~ Tenzinie!
Łowca uniósł gwałtownie szare powieki. Nie spał. Nie musiał. Jego organizm do najnormalniejszych pod względem podtrzymywania funkcji życiowych nie należał. Nie potrzebował jedzenia, odpoczynku, a nawet i tlenu. Zupełnie jakby jego ciało było tylko zlepkiem samowystarczalnych mięśni przywiązanych do kości ścięgnami. Gdyby z jego skóry wyrastały liście, można by wytłumaczyć to wszystko procesem fotosyntezy, ale do wszelkich dziwactw Tenzina listki zamiast wełny nie należały. Gdy więc kilka godzin temu wspiął się na drzewo, ułożył wygodnie na konarze i tak trwał w tej samej pozycji do teraz, to nie po to, by zasnąć. To on tutaj tulił śmiertelników do snu. Po prostu potrzebował na chwilę zamknąć oczy. Każdy tego potrzebuje. Raz na jakiś czas człowiek musi się położyć lub odchylić na krześle, założyć ręce za głowę i po prostu zmrużyć powieki. Odciąć się od światła. Od męczących obrazów. Na chwilę nie robić nic, nie istnieć dla reszty świata. Niech cię wołają, szukają, ale ciebie teraz nie ma. Jesteś gdzieś indziej. Trudno określić gdzie dokładnie, ale stamtąd nie da się ,,od tak" wrócić.
Dla Tenzina takie zamknięcie oczu było czymś niezbędnym. Ta czynność zastępowała mu stulecie bez snu, tlenu i pokarmu. Nie potrzebował odpoczynku, a jednak go znajdował. Pogrążony w błogim letargu miał czas myśleć o sprawach, na które normalnie nie miał czasu, bo w porównaniu do jego obowiązków wydawały się po prostu głupie i nieistotne. Mimo wszystko jednak życie służącego śmierci nie pozwala na zbyt długie przerwy. Wystarczyło więc tylko jedno ostrzegawcze warknięcie Suowei, a Owca chwyciła łuk i z pozycji leżącej zerwała się w kucki, czujnie rozglądając dookoła.
~ Ktoś tu idzie... ~ Wilk niespokojnie owijał się wokół drzewa.
- To gościniec, Su. Jedyny w okolicy - zauważył Łowca z westchnieniem. - To raczej nic nadzwyczajnego, że ktoś nim idzie w naszym kierunku. Nie ma innego wyboru.
~ Ale oni idą po NAS, Owieczko. Czuję to...
Tenzin spoważniał. Przyklęknął na gałęzi, twarzą w stronę, z której mieli nadejść obcy. Na przemian rozprostowywał i zaciskał palce na łuku, gotowy w każdej chwili oddać strzał. Ufał instynktowi swojej przyjaciółki. Nigdy go nie zawiodła. Tym razem też nie mogło być inaczej.
Owca i Wilk zdawali sobie sprawę, że nie każde ludzkie plemię widząc ich od razu pada na kolana. Nie byli czczeni na skalę światową, mało która religia obejmuje cały świat. Zdarzały się kultury, w których ich sylwetki gnębiono za samo bycie powiernikami śmierci. Jednak zgoła częściej trafiali na przypadki, w których przypadkowi świadkowie ich polowań w ogóle nie zdawali sobie sprawy kim właściwie są. Dla niczego nieświadomego wieśniaka Tenzin był jakimś humanoidalnym mutantem, który właśnie zastrzelił człowieka, a warcząca na intruza Suowei wcale nie poprawiała sytuacji. Skąd mógłby wiedzieć, że Łowca nie zrobiłby mu krzywdy, póki sama śmierć by się o niego nie upomniała? Przerażony kmieć wracał pędem do domu i relacjonował, że widział w lesie potwora. Wtedy z reguły następowała powszechna mobilizacja i już wieczorem szykowano obławę na mieszańca. Jakby nie patrzeć, wszelkie konflikty, od zwykłych kłótni po całe wojny, z reguły zaczynają się od zwykłych nieporozumień. Taka pierdoła, a cały świat mógłby się zawalić, bo jakiś ważny człowiek nieopatrznie zrozumiał jeszcze ważniejszego człowieka lub zaszła jakaś literówka w ważnym dokumencie. Przecież wystarczyłoby poczekać, aż Tenzin się wytłumaczy ze swoich czynów...
Niestety, w parze z niecierpliwością czasem idzie pochopność. Jeśli dodamy do tego skłonności do histerii, wyniki będą katastrofalne. A biedna Owieczka miała to szczęście, że zawsze trafiała na niecierpliwych histeryków wyciągających pochopne wnioski z zaistniałej sytuacji.
Oczywiście przyszli w sześciu. Magiczna liczba. Gdziekolwiek nie udawaliby się gotowi na bijatykę, ludzie zawsze zabierali ze sobą towarzyszy. Wedle dalej nie zrozumiałej przez Tenzina zasady, liczba kompanów nie powinna być mniejsza niż pięć, ani większa od siedmiu. Tak więc sześć stanowiło to święte medium. Trzymała się ona za to tylko przypadków skrajnego zidiocenia, gdy ktoś był na tyle przestraszony by iść na spotkanie samemu, ale równocześnie nie chciał stracić w oczach towarzyszy za sprowadzanie całej wioski przeciwko jednej osobie.
Teraz jednak coś się Owcy nie podobało - przybysze byli odziani w grube pancerze porządnej roboty. Przygotowali się na to, że ktoś będzie do nich strzelał. Łowca na wszelki wypadek zaczął celować nieco wyżej, w odsłoniętą przerwę między hełmem a zbroją. Suowei oczywiście nie zamierzała się ukrywać. Zawarczała groźnie opływając dookoła drzewo, na którym czaił się Tenzin. Mężczyźni od razu sięgnęli po broń, chociaż uwadze obojgu Wiecznych Łowców nie umknął fakt, że trójce z nich ręce zaczęły się trząść.
- Wyłaź, poczwaro! - zakrzyknął gromko ten na przedzie, zapewne lider, po czym ruszył naprzód. Zatrzymał się, gdy tuż koło jego stopy wbiła się biała eteryczna strzała.
- Ani kroku dalej - ostrzegł go Tenzin. - Nie mam zamiaru was skrzywdzić...
- Powiedz to Wasilowi i Anielce! - odpowiedział drugi grożąc zaciśniętą pięścią.
Owca westchnęła. No właśnie. Zupełne nieporozumienie. Cała historia z Wasilem i Anielką ogółem brzmiała dosyć niedorzecznie. Dwójka chciała uciec gdzieś daleko, gdzie nic nie mogłoby ich powstrzymać przed małżeństwem. Anielka wpadła więc na pomysł, by udać własną śmierć, a gdy rodzina wedle zwyczaju zostawiłaby otwartą trumnę, dziewczyna ocknęłaby się i uciekła do Wasila. Wysłała do chłopaka posłańca z wyjaśnieniami...ale ten nie dotarł. Anielka zażyła truciznę z ryby najeżki, która pogrążyła ją w letargu na kilka dni, przekonując co do swojej śmierci nie tylko rodziców, ale i samego Wasila. Chłopak pod osłoną nocy udał się zobaczyć trumnę. Widząc ukochaną ,,martwą", wbił sobie sztylet w serce...a przynajmniej taki był plan, bo zrobił to niecelnie i zamiast zabić się od razu zadał sobie zbędne męki. Dopiero cicha strzała Owcy dała mu to czego chciał. Śmierć z jakiegoś powodu naznaczyła Anielkę jako następną, więc Tenzin przeczekał z Suowei aż się obudzi. Zobaczyła ciało ukochanego i również zapragnęła śmierci. A ponieważ Owca stała tuż obok, wyręczyła ją. Patrząc jak wcześniej jej kochanek na głupa wbił sobie ostrze nie tam gdzie trzeba, tak chyba było lepiej.
Niestety, do pomieszczenia wparowali ściągnięci krzykiem rozpaczy domownicy. I co zastali? Tenzina strzelającego prosto w serce zaskakująco żywej córki. Co tam fakt, że jeszcze przed chwilą była dla nich martwa! Teraz przynajmniej umarła na serio i mieli ,,mordercę" przed sobą.
A teraz wysłali swoich triumfatorów na krwawy pojedynek.
Problem w tym, że Owca przecież nie chciała walki.
- I jak się z tego wytłumaczysz, mieszańcu?! - trzeci na tę przeciągającą się ciszę nagle nabrał odwagi.
~ Zabijmy ich ~ syczała w jego głowie Su.
~ Spokojnie, to można jeszcze załatwić pokojowo ~ upierał się Łowca.
~ To próbuj ~ parsknęła sarkastycznie.
- Szlachetni panowie - zaczął już na głos, z trudem wyduszając ,,szlachetni". - Nie miałem nic wspólnego ze śmiercią tej dwójki. Nie spisuję wyroków...
- ...tylko z miejsca strzelasz, załapaliśmy - przerwał mu pierwszy. - Nie pozwolimy, by takie paskudztwa jak ty panoszyły się w naszej okolicy! Żadnych więcej mieszańców!
- Żadnych więcej! - podłapali okrzyk jego towarzysze.
~ Teraz, Tenzinie! Atakujmy! Nie zdążą zareagować!
~ Nie możemy od tak zabijać ~ Owca mimowolnie zacisnęła palce ciaśniej na łęku. - Dajcie nam odejść w spokoju. Obiecuję, że znikniemy stąd jeszcze przed następnym porankiem!
- To koniec, potworze! - trzymał się swojego dowódca grupy. - Takim jak ty przewidziany jest tylko jedno: ostrze miecza i groty włóczni!
Reszta poparła to gromkim okrzykiem. Tenzin rozejrzał się jakby w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki. Suowei zaczynała coraz głośniej warczeć, opływając wokoło pień drzewa. Czas podjąć decyzję, Jagniątko. Tyle lat stawiania wyborów śmiertelnikom, a teraz sam trzęsiesz się jak jeden z nich. Dalej, Owieczko! Ześlij na nich grady strzał, spuść głodnego Wilka! Zeskocz z drzewa i tańcz wśród śmierci, jak to robisz zawsze! Ci głupcy nie mają szans! Obrażają cię, wyzywając od mieszańców, ale nie kłamią nazywając cię potworem. Chcą tego? Chcą zobaczyć potwora?! Tchórze chcą umrzeć w płonącej paszczy?! Daj im to, czego chcą!
Lecz zanim Tenzin zdążył zrobić cokolwiek, okoliczności wybrały za niego. Jeden z mężczyzn stojących z tyłu dzierżył włócznię. Rozochocony słowami przywódcy bandy uniósł drzewce nad ramię i z całą swoją siłą cisnął w stronę Owcy. Roztargniony Łowca zeskoczył z gałęzi o sekundę za późno - jego bok musnęła zimna stal, grot pociągnął za sobą ciemną stróżkę. Chłopak sapnął czując nagły ból. Nienaturalnie ciemna krew splamiła białą wełnę.
Niczym atrament na akcie zgonu, posoka spisała szóstkę śmiałków na straty. Coś w Suowei pękło. Ostatnie wodze trzymające jej morderczą naturę na uwięzi puściły. Jak to możliwe? Kto odważył się podnieść rękę na jej kochane Jagniątko?! Który splamił biel krwią?! Z jej pyska wydobył się pełen wściekłości ryk. Wilk z furią rzucił się na tyły grupy. Ci z przodu się uchylili, ale to i tak nie o nich chodziło. Jej wielkie szczęki zacisnęły się na ciele obecnie bezbronnego chłystka. Zmiażdżyła zębami jego barki i żebra, napawając się krzykiem bólu. A gdy niebawem ucichły zwróciła się z powrotem do zastygłej w przerażeniu reszty. Strach. Jeden, wielki, wszechogarniający strach przed śmiercią. Nawet śmiałemu do tej pory dowódcy zaczęły się trząść kolana. Su rozdziawiła paszczę i zaatakowała ponownie mierząc w najbliżej stojącego. Kolejne wrzaski wypełniły las. Pozostała czwórka już wcześniej zaczęła biec w przeciwnym kierunku, ale wtedy z tyłu głowy tego na przedzie wykwitła biała strzała. Owca zastąpiła im drogę trzymając już z powrotem napięty łuk. Teraz już nie miał wyboru. Musiał ich zabić, inaczej zrobi to Suowei, a ona, ogarnięta furią matki pilnującej dziecka, zadawała przed śmiercią zbyt wiele bólu. I tak następna strzała powaliła jeszcze jednego z nich, trudno już stwierdzić którego, a tego z tyłu porwał Wilk. Ten w środku, ostatni, upadł na klęczki błagając, lecz zanim Tenzin zdołał spełnić jego życzenie, zrobiła to Su.
Nastała cisza. Wszystko trwało tylko chwilę. Chwilę, którą las przemilczał, starając się zapomnieć.
Suowei oblizała zęby z krwi. Jej temperament ostudził się. Wtedy przypomniała sobie o swojej Owieczce. Podpłynęła do niego skamląc i popchnęła nosem zakrywającą ranę rękę.
~ Pokaż to ~ niemal rozkazała. ~ Mocno cię zranił?
Tenzin odsunął pobrudzoną rękę. Z rozcięcia już nie sączyła się krew - regeneracja zaczęła działać niemal natychmiast. Pogłaskał przyjaciółkę po łbie.
- To nic wielkiego - uspokoił ją. Spojrzał na pobojowisko. - Chodźmy stąd, proszę. Znajdźmy jakieś inne miejsce na odpoczynek.
Tym razem zeszli ze ścieżki. Łowca parł naprzód dość długo, starając się oddalić od szlaku jak najbardziej. Zagłębili się w inną stronę tutejszych lasów. Teraz otaczały ich cienkie pnie młodych jodeł. Wokół panował straszliwy mrok, przez ciasną koronę igieł. Nie widać było nieba, gwiazd, księżyca. W zgęstniałej czerni wyraźnie błyszczały dwie pary błękitno fioletowych wyzierających w drewnianych maskach, a spod wełny prześwitywały świecące blado zawijane znamiona. W końcu, gdy zdążył już zapaść zmrok, zatrzymali się na małej polance. Tenzin spojrzał w górę - w tym miejscu nie rosły drzewka i w kożuchu wytworzyło się idealnie okrągłe okienko, z którego widać było gwiazdy. Tu, w zupełnie niezamieszkanej części puszczy, było ich mnóstwo, zupełnie jakby delikatne stworzonka na nieboskłonie bały się ludzi. Suowei opadła w grubą, miękką trawę. Owca usiadła obok niej po turecku i gładząc wielki łeb zaczęła bezwiednie nucić:
Tak uratował Wilk Jagnięcie
Przed światem okrutnym i złym
Owca teraz służyć mu będzie
Aż po kres swoich dni...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz