Zirytowany przystawiłem palec do ust, a Vis na szczęście mnie posłuchała
i pozwoliła mi nasłuchiwać, co zresztą sama po chwili zrobiła. Pomińmy
fakt, że nie zbyt cieszyło mnie siedzenie w towarzystwie wilczycy. Nie
jestem rasistą, po prostu mój koci instynkt włącza alarm ,,zagrożenie"
na sam zapach, przez co automatycznie - w ludzkiej formie - jeżą mi się
włosy. A tego wprost nie znoszę.
Jej pojawienie się zepsuło mi troszkę plany, ale wszyscy tutaj jesteśmy
po jednej stronie, a ona potrzebuje pomocy. W dodatku tak jakby Atlant
prosił mnie o to, żebym nie odstawał. I po co ja się tu w ogóle
przypałętałem? Im dłużej tu jestem, tym więcej istot i stworzeń
spotykam... Gdzie jest cisza? Gdzie jest spokój? Mogłem zostać z Kiette
wtedy w porcie... Wiatr mi świadkiem, że moja siostra nigdy, przenigdy
mi nie przeszkadzała.
Przypominając sobie, co tu robię, wychyliłem się nieco zza drzewa i
jeszcze na długo, zanim zobaczyłem, zdążyłem usłyszeć wściekłe
elfki.Westchnąłem cicho. Widziałem je tutaj wcześniej, na nieszczęście
mieszkają częściowo w moim sąsiedztwie. Wydawały się takie piękne,
niegroźne, a teraz sypały wyzwiskami, przekleństwami i co gorsze,
rzucały butami. Oczywiście butami z gazem usypiającym. Jakżeby
inaczej...
Co ty im zrobiłaś, Viserany?
- Złap się czegoś - szepnąłem do dziewczyny.
- Co?
- Nie dyskutuj, tylko się czegoś złap.
Wiedziałem, że poprzednio usłyszała, mimo trzasku łamanych przez
biegnące elfki gałęzi i innych rzeczy. W końcu to wilkołak, ma tak dobry
słuch jak ja.
- Ale ja nie mogę - zwróciła mi uwagę i wskazała na swoją dłoń. Krwawiła. I to dość obficie.
- Choleraaa... - wymamrotałem przez zaciśnięte zęby i wiedząc, że na
leczenie tego w tym momencie nie mamy czasu, bo elfki były niemal
dziesięć metrów przed nami (na co zresztą czekałem), zdecydowałem się po
prostu złapać ją za zdrową rękę.
- Mogę wiedzieć, co robisz? - zapytała, instynktownie wyrywając dłoń.
Zanotować: następnym razem nie łapać nikogo za ręce bez ostrzeżenia.
Chwila... Jakim ,,następnym razem"?! Żadnego następnego razu nie będzie i
zaszyję się u siebie, żeby nikt mnie nie znalazł i wszyscy zostawili
mnie w świętym spokoju. Chociaż z moim cudownym szczęściem to pewnie
umierający człowiek dowlekłby się akurat pod moje drzwi.
- Chcesz się nauczyć latać? - Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego
głosu i odruchowo pokręciła głową. - To mnie nie puszczaj.
W tej chwili zduszonym szeptem zacząłem niecierpliwie prosić wiatr o
pomoc, aż poczułem na twarzy pojedyncze mocniejsze podmuchy wiatru,
coraz częstsze. W końcu zerwał się jeden bardzo silny, a ja sam, jedną
ręką trzymając się drzewa, a drugą trzymając Vis, skuliłem się blisko
ziemi, ciągnąc tym samym swoją zdezorientowaną towarzyszkę w dół, żeby
stawiać podmuchom jak najmniejszy opór.
Przymknąłem oczy, czując, że wiatr zaczyna znosić piasek, liście i
mniejsze gałązki, tworząc średniej wielkości huragan. Drzewa uginały
się, a naszą skuloną dwójkę bardzo mocno ciągnęło w stronę powietrznego
wiru. Tak, jak przypuszczałem - elfki podeszły zbyt blisko, przez co
,,pomoc" częściowo objęła też nas. Nie raz miałem podobnie. Osoba, którą
chce się skądś ,,wywiać" powinna być najlepiej dokładnie dziesięć
metrów przede mną, żebym miał czas na odwrót. Przy siedmiu zaczyna być
nieciekawie. Przez podobne sytuacje mam już miarkę w głowie.
Takie cuda jak huragan nie zdarzają się raczej w środku lasu, toteż
elfki niemal od razu zebrały się do ucieczki, piszcząc przy tym na tyle
głośno, że przekrzyczały szum wiatru, a ja przywróciłem uszy do
ludzkiej, mniej wrażliwej postaci. Przez te ich piski można ogłuchnąć.
Wiatr jeszcze długo je ścigał, niszcząc pobliską roślinność i
zostawiając placek wyrwanej trawy w miejscu swojego powstania. Potem to
naprawię.
Kiedy wszystko wokół ucichło - a nie trwało to wszystko więcej, niż pięć
minut - odwróciłem się do Viserany, która trzymała dłoń w górze, aby
spowolnić krwawienie.
- Zgaduję, że po tym biegu nie masz ze sobą nic, czym można by to opatrzyć.
Zdawałem sobie sprawę, czym się zajmuje, więc nie zdziwiłbym się, gdyby posiadała bandaże choćby w bucie.
- Nie mam. - Skrzywiła się i pokręciła głową nieszczególnie szczęśliwa.
Wydawało mi się, że wolałaby się sama opatrzyć i pewnie radziła sobie z
tym sama. Jednak teraz, zanim zdążyłaby sama znaleźć coś, czym mogłaby
się opatrzyć, najpewniej straciłaby za dużo krwi i zemdlała.
W ogóle, z moich obserwacji była raczej gadatliwą osobą, więc dziwiło
mnie, że tak niewiele mówiła, ale może po prostu zauważyła mój nastrój
do rozmów. Raczej nie wyglądam na gościa, który całą swoją personą woła
,,Hej, pogadaj ze mną! Zaprzyjaźnijmy się!".
- Żeby tylko nie wdało się żadne zakażenie... - szepnąłem do siebie niemal niedosłyszalnie.
Skupiłem tyle pary wodnej, która po skropleniu zmieściłaby się w dużym
kubku, po czym to właśnie zrobiłem - skropliłem ją, kierując płyn na
dłoń dziewczyny. Obmyła ją sobie sama, ja tymczasem ddwiązałem jedną z
przepasek, które czasem noszę, żeby nie kaleczyć dłoni w ekstremalnych
przypadkach i zrobiłem jej prowizoryczny opatrunek.
Jak dobrze, że jednak postanowiłem przenieść się do lasu. Moja ,,nowa"
chatka, która (wstyd przyznać, w końcu jestem magiem i mógłbym ją jakoś
polepszyć) wygląda nie najlepiej, znajduje się parę metrów dalej, za
krzakami. Właściwie wygląda... tak, jakby nikt jej nie odwiedzał od
wieków. W zasadzie, możliwe, że tak właśnie było.
- Chodź. - Skinąłem na nią, żeby poszła za mną.
Powinienem mieć coś na taki lepszej jakości opatrunek, a jak nie, to księgi zaklęć służą pomocą.
- Jesteś czarodziejem? - zapytała, idąc jakiś metr za mną.
- Magiem - uściśliłem.
- A to jakaś różnica? - Czyżby wróciła jej rozmowność?
- Trochę - uciąłem i resztę krótkiej drogi przebyliśmy w milczeniu.
Znaleźliśmy się na niewielkiej polance obok strumyka, na której stała w
części wkopana w pagórek chatka z ciemnego, wyblakłego drewna z drzwiami
zakończonymi strzelistym łukiem i jednym, długim oknem od frontu. Nie
miała żadnego ganku ani nic. W środku na szczęście było w miarę czysto,
nie licząc stert papierów leżących na prawie rozpadającym się biurku.
Podszedłem do drzwi i otworzyłem je, puszczając Viserany przodem.
Wszedłem zaraz za nią, szukając od razu jakichś maści odkażających i
innych takich. Przecież coś w swoich tobołkach za pamięci przyniosłem.
<Vis? Mam nadzieję, że nie zepsułam postaci, jest dość skomplikowana>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz