Lou doskonale pamiętała swoje dzieciństwo. Zwłaszcza wieczory u
dziadków. Dziadzio zawsze palił w kominku, po czym siadał na bujanym
fotelu pykając fajkę, a obok babcia robiła na drutach, jak każda
przykładna starsza pani. I wtedy do tego ich upojnego zacisza wpadała
rozchichrana burza blond włosów z różowymi pełnymi podniecenia oczami,
nie dając już starszym Yordlom cienia szansy na cichutki wieczór.
Dziadek wtedy śmiał się czym wielkiej Hekalii, bogini rodziny zawinił,
że pokarała go wnuczętami. Aż w końcu babcia sadzała małą Lusię na
kolanach i opowiadała niesamowite historie przy słodkawo mdlącej woni
dziadkowej fajki oraz trzaskaniu ognia w kominku. Stara Recydywa miała
szeroki wachlarz opowiastek. Raz na przykład opowiadała jak to ci Wielcy
Ludzie Zachodu (tak strachliwi Yordlowie nazywali żołnierzy z Sorsiny)
pod wpływem alkoholu zaniżają się do poziomu intelektualnego górskich
trolli, wymyślając najgłupsze pomysły z możliwych. A to plują
towarzyszom do piwa, to znowu malują śpiącym męskie genitalia na twarzy,
a gdy się obudzą wmawiają im jakie to niemożliwe rzeczy wyrabiali
zeszłego wieczora. Luśka słuchała wtedy tego i nie wierzyła, jak
jakikolwiek napar może zrobić z dumnego człowieka imbecyla, albo jak w
ogóle można dać sobie zrobić cokolwiek z wymienionych przez babkę
wygłupów.
Cóż, widząc całe zajście w lesie, zdecydowanie upewniła się w fakcie, że ludzie naprawdę są imbecylami.
Zmierzyła dwójkę nieznajomych od stóp do głów. Po tym wszystkim, czego
nasłuchała się w przydrożnych tawernach oraz na szlakach kupieckich,
trudno było jej dopasować ich do opisów. Jednak, jakkolwiek nie byłaby
zaskoczona, wszystko wskazywało na to, że niedawno jeszcze wiszący pod
konarem brunet był owym niesamowitym łucznikiem, Haltem Quicksilverem, a
szczerząca się dumnie kobieta postrachem mórz, Squall Repentiną.
- Powoli, bo zaboli - rzuciła do zapinającego płaszcz Obieżyświata. - Tak się kończy przysypianie w niepewnym towarzystwie.
- I to niby przypadkiem akurat ja skończyłem na drzewie? - odparł mężczyzna.
- Wybacz, ale sierściuch tak słodko spał, że aż szkoda go było ruszać - zakwiliła złośliwie.
Louise odchrząknęła głośno. Oboje spojrzeli na nią pytająco.
- Jeśli już skończyliście sobie dogryzać - zaczęła - to może ktoś mi
wyjaśni co to jest to Hidden, o którym wspomniałaś i dlaczego miałabym
tam nie iść?
Squall uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie, po czym
teatralnie pochyliła się w pasie nad Andrastą, chociaż stojąc prosto
słyszała ją przecież cąłkiem dobrze.
- A bo widzisz, tyle już tam mamy dziwadeł, że aż strach pomyśleć -
powiedziała z udawanym współczuciem. - Taka mała lukrowana laleczka
mogłaby nie najlepiej skończyć...
- A co? Frelser na niej usiądzie? - wtrącił złośliwie Halt. - Co
najwyżej Gambit ją ogra w karty. Bardziej obawiałbym się znudzonych
piratek i łamaczek kości.
- Albo chodzącej destrukcji - odgryzła się patrząc w jego stronę.
- Nie miałem NIC wspólnego z tym masztem. A ten parobek to była wina
Viserany - odparł sprawdzając stan kołczanu. Nagle o czymś sobie
przypomniał i spojrzał w górę. - Hej! A łuk?!
- Ojoj! Chyba o nim zapomniałam - Squall uśmiechnęła się jak niewiniątko.
Łucznik zmierzył ją morderczym spojrzeniem, po czym zaczął się
wspinać. Piratka odczekała jakieś dwie sekundy i ruszyła spokojnie w
las. Lou zerknęła na jedno i drugie. Co za dziwni ludzie, pomyślała
doganiając Repentinę.
- Hej, a ty gdzie? - zapytała.
- Wiesz, tak się składa, ze przywiązałam do drzewa nago całkiem
dobrego strzelca. Wolę nie stać na widoku, gdy odzyska łuk -
odpowiedziała. - Uparłaś się, by z nami iść, co?
- Za długo was szukałam - Anda wyprostowała się unosząc dumnie głowę,
by dawać nieco lepsze wrażenie. - Czyli Hidden to to małe państwo
,,dziwadeł”, o którym opowiadają?
- Opowiadają? O NAS? - Squall teatralnie wciągnęła powietrze. - Czuję się zaszczycona!
- A przyjmiecie jeszcze jednego włóczęgę? - zapytała Louise uznając poprzednią odpowiedź za potwierdzenie.
- Wiesz, to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - wzruszyła ramionami.
- A zaprowadzisz mnie do niego?
- Ależ oczywiście! - wtrącił się nagle wesoło Halt, dołączając do
nich. Squall zerknęła niepewnie na łuk, ale nie dojrzała nałożonej na
cięciwę strzały. - Atlant na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę
więcej.
- Raczej jedną piątą osoby - poprawiła go Repentina jeszcze raz
mierząc Louise wzrokiem z udawanym zastanowieniem. - No dobra, żartuję -
dodała czochrając Yordlkę po głowie. Ta fuknęła jedynie niezadowolona,
ale nic nie odpowiedziała.
Squall? Halt? Czy o razu przechodzimy do Alta? :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz