Haltowi dawno nie było dane spędzać czas w towarzystwie, którego nie miał okazji z miejsca powystrzelać...no dobra, może było tu kilka ,,ewenementów", ale po co marnować strzały? Poza tym Atlant okazał się wyjątkowo gościnnym gościem i łucznik nie miał ochoty zajść mu za skórę. Gdy Squall przyniosła rum towarzystwo z miejsca poweselało. Największy entuzjazm okazał, ku jego zaskoczeniu - smok. Frelser słysząc nuty pieśni marynarskiej i prawdopodobnie już czując trunek wyprostował szyję na całą długość i utkwił wąskie gadzie źrenice w pani kapitan. Wyglądał przy tym jak pies myśliwski. Halt aż odchylił się do tyłu sprawdzić, czy zaraz z radości nie walnie ogonem w plecy Mild i Viserany. Szczęśliwie dla dziewcząt, chyba aż takich odruchów kanapowca nie miał.
Obieżyświat przyjął podany kubek, nawet nieco ufając, że piratka niczego mu tam nie dosypała. Poprzestał na jednym - wolał być w razie czego trzeźwy - i przysłuchiwał się opowieściom swoich nowych towarzyszy niedoli. Malik (Wiedziałem, że ma jakieś imię) streścił jak dostali się ze Squall do Hidden, ignorując jej docinki. Piratka natomiast opowiedziała jak wyratowała z opałów Frelsera, zupełnie nie zwracając uwagi na złośliwe uśmieszki Alta i felina, którzy - wnioskując po tym - również tam byli. Pałeczka przeszła na Frela. Gad po namowie opisał jak był zmuszony uciekać przed smokobójcami. Gdy zapadła cisza, Vis nie mogąc się powstrzymać przerwała ciszę całkiem zabawną historią, jak to Mild zniszczyła jakiejś kokietce sukienkę. Małej elfce pozostało zarumienić się ze wstydu. Po minucie jednak zrekompensowała się przypominając Viserany jak złamała nogę jakiemuś wieśniakowi. Ta dała młodej kuksańca i szybko uzupełniła, że to była wina Halta. Phester westchnął, po czym mruknął coś w stylu ,,No i się zaczęło". Łucznik ze złośliwym uśmiechem rzucił jedynie, że nie przypisuje sobie żadnych zasług, a w owym ,,przedsięwzięciu" był jedynie pomocnikiem. Rozpętał przy tym trwającą następne dwadzieścia minut wojnę na argumenty.
Gdy oboje w końcu się znudzili, reszta już dawno skupiała się na ciekawszych zajęciach. Mild gadała z Frelserem, wyraźnie nim zaintrygowana. Haltowi obiła się o uszy czyjaś wzmianka o sytuacji na północy i już chciał się wtrącić, gdy nagle coś zwróciło jego uwagę. Właściwie nawet nie ,,coś". Po prostu nagle coś w głowie podpowiedziało mu, że powinien się mieć na baczności. Ktoś się zbliżał. Łucznik zaufał instynktowi. Nie chcąc niepotrzebnie przerywać innym rzucił niedbale, że musi się przewietrzyć, po czym wziął do ręki łuk. Lisbeth jako jedyna zwróciła na ten fakt większą uwagę.
- ,,Przewietrzyć"? - rzuciła niedowierzająco i kiwnęła głową w stronę broni.
- Przezorny jest zawsze ubezpieczony - odparł z uśmiechem Halt. - Poza tym słyszałaś Atlanta - w pobliżu poniekąd jest całkiem sporo ,,nieciekawych stworzeń".
- A ich szczególne skupisko odnotowano na pewnej opuszczonej polanie - dodała z przekąsem. Mężczyzna nie był pewny, czy w jej oczach zobaczył błysk wesołości, czy tylko mu się zdawało.
Gdy tylko zagłębił się nieco w las porzucił pozory spokoju. Wyjął z kołczanu strzałę i nałożył ją na nienaciągniętą cięciwę, idąc przed siebie wolno. Stawiał kroki z już wrodzoną ostrożnością. Omijał suche, szeleszczące liście oraz nadłamane gałązki, całkowicie skupiony na otoczeniu. Nie był nawet w stanie określić ile czasu minęło - każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Ale wokół panowała upiorna cisza, przez którą Halt nawet obawiał się wziąć głębszy oddech. Las milczał.
Łucznik ostatni raz omiótł skąpane w świetle księżyca pnie drzew. Chyba mi odbija, pomyślał. Był tego już niemal pewny, gdy nagle coś zaszeleściło na lewo od niego. W jednym płynnym ruchu poderwał łuk, naciągnął cięciwę po rąbek ust i wypuścił strzałę w koronę drzew. Nie trafił - poinformował go o tym głuchy stuk wbijającej się w pień strzały...oraz zaskoczony, kobiecy okrzyk.
- Patrz gdzie strzelasz, barani łbie! - wyrwało się nieznajomej. Właścicielka głosu chyba jednak zrozumiała, że zrobiła coś wyjątkowo głupiego, bo szybko ucichła.
Halt stał w tym samym miejscu, mierząc w liście. Nie speszył go fakt, że strzelił do kobiety. Doświadczenie minionych dni nauczyło go jednego - ładna buzia czy uwodzicielski głos to jedynie przykrywki dla podłego charakteru.
- Złaź na dół - powiedział spokojnie.
Nieznajoma wahała się moment zanim zdecydowała się zeskoczyć z drzewa. Gdy już to zrobiła, łucznika ogarnęło niemałe zaskoczenie. Jakieś dwa metry od niego stała najprawdziwsza harpia, tego był pewien. Ptasie szpony zamiast stóp, brązowe pióra, rozłożyste skrzydła zrośnięte z rękoma i biały czub zamiast włosów. Dziewczyna jednak zdecydowanie nie była typową harpią. Miała twarz młodej kobiety, a nie wiedźmy. Poza tym, gdyby była typową przedstawicielką swojej rasy, odpowiedziałaby na posłany w jej stronę strzał czymś zdecydowanie bardziej nieprzyjemnym niż nazwanie ,,baranim łbem". Mężczyźnie rzuciła się w oczy także przewieszona na plecach lutnia z jasnego drewna.
- Dobrze, jestem na ziemi - powiedziała melodyjnie harpia. - Możesz już chyba opuścić łuk, nie sądzisz? To trochę...krępujące, mieć wycelowaną w pierś strzałę.
- Od kiedy w okolicy mieszkają harpie? - zapytał Halt, nie obniżając łuku. - Z tego co słyszałem pełno tu jakiegoś dziadostwa, ale o harpiach ani słowa.
- Bo nie mieszkają w Sorsinie dobre trzy wieki? - odpowiedziała nieznajoma jakby mówiła coś oczywistego.
- W takim razie co tu robisz?
- Zwiedzam.
- Las?
- Wiesz, mogłabym cię zapytać o to samo.
Łucznik prychnął uśmiechając się lekko. Zdjął strzałę z cięciwy.
- Niech ci będzie - powiedział. - Wnioskuję, że również trafiłaś tu cudownym zrządzeniem losu uciekając przed wojskami?
- ,,Również"? - zainteresowała się. - Czyli jest tu więcej uciekinierów?
- Całkiem spora gromadka - Obieżyświat machnął ręką w kierunku, z którego tu przyszedł. - Chyba moim obowiązkiem jako nowo mianowanego obywatela tego skrawka lasów jest zaprowadzenie cię do reszty. Pani pozwoli?
Harpia uśmiechnęła się i ruszyła za nim. Przez chwilę panowała cisza.
- A tak w ogóle to z kim mam przyjemność? - zapytała nagle dziewczyna.
- Z tego co pamiętam to prędzej tobie wypada się przedstawić, biorąc pod uwagę fakt, że jestem uzbrojony, a ty nieproszonym gościem - zauważył mężczyzna.
- A savoir vivre? - sparowała z lekką wesołością. - Jeszcze wczoraj to mężczyźnie wypadało się przedstawić pierwszemu...zwłaszcza , jeśli wcześniej nieopatrznie strzelił w stronę damy.
- Cwana jesteś - łucznik już zaczynał ją lubić. - Halt, do usług. A ty?
- Kaniehtí:io Neomë'thakkí.
Halt bezskutecznie próbował kilka razy powtórzyć skomplikowane imię harpii, ale szybko się poddał.
- A jakaś krótsza wersja? - rzucił z nadzieją.
- Ziio - odparła teraz już wyraźnie rozbawiona kobieta.
W końcu las ustąpił miejsca znajomej polanie z dalej płonącym ogniskiem i zadowolonym towarzystwem. Squall widząc wychodzącego spomiędzy drzew łucznika już otworzyła usta, by rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale urwała gdy zauważyła harpię. Zresztą nie tylko ona - wszyscy nagle ucichli zaskoczeni.
- Panie, panowie i inne gady! - zaanonsował teatralnie Obieżyświat, przy ostatnich słowach rzucając wymowne spojrzenie w stronę co poniektórych, dając im do zrozumienia, że to nie Frelsera miał na myśli. - Oto panna Ziio we własnej osobie!
Ziio? Ktoś inny? Skombinowałam muzykę! x3
No i bomba! Teraz przynajmniej możemy pośpiewać z muzyką XD
OdpowiedzUsuńNo ba! Co to za ognicho bez minstrela? x3
UsuńJeszcze chwila i Feniksy założą własny zespół. I tak narodził się rock n'roll :P
OdpowiedzUsuńTo co? Kto teraz pisze?
Może zostawmy to Red? Chciała pośpiewać to niech ma :P
UsuńNiechaj śpiewa! Niech wszyscy śpiewają! Oj dana dana~!
OdpowiedzUsuń