Lou
kichnęła zdmuchując kępkę siana przed sobą. Doprawdy, co jej przyszło
do głowy, by pakować się na wóz z ususzoną trawą i to jeszcze w środku
wiosny? To tak jakby alergik kupił sobie dziesięć kotów. Podrapała nos
wierzchem ukrytej w rękawicy dłoni, wyklinając pod nosem boga-zielarza,
Egannona, wywołując u prowadzącego wóz dobrodusznego staruszka salwę
śmiechu.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
- Panienka ma delikatny nosek, co? - rzucił przez ramię.
Louise podziękowała w duchu, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy, bo chociaż żywiła do niego jak najmilsze intencje nie mogła powstrzymać wyrazu znaczącego tyle, co ,,Zaraz sprawdzę jak delikatna jest twoja czaszka”. Nie żeby to szczególnie kogoś kiedyś wystraszyło. Sztuką jest wystraszyć kogoś będąc sięgającym kolan, pokrytym niebieskim puszkiem skrzatem z blond włosami. Po prostu nie chciała go do siebie zrazić. Nie dosyć, że z chęcią zgodził się ją podwieźć (pomińmy fakt, że za małą pomocą aktorstwa i proszącej minki) to jeszcze proponował Andzie nocleg i posiłek. Oczywiście odmówiła, niemniej jednak było to wyjątkowo miłe z jego strony.
- Katar sienny - odparła w zamian, pociągając nosem. - Najgorszy przeciwnik z jakim do tej pory miałam do czynienia.
Starzec zaśmiał się ponownie i poprawił słomkowy kapelusz.
- Czemu więc się pchacie w podróże o tej porze roku? - zapytał.
- Zmuszono mnie do tego - odparła krótko Lou podwijając kolana pod brodę.
- Och... - mężczyzna obejrzał się na nią. - Wojna?
- Nie do końca - mruknęła. - Wojna to bitwa w obie strony. A my się poddaliśmy bez walki. - wykrzywiła twarz w gniewnym grymasie wspominając tchórzostwo swoich rodaków. Nikt nie porzuca swojej ziemi bez walki, do cholery!
- Współczuję - powiedział woźnica, a w jego głosie brzmiała bolesna szczerość i zrozumienie. - Zapewne to wojska Arsmana zajęły ci kraj? Parszywcy. Biorą wszystko co nie ich. Jakby już mało zajęli...
- Co zrobić - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Tacy już bywają władcy.
- Nie mieliście żadnej armii? - zaciekawił się staruszek.
- No niech pan na mnie spojrzy! - rzuciła z prychnięciem Louise wstając i obracając się wokół. - Gdzie tu wojsko? Bylibyśmy tylko śmieszną parodią. - klapnęła ciężko tyłkiem na deski. - Poza tym nie spodziewaliśmy się ataku, bo trzymaliśmy się kontraktu. Póki robiliśmy im bronie, wszystko było dobrze. Ale głupi sądziliśmy, że ludzie również będą się trzymać umowy...
- Tak to już bywa - westchnął mężczyzna odwracając się z powrotem w stronę polnej drogi. - Wyciągniesz do głodnego psa rękę z kawałkiem chleba, a ten ci jeszcze palce odgryzie. Ale jedno musi panienka pamiętać: nieważne ile człek ma wzrostu, a ile w sercu nosi.
Lou uśmiechnęła się lekko. Jej babka - pokój jej duszy - mawiała dokładnie to samo. I pomyśleć, że prawie w jej słowa zwątpiła. Oj, ale by ją przechrzciła gdyby mogła stać obok i słyszeć wątpliwości młodej Yordlki. Jak mogła w ogóle poważyć się o zamysł porzucenia marzeń o dołączeniu do prawdziwej armii, zdobyciu szacunku ,,wielkich ludzi”, na rzecz powrócenia do kryjących się po lasach krewnych? Toż to by była zmaza na honorze! Po czymś takim w życiu nie odważyłaby się więcej dobyć Onoira, nie chcąc skalać cudownej broni. Nie byłoby sensu zasłaniać się Creideamh, bo przecież żadni bogowie nie przyznaliby się do takiej wierzącej. Nie może siedzieć bezczynnie! Nie po to tyle lat się szykowała, nie po to trenowała, by teraz jak najzwyklejszy tch...
Kolejne kichnięcie całkowicie wybiło tok myślenia Andrasty z rytmu, psując efekt całej tej podnoszącej na duchu wewnętrznej przemowy. Chwała ci Egannonie, bogu chwastów, rzuciła sarkastycznie w myślach. Po raz kolejny psujesz wszystko.
Nagle wóz zatrzymał się. Louise stanęła na palcach wychylając się nad ,,burtę”. Dotarli już do umówionych wcześniej rozstajów. Dziewczyna zerwała się z miejsca i zeskoczyła na ziemię, zarzucając na plecy swoją tarczę.
- No to by było na tyle, waleczna panienko - starzec uśmiechnął się dobrodusznie. - Tą drogą dotrzesz spokojnie do lasów o których wspominałaś.
- Dziękuję panu - Lou wyszczerzyła kiełki. Poprawiła po raz ostatni pas tarczy i ruszyła drogą. - Oby panu szczęście sprzyjało!
- I nawzajem! Tylko uważaj na siebie - świat potrzebuje dobrych ludzi, tylko jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy - mężczyzna pogonił woła i wóz zaczął powoli toczyć się drugą ścieżką.
Louise w zdecydowanie lepszym nastroju ruszyła raźno bokiem polnej drogi. Zboże urosło w tym roku na tyle wysoko, by nie była w stanie nawet skacząc wyjrzeć ponad jego krawędź. Można więc rzec, że ruszyła w drogę na ślepo, licząc, że deptana ziemia nie zawiedzie jej nad jakieś urwisko. Ale staruszek zapewnił, że tędy dotrze do celu. Anda jakoś nie umiała mu nie wierzyć. Powiewy letniego wiatru szarpały ją za kucyki, raz to odgarniając upierdliwą grzywkę, to znowu wciskając jej włosy do oczu. Złote kłosy kołysały się leniwie, falujące połacie w dole łagodnego pagórka męczyły oczy tworząc iluzję morskich fal, na które nie szło patrzeć dłużej bez zmylenia zmęczonego mózgu. Powiewy powietrza przyniosły duszące, lecz na swój sposób przyjemne zapachy parującej, świeżo skoszonej trawy. Yordlka zaciągnęła się głęboko wonią późnej wiosny, mrużąc oczy i uśmiechając się z zadowoleniem. Uwielbiała ją. Wydawała jej się zapachem swojskim, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju. Przypominał jej dom, jakby tylko tam trawa mogła być koszona, jakby tylko tamtejszy wiatr mógł pachnieć zapowiedzią lata. Rezerwowała tę woń tylko i wyłącznie ciepłym, domowym stronom, chociaż każda inna oddalona od miast wieś pachniała identycznie.
Idąc po raz kolejny układała zbierane
od jakiegoś czasu fakty. Wszystkie tropy prowadziły ją jednoznacznie do
jednego miejsca: tajemniczego lasu, gdzie według wzrastających w siłę
plotek powstawało dziwne, nieoryginalne państewko stworzone z wyrzutków i
potworów. Teraz miała okazję jeszcze raz przypomnieć sobie wszystko co
słyszała o domniemanych jego obywatelach. Trochę już po kraju łaziła i
niejedno jej się o uszy obiło, a kilka z tych pogłosek wartych było
zapamiętania...
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.
Pierwsza, na przykład: ciekawa historia zasłyszana na wybrzeżu. W knajpie doszło do jakiejś burdy, gdy strażnicy chcieli zatrzymać niejakiego Halta Quicksilvera. Okazało się, że w tej samej tawernie o tej samej godzinie pięknym zbiegiem okoliczności znalazła się Squall Repentina, zwana Sztormem. Piratka i łucznik oczywiście zwiali i słuch po nich zaginął, niemniej nazwiska zaciekawiły Louise na tyle by zasięgnąć języka u miejscowych. O legendzie Sztormu, tajemniczego okrętu pirackiego, oraz jego właścicielce usłyszała całkiem sporo złego, niewiele albo i nic dobrego, ale na pewno mnóstwo czegoś intrygującego. Mimo wszystko ruszyła dalej jedynie wzruszając ramionami na urwany trop.
Wkrótce jednak znowu usłyszała coś ciekawego. Będąc w małym miasteczku jakiś dzieciak powstrzymując śmiech opowiedział jej o tym, jak to jakąś kokietkę obsrał kruk wyczarowany przez jakąś młodą elfkę. ,,Poszkodowana” z wściekłości cisnęła parasolką w czarnego ptaka, a pocisk spadając trafił w krótko obciętą towarzyszkę elfki o dzikim wyglądzie. Nawiązała się ciekawa ,,gwałtowna wymiana zdań”, ale wszystko skończyło się bez rękoczynów. Andrasta dałaby sobie głowę uciąć, że owa towarzyszka nie była człowiekiem. Nie wiedziała skąd, ale miała to drażniące ją przeczucie. Wszystko niejako zaczęło splatać się razem, gdy ponownie usłyszała o łuczniku z portu...tym razem widzianego w towarzystwie małej białowłosej elfki i dwóch starszych od niej kobiet, uczestniczek owego felernego zajścia z krukiem i parasolką. Tym razem któreś z nich spowodowało wypadek, a poszkodowanemu pomógł tajemniczy medyk w kapeluszu, czarnym płaszczu i metalowej masce w kształcie ptasiego dzioba.
O piratce również usłyszała ponownie. Tym razem zasłyszała tylko jak jacyś kupcy opowiadali, że zostali napadnięci w lesie przez słynną Sztorm i humanoidalnego kota. Na to drugie brew Yordlki nieznacznie uniosła się w górę, ale nie śmiała podważać prawdomówności okradzionych. Co ciekawe, do napadu doszło na granicach owych tajemniczych lasów, do których kierowała się podobno grupa z łucznikiem. Najświeższe opowieści usłyszała zaledwie pół godziny temu od tego miłego staruszka, który zgodził się ją podwieźć. Podobno zaledwie wczoraj we wioskowej karczmie dała koncert jakaś harpia, ale straż kazała jej się wynosić. Na dodatek niedawno jakiś przerażony kmiot widział na własne oczy przelatującego nad polami smoka i poniekąd nawet oparzył się lecącą z jego skrzydła kroplą krwi.
Wszystkie te historie, w które normalnie nie szłoby Lou uwierzyć, mają sedno w tych dziwacznych borach. Tam kończą się wszystkie tropy, niecodzienne historie osiągają swój finał. Wszyscy tajemniczy bohaterowie, łucznik, kapitan pirackiego okrętu, elfka, medyk w masce, chodzący na dwóch nogach kot, smok, harpia i bogowie wiedzą co jeszcze, każdy różny, a jednak podobny do poprzedniego. Wszystkich coś zaciągnęło w jedno miejsce.
A teraz w interesie nieustraszonej Louise leżało to miejsce odnaleźć. Poprawiła pas wiszącej na ramieniu Creideamh, odetchnęła symbolicznie głęboko i ruszyła raźniejszym krokiem ku, jak miała nadzieję, ostatecznemu celowi tej męczącej podróży. A wiatr kołysał hipnotycznie złotymi łanami pszenicy, przynosząc woń domu, obiecując, że tym razem nie będzie musiała już ruszać dalej.
Przyznaję ci trofeum Kosmicznego Kota za streszczenie wszystkich głównych wątków bloga z niemal całego roku
OdpowiedzUsuńWidać że odrobiła zadanie domowe :P
OdpowiedzUsuńI to jak O.o Nyan approves *powolne klaskanie podziwu*
Usuń