Halt nawet nie
miał ochoty na komentarze. No cóż, sprawa przedstawiała się jasno: ma zdobyć
jakąś księgę znajdującą się w cholerę wielkiej bibliotece, pilnowanej przez
cholera wie co, w jakiejś cholernej warowni gdzieś na tej cholernej wyspie.
Świetnie! Co w tym niby budzi jakiekolwiek wątpliwości?
Nie ma co jęczeć.
Łucznik poprawił pas kołczana i już w biegu sprawdził napięcie cięciwy. Na
szczęście nie zbutwiała. Schował łuk do kołczanu i zagłębił się w las. Cały
czas upewniał się, z której strony tu przybył, aby nie stracić orientacji. Było
to trudne zadanie, gdyż wszystko wokół wyglądało tak samo. Każde drzewo,
fragment ścieżki, gęstość zalesienia – nic się nie zmieniało. Halt mógł tylko
mieć nadzieję, że warownia w żaden sposób nie została zakamuflowana.
Przedzierając się przez splątane gałęzie i krzywe pnie zastanawiał się, co też
może strzec tej biblioteki. Squall nie kwapiła się by poinformować go kim byli
jego poprzednicy. Nie mógł więc domyślać się, jakie on sam ma szanse. Bo
przecież dobrze byłoby wiedzieć, że możliwe jego poprzednik był wyszkolonym
wojownikiem, a mimo to nie podołał zadaniu. Tak samo przydatna byłaby
informacja, że zastąpił jakiegoś byle chudego kieszonkowca, który złamał nogę
przez jakiś korzeń zanim dotarł do owej warowni i nie wrócił, dale leżąc w
jakimś rowie.
Po parunastu
minutach żwawo wspiął się na pierwsze lepsze drzewo i z korony rozejrzał się po
terenie. Wyspa nie była przecież wielka. Dostrzeżenie warowni nie było więc
trudne. Szara, podniszczona wiekiem wieża z zawalonym stropem aż raziła oczy
wśród zielonych lasów. Łucznik sprawnie zszedł na ziemię i powrócił do marszu.
W końcu dotarł do
poszukiwanej warowni. Jednak widząc zawaloną w połowie, zbudowaną wyłącznie z
szarego kamienia wieżę naszły go wątpliwości. W czymś takim miała znajdować się
biblioteka? Szybko jednak skarcił się w myślach. „Nigdy nie oceniaj niczego po
okładce” pomyślał i śmiało wszedł przez całą jeszcze bramę, z ręką zaciśniętą w
pogotowiu na łuku. Instynkt nie oszukał go – za wejściem znajdowały się schody.
Nie trudno więc domyślić się, gdzie znajdowała się szukana biblioteka.
Z trudem dotarł na
sam dół. Światło zapewniały ledwo tlące się pochodnie powieszone na ścianach w
tak wielkich odległościach, że rzucana przez nie poświata nie robiła w mroku
korytarza większej różnicy. Mimo wszystko jednak cały czas trzymał się
przeciwnego muru, który pozostawał zacieniony. Nie chciał rzucać swojego cienia
na schody przed sobą, w razie gdyby ten cały „strażnik” czekał blisko wyjścia. Halt
zawsze stawiał na element zaskoczenia. Do tej pory zawsze był niezrównaną
pomocą. Gdy w końcu tunel skończył się łucznikowi zaparło dech w piersi.
Owa biblioteka
okazała się zdecydowanie większa niż przypuszczał. Było to pomieszczenie
wielkości nawy głównej w słynnych, wielkich katedrach i kościołach. Stojące
rzędy gigantycznych regałów wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Kopulaste
sklepienie ginęło w mroku, jednak reszta biblioteki była wręcz doskonale
oświetlona za pomocą płonących na zielono pochodni. Halt otrząsnął się i ruszył
wolnym, niesłyszalnym krokiem w stronę pierwszego lepszego regału. Jednak gdy
przejechał wzrokiem po grzbietach książek zwątpił w samego siebie. Gdzie ma
szukać tego pieprzonego zaklęcia? Były tam przecież miliony podobnych ksiąg.
Nagle kątem oka
łucznik dojrzał jakiś ruch. Obrócił się w tamtym kierunku odruchowo chwytając za
strzałę. Nałożył ją na cięciwę i powolnym krokiem ruszył śladem tajemniczego
poruszenia. Czymkolwiek to było, nie zauważyło go i Halt zamierzał to wykorzystać.
Wyjrzał za róg regału. Jakaś tajemnicza postać sprawnie skradała się przed
siebie. Mężczyzna szedł pewnie, jakby wiedział gdzie ma szukać. Halt nawet już
podejrzewał czego szuka. Z nikłym uśmiechem ruszył za nim skradając się od
cienia do cienia, cicho niczym duch.
Postać zatrzymała
się. Zamachała ogonem (ku zdziwieniu Halta) i nastroszyła uszy, jakby coś ją
zaniepokoiło. Jednak po chwili podjęła poszukiwania. Felin (Obieżyświat
domyślił się z kim ma do czynienia) wskoczył na regał po lewej i z łatwością
wspiął się na wyższe półki. Halt czując podpowiedź intuicji odszedł trochę na
bok, dalej doglądając jego poczynania. Kot trzymając się półki jedną ręką,
zaczął wertować księgi drugą. W końcu pochwycił obitą brązową skórą książkę.
Haltowi w oczy rzucił się błysk złotych
napisów: „Mona sori”.
Uśmiechnął się do
siebie i naciągnął cięciwę z nałożoną strzałą. Pocisk poszybował ku celowi.
Jenak brzdęk cięciwy musiał uprzedzić felina, gdyż w ostatniej chwili odwrócił
łeb w stronę łucznika. Strzała przeleciała mu przed nosem, ten jednak z
zaskoczenia puścił się półki i runął w dół. Obieżyświat obserwował jego „lot”
już czując łatwy sukces. Kot jednak w locie z wrodzoną wprawą okręcił się i
lądując przeturlał się po podłodze dla złagodzenia upadku, który mimo iż
zapewne i tak bolesny nie wytrącił go z rytmu. Od razu zerwał się na nogi.
Książka upadła na ziemię. Obejrzał się z furią na zakapturzonego łucznika, sam
ściągając własny kaptur. Oczom Halta ukazał się pysk brązowego kota, z
jaśniejszym znamieniem w kształcie półksiężyca na czole i szmaragdowymi oczami.
Obieżyświat podszedł dwa metry i podniósł skórzany tom z podłoża. Felin z
zaciętym wyrazem pyska wyszarpnął zza pasa sztylet i pokiwał ręką prowokująco.
Łucznik jednak nie zamierzał wdawać się w bójkę. Już nakładał kolejną strzałę,
jednak kot niesamowitą prędkością
doskoczył do niego i zamachnął się poziomo sztyletem. Halt uskoczył w ostatniej
chwili, zarzucił łuk na plecy i wyciągnął własny nóż. Felin długo nie czekał.
Utrzymując dystans mniejszy niż metr wprawnie atakował sztyletem, co jakiś czas
kanciarsko przerzucając go do drugiej ręki dla zmylenia. Obieżyświat z pewnym
trudem parował ataki, mając wolną jedną rękę, pod pachą drugiej trzymając
księgę. Nagle jednak kot cofnął się o krok i z wyskoku kopnął przeciwnika
obunóż w mostek. Halt wypuścił „Mona sori” i zatoczył się do tyłu, na chwilę
tracąc oddech. Gdy podniósł się na nogi ogon felina znikał już za zakrętem.
Rzucił się za nim w pościg. Jednak gdy skręcił w prawo zamarł zdziwiony widząc
dziesięć metrów przed sobą swojego przeciwnika, stojącego jak słup soli i z
lekkim przerażeniem patrzącego przed siebie. Dopiero wtedy do uszu Halta
dotarło to, co kocur usłyszał wcześniej: kroki, połączone ze zgrzytem pazurów o
posadzkę.
I wtedy spomiędzy
regałów wylazł owy tajemniczy strażnik biblioteki. Był to behir, długi na
dwanaście metrów błękitny jaszczur z sześcioma parami łap. Podniósł łeb, a gdy
dostrzegł obcych zaryczał z furią. Felin momentalnie pobiegł z powrotem w
stronę łucznika. Jednak przebiegając obok niego wepchnął mu w ręce księgę.
- Jest twoja! –
powiedział szybko i uciekł między regały.
Halt zaskoczony
spojrzał na okładkę, a następnie na behira. Jaszczur utkwił wzrok w brązowej
księdze. Łucznik zdając sobie sprawę czego chce smokopodobny, zerwał się do
ucieczki. Sam na tak szerokiej przestrzeni nie miał z tym gadem szans, a
książki za nic nie zostawi. Musiał dostać się do tunelu, tamtędy raczej behir
się nie przeciśnie. Jaszczur po raz kolejny ryknął i z łomotem dwunastu łap
rzucił się w pościg. Łucznik skręcił za regał i gdy nadrobił nieco dystansu
odwrócił się dobierając łuku. Gdy gad wychylił łeb w jego kierunku czekała go
niemiła niespodzianka. Strzała wbiła mu się w lewe oko. Na chwilę go to
zatrzymało. Obieżyświat pobiegł więc przed siebie w kierunku, z którego – miał nadzieję
– przyszedł wcześniej. Kluczył między ścianami z równo poukładanych ksiąg
starając się na darmo zgubić behira. Błękitnołuski był dobrze rozeznany w
układzie biblioteki i za każdym razem zmuszał Halta do zmiany kierunku. W końcu
chyba cudem Obieżyświat dostrzegł wyjście. Przyspieszył ostatni raz i rzucił
się do wąskiego korytarza. W ostatniej chwili. Behir jedynie wepchnął do środka
łeb, nie mając miejsca by go chociażby otworzyć. Halt z bijącym sercem oparł
oparł się o ścianę i obserwował jak gad próbuje poszerzyć wyjście. Nie czekał
aż mu się to uda. Wybiegł z powrotem po schodach, kurczowo trzymając pod pachą „Mona
sori”. Gdy w końcu ujrzał jasną plamę światła do jego uszu dotarł desperacki
ryk.
Łucznik z ulgą
wciągnął w płuca świeże powietrze. Ludzkim odruchem przysłonił oczy od jaskrawego
światła. Jego błąd. Oberwał błyskawicznym ciosem w brzuch. Zgiął się w pół
tracąc oddech, gdy następny cios smagnął go w plecy. Upuścił księgę i padł,
nieco zamroczony, na ziemię. Stojący obok napastnik zamachał ogonem,
uśmiechnął się tryumfalnie i odrzucił kij, którym posłużył się jako
prowizoryczną bronią.
- Pozwolisz, że to
wezmę – powiedział zadowolony i podniósł skórzany tom.
- Dziękuję bardzo! –
powiedział nagle trzeci głos.
Nim felin zareagował
ktoś wyrwał mu księgę i przywalił w potylicę. Halt podniósł głowę. Jego oczom
ukazała się postać Squall.
Squall? Później opowiesz, gdzie byłaś, chyba, że chcesz :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz