Ognisko
wydało z siebie zdławiony trzask, kiedy do płomieni dorzucono kawałki
drewna, tym samym podtrzymując je przy życiu. Pomarańczowe, czerwone i
żółtawe ogniki początkowo rozbiegły się w nagłym przerażeniu, po czym
znów postanowiły kontynuować swój chaotyczny taniec. Źródło światła co
chwila wyrzucało z siebie niewielkie iskierki, które gasły w mroku nocy
tak szybko, jak się w nim pojawiły.
Na takim właśnie tle cichły kończone rozmowy i rozpoczynały się kolejne
wymiany zdań, którym nie przeszkodziła ani późna pora, ani nawet
pojawienie się obcego kota… a właściwie to (jak się później okazało)
kotołaka, choć dziewczyna poznałaby stwora nawet, gdyby nie ujawniał
kolejnej ze swych form. Wszystko dzięki tak zwanemu zmysłowi Obecności,
który, o ile u ludzi nie był wykształcony, bądź był, ale na tyle słabo,
że uśpione instynkty nie były w stanie odpowiednio zareagować we
właściwym momencie, tak u potworów działał zawsze, choć efekty jego
funkcjonowania i trafność w identyfikacji potworów zależała w dużej
mierze nie tylko od genów właściciela, ale także od umiejętności i stylu
życia. Lisbeth, jako jedna z Zarażonych, na dodatek posiadająca w swych
żyłach krew wielu bestii, odbierała Obecność na różne sposoby. Raz
zmysły dawały jej wyraźne znaki, kiedy indziej, niby bawiąc się w
bajarza, opowiadającego dziewczynie zagadki, nie ujawniały niczyjej
tożsamości, a jedynie dawały niejasne podpowiedzi i w dość ogólny sposób
określały gatunek danego stworzenia. Aczkolwiek w przypadku Salander,
rozpoznawanie potworów, niezależnie od kaprysu Obecności, ułatwiała jej
jeszcze jedna rzecz. Dar, do którego podrzędne istoty nigdy nie miały
dostępu. Nie miały nawet pojęcia o jego istnieniu, gdyż pomniejsze
bestie z natury nie grzeszyły inteligencją. Owym darem była oczywiście
wiedza, która poza magicznymi talizmanami i osikowymi kołkami, stanowiła
jedyną dla ludzi broń przeciwko zagrożeniu, choć tylko pośrednio
przyczyniała się do jego zdławienia. Mimo wszystko, znajomość nawet
niewielkich fragmentów obszernego bestiariusza była rzeczą cenną, a
przynajmniej nikomu jeszcze nie zagroziła.
-Z pijanym żeglarzem, co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z
pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- dopiero ciche
nucenie piratki, majstrującej przy śpiącym, zakapturzonym mężczyźnie
uświadomiło Lisbeth, że nawet nie zdążyła spostrzec, kiedy zasnęła,
oparta o jedno z rozłożystych drzew, które, niczym naturalne nieprzebite
mury, otaczały Hidden. Zupełnie, jakby ten nieprzebyty gąszcz zacięcie
chronił wiernych mu mieszkańców, niczym własne, zagubione dzieci, które
po wielu latach odnalazły powrotną drogę do domu…
Squall, najwyraźniej poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie burzowych
oczu, podniosła wzrok na dziewczynę z bandanką, po czym puściła w jej
stronę oczko, przykładając wyprostowany palec wskazujący do ust.
Salander jeszcze tylko chwilę przyglądała się zakapturzonej dziewczynie i
śpiącemu mężczyźnie, zastanawiając się, któremu z nich bardziej się
dostanie. Czy ofiarą okaże się drzemiący, niczego nieświadomy chłopak,
czy może jednak kobieta, kiedy to jej potencjalna ofiara obudzi się,
odkrywając rano jakiemu to podłemu kawałowi padła… Aż strach było
pomyśleć, które z tej dwójki odniesie większe korzyści z tej dziwnej
(jak już Lisbeth zdążyła się domyśleć, przysłuchując się ich
wcześniejszej rozmowie przy ognisku) znajomości.
Lis ledwie przeszła taka myśl przez głowę, a już sprawiła, że kobieta
uśmiechnęła się odrobinę pod bandanką. Następnie wzruszyła ramionami,
obiecując w ten sposób piratce, że nikomu nie powie o czymkolwiek, co
miało tutaj zajść, ani nie zbudzi śpiącego mężczyzny. Dobiwszy takiego
targu, Salander zdecydowała się ponownie wrócić do snu, szczelniej
okrywając się narzuconym płaszczem.
***
Dziewczynę zbudził ze snu hałas, rozbrzmiewający gdzieś w oddali.
Właściwie to dotarł do niej jeszcze zanim zdążyła się całkowicie
rozbudzić, a kiedy już podniosła się z ziemi, owy dźwięk rozbrzmiewał
znacznie wyraźniej. Był jednak dość… niespotykany. Nie, „niespotykany”
to może złe określenie, bowiem niektórzy byli w stanie usłyszeć ten
odgłos, rzadziej lub częściej, jednak z całą pewnością było to możliwe.
Myślę, że określenie dźwięku słowem „dziwny” byłoby znacznie
trafniejsze.
Bowiem owy hałas nie przypominał krzyku, odgłosów kroków, czy też walki.
Nie było to również wzajemne nawoływanie się zwierząt, ani nic, co
chociaż odrobinę mogłoby przypominać dźwięk wydawany przez jakiekolwiek
żywe stworzenie. Zaraz okazało się, że owy odgłos wcale nie dobiegał z
oddali, jego źródło znajdowało się bardzo blisko dziewczyny…
Dopiero kilka chwil później do Lisbeth dotarło, że była to Obecność.
Ciężko było zatem mówić o czymś tak prostym i powszechnym jak hałas.
Obecność bowiem rozbrzmiewała w głowie i choć w osobliwy sposób dało się
ją usłyszeć, nie była dźwiękiem. Bliżej jej było do impulsu, albo
szóstego zmysłu. Potrafiła mówić i przekazywać przeróżne informacje, nie
używając przy tym słów, ani wizji. Obecność, jaka rozbrzmiewała w
głowie Gotki była wyraźnym ostrzeżeniem. Czymś, czego dziewczyna nie
czuła od dłuższego czasu, możliwe, że nawet kilku miesięcy, jednak mimo
upływu tylu tygodni na pewno nie byłaby w stanie pomylić tego odczucia z
żadnym innym.
Kiedy podnosiła się z ziemi, dookoła niej panował półmrok. Rozejrzała
się przelotnie, jednak to w zupełności wystarczyło, by dostrzec brak
zakapturzonego mężczyzny i piratki. Gdy zdecydowała się udać w głąb
lasu, dostrzegła, że wśród towarzyszy brakuje jeszcze jednego, może
dwóch, jednak nie był to odpowiedni moment na zastanawianie się kto,
gdzie, ani po co oddalił się od ogniska. Teraz musiała się skupić na
tym, co w jej mniemaniu było najważniejsze, a więc na odgadnięciu co
mówi jej Obecność, jakim językiem tym razem do niej przemawia. Skoro
instynkt sugerował dziewczynie, że gdzieś czai się jakieś
niebezpieczeństwo, musiała coś z tym zrobić. Całe szczęście, Lisbeth nie
należała do grona osób, które najpierw robiły, a dopiero później
myślały, dlatego priorytetem stało się odnalezienie istoty, przed którą
została ostrzeżona. A potem… cóż, kwestia bliższej przyszłości pozostała
do uzgodnienia.
Z takimi niepewnymi myślami, Gotka zagłębiła się w szumiący las,
pośpiesznie zakładając na głowę stary kapelusz. Wszędzie wokół było
szaro, a przynajmniej takie odczuwała wrażenie. Jedynie po ogarniających
las odcieniach szarości, prześlizgujących się między poszczególnymi
elementami przyrody, była w stanie stwierdzić, że miała jeszcze niecałą
godzinę, nim na horyzoncie ukaże się słońce.
***
On również to czuł.
Znajdujący się niecałe dwadzieścia minut drogi od Hidden miał zamiar
polować z resztą stada, jednak plan ten uniemożliwił mu zew, wdzierający
się niczym złodziej do jego głowy. Wyraźnie czuł cudzą Obecność i to
nie jedną, choć tylko pojedyncza zbliżała się ku niemu. Może gdyby
byłoby mu bliżej do człowieka, zareagowałby zupełnie inaczej, jak
również w zupełnie inny sposób odebrałby dotyk Obecności. Bowiem,
podczas gdy była Łowczyni wędrowała spokojnie przez las, współpracując z
Obecnością i kierując się jej wskazówkami, gdzieś dalej po ciele
pewnego wilkołaka przechodziły paskudne dreszcze. Stwór, nie panując nad
doznanym bólem, złapał się pazurami za owłosiony łeb, jęcząc, niemalże
jak w agonii. Jemu również instynkt podpowiadał „zagrożenie”, choć w
zdecydowanie bardziej brutalny i uproszczony sposób. Niestety, w ten
jedyny, jaki jest w stanie zrozumieć zdziczała bestia.
Wilkołak zawył żałośnie, zwracając na siebie uwagę reszty stada. Jakaś
suka podniosła się z trawy i niepewnie zbliżyła ku niemu. Przymilnie
położyła mu pysk na kolanach, a jej spokojne ślepia odrobinę uspokoiły
stwora, choć odczuwana przez niego Obecność znajdowała się już
zdecydowanie bliżej. On zaś w przypływie szaleństwa, które co chwila to
rosło, to malało w jego głowie, nie był w stanie jasno myśleć. Nie,
„myśleć” nie jest w tym wypadku najlepiej dobranym słowem, gdyż, choć
owa istota kiedyś była człowiekiem, teraz stała się bestią. Nie była to
nawet wina ugryzienia, jakiego doznał kilkanaście lat temu, kiedy to,
jeszcze jako młodzian, natknął się na potwora, którym dziś był on sam.
Gdyby tylko otrzymał wtedy wsparcie… gdyby tylko nie został wypędzony z
wioski, gdyby nie bał się poprosić o pomoc, gdyby w przypływie strachu
nie odrzucił ludzi, gdyby tylko nie zaszył się w dziczy, pozwalając
wewnętrznej bestii przejąć kontrolę nad jego ciałem i umysłem… wtedy
mogłoby być inaczej. Niestety, teraz już było za późno, ta świadomość
docierała do malutkiej części jego dawnego, umierającego „ja”. Rozpoznała go znacznie wcześniej, niż on
rozpoznał ją, choć dzikie, żółte ślepia, ukryte wśród nieprzebytych
zarośli, jako pierwsze dostrzegły dziewczynę, kiedy ta poruszała się
wśród leśnych drzew. Chociaż bestia w każdej chwili była gotowa
wyskoczyć z krzaków i rzucić się na ofiarę, wciąż czekała w ukryciu. Nie
wiedzieć czemu, wilkołak wolał najpierw dobrze przyjrzeć się
nieznajomej, nim zaatakuje w ślepej furii. Tak rozkazały mu instynkty.
Kobieta z czerwoną bandanką odwróciła się gwałtownie w kierunku
wskazanym przez Obecność, znajdując się nagle w niebezpiecznie małej
odległości od stwora. Teraz, kiedy ich spojrzenia się spotkały- ciężki
wzrok burzowych oczu i dzikie, pierwotne ślepia- dziewczyna nie miała
już żadnych wątpliwości co do tego, że istota, którą miała przed sobą
straciła wszelkie kontakty z człowieczeństwem.
Wilkołak rzucił się na nią, kiedy tylko dostrzegł błysk broni w dłoni
zamaskowanej dziewczyny. Nie miał pojęcia kim była, bo chociaż w gruncie
rzeczy wyglądała jak człowiek, poruszała się zdecydowanie szybciej i
sprawniej. W dodatku było w niej coś równie dzikiego, choć różnica
między Lisbeth a wilkołakiem była taka, że w jej przypadku owa dzikość
została oswojona, dało się z nią współpracować. Ale czy dzikość
rzeczywiście da się oswoić? Tego nie wiedział. Nie wiedział i nie myślał
nad tym. Tak podpowiadały mu zwierzęce instynkty, a przecież one nigdy
się nie myliły.
Kobieta miała wrażenie, jakby atakował ją zwykły zwierz, a nie istota,
taka jak ona i wiele innych, w których towarzystwie spędziła ostatni
dzień. Odskoczyła w bok, unikając ciosu potężnych kłów i pazurów, a
następnie, czekając aż wilkołak znajdzie się w odpowiedniej odległości,
wbiła mu ostrze głęboko pod skórę.
Bestia zawyła. Szarpała się chaotycznie, z dzikością większą od
wściekłego wilka, bezskutecznie próbując oswobodzić się z uścisku broni.
Gdyby to był zwykły sztylet, wilkołak wyrwałby się z dziecinną
łatwością, bez problemu zdolny do zaatakowania przeciwnika. Jednak
ostrze, trzymane w dłoni Gotki nie było zwykłą bronią, o nie. Rzucona na
nie urok wieki temu, przez co posiadało moc cofającą Przemianę. Zostało
stworzone przez pewnego Łowcę w celu pozbycia się Lisbeth, która, o
ironio, stała się właścicielką owej broni, choć to już inna historia.
Ważne jest jednak to, że twórca sztyletu popełnił pewien błąd, bowiem
urok działał tylko na stwory, które całkowicie straciły swe
człowieczeństwo. Właśnie dlatego nie zadziałałby na Lisbeth. Właśnie
dlatego była w stanie użyć go przeciwko wilkołakowi.
Zwierzę zawyło po raz kolejny, jednak tym razem już nie próbowało
atakować. Mówimy, że bestia „zmieniła się” w człowieka, jednak za tym
jednym słowem kryje się przecież cały proces, w którym to sierść i ogon
stopniowo zanikają, uszy robią się mniej szpiczaste, kły tracą wyraźny
kształt trójkątów, a pazury zostają zastąpione przez ludzkie paznokcie.
Mimo wszystko, stwór pozostał stworem. To, co przez tyle lat Przemiana
zrobiła z nim samym, sprawiło, że po ludzkich odruchach nie pozostało
już w nim ani śladu.
Podniósł się, bezskutecznie usiłując stanąć na dwóch nogach. Z szeroko
rozdziawioną gębą i wywalonym na wierzch językiem, zaczął głupkowato
patrzeć się przed siebie. Jego wzrok co chwila omijał Lisbeth, jednak
kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, dziewczyna miała wrażenie, że z
oczu wilkołaka wyziera tęsknota. Tęsknota za utraconym człowieczeństwem,
a teraz również i życiem. Było to jednak tylko chwilowe, albowiem
potwór znów zaczął rozglądać się tępo dookoła. Nagi i brudny cuchnął tak
okropnie, że Lisbeth straciła do niego resztki współczucia. Najgorsze
były jednak jego oczy- wytrzeszczone, czarne jak studnie gałki,
rozbiegane na wszystkie strony znów były pozbawione jakiegokolwiek
wyrazu. To było już samo dno zezwierzęcenia.
- To przykre.- mruknęła do siebie, sięgając po dłuższy nóż.- Ludzie są
tak zadufani w sobie, a potrafią upaść niżej niż zabłąkane kundle.
Wilkołak spojrzał się na nią. Słuchał tego, co mówiła, choć nie rozumiał
już ani słowa. Zdania miały zbyt wiele sylab. Potwór nawet nie
zareagował, kiedy dziewczyna zadała mu śmiertelny cios. Nie próbował się
bronić, nie miał zamiaru uciekać. Jedyne co zrobił, to upadł na ziemię,
a Lisbeth po chwili przestała czuć od niego nawet najsłabszą Obecność.
- To brat…- nieświadomie wypowiedziała słowa na głos, a ta myśl wydała
się jej trochę przygnębiająca.- Conquiescat in pace.- dodała, lecz już
nie patrzyła na martwą bestię. Oddaliła się od ciała najdalej, jak tylko
było to możliwe.
Wreszcie do niej dotarło przed czym ostrzegała ją Obecność. Wilkołak
zachowywał się jak dzikie zwierze i nie stanowił dla niej wielkiego
zagrożenia. Owszem, gdyby nie zdziczał, mogłaby sobie z nim nie
poradzić, ale pod taką postacią… stało się to, co stać się miało.
Dziewczynie przeszła przez głowę myśl, że zagrożenie, o jakim mówiła jej
Obecność, nie tyczyło się ani jej życia, ani życia kogokolwiek z
Hidden. Ona mówiła o wilkołaku. O tym, jakie zagrożenie sam dla siebie
stanowił. Czy w takim razie… rozbrzmiała w głowie Lisbeth, prosząc
kobietę o pomoc i skrócenie życia bestii, która i tak już powoli
umierała? To było bardzo prawdopodobne.
Pochłonięta własnymi myślami, dziewczyna nawet nie spostrzegła, kiedy to
jej samotny powrót do Hidden przestał już być taki znowu „samotny”.
- Masz ręce we krwi.- usłyszała spokojny głos, rozbrzmiewający tuż obok.
Jednak zamiast rozglądać się za znajomą postacią, Salander wyciągnęła z
kieszeni chustkę, przykładając ją do oblepionych palców. Właściwie to
zdołała jedynie wyczyścić dłonie, większym problemem stanowiły rękawy
płaszcza, jednak nimi będzie mogła zająć się dopiero wtedy, gdy znajdzie
jakiś strumień.
- I po kłopocie.- odparła po chwili, pokazując już czyste dłonie w stronę, z której dobiegał głos.
Ktoś chce dokończyć? Jak nadrabiamy, to nadrabiamy :P
Lis powiedziała aż cztery zdania, to se dziewczyna zaszalała
OdpowiedzUsuńNiemy i bardziej niemy? :D
UsuńRozmowa Lis z Phesterem:
Usuń-...
-...
To może wciągnijmy do tego Revana żeby ich chłopak rozgadał? :P
UsuńTo zabrzmi dziwnie, ale coś mi się zdaje, że Re jednak mówiłby najwięcej O.o
UsuńTo wina Thalii i Chow. Mają na niego zły wpływ *^*
UsuńNo właśnie apropos... co z KPK? Bo teraz tam ucichło...
UsuńMnie się pytasz? :P Nie jestem JEDYNYM członkiem bloga. Spokojnie, za nic bym go nie usunęła - za dużo zajebistych wątków tam powstało
Usuń