!
- Opisz – rzucił Obieżyświat dając znać Jensowi, aby wszystko
zanotował. Jarl wyjął kawałek papieru z kieszeni, wyprostował go i
otrzymanym od łucznika węglem skrupulatnie szkicował portret pamięciowy z
podanego opisu.
Gdy Artem skończył, wojownik podał Haltowi kartkę. Łucznik nie mógł
wyjść z podziwu. Człowiek świetnie posługujący się toporem równie dobrze
wykonywał portrety pamięciowe. Z kartki a Halta spoglądała bystrym
wzrokiem z pozoru młoda, całkiem atrakcyjnia dziewczyna. Obieżyświata
jednak zaciekawił jeden fakt: kocie źrenice.
- To wszystko? – spytał ostro Artema. Mężczyzna pokiwał głową tak, że go kark rozbolał. – Rozwiąż go.
Jens bez problemu rozerwał sznur. Halt podszedł jeszcze do kontuaru,
by kupić prowiant, karczmarz jednak nalegał by wziął go sobie za darmo.
Stwierdził, że dzięki „przestawieniu” jakie tu odstawił łucznik uzyskał
kilku nowych stałych klientów. Dwaj podróżni wyszli więc z tawerny
zadowoleni z rezultatów przesłuchania.
- To co teraz? – zapytał Halt. – Jedziesz ze mną do miasta po tą śliczną panią?
- Masz dziwne upodobania – stwierdził Jens. – Mnie te kocie oczy straszą. U nas, na północy, tylko demony takie mają.
- Niech ci będzie – Obieżyświat uśmiechnął się szelmowsko. – Czyli rozumiem, że wracasz?
- Zostawiłem załogę samą na całe pięć dni – usprawiedliwił się Jarl. –
Bogowie wiedzą, co przez ten czas wymyślili. Nie mam ochoty kupować
nowego okrętu.
- Święta racja – Halt gwizdnął przeciągle. Gwizdacz przykłusował na
wezwanie i łucznik wskoczył na siodło. – Bywaj więc zdrów, Jens.
- I nawzajem, Halcie – odpowiedział jarl. – Po kolejnej przejażdżce na tym diable zdrowie zdecydowanie mi się przyda.
Dotarcie do miasta nie zajęło długo. Już późnym popołudniem Halt znalazł
wskazaną przez Artema knajpę, w której rzekomo kwaterę obrała sobie
dziewczyna z portretu.
- No Gwizdacz – łucznik zeskoczył na bruk. – Zostań tu.
Koń parsknął, jakby mówił „Bez ciebie i tak nie mam gdzie iść”. Halt
uśmiechnął się i otworzył drzwi budynku. Wnętrze praktycznie niczym nie
różniło się od tawerny, w której „przesłuchiwał” łącznika. Było tylko
większe i mniej zatłoczone. Wchodząc do środka na chwilę otumanił go
duszący zapach dymu i piwa. Ot, zwyczajna tawerna.
Łucznik rozejrzał się po pomieszczeniu. Czujnym wzrokiem omiatał
twarze klientów szukając damy ze szkicu. W końcu zauważył jakąś
zakapturzoną postać w kącie. Przez płaszcz nie poznałby, że ma do
czynienia z kobietą gdyby nie kobiece…ekhem…atuty. Nie widząc w
zadymionym pomieszczeniu innej dziewczyny podobnej do szukanej przez
niego, uznał, że to właśnie ta. Zdjął więc z głowy kaptur, by wydać się
bardziej godnym zaufania i przywdział jeden ze swoich rozbrajających
uśmiechów. Podszedł do stołu zajmowanego przez nieznajomą.
- Można się dosiąść? – zapytał, po czym bez odpowiedzi usiadł naprzeciw dziewczyny. Łuk oparł o stół.
Teraz już był pewny, że trafił na właściwą osobę. Chociaż przez kaptur
nie mógł zbytnio ropoznać twarzy, zauważył zółte oczy, o kocich
źrenicach. Kobieta zmierzyła go wzrokiem.
- Jesteś ze straży? – zapytała czujnie.
- Czy tak według ciebie wygląda pełnoprawny, dopuszczony do służby strażnik? – zapytał z niedowierzaniem Halt.
- W sumie masz rację – dziewczyna nieco się wyluzowała. – Czego chcesz?
- Pewien człowiek wspomniał mi, że widziałaś gdzieś mojego brata – zaczął Obieżyświat.
- Naprawdę? Jak miał na imię? – kobieta wydawała się w ogóle nie
zainteresowana rozmową. Chociaż…informacje mogą się okazać kosztowne.
Kto wie, ile ten podejrzany łucznik zapłaci za ważne dane?
Już miała więc dorzucić ile chce kasy za informację, kiedy nagle do stołu podeszła trójka PRAWDZIWYCH strażników.
- Halt Quicksilver? – zapytał ostro pierwszy.
Halt kątem oka zauważył, że dziewczyna zaciągnęła mocniej kaptur.
Chyba również nie była lubiana zbytnio w tych okolicach. Obieżyświat
uśmiechnął się szeroko i wyciągnął na ławie.
- Oczywiście, panie władzo – niezauważenie położył dłoń na rękojeści
noża. Wiedział, że nieważne co powie, będzie miał kłopoty.
- Pewien gentelman poskarżył się, że targnął pan na jego życie.
„Artem” pomyślał Halt, „Chyba tego lisa nie doceniłem”. Znów szybko
rzucił okiem na siedzącą naprzeciw niego dziewczynę. Ta mrugnęła do
niego znacząco i sięgnęła ręką w stronę własnego noża.
Cóż, przynajmniej Halt nie będzie w tej bijatyce sam.
Squall? Będzie burda!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz