sobota, 14 maja 2016

Od Hanneona cd. Atlanta - Wpadka

Nie ma miejsca na żadne gierki czy hipnotyzowanie spojrzeniem. Raz, gorący uczynek. Dwa, sporo ludzi. Trzy, przede mną stoi władca. A ja leżę na brzuchu na ziemi, jakby ktoś mną rzucił. A nie, przecież tak właśnie było. I z której niby strony jestem ,,zwycięzcą"?!
- Hanneon - odpowiedziałem na pytanie i podniosłem się z ziemi, ignorując dłoń Atlanta.
Cudnie. Pierwszy raz w życiu mnie złapano! Czy ja już całkiem zapomniałem o ostrożności? Nie zamierzałem tłumaczyć im się, co robiłem, a już zwłaszcza Squall, która zbyt delikatna nie była. Zdązyłem trochę dowiedzieć się o zamieszkałych tutaj istotach i jakoś nie zyskała mojej sympatii. Chociaż... kto ją zyskał?
- Wiesz, kolego, samotnik, czy nie, złośnik, czy nie, zapraszamy do ognia.
Atlant trochę mnie zaskoczył swoim podejściem, ale w końcu on tu dowodzi, więc czemu się dziwić. Zachowanie godne władcy, który chce być blisko z poddanymi. W sumie, dobrze, że nie oczekiwał wyjaśnień, bo nie sądzę, bym zdołał ubrać to tak, żeby przy okazji nie obrócić zebranych przeciw sobie. Powiedzenie, że nie obserwowałem ich tylko tu i teraz i że wiele rzeczy widziałem oraz słyszałem raczej na dobre by mi nie wyszło, nie potrzebuję wrogów. Oczywiście fizycznie dałbym radę się obronić, ale poważnie nie chcę dalej wędrować po świecie.
Spojrzenia wszystkich osób wokół ogniska były skierowane na mnie. Niektórzy patrzyli podejrzliwie, inni, podobnie jak Atlant, z czymś w rodzaju dobroci. Każdy z zebranych był inny, wszystkich znałem z widzenia, a oni zdawali się widzieć mnie po raz pierwszy. Prawda prawdą, to bardzo możliwe, bo raczej mało kto zwraca uwagę na osoby pozostające w cieniu czy siedzące dość wysoko na drzewach. Nie przywykłem do bycia w centrum uwagi, przez co byłem trochę skrępowany i może sam przed sobą zawstydzony faktem, że Squall mnie znalazła, co wciąż do mnie nie dociera. Cały czas czułem spojrzenie jej zielonych oczu. Chyba nie zbyt podobało jej się to ułaskawienie mnie.
Otrzepałem swój płaszcz ze źdźbeł trawy i bardziej z grzeczności, niż z chęci, zdjąłem kaptur. I tak w części zsunął się podczas lotu, który mi zafundowała, a na szczęście zdążyłem wrócić do ludzkiej postaci w stu procentach. Może kły pomijając, ale z nimi niestety nie da się nic zrobić.
Skłoniłem się lekko Atlantowi, jako wyraz szacunku i podzięka za zaproszenie. Zrozumiałem sens jego słów, ale nie wiem, czy zdołam się ,,wpasować" i czy w ogóle chcę. Jesteśmy wspólną społecznością, ale jednak wątpię w swoje umiejętności integracji. Odpowiada mi tak, jak jest. Dołączenie do zebranych - nie, żebym chciał - było niezbyt na miejscu, zważywszy na okoliczności.
- Wybacz, panie, ale chyba powinienienem już wracać - powiedziałem, patrząc na Atlanta. Posłał mi pełne zrozumienia spojrzenie i chyba spodziewał się podobnej odpowiedzi. - Miłej biesiady.
Skinąlem głową do zebranych, po czym odwróciłem się w stronę krzaków z których parę minut temu efektownie wyleciałem, zupełnie ignorując nieprzyjemne spojrzenie Squall. Niemal się uśmiechnąłem, wiedząc, że taki obrót spraw jej nie odpowiada.

<Squall? Albo ktoś, kto ma pomysł?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz