czwartek, 10 września 2015

Od Halta cd Squall - Wysiadka

        Felin chyba przyjął sobie ostrzeżenie do serca. W każdym razie gdy ktoś trzymał na nim oko. Halt przywykł do bujania kilka godzin po jakże krótkiej rozgrywce w ,,łgarza". Tym razem ku jego uldze trwało to krócej. Chyba zaczął się przyzwyczajać. Zły znak. 
  Gambit ani trochę nie wzbudził w nim więcej zaufania niż przy pierwszym spotkaniu. Sam jego pseudonim którym się przedstawił z miejsca ostrzegał ,,Uwaga, jestem krętaczem i złodziejem!". Łucznik pilnował go ukradkiem czy aby nie próbował posłać statku z dymem. Nie żeby ta zasrana łajba go cokolwiek obchodziła. Z ulgą o niej zapomni gdy tylko postawi nogę na stałym lądzie. Ale póki to ona trzymała go przy życiu kilka mil od brzegu miał nadzieję, że jeden puszek nie pośle jej na dno. Poza tym robił to też z szacunku do kapitana. Nie w tym zwykłym, uczciwym sensie. Znacie to uczucie, kiedy kogoś szczerze nieznosicie, ale mimo tego odczuwacie pewien mały, ledwo tlący się podziw do tej osoby...chociaż w życiu byście się do tego nie przyznali. To właśnie czuł wobec Squall Halt: mieszaninę nienawiści z drobną dozą podziwu dla zdolności i charakteru.
  Nawet gdy wepchnęła mu do rąk szpadel. Kapitan zrobiła to tak niespodziewanie, że pozbawiła łucznika tchu. Chłopak spojrzał na nią pytająco, na co ta uśmiechnęła się tryumfująco.
  - No co? - powiedziała. - Mówiłam, że masz posprzątać po tej kobyle. Pronto.
  Halt nawet tego nie skomentował. Posłał oddalającej się dziewczynie pełne jadu spojrzenie i ze wzruszeniem ramion ruszył w stronę schodów do ładowni. 
  Gwizdacz przywitał go od razu pretensjonalnym rżeniem i tupnął kilka razy kopytem. Jak mogłeś mnie tutaj zostawić?!
  - Spokojnie, mały, jutro stąd spadamy - łucznik poklepał czworonoga po karku, po czym oberwał w środek czoła końcówką końskiego ogona. 
  Tym razem ogier parsknął i zarżał zdecydowanie weselej. Po chwili dołączył do niego śmiech bardziej ludzki, chodź zdecydowanie dziwny, jakby bardziej delikatny i zdecydowanie bardziej perfidny. Halt dopiero teraz zauważył wylegującego się na workach z cukrem felina. 
  - Konie to wredne bestie, nie uważasz? - powiedział kot. Obieżyświat nie odzywał i zajął się swoją robotą. - Że też wy, ludzie, tak je uwielbiacie.
  - Wybacz, ale nie mamy czterech łap - odezwał się w końcu. - I nie sramy pod płotami.
  - No proszę, dowcip ci się wyostrzył - Gambit uśmiechnął się złośliwie. - Czyżby przeszła ci choroba morska?
  - Owszem - przyznał bez cienia emocji łucznik. - Zrobiłbyś coś pożytecznego futrzaku zamiast zostawiać kłaki na cukrze...
  - Na przykład co?
  - Zanurkować po kostkę pani kapitan - odpowiedział sarkastycznie Halt akcentując ostatnie dwa słowa. I nie wrócić, dodał w myślach.
  Ku jego zdziwieniu Gambit roześmiał się ponownie. Na powątpiewające spojrzenie łucznika wyciągnął z kieszeni lnianych spodni jakiś drobny ciemny przedmiot i zaczął podrzucać go w ręce.
  - Ludzie mają słaby wzrok z tego co słyszałem. Ty chyba też nie jesteś wyjątkiem. Nie CZYM właściwie jest ,,pani kapitan", bo się za bardzo od was różni, ale mimo kocich oczu widzi nie lepiej - powiedział zagadkowo felin.
  Dopiero teraz Obieżyświat rozpoznał w podrzucanym przedmiocie...obsydianową kostkę.
  - Skąd ją masz?! - zapytał zaskoczony podchodząc dwa kroki bliżej.
  - Wcale nie wypadła za burtę. Nawet nie zdążyła spaść na pokład - odpowiedział Gambit z tryumfalnym uśmiechem.
  Haltowi mimowolnie podniósł się jeden kącik ust.
  - Nie doceniłem cię - przyznał. - I co teraz z nią zrobisz?
  - Powiedzmy...że ją sobie pożyczę. Oddam dopiero gdy Sztorm przybije tam, gdzie JA zechcę. A przyznam...bardzo mi ten statek odpowiada - kot przeciągnął się i poprawił na swoim ,,legowisku".
  - Co miałeś na myśli mówiąc, że Squall jest...inna? - zainteresował się nagle łucznik.
  Felin otworzył oczy i zmarszczył brwi.
  - Tak bardzo interesują cię tajemnice tych ślicznych ocząt? - zadrwił.
  - Nie. Interesuje mnie za to co wiesz o Sztormie. I lepiej mów prawdę.
  - Mam być szczery? Nic nie wiem. Ale czuję. Ta pannica nie jest zdecydowanie kim za kogo się podaje. I dlatego zostaję na tym ,,przeklętym" okręcie dopóki się tego nie dowiem.
  - Powodzenia życzę - parsknął śmiechem Halt.
  Nagle łajbą zabujało silniej niż zwykle. Obieżyświat zatoczył się do tyłu i w ostatniej chwili odzyskał równowagę. Gwizdacz zarżał szarpiąc łbem czując jakieś zagrożenie. Nawet spokojny do tej pory felin zjeżył się i syknął zaniepokojony.
  - Lepiej to sprawdźmy - mruknął Halt i ruszył do barierki schodów powstrzymując cisnący żołądek.
  Squall klęła walcząc z kołem sterowym. Wiatr szarpał olinowaniem, które samo zamiast załogi walczyło z burzą. Deszcz lał się strumieniami. Halt został pchnięty w stronę masztu i postanowił zostać przy nim trzymając się kurczowo. Gambit natomiast wbił pazury wszystkich czterech kończyn w pokład gdy wicher  rzucił nim do tyłu.
  - Czyżby Sztorm spotkał swojego imiennika?! - przekrzyczał huk.
  - ZAMKNIJ SIĘ! - odwrzasnęła kapitan. - PIE***LONA BURZA!
  Halt w przerwie między bujnięciami przebiegł w stronę steru. W ostatniej chwili chwycił się balustrady.
  - I co teraz?! - zawołał do Squall.
  - Płyniemy do portu! - odpowiedziała dziewczyna. - Musimy to przeczekać!
  Łucznik słysząc przekleństwo w niezrozumiałym sobie języku obejrzał się. To Gambit straciwszy równowagę spadł z łoskotem na dolny pokład. Halt postanowił pójść jego śladem. Z tą różnicą, że jemu udało się normalnie skorzystać ze schodów. Zatrzasnął klapę i osunął się na stopień. Kot mimo obtłuczeń zdołał zaśmiać się złośliwie widząc jak gwałtowne bujanie przypomniało łucznikowi o chorobie morskiej.

        Statek przybił chyba cudem do najbliższego portu. Kołysanie nie ustało, ale przynajmniej zmalało na tyle, by Halt mógł opanować protestujące trzewia. Stęknął i podniósł się na nogi. Po niewygodnej drzemce utwierdził się w przekonaniu, że ma dość. Dosyć tego okrętu, dosyć Squall, dosyć nawet towarzystwa Gambita. Po krótkim namyśle chwycił leżące w nieładzie oporządzenie Gwizdacza i osiodłał zdziwionego, aczkolwiek rozweselonego konia. Czyżby opuszczali statek? Nareszcie!
  Gdy łucznik skończył, cichcem zakradł się do wyjścia. Podniósł lekko klapę. Deszcz dalej siąpił niemiłosiernie, ale jechać się dało. Wyprowadził konia (całe szczęście, że umiał się poruszać odpowiednio cicho, chwała długoletnim treningom!) na pokład i opuścił trap. Sprowadził Gwizdacza ostrożnie na molo i sarkastycznie zasalutował okrętowi. Po tym wskoczył na siodło, a ogier natychmiast zerwał się do biegu. Tego mu brakowało! Piekielny rejs nareszcie się skończył!

Wybacz, że cię tak zostawiam z puszkiem, Squall, ale nabrałam nagle weny x3 Miłego rejsu z kocurem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz