Wyobraźcie sobie, że obrywacie w łeb kamieniem. Takim dużym, zimnym,
ostrym...I teraz to co tygryski lubią najbardziej - zwiększcie to
uczucie parę razy! Fajnie, co? Otóż... nie, nie fajnie.
Tak właśnie czuję się, kiedy rano...
Spokojnie. To tylko przyzwyczajenie z dawnych czasów. Po tylu latach
nadal pozostaje w stanie sprawności umysłowej, nawet po takiej dawce
rumu od Squall jak to było wczoraj... A może to było dziś? Nie wiem.
Podnoszę się z ziemi otwierając ostrożnie oczy. Przeciągam się, ziewam i
w końcu podnoszę tyłek z ziemi. Co prawda nieostrożnie, ale na
szczęście po cichu zrzucam z siebie przyklejoną Mild. To dziecko jest
jak naszywka - wszyscy myślą teraz że jesteśmy takie nierozłączne, jak
rodzina. Ale w sumie...
~~Nie jest tak, Vis? Okłamujesz samą siebie - to świadczy przeciwko tobie.
~Zamknij się!
~~Jakże chętnie cię wysłucham...
Zerkam szybko na młodą elfkę... Trzeba ją jakoś porządnie nazwać. Mild
to też ładnie, ale taka moja natura - wszystko nazywam po swojemu!
Ona była pierwszą istotą z tych wszystkich tutaj duszyczek...
Pahale, to znaczy Pierwsza. Pasuje i tyle.
Kopię mały patyk, pozostałość po ognisku. Nawet nie patrzę gdzie idę, po prostu... Biorę torbę i ruszam.
Na początku mam trochę przytłumione myśli, zmysły wyłączone. Potem
jednak słyszę wrzaski Halta, jestem prawie pewna że to on. Wyzywa
Squall, nie dziwi mnie to bardzo - uśmiecham się tylko i wyobrażam sobie
co też takiego zrobiła Złotooka... A no właśnie! Trzeba ją również
jakoś nazwać. Jak już zaczęłam to czemu by tak nie wszystkim nadać
jakieś przydomki? Ale do tego potrzebuję odpowiedniego miejsca i
pomysłów.
Postanawiam przejść jeszcze kawałek w las. Wiatr wieje dosyć mocno, ale
jest to przyjemne. Liście trzeszczą pod butami, a promienie słoneczne
przebijają się co jakiś czas przez korony drzew. Mrużę oczy i rozglądam
się za jakimś dobrym punktem obserwacyjnym.
W końcu wdrapuję się na to cholern.e drzewo. Siadam okrakiem na grubej
gałęzi, opieram się o konar zamykam oczy wzdychając głośno.
Po chwili kładę torbę na nogach i wyciągam kartkę oraz rysik. Wypisuję
po kolei w słupku imiona moich towarzyszy i zagryzając wargę rozmyślam
nad przydomkiem dla Squall. Dziewczyna zdecydowanie uwielbia złoto, jest
piratem, nawet oczy ma złote! To sprawa prosta - zostanie Sona - Złoto.
<Pozwolicie że zrobię tutaj krótką listę waszych imion i przydomków?
Uwielbiam to robić! Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę>
Mild - Pahale (Pierwsza)
Squall - Sona (Złoto)
Ashlotte - Mahila (Dama)
Lisbeth - Rahasy (Tajemnica)
Ziio - Pankh (Piórko)
Atlant - Neeche (Puszek)
Malik - Kee Topee (Zielony Kapturek)
Phester - Baaz (Jastrząb)
Fresler - Asangat (Sprzeczny)
Hanneon - Kitee (Kiciuś)
Czy kogoś pominęłam? Ach, tak... Halt. Biedaczek. Cały świat kobiet
przeciw niemu, co? No dobra, pomyślmy... Co by tu...Och no taaaaaaaaak!
Przypominam sobie wydarzenia które miały miejsce w ciągu pierwszych 24
godzin spędzonych z chłopakiem i pisze...
Halt - Raaja (Królewiątko)
Parskam śmiechem wyobrażając go sobie jako pięknisia w jakimś cholern.ym
pałacu. Zwijam papier i chowam go razem z rysikiem do torby. Przez
chwilkę obserwuję otoczenie, po czym wstaję i rozglądam się.
Ohohohohoho! Ładne widoczki. Patrzcie państwo, nawet naszą polankę i
ruiny chaty są widoczne. Przynajmniej wiem jak trafić. Ale coś mi tu...
Śmierdzi?! Taaak, to jest ten smród którego nie znoszę - dla większości
istot będzie to cudowny zapach kwiatów itp. Będąc wilkołakiem w dzień
pełni i mając wspomnienia związane z tymi tu... Nie polubisz tego
zapachu, oj nie.
Spoglądam w dół i prawie spadam z drzewa. Pod moimi stopami stoją obrzydliwe stwory, a mianowicie...
Śliczne, prawda? Więc czemu nazywam je brzydalami?! Otóż, te panienki
doskonale wiedzą kim jestem i nie chodzi tu o moją naturę tylko o samą
moją osobę. Przedstawicielki tego rodu elfów mają ze mną mocno na pieńku
- kiedyś poważnie obraziłam ich królową i do tej pory próbują mnie
dopaść. Teraz... mają mnie na widelcu.
- Viserany, nasza śliczna koleżanko! - odzywa się jedna z nich. - Zejdź kochanie, musimy porozmawiać...
Oj, pamiętam ją. Aż zbyt dobrze - chciała wtedy wydłubać mi oczy swoimi
bucikami na szpilce (tak, elfy też takie mają). Nassey - tak ją
nazywały.
- Nassey, mordeczko. Nic się nie zmieniłaś. O, i nawet masz te same buty
- którymi chciałaś mnie zabić. - Zeskakuję z drzewa, lądując na
zgiętych kolanach. Zakładam ręce na biodra i mierzę je wzrokiem. Sześć
na jedną? Nie ładnie!
- Owszem, specjalnie wypolerowałam kiedy tylko postawiłaś swoje męskie buty na naszej ziemi! - syczy.
- Oj, a ty zawsze taka spostrzegawcza byłaś! Ha, no cóż. Pogadałyśmy,
ale teraz muszę wracać... Wiesz, mam pewne sprawy do załatwienia...
Zamówiłam nowe buty u szewca - czas je odebrać.
- Nie przejmuj się - oddam ci swoje!
I na prawdę rzuca we mnie butem! Zdążam się uchylić, a obcas wbija się w drzewo.
- No patrz! Że też ty w tych butach nie zostałaś w miejscu... - mruczę, po czym rzucam się do ucieczki.
Byle jak najdalej, poza zasięgiem ich butów! Święty ogniu, nie sądziłam że będę uciekać przed butami!
Od piętnastu minut biegnę, unikając szpilek, sandałów, wszelkich elfich
butów. Usłyszałam, że są nasączone jakimś gazem usypiającym - Nassey
wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Jak oberwę, to mnie zawleką do
siebie i nigdy więcej nie zjem dobrego obiadu. A tego nie zamierzałam
stracić!
Kłopot w tym, że moja rana na dłoni, którą sobie sobie rozwaliłam parę
dni temu, teraz się otworzyła i wystarczyło zetknięcie z butem jednej z
tych panienek i leżę trupem.
Najchętniej pobiegłabym do grupy ale nie chcę im sprowadzać Zabójczych
Butów na głowy. Nie mogę też walczyć - ktokolwiek w życiu walczył z
butami?!
Najbliższe miasto jest bardzo daleko, szczerze to nie mam gdzie uciekać.
Dlatego po prostu biegnę i po drodze strząsam z drzew owoce, odginam
gałęzie, używam wszystkiego żeby tylko spowolnić te Modnisie. Będą
musiały uzupełnić szafę jak już wrócą do domu. Powoli zaczynam mieć
dosyć, ręka nadal krwawi i szczypie od dotykania żywicy i innych roślin.
- Albo wydarzy się cud dla mnie albo dla tych z tyłu. Choler.a jasna,
bogowie, jeśli jest w pobliżu ktoś, kto może zabrać te wariatki dalej
ode mnie, niech się tu zjawi a będę mu winna przysługę. I wypełnię ją
bez przekrętów. Kur*a mać, poniżona przez buty!
- Cicho bądź, próbuję się skupić Pułapko! - słyszę zza drzewa spokojny
głos. Nawet nie odwracam głowy, po prostu skręcam w stronę tego głosu,
wpadam za to samo drzewo i opieram się o nie, dysząc ciężko. Udało mi
się trochę oddalić od Zabójczych Butów, toteż nie widziały za które
drzewo wpadłam.
Kiedy wreszcie uspakajam oddech patrzę na twarz... No nieeee. Następny w kapturze! Tyle że ten kaptur znam.
- Hanneon?!
<To jak będzie Han?>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz