piątek, 3 czerwca 2016

Od Hanneona cd Viserany

        Zirytowany przystawiłem palec do ust, a Vis na szczęście mnie posłuchała i pozwoliła mi nasłuchiwać, co zresztą sama po chwili zrobiła. Pomińmy fakt, że nie zbyt cieszyło mnie siedzenie w towarzystwie wilczycy. Nie jestem rasistą, po prostu mój koci instynkt włącza alarm ,,zagrożenie" na sam zapach, przez co automatycznie - w ludzkiej formie - jeżą mi się włosy. A tego wprost nie znoszę.
  Jej pojawienie się zepsuło mi troszkę plany, ale wszyscy tutaj jesteśmy po jednej stronie, a ona potrzebuje pomocy. W dodatku tak jakby Atlant prosił mnie o to, żebym nie odstawał. I po co ja się tu w ogóle przypałętałem? Im dłużej tu jestem, tym więcej istot i stworzeń spotykam... Gdzie jest cisza? Gdzie jest spokój? Mogłem zostać z Kiette wtedy w porcie... Wiatr mi świadkiem, że moja siostra nigdy, przenigdy mi nie przeszkadzała.
  Przypominając sobie, co tu robię, wychyliłem się nieco zza drzewa i jeszcze na długo, zanim zobaczyłem, zdążyłem usłyszeć wściekłe elfki.Westchnąłem cicho. Widziałem je tutaj wcześniej, na nieszczęście mieszkają częściowo w moim sąsiedztwie. Wydawały się takie piękne, niegroźne, a teraz sypały wyzwiskami, przekleństwami i co gorsze, rzucały butami. Oczywiście butami z gazem usypiającym. Jakżeby inaczej...
  Co ty im zrobiłaś, Viserany?
  - Złap się czegoś - szepnąłem do dziewczyny.
  - Co?
  - Nie dyskutuj, tylko się czegoś złap.
  Wiedziałem, że poprzednio usłyszała, mimo trzasku łamanych przez biegnące elfki gałęzi i innych rzeczy. W końcu to wilkołak, ma tak dobry słuch jak ja.
  - Ale ja nie mogę - zwróciła mi uwagę i wskazała na swoją dłoń. Krwawiła. I to dość obficie.
  - Choleraaa... - wymamrotałem przez zaciśnięte zęby i wiedząc, że na leczenie tego w tym momencie nie mamy czasu, bo elfki były niemal dziesięć metrów przed nami (na co zresztą czekałem), zdecydowałem się po prostu złapać ją za zdrową rękę.
  - Mogę wiedzieć, co robisz? - zapytała, instynktownie wyrywając dłoń.
  Zanotować: następnym razem nie łapać nikogo za ręce bez ostrzeżenia. Chwila... Jakim ,,następnym razem"?! Żadnego następnego razu nie będzie i zaszyję się u siebie, żeby nikt mnie nie znalazł i wszyscy zostawili mnie w świętym spokoju. Chociaż z moim cudownym szczęściem to pewnie umierający człowiek dowlekłby się akurat pod moje drzwi.
  - Chcesz się nauczyć latać? - Spojrzała na mnie zaskoczona tonem mojego głosu i odruchowo pokręciła głową. - To mnie nie puszczaj.
  W tej chwili zduszonym szeptem zacząłem niecierpliwie prosić wiatr o pomoc, aż poczułem na twarzy pojedyncze mocniejsze podmuchy wiatru, coraz częstsze. W końcu zerwał się jeden bardzo silny, a ja sam, jedną ręką trzymając się drzewa, a drugą trzymając Vis, skuliłem się blisko ziemi, ciągnąc tym samym swoją zdezorientowaną towarzyszkę w dół, żeby stawiać podmuchom jak najmniejszy opór.
  Przymknąłem oczy, czując, że wiatr zaczyna znosić piasek, liście i mniejsze gałązki, tworząc średniej wielkości huragan. Drzewa uginały się, a naszą skuloną dwójkę bardzo mocno ciągnęło w stronę powietrznego wiru. Tak, jak przypuszczałem - elfki podeszły zbyt blisko, przez co ,,pomoc" częściowo objęła też nas. Nie raz miałem podobnie. Osoba, którą chce się skądś ,,wywiać" powinna być najlepiej dokładnie dziesięć metrów przede mną, żebym miał czas na odwrót. Przy siedmiu zaczyna być nieciekawie. Przez podobne sytuacje mam już miarkę w głowie.
  Takie cuda jak huragan nie zdarzają się raczej w środku lasu, toteż elfki niemal od razu zebrały się do ucieczki, piszcząc przy tym na tyle głośno, że przekrzyczały szum wiatru, a ja przywróciłem uszy do ludzkiej, mniej wrażliwej postaci. Przez te ich piski można ogłuchnąć.
  Wiatr jeszcze długo je ścigał, niszcząc pobliską roślinność i zostawiając placek wyrwanej trawy w miejscu swojego powstania. Potem to naprawię.
  Kiedy wszystko wokół ucichło - a nie trwało to wszystko więcej, niż pięć minut - odwróciłem się do Viserany, która trzymała dłoń w górze, aby spowolnić krwawienie.
  - Zgaduję, że po tym biegu nie masz ze sobą nic, czym można by to opatrzyć.
  Zdawałem sobie sprawę, czym się zajmuje, więc nie zdziwiłbym się, gdyby posiadała bandaże choćby w bucie.
  - Nie mam. - Skrzywiła się i pokręciła głową nieszczególnie szczęśliwa. Wydawało mi się, że wolałaby się sama opatrzyć i pewnie radziła sobie z tym sama. Jednak teraz, zanim zdążyłaby sama znaleźć coś, czym mogłaby się opatrzyć, najpewniej straciłaby za dużo krwi i zemdlała.
  W ogóle, z moich obserwacji była raczej gadatliwą osobą, więc dziwiło mnie, że tak niewiele mówiła, ale może po prostu zauważyła mój nastrój do rozmów. Raczej nie wyglądam na gościa, który całą swoją personą woła ,,Hej, pogadaj ze mną! Zaprzyjaźnijmy się!".
  - Żeby tylko nie wdało się żadne zakażenie... - szepnąłem do siebie niemal niedosłyszalnie.
  Skupiłem tyle pary wodnej, która po skropleniu zmieściłaby się w dużym kubku, po czym to właśnie zrobiłem - skropliłem ją, kierując płyn na dłoń dziewczyny. Obmyła ją sobie sama, ja tymczasem ddwiązałem jedną z przepasek, które czasem noszę, żeby nie kaleczyć dłoni w ekstremalnych przypadkach i zrobiłem jej prowizoryczny opatrunek.
  Jak dobrze, że jednak postanowiłem przenieść się do lasu. Moja ,,nowa" chatka, która (wstyd przyznać, w końcu jestem magiem i mógłbym ją jakoś polepszyć) wygląda nie najlepiej, znajduje się parę metrów dalej, za krzakami. Właściwie wygląda... tak, jakby nikt jej nie odwiedzał od wieków. W zasadzie, możliwe, że tak właśnie było.
  - Chodź. - Skinąłem na nią, żeby poszła za mną.
  Powinienem mieć coś na taki lepszej jakości opatrunek, a jak nie, to księgi zaklęć służą pomocą.
  - Jesteś czarodziejem? - zapytała, idąc jakiś metr za mną.
  - Magiem - uściśliłem.
  - A to jakaś różnica? - Czyżby wróciła jej rozmowność?
  - Trochę - uciąłem i resztę krótkiej drogi przebyliśmy w milczeniu.
  Znaleźliśmy się na niewielkiej polance obok strumyka, na której stała w części wkopana w pagórek chatka z ciemnego, wyblakłego drewna z drzwiami zakończonymi strzelistym łukiem i jednym, długim oknem od frontu. Nie miała żadnego ganku ani nic. W środku na szczęście było w miarę czysto, nie licząc stert papierów leżących na prawie rozpadającym się biurku.
  Podszedłem do drzwi i otworzyłem je, puszczając Viserany przodem.
  Wszedłem zaraz za nią, szukając od razu jakichś maści odkażających i innych takich. Przecież coś w swoich tobołkach za pamięci przyniosłem.

<Vis? Mam nadzieję, że nie zepsułam postaci, jest dość skomplikowana>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz