Kopyta wybijały monotonny, usypiający rytm. Wszystko wokół wydawało się senne, a nawet martwe. Mild ledwo trzymała się w siodle. Miała za sobą ciężką podróż. Od dwóch tygodni starała się uciec pogoni. Unikała osad, karawan, a nawet samotnych wędrowców. Dopiero trzy dni temu, przymuszona głodem, odważyła się zajechać do jakiejś gospody i kupić trochę jedzenia za ostatnie pieniądze. Starała się oszczędzać siły swoje i konia. Jednak jazda ciągłym stępem była nużąca. Dziewczyna co chwilę musiała się szczypać w rękę, żeby nie zasnąć. Po namyśle stwierdziła jednak, że to wcale nie taki głupi pomysł. Należy jej się odpoczynek. Koń przecież przystanie w miejscu gdy uświadomi sobie, że nikt nie zmusza go do chodu i również skorzysta z drzemki. A poza tym wokół jest tak spokojnie...Ani wiewiórki, wróbla...,,,Nic się nie stanie, jeśli przymknę oczy na minutę...no może dwie, z hakiem" pomyślała Mild i już zaczęła przysypiać...
Nagle z lasu po lewej na trakt wyskoczył dziki pies. Zawarczał ostrzegawczo. Nagłe pojawienie się drapieżnika wystraszyło konia Dayi. Wierzchowiec zarżał kwikliwie i stanął dęba. Nieprzygotowany jeździec nie zdołał utrzymać równowagi. Dziewczyna boleśnie wylądowała w błocie. Ogier korzystając z okazji popędził w las.
Pies jednak nie pobiegł za uciekającym zwierzęciem. Dziewczynka wydawała mu się łatwiejszym łupem. Mild szybko się opanowała i zerwała na równe nogi odruchowo wstrząsając lewym ramieniem, aby łatwiej było jej sięgnąć po miecz. Nie rzuciła się jednak bezmyślnie na czworonoga. Zaczekała na ruch przeciwnika. Zdziczały kundel nie zwlekając ruszył na dziewczynę. Dopędziłby ją w dwóch susach. Mild jednak w ostatniej sekundzie wykonała piruet w lewo. Gdy zwierzę było tuż obok niej sięgnęła prawą ręką nad lewy bark, chwyciła rękojeść miecza i jednym, płynnym ruchem wysunęła go z pochwy od razu tnąc ostro w dół. Klinga świsnęła złowieszczo i rąbnęła w grzbiet kundla tuż za łopatkami, wbijając się głęboko, aż zgrzytnęła na żebrach. Pęd zwierzęcia zmusił Mild do puszczenia rękojeści, inaczej pies pociągnąłby ją za sobą. Wylądowała więc miękko na nogach, a kundel ciężko zarył nosem w błoto dwa metry od niej. Zapadła cisza.
Dziewczyna wyrównała oddech i obejrzała się na zwierzę. Podeszła do niego powoli, dla pewności trzymając dłoń blisko rękojeści sztyletu. Pies był jednak martwy. Tkwiący w nim ciągle miecz drgał lekko. Daya chwyciła broń, jednak głownia utknęła głęboko w ciele. Dziewczyna miała czystego fuksa - klinga musiała idealnie trafić w przerwę między kręgami, tnąc rdzeń kręgowy (powodując natychmiastowy paraliż) i wbijając się do połowy klatki piersiowej. Mild szarpnęła parę razy za rękojeść aż wyswobodziła miecz z truchła. Wytarła go z krwi trawą i schowała do pochwy na plecach. Za koniem już nie było co się rozglądać. Pewnie jest już daleko stąd. Tchórzliwe bydle. Mild zaklęła pod nosem. Miała przytroczone do siodła juki z prowiantem. Teraz został jej jedynie miecz, sztylet i kryształowa, krucza czaszka w sakiewce. Dziewczyna stwierdziła, że gorzej już być nie może, kiedy na jej nos spadła kropla deszczu. Zaraz dołączyły do niej kolejne, aż z niebo zaczęło się lać jak z ukropu.
- Pięknie! - wypaliła bez ogródek. - Po prostu wspaniale, psia mać!
Początkowo Daya liczyła, że podróż piesza nie będzie tak uciążliwa jak myślała na początku. Niestety, najgorszym wrogiem okazał się głód. Trduno było jej się skupić na czymkolwiek słysząc walca w wykonaniu własnego żołądka.
- Och, zamknij się, zaraz nam coś wykombinuję - warknęła, co w sumie nie miało najmniejszego sensu. Kto normalny gada z trzewiami?
Dziewczyna jednak była rozdrażniona, przemioknięta do suchej nitki i zmarznięta jak nigdy. Deszcz ustał, całe szczęście, jednak po nim pałeczkę przejął wiatr, który dął niepowstrzymanie zimnymi podmuchami prosto z gór. Na dodatek słońce już zaczęło zachodzić. Mild była na skraju wyczerpania. Musiała coś zjeść, inaczej zwariuje.
I wtedy zauważyła błysk spomiędzy drzew. Dobrze znała ten ciepły, pomarańczowy blask. Ktoś urządził sobie biwak w lesie i rozpalił ogień. Daya bez namysłu zarzuciła na jasne włosy kaptur ciemnej kamizeli i ruszyła w stronę światła. Zatrzymała się w zaroślach i lekko rozchyliła gałęzie, by zobaczyć z kim ma do czynienia. Dookoła ogniska siedziało trzech mężczyzn. Sądząc po kolczugach i blaszanych szyszakach na głowach byli to żołnierze. Na ich widok Mild zawrzała krew w żyłach. To właśnie tacy jak oni zabili jej rodziców, zniszczyli kraj w którym mieszkała, a pięć lat później napadli na nią i jej przyjaciół - renegatów. W tym Darima, jej nauczyciela. Korciło ją, by odrąbać im dłonie, obciąć palce u stóp lub zrobić coś jeszcze gorszego za zniszczenie jej życia DWA razy. Powstrzymała się jednak. Była tylko czającą się w krzakach trzynastolatką. Co z tego, że miała miecz i umiała się nim posługiwać - jak miałaby załatwić trzech dorosłych facetów?
Nagle Mild przyszła do głowy pewna myśl: po co ich zabijać, skoro można im uprzykrzyć życie i jeszcze na tym skorzystać? Rozejrzała się wokół po czym jej twarz rozjaśnił złośliwy uśmiech. Głupcy trzymali pakunki z prowiantem poza zasięgiem światła, obok jakiejś tajemniczej skrzyni. Korzystając z faktu, że żołnierze zajęci są rozmową dziewczyna bez trudu zakradła się do juków. Przepakowała jedną z toreb w same potrzebne rzeczy, cały czas uważnie obserwując kątem oka żołdaków.
- Mówię wam, był taki wielki! – chwalił się któryś z nich obrazując dłońmi domyślne rozmiary.
- Bajasz, karpie takie wielkie nie rosną… - zaprzeczył mu drugi.
- Takie rybsko to by cię chyba utopiło! – rzucił trzeci klepiąc się ręką w udo i parskając śmiechem.
Mild nie słuchała ich dyskusji. Za bardzo skupiona była na swoim zadaniu. Ha, gotowe! Teraz tylko wystarczy się wymknąć, chociaż…Dziewczyna skuszona sukcesem spojrzała łakomie na tajemniczą skrzynię obok. Zamknięta na trzy zamki. Pewnie w środku jest coś cennego, co ci idioci transportują gdzieś na czyiś rozkaz. A może by tak już zupełnie ich pogrążyć?
Dalsze wydarzenia zdecydowanie potwierdzają, że Mild przeceniła swoje zdolności.
Z miejsca zabrała się za zamki. Podkradanie się i zabieranie go któremuś z tych trzech było zbyt ryzykowne. Po pierwsze nie wiedziała który z nich ma klucz, a po drugie nie jest mistrzowskim kieszonkowcem. Dlatego postawiła na swoje zdolności magiczne. Skupiła się na pierwszym zamku. Przesuwała po nim palcami. Trochę to trwało. Z każdą minutą coraz bardziej się niecierpliwiła, a wiadomo, że presja czasu źle służy skupieniu. W końcu usłyszała ciche stuknięcie, gdy rygle odsunęły się i zamek puścił. Mild obejrzała się niespokojnie na żołnierzy, jednak żaden z nich nie zareagował. Najwyraźniej zamki były nowe. To ją zachęciło do kolejnej próby. Drugi zamek opierał się dłużej, ale również magia okazała się silniejsza. Trzeci, za sprawą nabytej już techniki, puścił niemal od razu. Daya z bijącym sercem uchyliła odrobinę wieko, by zobaczyć co jest w środku. Było tam pełno pieniędzy, ale poza nimi dziewczyna wypatrzyła coś ciekawszego: biały klucz, prawdopodobnie z jakiejś kości, z osadzonym w nim fioletowym kamieniem szlachetnym. Mild zamaszyście otworzyła wieko…
I wtedy przez polanę przedarł się głośny, drażniący uszy pisk zardzewiałych zawiasów.
- Hej, ty! – żołnierze momentalnie obejrzeli się w stronę dźwięku i ruszyli biegiem do klęczącej dziewczyny.
Daya zaklęła, chwyciła klucz i torbę z prowiantem po czym pobiegła w las. Żołdacy w leśnym poszyciu poruszali się wolniej, ale w przeciwieństwie do Mild byli wypoczęci i najwyraźniej znali te tereny. Dziewczyna starała się zgubić pościg wszelkimi sposobami. W końcu wypatrzyła jakieś w połowie przewalone drzewo. Wbiegła po jego pniu, po czym odbiła się od niego i wylądowała na grubym konarze rosnocęgo obok dębu. Biegła dalej przeskakując na kolejne gałęzie, powoli zostawiając w tyle zdziwionych żołnierzy. Po pięciu minutach pościgu byli już dość daleko. Mild uśmiechnęła się tryumfalnie, kiedy nagle poślizgnęła się na śliskiej od wody gałęzi. Noga zsunęła się w przód, a dziewczyna walnęła plecami o konar i spadła w dół na trawę. Upadek był dość bolesny. Mild oszołomiona mogła jedynie patrzeć nieprzytomnym wzrokiem w górę.
Żołdacy szybko ją dostrzegli i stanęli zadowoleni naokoło dziewczyny.
- Wlazł kotek na płotek i spadł – zarechotał jeden z nich, a reszta zawtórowała śmiechem.
- Hej, co tu się dzieje?
Wszyscy trzej obejrzeli się nagle w bok, więc Mild wywnioskowała, że wtrącił się ktoś jeszcze. Obejrzała się w tamtą stronę, dalej nieco przyćmionym wzrokiem. Ktoś stał na granicy lasu. Nie martwiąc się, czy to wróg czy swojak, obrała tę drugą wersję. Zerwała się na nogi i szybko podbiegła do obcej postaci, kryjąc się za jej plecami i posyłając obcemu błagalne spojrzenie.
Mój wybawco? XD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz