Gambitowi ciężko było dzisiaj wstać. To nie kwestia wczorajszej nocy. Wszyscy późno pozasypiali, owszem. Squall przytargała sporo rumu, zgadza się. Ale słaba kondycja psychiczna i fizyczna felina nie pochodziła z niedospania. Nie powodował jej też kac, bo przecież nie pił wiele (nie ma słabości do alkoholu), a na dodatek mieszał to wszystko z kawą. Człowiek nie umie tego wyjaśnić. Malik jest po prostu kotem, a każdy kot nie jest w najlepszej formie gdy coś bezprawnie wyrwie go ze snu.
Tym razem była to Mild. Dziewczyna na wpół śpiąca nie dostrzegła leżącego w trawie brązowego ogona. Chociaż podeszwy jej butów wykonano z cienkiego materiału, a sama trzynastolatka ważyła raczej niewiele, nadepnięcie było dla pogrążonego w błogim śnie Selethena niczym uderzenie młota kowalskiego. Zerwał się z typowo kocim skowytem na nogi i zasyczał oburzony, gładząc w dłoni pokrzywdzony ogon. Zaskoczona elfka oprzytomniała niemal natychmiast.
- O rany, wybacz! - zaczęła. - Serio, niechcący!
Malik wyminął ją burcząc pod nosem zgoła nieprzyjemne rzeczy na temat nie dających mu się wyspać. Kładąc uszy po sobie i zamiatając wściekle ogonem skierował kroki w stronę domku Atlanta. Prowadziło go tam tylko jedno - kawa. Bo jak tu normalnie funkcjonować bez kubka porządnej kafey o poranku? W trzewiach Gambita zgromadziła się chęć mordu typowa każdemu uzależnionemu od smolistego napoju, zdolna do ugaszenia tylko przez to płynne złoto.
Domek od wnętrza w najlepszym stanie nie był. Nic dziwnego, że Alt zdecydował się spędzić śniadanie na zewnątrz. Teraz leonis jedynie półleżał wyciągnięty na krześle, chłonąc z przymrużonymi oczami upojny spokój kolejnego wspaniałego dnia w Hidden...
Spokój wyparował razem z pojawieniem się felina.
- Zdążyłem na kawę? - zaczął i bez zapytania przesadził barierkę werandy.
Atlant otworzył jedno oko nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Wybacz, ale zapasy kawy poszły z dymem - przypomniał Gambitowi.
Kot opadł ciężko na krzesło jakby zaraz miał zemdleć. Nagle jednak sobie o czymś przypomniał i zaczął szperać w sakiewce przy pasie.
- Ale imbryk dalej masz? - zapytał.
Leonis pokiwał głową. Malik zadowolony wyszperał z sakwy mniejszy woreczek i uniósł go dumnie przed siebie niczym Świętego Graala.
- Zgaduję, że to kawa? - parsknął śmiechem władca.
- A jakżeby inaczej? - odparł dumnie kotowaty nabierając do imbryka wody z beczki na deszczówkę. - I to nie byle jaka, bo z mojej ojczyzny.
- Chyba nie chcesz w takim razie jej rozpuszczać w deszczówce? Wodę trzeba najpierw zagotować...
- Nie ucz felina kawy robić - kotowaty rozejrzał się. W końcu odnalazł wzrokiem to czego szukał...
Frelsera.
Gad zasnął niedaleko reszty, obok nucącej Ziio. Teraz jednak leżał na grzbiecie z rozłożonym jednym skrzydłem (drugie wciąż było unieruchomione po zabiegach medycznych) i głową wykręconą pod nienaturalnym kątem, jakby chciał przez sen powąchać swoje tylne łapy, ale wolał to zrobić wyginając kręgosłup w przeciwnym kierunku. Gambit schylił się w poszukiwaniu zgniecionej przez niego pierzastej minstrelki, jednak - ku niemałej uldze - najwyraźniej zdążyła się gdzieś ewakuować zanim Frel zaczął się wiercić. Felin podszedł do leżącego do góry nogami smoczego łba i kucnął obok.
- Frel? - zaczął. Smok jedynie sapnął przez sen. - Frel! - wydarł mu się do ucha i gad zerwał się gwałtownie na nogi.
To zdecydowanie był błąd. Wystraszony gad szarpnął łbem w bok przysadzając łuskowatym policzkiem prosto w nos Malika. Chłopak padł jak długi na trawę upuszczając imbryk i chwycił się za pysk jęcząc głucho. Frelser obejrzał się w poszukiwaniu źródła dziwnego dźwięku, aż w końcu spojrzał w dół.
~ Przyjacielu, po co się wykładasz pod nogami? ~ w głowie felina rozbrzmiał zdziwiony głos smoka.
- Takie hobby - wystękał Gambit zbierając resztki godności z ziemi. Tym razem nie mógł się na nikogo wydrzeć. Jakby nie było, sam się o to prosił.
~ Nie rób mi tak więcej, proszę ~ Frel otrzepał się jak pies prostując wolne skrzydło. ~ To nieprzyjemne być wyrywanym ze snu...
- Coś o tym wiem... - kot podniósł pusty już imbryk. - Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy. Chwila moment i jesteś wolny. - gad pokiwał łbem na zgodę. - Świetnie. Daj mi minutkę, muszę się obrócić po wodę.
Alt na szczęście nie pytał dlaczego Malik napełnia naczynie ponownie. Odprowadził go jedynie pytającym spojrzeniem, na co otrzymał nieme ,,Bez komentarzy". Felin wrócił szybko do wczorajszego paleniska. Rozgrzebał je trochę, ale żar się nie utrzymał. Postawił w sczerniałych resztkach drewna napełniony blaszany imbryk, po czym poprosił Frelsera, by go podgrzał. Smok lodowy nie mógł poszczycić się wspaniałym płomieniem, jednak jego ciepły oddech był wystarczający. Po półgodzinie dumny z siebie Selethen wrócił na ganek z parującą kawą, trzymając ucho imbryka owiniętą w róg płaszcza łapą.
- No i co powiesz? - rozsiadł się zadowolony i nalał smolistego płynu do dwóch kubków.
Atlant uniósł jedną brew w podziwie dla upartego kota i pociągnął łyk. Skinął głową z uśmiechem.
- Całkiem niezła - odpowiedział. - Nigdy sobie nie odpuszczasz ani kubka, co?
- Oddajcie cezarowi co cesarskie... - Malik upił trochę i westchnął z rozkoszy. - ...a felinowi po prostu dajcie kawy.
- Ciekawy tekst. Mogę go kiedyś zacytować? - usłyszeli z góry.
Z dachu na werandę zeskoczyła brązowa harpia z lutnią zarzuconą na plecach. Typowo ptasim zwyczajem zamiast stać na ziemi przycupnęła na barierce werandy, zaciskając na drewnie orle szpony i odrobinę rozkładając zrośnięte z rękoma skrzydła. Przekrzywiła lekko głowę posyłając towarzyszom swój rozbrajający uśmiech, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Dopiero teraz felin dostrzegł, że kły minstrelki są nieco dłuższe niż u człowieka, co nadawało dziewczynie drapieżnego wyglądu.
- Dzień dobry, Ziio - przywitał się wesoło Alt. - Jak tam noc? Napijesz się z nami?
- Dziękuję, ale nie przepadam za kawą - kot mimowolnie się skrzywił słysząc tę uwagę. - A noc całkiem spokojna...tylko gdzieś nad ranem prawie przygniótł mnie kilkutonowy jaszczur. Urocze zwierzę, wije się jak szczeniaczek!
Harpia w końcu po kilku minutach wiercenia zdecydowała się usiąść na barierce bardziej po ludzku. Ściągnęła wiszące na rzęsie uparte białe piórko i zdmuchnęła je jak kosmyk włosów.
- Przyjemnie tu macie - zagaiła, po czym zaczęła stroić swoją lutnię, dzieląc swoją uwagę zarówno na instrumencie jak i rozmowie.
Atlant? Ziio? Nadrabiam te opka, Ursa :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz