Gambitowi raczej średnio podobała się wizja łażenia po lesie i, co gorsza, pracowania. To chyba nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt jak bardzo dużo w genach udzieliło mu się typowo kociej natury. Tyle dobrze, że w końcu dostał swoją kawę. Może to powstrzyma go przed uduszeniem minstrelki za podpuszczanie Alta do rozdzielania pożytecznych zadań...
Za domkiem władcy znajdował się mały skład materiałów. Krzywe, sękate deski leżały we względnym ładzie na stosie po pięć w jednym rzędzie i po dwie ułożone poziomo przy końcach tworząc ,,pięterka". Malik wziął pięć z samej góry, po czym bezpardonowo wepchnął je w ręce harpii.
- Masz, przydaj się na coś - powiedział i zabrał się za następne pięć. Tyle powinno wystarczyć do tymczasowego zaznaczenia kształtu strażnicy. Będą musieli potem obrócić się po kolejne...
- Hola! - zbuntowała się Ziio z powrotem oddając deski felinowi. - Po cholerę mam to nosić?
- Tak będzie szybciej? - doparł sarkastycznie Malik.
- Oj, nie nie nie, kochany! Mam lepszy pomysł - zaproponowała, a kot skrzywił się lekko za nazwanie go ,,kochanym". - Mogę przelecieć nad lasem i znaleźć zawczasu jakieś dobre miejsce, a potem zawrócić i ci je wskazać. Nie sądzisz, że tak będzie lepiej?
- To weź to miejsce znajdź od razu przynosząc tam deski - upierał się Gambit.
- Niby jak? Nie mam osobnej pary skrzydeł!
- Ale masz orle szpony - chłopak przewrócił oczami. - Od czegoś ptaki drapieżne je mają, prawda?
Dziewczyna fuknęła niezadowolona z obrotu spraw, ale po minucie dąsów podleciała lekko nad stosik z drewnem i chwyciła w szpony trzy deski. Lepsze to niż nic, pomyślał Malik śledząc wzrokiem lecącą nad las Ziio, po czym wziął jeszcze młotek oraz gwoździe do sakwy i ruszył jej śladem między drzewa. Nie wiedzieć czemu widok obruszonej harpii nieco poprawił mu humor.
Śpiewaczka chyba się na nim mściła. A przynajmniej tak się wydawało sfrustrowanemu Gambitowi, gdy po raz piąty zmieniała kierunek lotu wołając ,,Nie, czekaj, to chyba było jednak tam!", by zaraz potem znowu zmienić zdanie. Zamruczał pod nosem gdzie też może sobie wsadzić to swoje ,,tam" i skręcił poprawiając w rękach ciążące mu już deski. W końcu jednak chyba już jej wystarczyło, albo sama się zmęczyła, bo w końcu wylądowała na całkiem sporym, rozłożystym dębie. Kot zrzucił deski u jego korzeni i gdy otrzepywał dłonie nagle tuż przed jego nosem poleciały w dół trzy inne, niemal miażdżąc mu stopy. Spojrzał w górę wściekły.
- Ups - powiedziała złośliwie harpia. - Chyba mi wypadły.
- To teraz się pofatyguj, by je tam wywlec z powrotem - odparł.
- Nie marudź. Wiesz jaki stąd jest wspaniały widok?
Nie widział. Skąd mógł to ocenić? Podszedł więc do grubego pnia i odbił się od wystającego korzenia. Chwycił się kory wbijając w nią kocie pazury, sprawnie wspiął się na górę i usiadł na konarze naprzeciwko Ziio. Rzeczywiście, widok niczego sobie. Co najważniejsze, dobrze było stąd widać szlak...a na nim obecnie dwie znajome Malikowi sylwetki. Zmrużył oczy.
- Czy to Halt i Squall? - zdziwił się.
- I ktoś trzeci - dodała minstrelka.
Dopiero teraz felin dostrzegł małą sylwetkę między nimi. Jakiś dzieciak? Nie, nawet na pięciolatka za małe...skrzat? Machnął łapą niedbale, nie chcąc teraz się nad tym zastanawiać.
- Kolejny włóczęga - powiedział. - Lepiej zajmijmy się już tymi strażnicami. Jeśli się pospieszymy, jutro będzie już można zacząć właściwą budowę.
Ziio wzruszyła ramionami i zeskoczyła z drzewa, by podać kotu deski. Gambit cierpliwie i starannie poprzybijał je tworząc szkielet półkolistej platformy ciągnącej się na trzy konary. Na więcej nie starczyło im materiału. Na razie jednak wystarczało jedynie zaznaczyć ogólny kształt. Jutro Frelser już powinien być w stanie latać i zajmie się noszeniem desek do oznaczonych drzew. Trzeba będzie też zaciągnąć jeszcze kogoś do roboty, na przykład Halta i Atlanta. Może i leonis był władcą, ale Malik już zdołał się przekonać, że do typowych to on raczej nie należał i propozycja pomocy w budowie raczej go nie urazi.
W końcu zadowolony z siebie felin zeskoczył z drzewa lądując miękko na ugiętych nogach.
- No, to możemy iść do nastę...O BOGOWIE! - krzyknął nagle, bowiem tuż koło jego stopy coś białego nagle warknęło wściekle.
Harpia spojrzała zdziwiona na powód całej paniki i nie mogła powstrzymać śmiechu. Był to mały, biały terrier z lśniącą, czyściutką pokrywą włosową zamiast sierści. Właściciel aby podkręcić to wrażenie grozy zawiązał mu na szyi czerwoną kokardę. Ziio roześmiała się.
- To tylko szczeniak! - zawołała szukając wzrokiem Malika, który nagle gdzieś zniknął. W końcu spojrzała w górę - felin trzymał się kurczowo pnia na wysokości około dwóch metrów. Pokręciła głową z niedowierzaniem i wzięła terrierka na ręce. - Spokojnie, bestia spacyfikowana! Możesz już zejść!
Gambit lekko zażenowany swoją gwałtowną reakcją zsunął się z powrotem na dół.
- Prawie mnie w stopę użarł... - starał się wybronić otrzepując ubranie z kawałków kory. Ziio jednak przerwała mu chwytając go za czubek głowy i odwracając w stronę lasu.
A tam na ścieżce stała jak słup soli młoda dziewczyna w nienagannej czerwonej sukience i dobranym pod kolor kapeluszu z szerokim rondem.
Emma? Ziio? Obiecałam ci to opo Ri :P
Wooo, jeżu! Ja jestem jednak genialna, by zauważyć imię mojej postaci pod opkiem dziesięć dni po wstawieniu. Ale, już, już! Podpisuję czym prędzej! Nie bij! ;-;
OdpowiedzUsuń