Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanneon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanneon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 kwietnia 2017

Od Hanneona

     Ja i Viserany nazbieraliśmy wszystko, co zdołaliśmy znaleźć, choć zabrakło mi specyficznego jaskraworóżowego kwiatu typowego dla polanek. Kiedy skończyliśmy powiedziała, że musi już iść. Jak dowiedziałem się następnego dnia, odeszła już na stałe, ruszając w dalszą wędrówkę, z daleka od nielubianych elfek, i przyrzekając milczenie o istnieniu Hidden.
      Takim oto sposobem znów zostałem w świętym spokoju. Sam.
       Nie spałem dużo poprzedniej nocy, budzony wilczym wyciem, a dla kogoś, kto ma kocie geny sen jest najpiękniejszą rzeczą. Niestety, kiedy już się obudzę, to nie ma szans, abym zasnął raz jeszcze.
        Zatem, w na poły sennym stanie, plątałem się trochę po okolicy, bo w końcu zamierzam osiąść tutaj na stałe, więc warto znać to wszystko jak najlepiej. No i może znajdę ten różowy kwiat, czyli rozonek pospolity.
       Co ciekawe, mój medalion postanowił lśnić na srebrno, miedziano i platynowo, choć srebra od kilkunastu metrów nie widziałem, a miedź pojawiła się dopiero niedawno. Początkowo myślałem, że chodzi o Kiette, jak w wizji Viserany, ale dwa pozostałe kolory uświadomiły mnie w tym, że amulet zwyczajnie zwariował. Gdybym jeszcze potrafił w to uwierzyć.
      Kiedy tak właśnie przemierzałem las w drodze na polanę, bo przypomniałem sobie o tym kwiecie, usłyszałem nad sobą smoczy ryk, brzmiący dziwnie wesoło, a gdy spojrzałem w górę, ujrzałem Frelsera. Mówiłem już, że zdążyłem większość nieco z obserwacji poznać, a był z tych znanych mi sąsiadów jedynym smokiem. I chyba rannym, więc dlaczego lata?
        Ciekawość zgubiła kota, tak to szło? Oby maga z kiepską przytomnością nie zgubiła...
        Ruszyłem więc smoczym śladem przez cholerną ciekawość w stronę polany, na której zdaje się smok próbował wylądować, a na którą i tak się po zioła wybierałem. Było to parę metrów dalej i jakoś postanowiłem spojrzeć na to po prostu z pod kaptura.
        Wyszedłem zza krzaków i najprościej stałem na skraju padającego z drzew cienia, przyglądając się smokowi, który rozglądał się za czymś lub za kimś. I miał założony opatrunek, więc zakładam, że odwiedził Malika. Czy też odwrotnie, ale mniejsza.
        Odpowiedź na swoje pytanie dostałem - po prostu jest wyleczony - więc miałem zamiar już iść, ale przymoniało mi się o rozonku, a do mojej jeszcze nie do końca przytomnej głowy doatrło pytanie, kogo Frelser szuka. I to właśnie pytanie zaważyło o tym, że smok mnie zauważył.
         Głupio było w tym momencie sobie pójść, zwłaszcza, że kwiat, który rósł dokładnie pod Frelserem był mi potrzebny na zaraz, bo eliksir sam się nie wykona. Więc przez grzeczność zdjąłem kaptur i skinąłem głową w jego stronę na powitanie. Pewnie by usłyszał, ale na taką odległość jest to bardziej komfortowe.
 I takim oto sposobem ciekawość zgubiła i maga - zaczęła się rozmowa. 

<Frel? Masz wolną rękę, tylko pamiętaj, że Han niepytany raczej się nie odezwie ;) >

wtorek, 6 września 2016

Od Hanneona c.d. Viserany - Wątpliwości

Odwróć się Han - krzyczała już od dłuższego czasu podświadomość. - Idź, zamknij drzwi na klucz i schowaj się w środku! Pomogłeś, to wystarczy...
  Ech... W tym wypadku jednak wygrała kocia ciekawość i zamiast, jak na aspołecznego maga pożegnać się i pozamykać na cztery spusty, zdecydowałem się tam stać i usłyszeć wizję swojej przyszłości.
  Nie spuszczając wzroku z Vis, sięgnąłem do złotego łańcuszka na szyi i zdjąłem przez głowę swój amulet, zawsze noszony pod ubraniem. Przedstawiał perfekcyjnie wykonaną głowę kota-szamana wielkości łapy przeciętnego kota o opalach zamiast oczu. Nie posiadał żadnych magicznych właściwości poza tym, że oczy medalionu zmieniały się tak jak moje w trakcie używania magii. Tak właściwie, w pewnym sensie to były moje oczy, posiadały moje spojrzenie, ale pozostawały niewidzące. Jego wartość jest głównie symboliczna, oznacza dwojaką naturę - kotołaka i maga, no i sentymentalna - mama nam je dała. Kiette dostała srebrny, Jum miał miedziany, a Sarazi platynowy.
  Vis najpierw z zaciekawieniem i pewną dozą podziwu dla twórcy spojrzała na amulet, a potem utkwiła zahipnotyzowany wzrok w kamieniach będących oczami kota. Prychnąłem cicho. Tak częso się zdarza. Viserany potrząsnęła głową i ostrożnie wzięła go do rąk.
  Może i - jakby ktoś chciał w to wątpić przez moją dość lichą posturę - jestem mężczyzną i nie znam się za bardzo na błyskotkach, ale ten amulet był piękny, wykonany z niezwykłą dokładnością i posiadający żywe spojrzenie. Dlatego i ja sam podziwiam moją mamę, gdyż wszystkie cztery od podstaw bez użycia magii zrobiła sama. Użyła jej tylko i wyłącznie do ożywienia opali.
  Viserany zacisnęła dłoń na amulecie, po czym wstrzymała oddech. Na tyle długo, że prawie zacząłem się martwić. Ale wtedy znów zaczęła oddychać i na mnie spojrzała, dość dziwnym wzrokiem.
  - Jakaś... jakaś dziewczyna z nietoperzem zapuka do twoich drzwi - powiedziała, chyba sama z lekka zaskoczona tą wizją.
  - Dziewczyna? - Uniosłem brew. Nikt mnie nie odwiedza, a płci żeńskiej to już zupełnie. - A wiesz, jak wyglądała?
  - Jakaś młodziutka blondynka. Rozwiane włosy, niewysoka.
Czy to możliwe, żeby...
  - Oczy - powiedziałem, zaczynając się z wolna martwić. - Widziałaś oczy?
  - Fiołkowe. Piękny odcień! - odparła, a ja zacisnąłem usta.
  - Kiette - wyszeptałem, ale na pewno usłyszała. - A widziałaś coś jeszcze?
  - Tylko, jak zaskoczony ją przytuliłeś na powitanie.
  - Nie przeszłaby od tak całego kraju, zwłaszcza w obecnych czasach, żeby mnie odwiedzić. Sama - mruknąłem do siebie.
A może Kiet wychodzi za mąż? Ale czy wtedy nie byłaby ze swoim narzeczonym?
Po chwili wlepiania oczu w ziemię zwróciłem się do Viserany:
  - Kiedy spełniają się twoje wizje? Po jakim czasie?
  - Różnie, ale zwykle w niedalekiej przyszłości. - Po jej minie wiedziałem, że usiłuje dociec, czemu te informacje tak na mnie podziałały. - Po twoim zachowaniu wnioskuję, że ją znasz. Kim ona dla ciebie jest?
  Przechyliłem głowę, uświadamiając sobie, że podobieństwo między mną a Kiette jest... Właściwie, to wcale go nie ma. Ona i nasi nieżyjący już bracia odziedziczyli kolor włosów po ojcu, a ja jedyny po mamie. To samo zaś tyczy się oczu, z tą różnicą, że Sarazion też miał brązowe. Jak jeszcze z braćmi cokolwiek mnie łączyło - wspomniane oczy czy w przypadku Jumona kształt i duże podobieństwo twarzy, tak z Kiette w wyglądzie nie mamy ani jednej wspólnej cechy.
  Tak więc, cokolwiek Viserany pomyślała, na pewno nie pomyślała o tym, że jesteśmy rodzeństwem.
  Już otwierałem usta, żeby jej to wyjaśnić, kiedy ot tak kruk wleciał sobie do mojej chatki, bo zostawiłem otwarte drzwi. Słyszałem jedynie tłuczące się szkło, kiedy usiłował się wydostać.
  Nawet nie wiem, kiedy się tam znalazłem i jakim sposobem miałem kruka między pazurami. Naprawdę tego nie wiem. Ptak zakrakał i wlepił we mnie swoje okrągłe oczy, przestając się szamotać. Momentalnie z lekkim przerażeniem zdjąłem z niego swoje już ręce, a ptak niezwłocznie uciekł, niemal wlatując w nieco rozbawioną Viserany opierającą się o próg.
  On wyglądał jak Nero.
  Nie.
  Niemożliwe.
  Wzdychając ciężko i odganiając tym samym dziwne myśli, przeczesałem włosy dłońmi siedząc na swoich stopach wśród kilku potłuczonych słoików i buteleczek. Tylko kilku na szczęście i z prawie ogólnodostępnymi zawartościami.
  A jednak zbieranie niektórych ziół w lesie samemu zajmie mi przynajmniej cały dzień, a jak na - niestety - w połowie kota przystało, nie chcę marnować całego dnia. Wtedy też coś mi się przypomniało.
  - Chciałaś mi dzisiaj pomóc, prawda? - zwróciłem się do Vis.

  Zapuszczaliśmy się coraz dalej w las, dość powoli, nie spiesząc się zbytnio. Usta Viserany niemal się nie zamykały, ale - chociaż gaduł nie lubię - nawet wyjątkowo słuchałem. Głównie dlatego, że chciałem być miły, a poza tym, przez to mówienie dowiedziałem się paru ciekawostek o Hidden, co poniekąd interesujące było.
  - Wybacz, że przerywam - powiedziałem, zatrzymując się - ale tutaj jest dość sporo Wrzeszczotków Leśników, które poza obecną listą do zebrania mogą mi się przydać.
  - A tak w ogóle, po co ci to wszystko? Te rośliny i jakieś mikstury - zapytała, dziwnie przy tym gestykulując. - Przecież nie jesteś lekarzem.
  Kucnąłem przy herbacianej roślinie przypominającej jeden malutki kielich konwalii na lichej łodydze i ostrożnie, żeby zadać roślinie jak najmniej bólu odciąłem sam kwiat (i w tym momencie rozległ się dźwięk przypominający stłumiony wrzask) i jeden liść, które magią ziemi natychmiast przywróciłem do poprzedniego stanu.
  - Czasami bawię się w alchemika - prychnąłem, odpowiadając na jej pytanie, a to była zresztą prawda, bo kilka razy usiłowałem coś stworzyć. - Przeważnie opisuję je i ich właściwości w swoich księgach.
  - Czyli można cię nazwać zielarzem? - podsumowała.
  - Nazywaj to jak chcesz. - Wzruszyłem ramionami, chowając wrzeszczotka do malutkiej skrzyneczki, a skrzyneczkę do torby akurat wtedy, gdy po naszej lewej rozległo się wycie wilków.
  Westchnąłem tylko, w duchu licząc, że jakimś sposobem przejdą dookoła, bo zwyczajnie za nimi nie przepadam i dalej szedłem w las, a Viserany, nasłuchując, wędrowała za mną.
  - Są blisko - powiedziała dwa metry za mną, jakby ostrzegawczo.
  - Słyszę.
Kucnąłem, żeby podnieść z ziemi ciekawie wyglądającą szyszkę.
  - I to nie małe stado. - Zapasała ręce, patrząc na mnie, jakbym był niespełna rozumu.
  Z tego też zdawałem sobie sprawę, w końcu przy większym skupieniu się potrafię wyczuć drgania podłoża.
  Uniosłem nieco ironicznie kącik ust, prawie odsłaniając przydługi kieł. Raz przez świecące w ciemności oczy i kły wzięli mnie za wampira. Ta ucieczka wtedy była całkiem niezłą zabawą.
  - Dopóki mnie nie zaskoczą, jestem w stanie sobie bez problemu poradzić bez robienia im krzywdy, nawet, jeśli jestem kotołakiem. - Spojrzałem na nią z ukosa. I wcale nie żartowałem.


<Viserany? Czuj się zaszczycona, bo Han mówi do Ciebie dobrowolnie ;)>

piątek, 3 czerwca 2016

Od Hanneona cd Viserany

        Zirytowany przystawiłem palec do ust, a Vis na szczęście mnie posłuchała i pozwoliła mi nasłuchiwać, co zresztą sama po chwili zrobiła. Pomińmy fakt, że nie zbyt cieszyło mnie siedzenie w towarzystwie wilczycy. Nie jestem rasistą, po prostu mój koci instynkt włącza alarm ,,zagrożenie" na sam zapach, przez co automatycznie - w ludzkiej formie - jeżą mi się włosy. A tego wprost nie znoszę.
  Jej pojawienie się zepsuło mi troszkę plany, ale wszyscy tutaj jesteśmy po jednej stronie, a ona potrzebuje pomocy. W dodatku tak jakby Atlant prosił mnie o to, żebym nie odstawał. I po co ja się tu w ogóle przypałętałem? Im dłużej tu jestem, tym więcej istot i stworzeń spotykam... Gdzie jest cisza? Gdzie jest spokój? Mogłem zostać z Kiette wtedy w porcie... Wiatr mi świadkiem, że moja siostra nigdy, przenigdy mi nie przeszkadzała.
  Przypominając sobie, co tu robię, wychyliłem się nieco zza drzewa i jeszcze na długo, zanim zobaczyłem, zdążyłem usłyszeć wściekłe elfki.Westchnąłem cicho. Widziałem je tutaj wcześniej, na nieszczęście mieszkają częściowo w moim sąsiedztwie. Wydawały się takie piękne, niegroźne, a teraz sypały wyzwiskami, przekleństwami i co gorsze, rzucały butami. Oczywiście butami z gazem usypiającym. Jakżeby inaczej...
  Co ty im zrobiłaś, Viserany?
  - Złap się czegoś - szepnąłem do dziewczyny.
  - Co?
  - Nie dyskutuj, tylko się czegoś złap.
  Wiedziałem, że poprzednio usłyszała, mimo trzasku łamanych przez biegnące elfki gałęzi i innych rzeczy. W końcu to wilkołak, ma tak dobry słuch jak ja.
  - Ale ja nie mogę - zwróciła mi uwagę i wskazała na swoją dłoń. Krwawiła. I to dość obficie.
  - Choleraaa... - wymamrotałem przez zaciśnięte zęby i wiedząc, że na leczenie tego w tym momencie nie mamy czasu, bo elfki były niemal dziesięć metrów przed nami (na co zresztą czekałem), zdecydowałem się po prostu złapać ją za zdrową rękę.
  - Mogę wiedzieć, co robisz? - zapytała, instynktownie wyrywając dłoń.
  Zanotować: następnym razem nie łapać nikogo za ręce bez ostrzeżenia. Chwila... Jakim ,,następnym razem"?! Żadnego następnego razu nie będzie i zaszyję się u siebie, żeby nikt mnie nie znalazł i wszyscy zostawili mnie w świętym spokoju. Chociaż z moim cudownym szczęściem to pewnie umierający człowiek dowlekłby się akurat pod moje drzwi.
  - Chcesz się nauczyć latać? - Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego głosu i odruchowo pokręciła głową. - To mnie nie puszczaj.
  W tej chwili zduszonym szeptem zacząłem niecierpliwie prosić wiatr o pomoc, aż poczułem na twarzy pojedyncze mocniejsze podmuchy wiatru, coraz częstsze. W końcu zerwał się jeden bardzo silny, a ja sam, jedną ręką trzymając się drzewa, a drugą trzymając Vis, skuliłem się blisko ziemi, ciągnąc tym samym swoją zdezorientowaną towarzyszkę w dół, żeby stawiać podmuchom jak najmniejszy opór.
  Przymknąłem oczy, czując, że wiatr zaczyna znosić piasek, liście i mniejsze gałązki, tworząc średniej wielkości huragan. Drzewa uginały się, a naszą skuloną dwójkę bardzo mocno ciągnęło w stronę powietrznego wiru. Tak, jak przypuszczałem - elfki podeszły zbyt blisko, przez co ,,pomoc" częściowo objęła też nas. Nie raz miałem podobnie. Osoba, którą chce się skądś ,,wywiać" powinna być najlepiej dokładnie dziesięć metrów przede mną, żebym miał czas na odwrót. Przy siedmiu zaczyna być nieciekawie. Przez podobne sytuacje mam już miarkę w głowie.
  Takie cuda jak huragan nie zdarzają się raczej w środku lasu, toteż elfki niemal od razu zebrały się do ucieczki, piszcząc przy tym na tyle głośno, że przekrzyczały szum wiatru, a ja przywróciłem uszy do ludzkiej, mniej wrażliwej postaci. Przez te ich piski można ogłuchnąć.
  Wiatr jeszcze długo je ścigał, niszcząc pobliską roślinność i zostawiając placek wyrwanej trawy w miejscu swojego powstania. Potem to naprawię.
  Kiedy wszystko wokół ucichło - a nie trwało to wszystko więcej, niż pięć minut - odwróciłem się do Viserany, która trzymała dłoń w górze, aby spowolnić krwawienie.
  - Zgaduję, że po tym biegu nie masz ze sobą nic, czym można by to opatrzyć.
  Zdawałem sobie sprawę, czym się zajmuje, więc nie zdziwiłbym się, gdyby posiadała bandaże choćby w bucie.
  - Nie mam. - Skrzywiła się i pokręciła głową nieszczególnie szczęśliwa. Wydawało mi się, że wolałaby się sama opatrzyć i pewnie radziła sobie z tym sama. Jednak teraz, zanim zdążyłaby sama znaleźć coś, czym mogłaby się opatrzyć, najpewniej straciłaby za dużo krwi i zemdlała.
  W ogóle, z moich obserwacji była raczej gadatliwą osobą, więc dziwiło mnie, że tak niewiele mówiła, ale może po prostu zauważyła mój nastrój do rozmów. Raczej nie wyglądam na gościa, który całą swoją personą woła ,,Hej, pogadaj ze mną! Zaprzyjaźnijmy się!".
  - Żeby tylko nie wdało się żadne zakażenie... - szepnąłem do siebie niemal niedosłyszalnie.
  Skupiłem tyle pary wodnej, która po skropleniu zmieściłaby się w dużym kubku, po czym to właśnie zrobiłem - skropliłem ją, kierując płyn na dłoń dziewczyny. Obmyła ją sobie sama, ja tymczasem ddwiązałem jedną z przepasek, które czasem noszę, żeby nie kaleczyć dłoni w ekstremalnych przypadkach i zrobiłem jej prowizoryczny opatrunek.
  Jak dobrze, że jednak postanowiłem przenieść się do lasu. Moja ,,nowa" chatka, która (wstyd przyznać, w końcu jestem magiem i mógłbym ją jakoś polepszyć) wygląda nie najlepiej, znajduje się parę metrów dalej, za krzakami. Właściwie wygląda... tak, jakby nikt jej nie odwiedzał od wieków. W zasadzie, możliwe, że tak właśnie było.
  - Chodź. - Skinąłem na nią, żeby poszła za mną.
  Powinienem mieć coś na taki lepszej jakości opatrunek, a jak nie, to księgi zaklęć służą pomocą.
  - Jesteś czarodziejem? - zapytała, idąc jakiś metr za mną.
  - Magiem - uściśliłem.
  - A to jakaś różnica? - Czyżby wróciła jej rozmowność?
  - Trochę - uciąłem i resztę krótkiej drogi przebyliśmy w milczeniu.
  Znaleźliśmy się na niewielkiej polance obok strumyka, na której stała w części wkopana w pagórek chatka z ciemnego, wyblakłego drewna z drzwiami zakończonymi strzelistym łukiem i jednym, długim oknem od frontu. Nie miała żadnego ganku ani nic. W środku na szczęście było w miarę czysto, nie licząc stert papierów leżących na prawie rozpadającym się biurku.
  Podszedłem do drzwi i otworzyłem je, puszczając Viserany przodem.
  Wszedłem zaraz za nią, szukając od razu jakichś maści odkażających i innych takich. Przecież coś w swoich tobołkach za pamięci przyniosłem.

<Vis? Mam nadzieję, że nie zepsułam postaci, jest dość skomplikowana>

sobota, 14 maja 2016

Od Hanneona cd. Atlanta - Wpadka

Nie ma miejsca na żadne gierki czy hipnotyzowanie spojrzeniem. Raz, gorący uczynek. Dwa, sporo ludzi. Trzy, przede mną stoi władca. A ja leżę na brzuchu na ziemi, jakby ktoś mną rzucił. A nie, przecież tak właśnie było. I z której niby strony jestem ,,zwycięzcą"?!
- Hanneon - odpowiedziałem na pytanie i podniosłem się z ziemi, ignorując dłoń Atlanta.
Cudnie. Pierwszy raz w życiu mnie złapano! Czy ja już całkiem zapomniałem o ostrożności? Nie zamierzałem tłumaczyć im się, co robiłem, a już zwłaszcza Squall, która zbyt delikatna nie była. Zdązyłem trochę dowiedzieć się o zamieszkałych tutaj istotach i jakoś nie zyskała mojej sympatii. Chociaż... kto ją zyskał?
- Wiesz, kolego, samotnik, czy nie, złośnik, czy nie, zapraszamy do ognia.
Atlant trochę mnie zaskoczył swoim podejściem, ale w końcu on tu dowodzi, więc czemu się dziwić. Zachowanie godne władcy, który chce być blisko z poddanymi. W sumie, dobrze, że nie oczekiwał wyjaśnień, bo nie sądzę, bym zdołał ubrać to tak, żeby przy okazji nie obrócić zebranych przeciw sobie. Powiedzenie, że nie obserwowałem ich tylko tu i teraz i że wiele rzeczy widziałem oraz słyszałem raczej na dobre by mi nie wyszło, nie potrzebuję wrogów. Oczywiście fizycznie dałbym radę się obronić, ale poważnie nie chcę dalej wędrować po świecie.
Spojrzenia wszystkich osób wokół ogniska były skierowane na mnie. Niektórzy patrzyli podejrzliwie, inni, podobnie jak Atlant, z czymś w rodzaju dobroci. Każdy z zebranych był inny, wszystkich znałem z widzenia, a oni zdawali się widzieć mnie po raz pierwszy. Prawda prawdą, to bardzo możliwe, bo raczej mało kto zwraca uwagę na osoby pozostające w cieniu czy siedzące dość wysoko na drzewach. Nie przywykłem do bycia w centrum uwagi, przez co byłem trochę skrępowany i może sam przed sobą zawstydzony faktem, że Squall mnie znalazła, co wciąż do mnie nie dociera. Cały czas czułem spojrzenie jej zielonych oczu. Chyba nie zbyt podobało jej się to ułaskawienie mnie.
Otrzepałem swój płaszcz ze źdźbeł trawy i bardziej z grzeczności, niż z chęci, zdjąłem kaptur. I tak w części zsunął się podczas lotu, który mi zafundowała, a na szczęście zdążyłem wrócić do ludzkiej postaci w stu procentach. Może kły pomijając, ale z nimi niestety nie da się nic zrobić.
Skłoniłem się lekko Atlantowi, jako wyraz szacunku i podzięka za zaproszenie. Zrozumiałem sens jego słów, ale nie wiem, czy zdołam się ,,wpasować" i czy w ogóle chcę. Jesteśmy wspólną społecznością, ale jednak wątpię w swoje umiejętności integracji. Odpowiada mi tak, jak jest. Dołączenie do zebranych - nie, żebym chciał - było niezbyt na miejscu, zważywszy na okoliczności.
- Wybacz, panie, ale chyba powinienienem już wracać - powiedziałem, patrząc na Atlanta. Posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie i chyba spodziewał się podobnej odpowiedzi. - Miłej biesiady.
Skinąlem głową do zebranych, po czym odwróciłem się w stronę krzaków z których parę minut temu efektownie wyleciałem, zupełnie ignorując nieprzyjemne spojrzenie Squall. Niemal się uśmiechnąłem, wiedząc, że taki obrót spraw jej nie odpowiada.

<Squall? Albo ktoś, kto ma pomysł?>

niedziela, 10 kwietnia 2016

Od Hanneona

Zdjąłem kaptur i przywróciłem moim uszom normalny, człowieczy wygląd, po czym ze znudzeniem rozsiadłem się w fotelu i począłem obracać w rękach czarne krucze pióro. Nie, żebym jadał kruki. Podobno nie są za dobre. I w dodatku mają dziwny posmak...
Wszystkie istoty w Hidden są tak różne, że nawet nie zdziwiłbym się, gdybym zobaczył tutaj jakiegoś stwora typu Minotaur. Są tu nawet kotowate. I smoki. No i na moje nieszczęście likantropy...
Miałem okazję poobserwować sobie kilkoro z nich, siedząc w swym rudym futrze w okolicy ogniska.
Ale mniejsza z tym.
Rozejrzałem się po swojej jaskini. Wypadałoby zrobić coś, żeby było w niej przytulnie. Jak na razie w grocie wielkości przeciętnego pokoju miałem tylko ciężkie biuro, rozpadający się fotel, którego nie chciało mi się naprawić przed chwilą, i łóżko, okropnie niewygodne. Już ten kamień, na którym spałem jeszcze dwie noce temu był wygodniejszy. Może by go tu przywlec?
Rozpiąłem płaszcz i wstałem, żeby rzucić go na oparcie fotela i usiąść na łóżku. Jęknąłem, kiedy kilkanaście nierównych wąskich desek wbiło się w moje pośladki. Chyba podziękuję za taki nocleg...
Mógłbym użyć jakiś zaklęć, przecież mam pół księgi w głowie, ale komu by się chciało? Może mnie natchnie do tego, żeby coś zrobić. Mógłbym cieszyć się ciszą, ale jak na złość jakiś ptak począł żałośnie śpiewać swą pieśń od siedmiu boleści. Jak masz okropny głos, to po ch*j śpiewasz?!
Zirytowany znowu przyodziałem się w płaszcz z kapturem, ale ten był znacznie wygodniejszy, bardziej przystosowany do takich wędrówek.
W nie najlepszym humorze wybyłem z groty, nie martwiąc się nawet zabezpieczeniem jej. Wszystkie najważniejsze dla mnie rzeczy mam pod ręką. Jakby ukradli mi łóżko, nawet bym się cieszył. Byłby pretekst, żeby w ogóle coś ze swoim miejscem zamieszkania zrobić. A może w ogóle przeprowadzić się do lasu i zaszyć w chatce jak te zgrzybiałe wiedźmy i obłąkani magowie? Ciszej by nie było, ale wygodniej z pewnością. Może do miasta? O nie, tam na pewno nie... Przecież tam są istoty od świtu do zachodu. A nawet po nim.
Począłem pałętać się po okolicy, aż w końcu zatrzymałem się w sąsiedztwie jakiegoś samotnego krzewu i usiadłem obok niego. Podmuch wiatru omiótł moją twarz.
  - Cześć, wietrze, przyjacielu - szepnąłem, a w odpowiedzi dostałem silniejszy powiew powietrza. - Co się dzieje z Kiette? - zapytałem po chwili, jednak zanim uzyskałem jakikolwiek odzew, usłyszałem jakiś szelest i nawet nie myśląc, przybrałem kocią postać. To był ogromny błąd.
Usłyszałem głośne warczenie tuż za mną. No to pięknie, pomyślałem, odwracając się i wpatrując się w czerwone ślepia wilkołaka... Szybko wróciłem do ludzkiej postaci, a kaptur zsunął mi się z głowy. Zdążyłem tylko wyciągnąć ręce i wytworzyć głaz.
Cisza. Okropna cisza.
Podniosłem się z ziemi, przeczesując dłonią rudoczerwone włosy i obszedłem głaz. Wilkołaka nie było. Mam nadzieję, że nie zabiłem go tym głazem. Ale nie sądzę. Są wystarczająco silne. Pewnie po prostu uciekł.
Odetchnąłem z ulgą. Trochę zapomniałem o tym, żeby uważać... Słuchać ziemi przede wszystkim. Żywiołu, z którym byłem związany najmniej, a który był mi niezbędny.
Obróciłem się, żeby udać się do swego obecnego mieszkania, kiedy to wyrosła przede mną nieznana mi postać...


Ktoś dokończy?

niedziela, 3 kwietnia 2016

To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.

Imię: Hanneon. Czyta się tak, jak pisze. W języku dzikich kotów zza oceanu ,,hanne" oznacza zwycięstwo, zatem ,,hanneon" oznacza tego, który zwycięża. Sam zastanawia się, czemu matka tak go nazwała.
Nazwisko: Chattres, takie nadała matka. Dzikie kotołaki nie używały nazwisk.
Przydomek: Rodzina mówiła mu Han. Śmiej go nazwać Dachowcem, a popamiętasz. Jak mu jakieś wymyślisz, i tak nie będzie go to obchodzić.
Rasa: matka była magiem, ojciec zmieniał się w kota. Kotomag? Powszechnie jednak przedstawia się jako mag, raczej nie mówi o tym drugim.
Wiek: Obecnie 22, ale jego wygląd nie zmienia się od trzech lat przez kotołacze geny, co często go irytuje. Ma wielką nadzieję, że nie jest nieśmiertelny albo nie utknie w dziewiętnastce do końca życia.
Płeć: mężczyzna czy kocur, jak kto woli. Nie mylić z kobietą, bo podrapie!
Stanowisko: Szpieg, chociaż mógłby być w oddziale magicznym.
Aparycja: Wzdłuż kręgosłupa ciągną się dziwne runy, które - jak powiedziała mu matka - są formułą zaklęcia pozwalającego na podróże w czasie, ale nie potrafi ich odczytać. Na prawej piersi ma bliznę po podrapaniu przez jednego ze swoich dawnych znajomych. Jest przeciętnego wzrostu i ma wątłą budowę. Jego kły są dłuższe niż te przeciętnych istot, ale ponieważ przeważnie się nie uśmiecha, nikt tego nie zauważa. Podobnie z noszeniem długich kapturów. Nosi je po to, by podczas nasłuchiwania nie było widać jego kocich uszu.
Zdolności: Ponieważ płynie w nim krew maga, potrafi władać żywiołami, jednak najlepiej dogaduje się z powietrzem. Han szanuje wszystkie cztery żywioły, traktuje je niczym żywe istoty i czasem rozmawia z nimi, głównie z wiatrem, prosząc o pomoc. Przez to wielu sądzi, ze zwariował i gada do siebie. Zna wiele zaklęć, ale używa tylko kilku i stosunkowo rzadko, ponieważ radzi sobie siłami naturalnymi. Korzystałby jedynie z lewitacji, chociaż o to również prosi wiatr. Jest zwinny, szybki i zmieści się niemal wszędzie. Może nie jest zbyt silny, ale nadrabia to umiejętnym ukrywaniem się. Potrafi w przeciągu kilku sekund zamienić się w rudego kota, bądź pół-kota. Postać pół-kota przybiera tak, jak sam chce. Tylko uszy, tylko ogon, tylko pazury, jedno z drugim albo wszytko na raz...
Zainteresowania: Czyżby to było spanie...? Po części tak, ale tym zajmuje się za dnia, w nocy ma ciekawsze zajęcia. Nikt by go o to nie posądzał, ale Hanneon uwielbia pisać. W swojej księdze z pustymi stronami zapisuje praktycznie wszystko, od snów po opisy napotkanych zwierząt i roślin, którym często dorysowuje ilustracje. Albo przemyślenia. Czasami stworzy też coś własnego, jakiś wiersz czy pieśń, bywa, że opowieść. Najbardziej lubi być sam w ciszy i świętym spokoju. Zdarzy mu się coś nucić, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. No i odradzam palenie w jego pobliżu jakichś światełek, które są w stanie drgać, zostawiania w pobliżu włóczek, szeleszczenia jakimiś rzeczami i ciągnięcie sznura. Zazwyczaj udaje mu się zapanować nad tą kocią stroną, ale nie zawsze. Zwłaszcza niedługo po przebudzeniu, kiedy jego umysł jeszcze nie otrzeźwiał.
Charakter: Zawsze chodził jak sam chciał i robił to, czego sam chciał i po dziś dzień wygląda to tak samo. Jest nad wyraz mądry i pomimo tego, że jest dość młody, ma spore życiowe doświadczenie. Nie ufa nikomu, czasami nawet sobie samemu. Jeśli w twojej obecności odezwie się nie pytany i dobrowolnie, czuj się wyróżniony. Ceni ciszę i nie lubi gaduł. Najchętniej udusiłby swoją naturę kotołaka, bo przez instynkt miewa dziwne, typowe dla zwykłych dachowców zachowania. Zazwyczaj jest podejrzliwy i w trzech czwartych życia znudzony. Twoim gadaniem, światem, życiem, padającym deszczem. Generalnie wszystkim. Ma dosyć silną samokontrolę. Jest raczej melancholikiem i najczęściej pesymistą. Bywa, że ma sarkastyczne poczucie humoru i jest po prostu wredny. Jest obserwatorem i słuchaczem. Stoi z boku i nasłuchuje, przez co wie wiele o mieszkańcach Hidden. Sprawia wrażenie chodzącej tajemnicy i to chyba jest prawdą. Nie zapominajmy też o tym, że płynie w nim kocia krew, przez co jego charakter potrafi zmienić się z osoby zupełnie niechętnej do życia w rozbrykanego, dziecinnego chłopaka. Ale o tym nie mówi i stara się te cechy wyeliminować. No i warto też wspomnieć o tym, że jest cierpliwy. Do czasu.
Historia: Urodził się w jednym miocie wraz z dwoma swoimi braćmi i jedną siostrą, w grocie pod wodospadem w kraju dzikich kotołaków. Jego ojciec już wtedy nie żył. Zginął pierwszy, kiedy tylko odkryto, że spoufalał się z magiem. Matka długo opiekowała się nim i jego rodzeństwem. Planowała ucieczkę wraz ze swoimi dziećmi do jakiegoś innego, spokojniejszego miejsca. W noc, w którą miała zamiar to zrobić, kiedy nie świecił księżyc a ona poszła zebrać jakieś jedzenie, ludzie koty znaleźli ich kryjówkę. Wcześniej wydawało się to niemożliwe, bo była świetnie zamaskowana. Han oraz jego rodzeństwo, mając niewyobrażalne szczęście, nie zostali zidentyfikowani jako istoty półkrwi, a jeden z kotołaków nawet ich przygarnął. Wychowywali się tam dosyć spokojnie. Kilka lat później Kiette przez przypadek uaktywniła swoje magiczne zdolności przy innych członkach sfory. Kotołaki postanowiły pozbyć się całej czwórki, wraz z ich opiekunem, ale Han i Kiet zdołali uciec, co niestety nie udało się ich rodzeństwu. Byli świadkami ich śmierci, podobnie ze śmiercią opiekuna. Długo szukali matki, ale nie udało im się jej znaleźć i postanowili ruszyć w świat. Z ostrożności nigdy nie zmieniali kociej postaci, przez co później miauczenie i mruczenie weszło im w nawyk. Wędrowali po różnych krajach, przez długi czas mając kotołaki na ogonie. W końcu ukryli się na statku, na którym pływali przez około pół roku. Mając lat piętnaście rozstali się w porcie, gdzie znaleźli ucywilizowane kotołaki. Kiette postanowiła już tam zostać, ale Han chciał znaleźć innych magów. W końcu znalazł starego, posępnego starca, który nauczył go używania magii. Mieszkał u niego przez jakiś czas, aż ten nie stwierdził, że Hanneon jest w stanie dać sobie radę sam. Tak, po sześciu latach wędrówki, trzech nieszczęśliwych miłościach i zdobyciu kilku wrogów trafił do Hidden przez zupełny przypadek, spadając wraz z osunięciem ziemi podczas wspinaczki po górach.
Partner: Nie myśli o tym, ale może jak ktoś mu wpadnie w oko, to się to zmieni.
Rodzina:
* ojciec: nie zna jego imienia, ale mama mówiła na niego Wspaniały.
* matka: Minah-Tian
* siostra: Kiette, z języka kotów ,,kiet" oznacza zarówno kota jak i nadzieję,
* bracia: Jumon i Sarazion, imię pierwszego z kociego oznacza ,,ten, który jest mistrzem", zaś drugiego ,,ten, który jest cudem". Obaj nie żyją.
Towarzysz: Może by posiadał, gdyby nie kocia natura, przez którą ptaka mógłby zjeść, psowatych nie lubi, za owadami mógłby biegać, a z dachowcem musiałby obchodzić się jak z kolegą. Więc pupila raczej posiadać nie będzie...
Szczegóły:
*Kiedy nie używa magii ma ciemnobrązowe oczy, jednak kiedy panuje nad którymś z żywiołów powietrza, wody, ziemi bądź ognia, zmieniają się odpowiednio na szare, niebieskie, zielone lub żółte.
*Rzadko pije alkohol, bo po pijanemu nie jest w stanie używać swych umiejętności w pełni.
*Chciał przejść na wegetarianizm, ale mieszkał w pobliżu myszy no i mu nie wyszło.
*Czasami odzywają się w nim zwierzęce instynkty.
*Jego wzrok bywa hipnotyzujący.
*Ma w sobie coś, co przyciąga do niego inne osoby, ale nie wie, czemu. Irytuje go to, bo nie jest kontaktowy i nie lubi nawiązywać nowych znajomości.
*Chce dowiedzieć się, co stało się z matką i dlaczego nadała mu takie, a nie inne imię.
*Aury jego zaklęć przybierają kolor amarantowy, złoty albo niebieski.
Autor: Lucy321