Odwróć się Han - krzyczała już od dłuższego czasu podświadomość. - Idź,
zamknij drzwi na klucz i schowaj się w środku! Pomogłeś, to wystarczy...
Ech... W tym wypadku jednak wygrała kocia ciekawość i zamiast, jak
na aspołecznego maga pożegnać się i pozamykać na cztery spusty,
zdecydowałem się tam stać i usłyszeć wizję swojej przyszłości.
Nie spuszczając wzroku z Vis, sięgnąłem do złotego łańcuszka na
szyi i zdjąłem przez głowę swój amulet, zawsze noszony pod ubraniem.
Przedstawiał perfekcyjnie wykonaną głowę kota-szamana wielkości łapy
przeciętnego kota o opalach zamiast oczu. Nie posiadał żadnych
magicznych właściwości poza tym, że oczy medalionu zmieniały się tak jak
moje w trakcie używania magii. Tak właściwie, w pewnym sensie to były
moje oczy, posiadały moje spojrzenie, ale pozostawały niewidzące. Jego
wartość jest głównie symboliczna, oznacza dwojaką naturę - kotołaka i
maga, no i sentymentalna - mama nam je dała. Kiette dostała srebrny, Jum
miał miedziany, a Sarazi platynowy.
Vis najpierw z zaciekawieniem i pewną dozą podziwu dla twórcy
spojrzała na amulet, a potem utkwiła zahipnotyzowany wzrok w kamieniach
będących oczami kota. Prychnąłem cicho. Tak częso się zdarza. Viserany
potrząsnęła głową i ostrożnie wzięła go do rąk.
Może i - jakby ktoś chciał w to wątpić przez moją dość lichą
posturę - jestem mężczyzną i nie znam się za bardzo na błyskotkach, ale
ten amulet był piękny, wykonany z niezwykłą dokładnością i posiadający
żywe spojrzenie. Dlatego i ja sam podziwiam moją mamę, gdyż wszystkie
cztery od podstaw bez użycia magii zrobiła sama. Użyła jej tylko i
wyłącznie do ożywienia opali.
Viserany zacisnęła dłoń na amulecie, po czym wstrzymała oddech.
Na tyle długo, że prawie zacząłem się martwić. Ale wtedy znów zaczęła
oddychać i na mnie spojrzała, dość dziwnym wzrokiem.
- Jakaś... jakaś dziewczyna z nietoperzem zapuka do twoich drzwi - powiedziała, chyba sama z lekka zaskoczona tą wizją.
- Dziewczyna? - Uniosłem brew. Nikt mnie nie odwiedza, a płci żeńskiej to już zupełnie. - A wiesz, jak wyglądała?
- Jakaś młodziutka blondynka. Rozwiane włosy, niewysoka.
Czy to możliwe, żeby...
- Oczy - powiedziałem, zaczynając się z wolna martwić. - Widziałaś oczy?
- Fiołkowe. Piękny odcień! - odparła, a ja zacisnąłem usta.
- Kiette - wyszeptałem, ale na pewno usłyszała. - A widziałaś coś jeszcze?
- Tylko, jak zaskoczony ją przytuliłeś na powitanie.
- Nie przeszłaby od tak całego kraju, zwłaszcza w obecnych czasach, żeby mnie odwiedzić. Sama - mruknąłem do siebie.
A może Kiet wychodzi za mąż? Ale czy wtedy nie byłaby ze swoim narzeczonym?
Po chwili wlepiania oczu w ziemię zwróciłem się do Viserany:
- Kiedy spełniają się twoje wizje? Po jakim czasie?
- Różnie, ale zwykle w niedalekiej przyszłości. - Po jej minie
wiedziałem, że usiłuje dociec, czemu te informacje tak na mnie
podziałały. - Po twoim zachowaniu wnioskuję, że ją znasz. Kim ona dla
ciebie jest?
Przechyliłem głowę, uświadamiając sobie, że podobieństwo między mną
a Kiette jest... Właściwie, to wcale go nie ma. Ona i nasi nieżyjący
już bracia odziedziczyli kolor włosów po ojcu, a ja jedyny po mamie. To
samo zaś tyczy się oczu, z tą różnicą, że Sarazion też miał brązowe. Jak
jeszcze z braćmi cokolwiek mnie łączyło - wspomniane oczy czy w
przypadku Jumona kształt i duże podobieństwo twarzy, tak z Kiette w
wyglądzie nie mamy ani jednej wspólnej cechy.
Tak więc, cokolwiek Viserany pomyślała, na pewno nie pomyślała o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
Już otwierałem usta, żeby jej to wyjaśnić, kiedy ot tak kruk
wleciał sobie do mojej chatki, bo zostawiłem otwarte drzwi. Słyszałem
jedynie tłuczące się szkło, kiedy usiłował się wydostać.
Nawet nie wiem, kiedy się tam znalazłem i jakim sposobem miałem
kruka między pazurami. Naprawdę tego nie wiem. Ptak zakrakał i wlepił we
mnie swoje okrągłe oczy, przestając się szamotać. Momentalnie z lekkim
przerażeniem zdjąłem z niego swoje już ręce, a ptak niezwłocznie uciekł,
niemal wlatując w nieco rozbawioną Viserany opierającą się o próg.
On wyglądał jak Nero.
Nie.
Niemożliwe.
Wzdychając ciężko i odganiając tym samym dziwne myśli, przeczesałem
włosy dłońmi siedząc na swoich stopach wśród kilku potłuczonych słoików
i buteleczek. Tylko kilku na szczęście i z prawie ogólnodostępnymi
zawartościami.
A jednak zbieranie niektórych ziół w lesie samemu zajmie mi
przynajmniej cały dzień, a jak na - niestety - w połowie kota przystało,
nie chcę marnować całego dnia. Wtedy też coś mi się przypomniało.
- Chciałaś mi dzisiaj pomóc, prawda? - zwróciłem się do Vis.
Zapuszczaliśmy się coraz dalej w las, dość powoli, nie spiesząc się
zbytnio. Usta Viserany niemal się nie zamykały, ale - chociaż gaduł nie
lubię - nawet wyjątkowo słuchałem. Głównie dlatego, że chciałem być
miły, a poza tym, przez to mówienie dowiedziałem się paru ciekawostek o
Hidden, co poniekąd interesujące było.
- Wybacz, że przerywam - powiedziałem, zatrzymując się - ale
tutaj jest dość sporo Wrzeszczotków Leśników, które poza obecną listą do
zebrania mogą mi się przydać.
- A tak w ogóle, po co ci to wszystko? Te rośliny i jakieś
mikstury - zapytała, dziwnie przy tym gestykulując. - Przecież nie
jesteś lekarzem.
Kucnąłem przy herbacianej roślinie przypominającej jeden malutki
kielich konwalii na lichej łodydze i ostrożnie, żeby zadać roślinie jak
najmniej bólu odciąłem sam kwiat (i w tym momencie rozległ się dźwięk
przypominający stłumiony wrzask) i jeden liść, które magią ziemi
natychmiast przywróciłem do poprzedniego stanu.
- Czasami bawię się w alchemika - prychnąłem, odpowiadając na jej
pytanie, a to była zresztą prawda, bo kilka razy usiłowałem coś
stworzyć. - Przeważnie opisuję je i ich właściwości w swoich księgach.
- Czyli można cię nazwać zielarzem? - podsumowała.
- Nazywaj to jak chcesz. - Wzruszyłem ramionami, chowając
wrzeszczotka do malutkiej skrzyneczki, a skrzyneczkę do torby akurat
wtedy, gdy po naszej lewej rozległo się wycie wilków.
Westchnąłem tylko, w duchu licząc, że jakimś sposobem przejdą
dookoła, bo zwyczajnie za nimi nie przepadam i dalej szedłem w las, a
Viserany, nasłuchując, wędrowała za mną.
- Są blisko - powiedziała dwa metry za mną, jakby ostrzegawczo.
- Słyszę.
Kucnąłem, żeby podnieść z ziemi ciekawie wyglądającą szyszkę.
- I to nie małe stado. - Zapasała ręce, patrząc na mnie, jakbym był niespełna rozumu.
Z tego też zdawałem sobie sprawę, w końcu przy większym skupieniu się potrafię wyczuć drgania podłoża.
Uniosłem nieco ironicznie kącik ust, prawie odsłaniając przydługi
kieł. Raz przez świecące w ciemności oczy i kły wzięli mnie za wampira.
Ta ucieczka wtedy była całkiem niezłą zabawą.
- Dopóki mnie nie zaskoczą, jestem w stanie sobie bez problemu
poradzić bez robienia im krzywdy, nawet, jeśli jestem kotołakiem. -
Spojrzałem na nią z ukosa. I wcale nie żartowałem.
<Viserany? Czuj się zaszczycona, bo Han mówi do Ciebie dobrowolnie ;)>