Mild wzruszyła ramionami, dalej mieszając potrawkę w kociołku. Całe szczęście nauczyła się przyrządzać proste dania polowe zanim na kryjówkę renegatów napadła armia.
- Nie wiem. Lubię być poinformowana - odparła.
Dean wzniósł oczy ku niebu. To będzie dla niego ciężki dzień...
- Ile masz lat? - rzuciła kolejne pytanie Daya.
- Nie twój interes.
- I tak się dowiem - dziewczynka wróciła do mieszania drewnianą łyżką.
- A ty? Co taka mała, bezbronna dziewczynka - te słowa ujął zupełnie sarkastycznie - robi sama w środku lasu? Rodzice?
Mild zaprzeczyła kręcąc głową.
- A opiekunowie, przyjaciele?
Dziewczyna na tą wzmiankę na chwilę straciła uwagę i przypadkowo musnęła dłonią krawędź rozgrzanego kociołka. Szarpnęła ją do tyłu czując krótki, palący ból na powierzchni skóry. Syknęła przy tym boleśnie i przycisnęła rękę do brzucha. Przykuło to uwagę lykana.
- Co się stało? - zapytał z lekką troską.
- Nic! - odparła od razu Mild, powstrzymując cisnące się do oczu łzy. - Psiakrew! Pieprzony garnek!
Wstała gwałtownie i podeszła do porzuconych przez żołnierzy pakunków. Dean przyglądał się jej z niedowierzaniem. Co jak co, ale NORMALNE trzynastoletnie dziewczęta raczej takiego języka nie używają. Co prawda, Mild i tak "złagodziła" w ostatniej chwili to, co chciała powiedzieć. W końcu znalazła w jukach jałowy bandaż i owinęła nim oparzenie. Jutro już powinno przejść.
Nagle z krzaków doszły ich jakieś szelesty. Dean zerwał się na nogi i obejrzał na Mild. Dziewczyna podrzuciła lekko lewym barkiem, chwyciła wysunięty lekko miecz i stanęła w gotowości trzymając go oburącz.
Dean? A może ktoś "obcy"? x3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz