Kobieta była piękna. Zdecydowanie zbyt piękna, by Dirhael mógł czuć się w jej obecności całkowicie naturalnie. Z długiego, luźno spiętego koka spływało jej kilka pofalowanych pasm kruczoczarnych włosów. Okalały one bladą, delikatną twarz i duże szare oczy. Słowik mógłby przyglądać się jej oczarowany jeszcze przez wiele godzin i nie nasyciłby się tym widokiem. To właśnie o takich istotach śpiewano najpiękniejsze pieśni i to one, takie kobiety stanowiły natchnienie niejednego twórcy. Teraz jednak efekt psuł strach malujący się na tej doskonałej twarzy i właśnie to pomogło Dirhaelowi się otrząsnąć. Oprzytomniał, przestał otwarcie wpatrywać się w kobietę i odchrząknął, czując, że twarz oblewa mu rumieniec. Oblizał wargi, szukając odpowiednich słów.
- Taaak... Najwyraźniej kiepsko rozpoczęliśmy tą znajomość... - Słowik odrzucił kostur na bok. Sięgnął do wysokiego buta i wydobył z niego karambita, którego także rzucił w stronę kija. Chodziło mu głównie o to, by kobieta widziała, że pozbył się swojej broni, a potem uniósł obie ręce nad głowę. - Nie jestem groźny. W zasadzie nawet nie lubię się bić. - mruknął cicho, jakby samym kojącym głosem, mógł wzbudzić zaufanie kobiety. - Czy zatem pozwolisz mi, piękna pani, bym mógł pomóc?
Czarnowłosa siedziała na ziemi i nadal nieufnie mierzyła Włóczykija wzrokiem, a chłopak wcale się temu nie dziwił. Cierpliwie zniósł to jak otaksowała go wzrokiem od dołu do góry i wbiła spojrzenie w jego oczy. Może szukała w nim czegokolwiek budzącego niepokój czy świadczącego o tym, że jest kolejnym zagrożeniem. Dirhael nie był pewien czy cokolwiek takiego w nim dojrzała, bo on sam sprawiał wrażenie raczej średnio niebezpiecznego.
- Kim ty jesteś? - spytała w końcu.
- Zwą mnie Słowikiem - odparł, nieznacznie się uśmiechając - Mogę także być kimkolwiek zechcesz, piękna pani.
- Ale jak masz na imię? - zmarszczyła brwi.
- Dirhael Rovidan. - odparł tylko, robiąc krok w jej stronę. Kobieta cofnęła się, by wyrównać między nimi odległość. Słowik westchnął cicho. - Jak mam cię do siebie przekonać, pani?
- Nie zbliżaj się do mnie.
- W porządku, lecz nie sądzę, by było to rozsądne posunięcie w obecnej sytuacji.
- Co masz na myśli?
Słowik opuścił dotychczas trzymane w górze ręce i złożył je jak do modlitwy. Jego głos pozostał nadal spokojny i nie zdradzał nawet cienia niecierpliwości.
- Sądzę, iż podróżując ze mną do najbliższego miasta unikniesz niebezpieczeństw, pani. Nie powinnaś tu zostawać... - urwał, zauważając ciemną smugę na ziemi. Kobieta przyciskała do boku dłoń spod której wypływała świeża krew. - Jesteś ranna, pani... To dlatego nie chciałaś, bym się zbliżał. - odgadł.
Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego zacisnęła usta w wąską kreskę.
- Mam pełną świadomość tego, iż jestem w twych oczach odmieńcem. - kontynuował Słowik, niezrażony jej niechęcią - Słusznie nie darzysz mnie nazbyt dużym zaufaniem, lecz zaręczam, że nie jestem zły. Ponadto mogę pomóc. Proszę mi tylko na to pozwolić... Nie życzę pani źle, chcę jedynie móc zrobić to, co słuszne.
Mówił zupełnie szczerze i może właśnie to ostatecznie przekonało kobietę, by nieznacznie skinęła mu głową. Ucieszony tym Włóczykij powoli podszedł do niej i ukucnął. Zachował przy tym należytą ostrożność i w miarę możliwości nie wykonywał gwałtownych ruchów. Czuł się tak, jak gdyby zbliżał się do dzikiego zwierzęcia, którego nie chciał za żadne skarby świata spłoszyć. Obecna sytuacja niewiele odbiegała od tego wyobrażenia, jak uświadomił sobie po chwili.
Słowik odsunął dłoń kobiety od jej boku i delikatnie przyjrzał się ranie. Była całkiem głęboka, lecz wąska, a jej krawędzie na szczęście nie były poszarpane.
- Ktoś cię dźgnął, pani. Zgadza się? - nie czekał na potwierdzenie, bo doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Taka rana z całą pewnością nie była dziełem cięcia czy szarpania i doskonale pasowała do pchnięcia sztyletem. Dirhael mógł mieć jedynie nadzieję, że narzędzie, którym zadana została rana nie było zardzewiałe lub brudne. - To bolesne, lecz z całą pewnością nie jest śmiertelne. Masz, pani, wiele szczęścia, gdyż napastnikowi najprawdopodobniej brakowało doświadczenia.
- Kim właściwie jesteś? - spytała kobieta, gdy wydobył z kieszeni prostą, lnianą chustkę i przyłożył ją do rany, chcąc choć nieco ją oczyścić i zatamować krwawienie.
- Pytasz o to KIM czy CZYM jestem, piękna pani? - spytał bez złośliwości, lekko rozdzierając materiał i tak zniszczonej sukni kobiety. Tylko tyle, by mieć łatwiejszy dostęp do rany i, by nie nie pozbawiać kobiety jej odzienia.
- O oba.
- Jestem elfem. A w każdym razie z grubsza można by mnie tak nazwać.
- To znaczy? - drążyła temat.
- Łączę w sobie krew elfów i driad, pani, lecz to bez większego znaczenia. Zajmuję się głównie zwiedzaniem świata wzdłuż i wszerz. - Dirhael przycisnął chusteczkę do rany i położył na niej dłoń kobiety, dając jej tym samym znak, by ją przytrzymała. - Proszę dać mi chwilkę...
Wstał i rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem dookoła charakterystycznych białych kwiatów krwawnika. Roślina rosła pospolicie, więc nie miał zbytnich problemów z jej zlokalizowaniem. Znacznie gorzej było z przygotowaniem rośliny do tego, by zadziałała jak należy. Nie miał czasu jej suszyć, nie bardzo mógł przygotować z niej napar, by obmyć ranę. Zostało mu jedynie rozgnieść ziele i w takiej właśnie formie przyłożyć do rozciętego boku. Nie był to najskuteczniejszy sposób, choć niewątpliwie działał jak należy.
Słowik zmył krew z boku kobiety z pomocą wody z własnego bukłaka i przyłożył do rany zmiażdżoną roślinę. Chusteczkę spisał już na straty, gdyż była nie do odratowania, więc wcisnął ją z powrotem do kieszeni.
- To krwawnik. - wyjaśnił, gdy kobieta powątpiewająco spojrzała na zioło. - Jak sama nazwa sugeruje tamuje on krwawienie. Nie mogę teraz zrobić nic więcej...
- Mhm...
Po jakimś czasie krew przestała ciec, więc Dirhael zaryzykował dźwignięcie kobiety na nogi. Nie stała całkowicie o własnych siłach i dlatego też musiała wesprzeć się o elfa, gdy ten już podniósł swoje bronie z ziemi. W ten sposób ruszyli przed siebie, ku miastu. Nie było ono aż tak oddalone, jak Słowik pierwotnie zakładał, więc dotarli do niego po zaledwie godzinie drogi, gdy słońce stało jeszcze dość nisko, by nawet nie zwiastować nadejścia południa. Tam właśnie rozstali się z kobietą, która oznajmiła, że od tej pory już poradzi sobie sama, podziękowała uprzejmie i kulejąc, odeszła w tylko sobie znanym kierunku.
Sobotni poranek w niewielkim miasteczku niósł ze sobą gwar. Sobota była w końcu dniem targowym, wobec czego życie, które na co dzień i tak kręciło się wokół rynku podwajało swoje obroty. Gromadki roześmianych dzieci biegały tu i ówdzie lub zbite w ciasne grupki bawiły się na uboczu. Ludzie w każdym wieku przechadzali się między rozmaitymi, barwnymi straganami. Jakiś młody mężczyzna przebiegł w pobliżu elfa, ścigając uciekającego przed nim koguta, co zaowocowało chichotem jego towarzyszy, którzy z bezpiecznego miejsca obserwowali zmagania człowieka z jego przyszłym obiadem. Pies o sierści w kolorze piachu zaszczekał radośnie, gdy obsiadła go gromadka dzieciaków. Kilka kobiet przy znajdującej się w centralnej części studni śledziła wzrokiem co atrakcyjniejszych mężczyzn, wymieniając przy tym szeptane uwagi na ich temat. Rudy kot wylegiwał się na bruku, grzejąc się w promieniach słońca i najwyraźniej nie zauważał zmierzającego ku niemu konia ciągnącego wóz z sianem. Dirhael pozwolił się unieść gwarnemu, osobliwemu zamieszaniu miasta i wkroczył pomiędzy stragany, by z bliska móc obserwować zwyczajne życie miasteczka. Miało ono dla niego specyficzny urok i z przyjemnością stał się częścią tego małego światka. Efekt psuli jedynie odziani w zbroje strażnicy podejrzliwie obserwujący cały plac.
~ Nie przyszliśmy tutaj zwiedzać... ~ przypomniał mu znany głos Atlanta. Brzmiał mocniej niż gdy słyszał go po raz ostatni, elf zatem był pewien, że Alt odzyskał już siły.
- I tobie również witaj ponownie. - odpowiedział mu Słowik, który najprawdopodobniej odwykł już od słuchania niematerialnego towarzysza. Mógł też na chwilę zapomnieć o jego istnieniu i nie byłoby to dla niego nic dziwnego. - Jeśli nie przyszliśmy tutaj zwiedzać jak zatem mam znaleźć mapę? Poza tym mieszkasz w mojej głowie, więc uszanuj mnie i fakt, iż sama podróż, a co za tym idzie poznawanie miejsc w których się znajduję jest nierozerwalnie złączone z moim życiem.
~ Niech ci już będzie...
Włóczykij uśmiechnął się do siebie triumfalnie i ruszył przed siebie, nadal zachwycając się otoczeniem. Niedługo potem zwiedzanie przywiodło go aż pod drzwi niewielkiego sklepiku z obiecującym szyldem przedstawiającym księgę.
- Myślisz, że tu znajdziemy to czego szukamy? - zagadnął Atlanta, przenosząc wzrok z rysunku książki na stare drzwi wejściowe.
Słowik odsunął dłoń kobiety od jej boku i delikatnie przyjrzał się ranie. Była całkiem głęboka, lecz wąska, a jej krawędzie na szczęście nie były poszarpane.
- Ktoś cię dźgnął, pani. Zgadza się? - nie czekał na potwierdzenie, bo doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Taka rana z całą pewnością nie była dziełem cięcia czy szarpania i doskonale pasowała do pchnięcia sztyletem. Dirhael mógł mieć jedynie nadzieję, że narzędzie, którym zadana została rana nie było zardzewiałe lub brudne. - To bolesne, lecz z całą pewnością nie jest śmiertelne. Masz, pani, wiele szczęścia, gdyż napastnikowi najprawdopodobniej brakowało doświadczenia.
- Kim właściwie jesteś? - spytała kobieta, gdy wydobył z kieszeni prostą, lnianą chustkę i przyłożył ją do rany, chcąc choć nieco ją oczyścić i zatamować krwawienie.
- Pytasz o to KIM czy CZYM jestem, piękna pani? - spytał bez złośliwości, lekko rozdzierając materiał i tak zniszczonej sukni kobiety. Tylko tyle, by mieć łatwiejszy dostęp do rany i, by nie nie pozbawiać kobiety jej odzienia.
- O oba.
- Jestem elfem. A w każdym razie z grubsza można by mnie tak nazwać.
- To znaczy? - drążyła temat.
- Łączę w sobie krew elfów i driad, pani, lecz to bez większego znaczenia. Zajmuję się głównie zwiedzaniem świata wzdłuż i wszerz. - Dirhael przycisnął chusteczkę do rany i położył na niej dłoń kobiety, dając jej tym samym znak, by ją przytrzymała. - Proszę dać mi chwilkę...
Wstał i rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem dookoła charakterystycznych białych kwiatów krwawnika. Roślina rosła pospolicie, więc nie miał zbytnich problemów z jej zlokalizowaniem. Znacznie gorzej było z przygotowaniem rośliny do tego, by zadziałała jak należy. Nie miał czasu jej suszyć, nie bardzo mógł przygotować z niej napar, by obmyć ranę. Zostało mu jedynie rozgnieść ziele i w takiej właśnie formie przyłożyć do rozciętego boku. Nie był to najskuteczniejszy sposób, choć niewątpliwie działał jak należy.
Słowik zmył krew z boku kobiety z pomocą wody z własnego bukłaka i przyłożył do rany zmiażdżoną roślinę. Chusteczkę spisał już na straty, gdyż była nie do odratowania, więc wcisnął ją z powrotem do kieszeni.
- To krwawnik. - wyjaśnił, gdy kobieta powątpiewająco spojrzała na zioło. - Jak sama nazwa sugeruje tamuje on krwawienie. Nie mogę teraz zrobić nic więcej...
- Mhm...
Po jakimś czasie krew przestała ciec, więc Dirhael zaryzykował dźwignięcie kobiety na nogi. Nie stała całkowicie o własnych siłach i dlatego też musiała wesprzeć się o elfa, gdy ten już podniósł swoje bronie z ziemi. W ten sposób ruszyli przed siebie, ku miastu. Nie było ono aż tak oddalone, jak Słowik pierwotnie zakładał, więc dotarli do niego po zaledwie godzinie drogi, gdy słońce stało jeszcze dość nisko, by nawet nie zwiastować nadejścia południa. Tam właśnie rozstali się z kobietą, która oznajmiła, że od tej pory już poradzi sobie sama, podziękowała uprzejmie i kulejąc, odeszła w tylko sobie znanym kierunku.
Sobotni poranek w niewielkim miasteczku niósł ze sobą gwar. Sobota była w końcu dniem targowym, wobec czego życie, które na co dzień i tak kręciło się wokół rynku podwajało swoje obroty. Gromadki roześmianych dzieci biegały tu i ówdzie lub zbite w ciasne grupki bawiły się na uboczu. Ludzie w każdym wieku przechadzali się między rozmaitymi, barwnymi straganami. Jakiś młody mężczyzna przebiegł w pobliżu elfa, ścigając uciekającego przed nim koguta, co zaowocowało chichotem jego towarzyszy, którzy z bezpiecznego miejsca obserwowali zmagania człowieka z jego przyszłym obiadem. Pies o sierści w kolorze piachu zaszczekał radośnie, gdy obsiadła go gromadka dzieciaków. Kilka kobiet przy znajdującej się w centralnej części studni śledziła wzrokiem co atrakcyjniejszych mężczyzn, wymieniając przy tym szeptane uwagi na ich temat. Rudy kot wylegiwał się na bruku, grzejąc się w promieniach słońca i najwyraźniej nie zauważał zmierzającego ku niemu konia ciągnącego wóz z sianem. Dirhael pozwolił się unieść gwarnemu, osobliwemu zamieszaniu miasta i wkroczył pomiędzy stragany, by z bliska móc obserwować zwyczajne życie miasteczka. Miało ono dla niego specyficzny urok i z przyjemnością stał się częścią tego małego światka. Efekt psuli jedynie odziani w zbroje strażnicy podejrzliwie obserwujący cały plac.
~ Nie przyszliśmy tutaj zwiedzać... ~ przypomniał mu znany głos Atlanta. Brzmiał mocniej niż gdy słyszał go po raz ostatni, elf zatem był pewien, że Alt odzyskał już siły.
- I tobie również witaj ponownie. - odpowiedział mu Słowik, który najprawdopodobniej odwykł już od słuchania niematerialnego towarzysza. Mógł też na chwilę zapomnieć o jego istnieniu i nie byłoby to dla niego nic dziwnego. - Jeśli nie przyszliśmy tutaj zwiedzać jak zatem mam znaleźć mapę? Poza tym mieszkasz w mojej głowie, więc uszanuj mnie i fakt, iż sama podróż, a co za tym idzie poznawanie miejsc w których się znajduję jest nierozerwalnie złączone z moim życiem.
~ Niech ci już będzie...
Włóczykij uśmiechnął się do siebie triumfalnie i ruszył przed siebie, nadal zachwycając się otoczeniem. Niedługo potem zwiedzanie przywiodło go aż pod drzwi niewielkiego sklepiku z obiecującym szyldem przedstawiającym księgę.
- Myślisz, że tu znajdziemy to czego szukamy? - zagadnął Atlanta, przenosząc wzrok z rysunku książki na stare drzwi wejściowe.
<Alt? Myślisz, że to już dobry moment na wycieczkę do Hidden?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz