Mild uśmiechnęła się dwuznacznie.
- Nic, nic - próbowała się wykręcić, ale powstrzymywanie złośliwego uśmieszku wychodziło jej coraz gorzej. - Po prostu widzę, że miło spędzasz czas z Haltem...
Ta drobna sugestia wystarczyła. Reakcja Vis była natychmiastowa. Zebrała luźno wiszące wodze swojego wierzchowca i zamachnęła się nimi, by trzepnąć dzieciaka w łeb. Daya zgrabnie uniknęła ciosu. Viserany całe szczęście nie była tak szczerze wściekła. Wiedziała dobrze, że młoda się z nią droczy.
- Oj, kiedyś się doigrasz - pomachała jej ostrzegawczo palcem wskazującym. - Twój refleks nie przed wszystkim cię uratuje.
- Na twoje ślimacze ruchy wystarczy - Mild wystawiła starszej dziewczynie język.
Ta udała teatralne oburzenie, uśmiechu nie powstrzymywała.
- No proszę! Jaka wyszczekana! A może wyrwę ci ten twój język i każę ci go połknąć? - zaproponowała i w momencie doskoczyła do elfki.
Dziewczynka uchyliła się przed chwytem Vis. Odbiegła śmiejąc się, jednak brunetka szybko ją dogoniła. Nie jest może zbyt silna, ale zgarnięcie upierdliwego dzieciaka i wrzucenie go do sterty liści pod drzewem nie było wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza, że wszystko było tylko i wyłącznie wygłupem. Mild poleżała chwilę w liściach dalej parskając śmiechem, aż w końcu Viserany ze zdecydowanie poprawionym humorem podała jej rękę i pomogła wstać.
Następny fragment podróży na wschód okazał się ich ostatnim. Nie, nie umarli za zakrętem. Dotarli do celu, choć nie było to z miejsca tak oczywiste jakby się można spodziewać...
Gwizdacz, miedziany ogier Halta, nagle zakwiczał i zaczął się cofać, niemal wpadając na konia Viserany. Łucznik ściągnął wodzę w ostatniej chwili, lecz koń dalej był niespokojny. Mild, jadąca razem z Lisbeth na jednym karoszu, ściągnęła wodze i obejrzała się na nich do tyłu. Phester i Ashlotte zrobili podobnie.
- Hej! - warknęła na łucznika Bherini. - Daruj sobie, to już nie jest śmieszne!
- To nie ja - zaparł się chłopak.
- Tak, poprzednie trzy razy to też nie ty? Nudzi ci się czy jak?!
Jak się można było spodziewać, Halt po prostu nie mógł przepuścić okazji do rzucenia złośliwym komentarzem. Rozpętało to kolejną przepychankę słowną, tym razem jednak na sporą skalę. Lisbeth westchnęła zniecierpliwiona nad uchem Mild.
- Oni tak zawsze? - rzuciła, na co Daya jedynie wzruszyła ramionami.
- Przysięgam, że tym razem to nie ja - powiedział w końcu Halt i dodał, gdy Viserany już otwierała usta do kolejnego komentarza: - Gwizdacz jest po prostu tak wyszkolony.
- Do denerwowania reszty? - rzuciła kąśliwie dziewczyna.
- Spokojnie - wtrącił się Phester. Nie mówił głośno, a jednak jego stoicki spokój natychmiast uciszył obu. - Czuje krew, prawda? - dodał kiwając blaszanym dziobem w stronę niespokojnego rumaka.
Halt zmarszczył brwi podejrzliwie, co nie było oczywiście zbytnio widoczne przez kaptur.
- Skąd wiesz? - spytał.
- Zgadywałem - odpowiedział medyk. - Zachowajcie czujność.
Łucznik bez ociągania zdjął z pleców łuk i nałożył strzałę na cięciwę nie naciągając jej jeszcze, kierując teraz wierzchowcem jedynie nogami. Nie ufał zbytnio temu facetowi, ale wierzył Gwizdaczowi. Ogier nigdy go nie zawiódł. Reszta poszła w ślady Halta. Mild poluzowała nieco pas pochwy na plecach, aby w razie czego mogła wysunąć z niej miecz samym szarpnięciem ramienia i od razu go chwycić. Vis (mimo ciągłej niechęci do łucznika) jechała dalej trzymając w ręce sztylet. Ashlotte, jakby w zamyśleniu, gładziła rękojeść szabli. Lisbeth także trzymała rękę na nożu przy pasie. Tylko Phester dalej jechał, jakby jego własne słowa go ominęły. Dziwny z niego facet, pomyślała Daya.
W końcu odnaleźli źródło niepokoju Gwizdacza. Wjechali na wydeptaną polankę, która niedawno musiała być miejscem poważnej walki. Pierwszym, co rzuciło się w oczy Mild była rozcięta stalowa siatka, od wewnętrznej strony pokryta cienkimi kolcami. Ziemia pod nią była zakrwawiona i rozorana. Dopiero potem dziewczynka zauważyła ciała jakichś nieznanych sobie mężczyzn. Wyglądali jej na najzwyklejszych bandytów. Lisbeth i Halt zeskoczyli z siodeł. Dziewczyna podeszła do siatki, łucznik natomiast obserwował ślady.
- Smokobójcy - powiedziała po chwili Lis. - Siatka stworzona do łapania latających gadów.
- Nie będę się kłócił. Ziemia pod nią jest rozryta i ugnieciona, a tamta sosna ma połamany wierzchołek - dodał Halt. - Coś wielkiego spadło z nieba i uderzyło w polankę...
- Smok?! - zapytała podniecona Mild.
- Dobra, ale gdzie on w takim razie jest? - zaciekawiła się Vis. - Ci mili panowie nie wyglądają jak po walce ze smokiem.
- To robota człowieka...a w każdym bądź razie istoty humanoidalnej - odpowiedział chłopak.
- Rany, to ty takie trudne słowa znasz? - rzuciła złośliwie Viserany.
Nie skomentował tego.
- Złapali smoka, ale jakaś obca grupa musiała go uwolnić i zatłuc smokobójców - podsumowała Lisbeth. - Nic tu po nas.
- Przeciwnie - Halt z uśmieszkiem wskazał szlak prowadzący na wschód. - Zostawili trop...
- Chcesz iść za tymi wariatami ratującymi smoki? - był to raczej domysł, niźli pytanie.
- I tak mamy po drodze, prawda panie Kruku?
Phester jedynie wzruszył ramionami. Łucznik uznał to za zezwolenie i wskoczył na siodło z miejsca ruszając kłusem, a za nim reszta. Mild zaczekała na Lisbeth i popędziła karosza.
Wkrótce dotarli do kolejnej polany. Ta była bardziej rozległa...a niemalże na wprost nich znajdował się jakiś domek. Przed nim leżał na słońcu wyciągnięty niczym kot spory jasnoszary kształt...
- Smok! - pisnęła elfka nie mogąc się powstrzymać.
Wszyscy wstrzymali oddech. Gad podniósł zaciekawiony łeb i wpatrywał się w nich błękitnymi oczyma. Mimo, iż był jakieś kilkadziesiąt metrów dalej, widział ich jak na dłoni, każdy szczegół, kolor oczu, wyraz twarzy...i broń. Smok nie wiedzieć czemu podniósł się nagle i zaczął cofać, wydając dźwięki niczym wieloryb.
- Czy on się nas...boi? - powiedział z niedowierzaniem Halt.
- Ale niby dlaczego? - zdziwiła się Daya. - To przecież smok! Może nie tak wielki, ale jednak smok.
Grupa niepewnie ruszyła konie i zaczęli zbliżać się do domku. Smok zaczął warczeć ostrzegawczo. Teraz Mild zauważyła opatrunek na jego przedniej łapie. Gdy byli już jakieś dziesięć metrów od chaty, z lasu nagle wyszły dwie postacie: jakiś chłopak z rogami i kot poruszający się na dwóch nogach. Nieśli w rękach drewno na opał. Na widok tego drugiego Halt zamarł.
- Nie wierzę... - powiedział tylko.
W tym samym momencie felin zauważył także i jego. Upuścił opał na ziemię, a na jego pysku wykwitł pełen złośliwości uśmiech.
- Halt! - krzyknął. - Sporo czasu się nie widzieliśmy! - kot ruszył w ich kierunku.
- Zdecydowanie za krótko, Gambit - warknął łucznik. Zsiadł jednak z konia i pokazał reszcie, że nie ma się czego obawiać.
- To ty ich znasz? - zdziwił się rogaty.
- Pewnie Wasza Wysokość - powiedział dalej uśmiechnięty kocur, którego Halt nazwał Gambitem. - A przynajmniej tego w płaszczu...Gdzieś ty wytrzasnął te dziwadła?
Mild obejrzała się po sobie nie rozumiejąc dlaczego została nazwana dziwadłem. Reszta nie poczuła się urażona. Smok zaskomlał wychylając łeb zza domku. Gambit obejrzał się w jego stronę.
- Spokojnie, Frel - powiedział. - Nic ci nie zrobią.
- Nic ci...? - powtórzyła szeptem Lisbeth nie dowierzając w to co słyszy. Od kiedy smoki obawiają się bandy włóczykijów?
- Wiesz co Alt? - powiedział nagle kot. - Chyba przyda się nam to ognisko nieco większe.
- Racja, ale najpierw chyba przyda się nieco wyjaśnień - chłopak położył drewno na stosie obok werandy i zwrócił się do nowo przybyłych: - Nazywam się Atlant Lakoo, tutejszy, w pewnym sensie, władca. Mogę poznać wasze imiona?
Na chwilę zapadła cisza. Mild obejrzała się na resztę i pierwsza wystąpiła naprzód prostując się dumnie.
- Jestem Mild Aldre - dygnęła wedle wpojonych jej w dzieciństwie zasad.
Atlant uśmiechnął się lekko widząc to i również lekko teatralnie się ukłonił. Halt widząc, że obcy nie jest wrogo nastawiony przedstawił się drugi. Po nim Viserany, Phester, Ashlotte i w końcu Lisbeth.Nagle - ku zdziwieniu Atlanta i Halta - odezwał się Gambit:
- Dobra, skoro po szczerości do po szczerości: Malik Seley el'then - skłonił się lekko przed towarzystwem wzdychając lekko.
Atlant podniósł pytająco brew.
- Czyli to to chciałeś wcześniej mi i Squall powiedzieć, co? - zauważył.
Halt zesztywniał.
- Tobie...i komu? - jęknął.
Malik uśmiechnął się diabolicznie. I wtedy z lasu wyłoniła się kolejna postać. Tym razem była to kobieta. Zastygła w miejscu - nie tyle, co na widok obcej grupy. Raczej gdy zobaczyła samego Halta. Mild obserwowała to jedno to drugie. Atlant widząc co się święci zaprosił grupkę do chaty. Nikt nie oponował. Na podwórzu zostali tylko Halt, Squall i Gambit...no i oczywiście Frelser, który nie mógł wejść do domku Alta, a obecnie patrzył zaciekawiony na człowieka w zielonym płaszczu.
Squall? Nikomu innemu nie mogłam tego dać do dokończenia XD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz