niedziela, 29 maja 2016

Od Lisbeth - Dzieci lasu

Ognisko wydało z siebie zdławiony trzask, kiedy do płomieni dorzucono kawałki drewna, tym samym podtrzymując je przy życiu. Pomarańczowe, czerwone i żółtawe ogniki początkowo rozbiegły się w nagłym przerażeniu, po czym znów postanowiły kontynuować swój chaotyczny taniec. Źródło światła co chwila wyrzucało z siebie niewielkie iskierki, które gasły w mroku nocy tak szybko, jak się w nim pojawiły.
Na takim właśnie tle cichły kończone rozmowy i rozpoczynały się kolejne wymiany zdań, którym nie przeszkodziła ani późna pora, ani nawet pojawienie się obcego kota… a właściwie to (jak się później okazało) kotołaka, choć dziewczyna poznałaby stwora nawet, gdyby nie ujawniał kolejnej ze swych form. Wszystko dzięki tak zwanemu zmysłowi Obecności, który, o ile u ludzi nie był wykształcony, bądź był, ale na tyle słabo, że uśpione instynkty nie były w stanie odpowiednio zareagować we właściwym momencie, tak u potworów działał zawsze, choć efekty jego funkcjonowania i trafność w identyfikacji potworów zależała w dużej mierze nie tylko od genów właściciela, ale także od umiejętności i stylu życia. Lisbeth, jako jedna z Zarażonych, na dodatek posiadająca w swych żyłach krew wielu bestii, odbierała Obecność na różne sposoby. Raz zmysły dawały jej wyraźne znaki, kiedy indziej, niby bawiąc się w bajarza, opowiadającego dziewczynie zagadki, nie ujawniały niczyjej tożsamości, a jedynie dawały niejasne podpowiedzi i w dość ogólny sposób określały gatunek danego stworzenia. Aczkolwiek w przypadku Salander, rozpoznawanie potworów, niezależnie od kaprysu Obecności, ułatwiała jej jeszcze jedna rzecz. Dar, do którego podrzędne istoty nigdy nie miały dostępu. Nie miały nawet pojęcia o jego istnieniu, gdyż pomniejsze bestie z natury nie grzeszyły inteligencją. Owym darem była oczywiście wiedza, która poza magicznymi talizmanami i osikowymi kołkami, stanowiła jedyną dla ludzi broń przeciwko zagrożeniu, choć tylko pośrednio przyczyniała się do jego zdławienia. Mimo wszystko, znajomość nawet niewielkich fragmentów obszernego bestiariusza była rzeczą cenną, a przynajmniej nikomu jeszcze nie zagroziła.
-Z pijanym żeglarzem, co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- dopiero ciche nucenie piratki, majstrującej przy śpiącym, zakapturzonym mężczyźnie uświadomiło Lisbeth, że nawet nie zdążyła spostrzec, kiedy zasnęła, oparta o jedno z rozłożystych drzew, które, niczym naturalne nieprzebite mury, otaczały Hidden. Zupełnie, jakby ten nieprzebyty gąszcz zacięcie chronił wiernych mu mieszkańców, niczym własne, zagubione dzieci, które po wielu latach odnalazły powrotną drogę do domu…
Squall, najwyraźniej poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie burzowych oczu, podniosła wzrok na dziewczynę z bandanką, po czym puściła w jej stronę oczko, przykładając wyprostowany palec wskazujący do ust. Salander jeszcze tylko chwilę przyglądała się zakapturzonej dziewczynie i śpiącemu mężczyźnie, zastanawiając się, któremu z nich bardziej się dostanie. Czy ofiarą okaże się drzemiący, niczego nieświadomy chłopak, czy może jednak kobieta, kiedy to jej potencjalna ofiara obudzi się, odkrywając rano jakiemu to podłemu kawałowi padła… Aż strach było pomyśleć, które z tej dwójki odniesie większe korzyści z tej dziwnej (jak już Lisbeth zdążyła się domyśleć, przysłuchując się ich wcześniejszej rozmowie przy ognisku) znajomości.
Lis ledwie przeszła taka myśl przez głowę, a już sprawiła, że kobieta uśmiechnęła się odrobinę pod bandanką. Następnie wzruszyła ramionami, obiecując w ten sposób piratce, że nikomu nie powie o czymkolwiek, co miało tutaj zajść, ani nie zbudzi śpiącego mężczyzny. Dobiwszy takiego targu, Salander zdecydowała się ponownie wrócić do snu, szczelniej okrywając się narzuconym płaszczem.

***

Dziewczynę zbudził ze snu hałas, rozbrzmiewający gdzieś w oddali. Właściwie to dotarł do niej jeszcze zanim zdążyła się całkowicie rozbudzić, a kiedy już podniosła się z ziemi, owy dźwięk rozbrzmiewał znacznie wyraźniej. Był jednak dość… niespotykany. Nie, „niespotykany” to może złe określenie, bowiem niektórzy byli w stanie usłyszeć ten odgłos, rzadziej lub częściej, jednak z całą pewnością było to możliwe. Myślę, że określenie dźwięku słowem „dziwny” byłoby znacznie trafniejsze.
Bowiem owy hałas nie przypominał krzyku, odgłosów kroków, czy też walki. Nie było to również wzajemne nawoływanie się zwierząt, ani nic, co chociaż odrobinę mogłoby przypominać dźwięk wydawany przez jakiekolwiek żywe stworzenie. Zaraz okazało się, że owy odgłos wcale nie dobiegał z oddali, jego źródło znajdowało się bardzo blisko dziewczyny…
Dopiero kilka chwil później do Lisbeth dotarło, że była to Obecność.
Ciężko było zatem mówić o czymś tak prostym i powszechnym jak hałas. Obecność bowiem rozbrzmiewała w głowie i choć w osobliwy sposób dało się ją usłyszeć, nie była dźwiękiem. Bliżej jej było do impulsu, albo szóstego zmysłu. Potrafiła mówić i przekazywać przeróżne informacje, nie używając przy tym słów, ani wizji. Obecność, jaka rozbrzmiewała w głowie Gotki była wyraźnym ostrzeżeniem. Czymś, czego dziewczyna nie czuła od dłuższego czasu, możliwe, że nawet kilku miesięcy, jednak mimo upływu tylu tygodni na pewno nie byłaby w stanie pomylić tego odczucia z żadnym innym.
Kiedy podnosiła się z ziemi, dookoła niej panował półmrok. Rozejrzała się przelotnie, jednak to w zupełności wystarczyło, by dostrzec brak zakapturzonego mężczyzny i piratki. Gdy zdecydowała się udać w głąb lasu, dostrzegła, że wśród towarzyszy brakuje jeszcze jednego, może dwóch, jednak nie był to odpowiedni moment na zastanawianie się kto, gdzie, ani po co oddalił się od ogniska. Teraz musiała się skupić na tym, co w jej mniemaniu było najważniejsze, a więc na odgadnięciu co mówi jej Obecność, jakim językiem tym razem do niej przemawia. Skoro instynkt sugerował dziewczynie, że gdzieś czai się jakieś niebezpieczeństwo, musiała coś z tym zrobić. Całe szczęście, Lisbeth nie należała do grona osób, które najpierw robiły, a dopiero później myślały, dlatego priorytetem stało się odnalezienie istoty, przed którą została ostrzeżona. A potem… cóż, kwestia bliższej przyszłości pozostała do uzgodnienia.
Z takimi niepewnymi myślami, Gotka zagłębiła się w szumiący las, pośpiesznie zakładając na głowę stary kapelusz. Wszędzie wokół było szaro, a przynajmniej takie odczuwała wrażenie. Jedynie po ogarniających las odcieniach szarości, prześlizgujących się między poszczególnymi elementami przyrody, była w stanie stwierdzić, że miała jeszcze niecałą godzinę, nim na horyzoncie ukaże się słońce.

***

On również to czuł.
Znajdujący się niecałe dwadzieścia minut drogi od Hidden miał zamiar polować z resztą stada, jednak plan ten uniemożliwił mu zew, wdzierający się niczym złodziej do jego głowy. Wyraźnie czuł cudzą Obecność i to nie jedną, choć tylko pojedyncza zbliżała się ku niemu. Może gdyby byłoby mu bliżej do człowieka, zareagowałby zupełnie inaczej, jak również w zupełnie inny sposób odebrałby dotyk Obecności. Bowiem, podczas gdy była Łowczyni wędrowała spokojnie przez las, współpracując z Obecnością i kierując się jej wskazówkami, gdzieś dalej po ciele pewnego wilkołaka przechodziły paskudne dreszcze. Stwór, nie panując nad doznanym bólem, złapał się pazurami za owłosiony łeb, jęcząc, niemalże jak w agonii. Jemu również instynkt podpowiadał „zagrożenie”, choć w zdecydowanie bardziej brutalny i uproszczony sposób. Niestety, w ten jedyny, jaki jest w stanie zrozumieć zdziczała bestia.
Wilkołak zawył żałośnie, zwracając na siebie uwagę reszty stada. Jakaś suka podniosła się z trawy i niepewnie zbliżyła ku niemu. Przymilnie położyła mu pysk na kolanach, a jej spokojne ślepia odrobinę uspokoiły stwora, choć odczuwana przez niego Obecność znajdowała się już zdecydowanie bliżej. On zaś w przypływie szaleństwa, które co chwila to rosło, to malało w jego głowie, nie był w stanie jasno myśleć. Nie, „myśleć” nie jest w tym wypadku najlepiej dobranym słowem, gdyż, choć owa istota kiedyś była człowiekiem, teraz stała się bestią. Nie była to nawet wina ugryzienia, jakiego doznał kilkanaście lat temu, kiedy to, jeszcze jako młodzian, natknął się na potwora, którym dziś był on sam. Gdyby tylko otrzymał wtedy wsparcie… gdyby tylko nie został wypędzony z wioski, gdyby nie bał się poprosić o pomoc, gdyby w przypływie strachu nie odrzucił ludzi, gdyby tylko nie zaszył się w dziczy, pozwalając wewnętrznej bestii przejąć kontrolę nad jego ciałem i umysłem… wtedy mogłoby być inaczej. Niestety, teraz już było za późno, ta świadomość docierała do malutkiej części jego dawnego, umierającego „ja”. Rozpoznała go znacznie wcześniej, niż on rozpoznał ją, choć dzikie, żółte ślepia, ukryte wśród nieprzebytych zarośli, jako pierwsze dostrzegły dziewczynę, kiedy ta poruszała się wśród leśnych drzew. Chociaż bestia w każdej chwili była gotowa wyskoczyć z krzaków i rzucić się na ofiarę, wciąż czekała w ukryciu. Nie wiedzieć czemu, wilkołak wolał najpierw dobrze przyjrzeć się nieznajomej, nim zaatakuje w ślepej furii. Tak rozkazały mu instynkty.
Kobieta z czerwoną bandanką odwróciła się gwałtownie w kierunku wskazanym przez Obecność, znajdując się nagle w niebezpiecznie małej odległości od stwora. Teraz, kiedy ich spojrzenia się spotkały- ciężki wzrok burzowych oczu i dzikie, pierwotne ślepia- dziewczyna nie miała już żadnych wątpliwości co do tego, że istota, którą miała przed sobą straciła wszelkie kontakty z człowieczeństwem.
Wilkołak rzucił się na nią, kiedy tylko dostrzegł błysk broni w dłoni zamaskowanej dziewczyny. Nie miał pojęcia kim była, bo chociaż w gruncie rzeczy wyglądała jak człowiek, poruszała się zdecydowanie szybciej i sprawniej. W dodatku było w niej coś równie dzikiego, choć różnica między Lisbeth a wilkołakiem była taka, że w jej przypadku owa dzikość została oswojona, dało się z nią współpracować. Ale czy dzikość rzeczywiście da się oswoić? Tego nie wiedział. Nie wiedział i nie myślał nad tym. Tak podpowiadały mu zwierzęce instynkty, a przecież one nigdy się nie myliły.
Kobieta miała wrażenie, jakby atakował ją zwykły zwierz, a nie istota, taka jak ona i wiele innych, w których towarzystwie spędziła ostatni dzień. Odskoczyła w bok, unikając ciosu potężnych kłów i pazurów, a następnie, czekając aż wilkołak znajdzie się w odpowiedniej odległości, wbiła mu ostrze głęboko pod skórę.
Bestia zawyła. Szarpała się chaotycznie, z dzikością większą od wściekłego wilka, bezskutecznie próbując oswobodzić się z uścisku broni. Gdyby to był zwykły sztylet, wilkołak wyrwałby się z dziecinną łatwością, bez problemu zdolny do zaatakowania przeciwnika. Jednak ostrze, trzymane w dłoni Gotki nie było zwykłą bronią, o nie. Rzucona na nie urok wieki temu, przez co posiadało moc cofającą Przemianę. Zostało stworzone przez pewnego Łowcę w celu pozbycia się Lisbeth, która, o ironio, stała się właścicielką owej broni, choć to już inna historia. Ważne jest jednak to, że twórca sztyletu popełnił pewien błąd, bowiem urok działał tylko na stwory, które całkowicie straciły swe człowieczeństwo. Właśnie dlatego nie zadziałałby na Lisbeth. Właśnie dlatego była w stanie użyć go przeciwko wilkołakowi.
Zwierzę zawyło po raz kolejny, jednak tym razem już nie próbowało atakować. Mówimy, że bestia „zmieniła się” w człowieka, jednak za tym jednym słowem kryje się przecież cały proces, w którym to sierść i ogon stopniowo zanikają, uszy robią się mniej szpiczaste, kły tracą wyraźny kształt trójkątów, a pazury zostają zastąpione przez ludzkie paznokcie. Mimo wszystko, stwór pozostał stworem. To, co przez tyle lat Przemiana zrobiła z nim samym, sprawiło, że po ludzkich odruchach nie pozostało już w nim ani śladu.
Podniósł się, bezskutecznie usiłując stanąć na dwóch nogach. Z szeroko rozdziawioną gębą i wywalonym na wierzch językiem, zaczął głupkowato patrzeć się przed siebie. Jego wzrok co chwila omijał Lisbeth, jednak kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, dziewczyna miała wrażenie, że z oczu wilkołaka wyziera tęsknota. Tęsknota za utraconym człowieczeństwem, a teraz również i życiem. Było to jednak tylko chwilowe, albowiem potwór znów zaczął rozglądać się tępo dookoła. Nagi i brudny cuchnął tak okropnie, że Lisbeth straciła do niego resztki współczucia. Najgorsze były jednak jego oczy- wytrzeszczone, czarne jak studnie gałki, rozbiegane na wszystkie strony znów były pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. To było już samo dno zezwierzęcenia.
- To przykre.- mruknęła do siebie, sięgając po dłuższy nóż.- Ludzie są tak zadufani w sobie, a potrafią upaść niżej niż zabłąkane kundle.
Wilkołak spojrzał się na nią. Słuchał tego, co mówiła, choć nie rozumiał już ani słowa. Zdania miały zbyt wiele sylab. Potwór nawet nie zareagował, kiedy dziewczyna zadała mu śmiertelny cios. Nie próbował się bronić, nie miał zamiaru uciekać. Jedyne co zrobił, to upadł na ziemię, a Lisbeth po chwili przestała czuć od niego nawet najsłabszą Obecność.
- To brat…- nieświadomie wypowiedziała słowa na głos, a ta myśl wydała się jej trochę przygnębiająca.- Conquiescat in pace.- dodała, lecz już nie patrzyła na martwą bestię. Oddaliła się od ciała najdalej, jak tylko było to możliwe.
Wreszcie do niej dotarło przed czym ostrzegała ją Obecność. Wilkołak zachowywał się jak dzikie zwierze i nie stanowił dla niej wielkiego zagrożenia. Owszem, gdyby nie zdziczał, mogłaby sobie z nim nie poradzić, ale pod taką postacią… stało się to, co stać się miało. Dziewczynie przeszła przez głowę myśl, że zagrożenie, o jakim mówiła jej Obecność, nie tyczyło się ani jej życia, ani życia kogokolwiek z Hidden. Ona mówiła o wilkołaku. O tym, jakie zagrożenie sam dla siebie stanowił. Czy w takim razie… rozbrzmiała w głowie Lisbeth, prosząc kobietę o pomoc i skrócenie życia bestii, która i tak już powoli umierała? To było bardzo prawdopodobne.
Pochłonięta własnymi myślami, dziewczyna nawet nie spostrzegła, kiedy to jej samotny powrót do Hidden przestał już być taki znowu „samotny”.
- Masz ręce we krwi.- usłyszała spokojny głos, rozbrzmiewający tuż obok. Jednak zamiast rozglądać się za znajomą postacią, Salander wyciągnęła z kieszeni chustkę, przykładając ją do oblepionych palców. Właściwie to zdołała jedynie wyczyścić dłonie, większym problemem stanowiły rękawy płaszcza, jednak nimi będzie mogła zająć się dopiero wtedy, gdy znajdzie jakiś strumień.
- I po kłopocie.- odparła po chwili, pokazując już czyste dłonie w stronę, z której dobiegał głos.

Ktoś chce dokończyć? Jak nadrabiamy, to nadrabiamy :P

8 komentarzy:

  1. Lis powiedziała aż cztery zdania, to se dziewczyna zaszalała

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemy i bardziej niemy? :D

      Usuń
    2. Rozmowa Lis z Phesterem:
      -...
      -...

      Usuń
    3. To może wciągnijmy do tego Revana żeby ich chłopak rozgadał? :P

      Usuń
    4. To zabrzmi dziwnie, ale coś mi się zdaje, że Re jednak mówiłby najwięcej O.o

      Usuń
    5. To wina Thalii i Chow. Mają na niego zły wpływ *^*

      Usuń
    6. No właśnie apropos... co z KPK? Bo teraz tam ucichło...

      Usuń
    7. Mnie się pytasz? :P Nie jestem JEDYNYM członkiem bloga. Spokojnie, za nic bym go nie usunęła - za dużo zajebistych wątków tam powstało

      Usuń