- Opowiem wam historię, która zdarzyła się, nim jeszcze ja zdążyłam przyjść na świat - powiedziałam z uśmiechem, głaszcząc młode kotki jednej z siedmiu sióstr Nero.
- Opowiadaj, Chaari, opowiadaj! To będą twoje i twojego brata przygody, prawda? - zawołał blondwłosy kotek z piegowatym noskiem, patrząc na mnie zielonymi ślepiami tak podobnymi do tych Hana, kiedy korzystał z magii ziemi, a choć robił to rzadko i wtedy prawie tak nieumiejętnie, jak ja, pamiętam ten kolor doskonale.
- Wybacz Nihiro, to historia pełna miłości - zauważyłam, na co blondynek zmarszczył nosek, a jego siostrzyczki zaczęły klaskać i nadstawiły swoje kocie uszy.
Uśmiechnęłam się do nich. Kiedy to ja byłam malutka, uwielbiałam słuchać historii o tym, jak mama poznała tatę. Nie ważne, że historia ta kończyła się tragicznie, o czym młodym kotom nigdy nie wspomniałam a i mnie samej mama tylko raz opowiedziała całość.
- Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy to Minah-Tian, o rudoczerwonych włosach i oczach ciemnych jak czekolada, pierwszy raz wybrała się na samotną wycieczkę. Jej rodzice, choć mieszkali w wiosce w górach, nie lubili wychodzić, woleli integrować się z przyrodą w przydomowym ogrodzie. Młoda jeszcze Minah spacerowała po górach, bawiąc się magią. Były to czasy jeszcze gorsze, niż teraz, kiedy wojny między różnymi rasami były naprawdę straszne, wiec taka wycieczka była bardzo niebezpieczna! - Zrobiłam minę typowego bajarza, których u nas nie brakowało. Nero opierający się o próg drzwi zaśmiał się cicho, a ja skarciłam go wzrokiem, na co uniósł obronnie ręce.
- Co to znaczy Minah-Tian? - zapytała głupiutko koteczka o białych jak śnieg włosach i błękitnych oczach.
- Wiesz, nie mam pojęcia, Shaakite. - Wzruszyłam ramionami, żałując, że tego nie wiem. - Nie wiem, na jakiej podstawie magowie nadawali imiona.
- Nie ważne, opowiadaj dalej, Kiet, prosimy! - Mała Yunahi zrobiła maślane oczka, a ja kontynuowałam:
- Minah przypadkiem potknęła się o kamień i spadła wraz z całą lawiną kamieni na polankę, która nie należała już do magów. Zemdlała wtedy, a kiedy się ocknęła, zobaczyła nad sobą parę fiołkowych oczu...
- Zupełnie takich, jak twoje? - wtrącił Nero, który znał całą tę historię w jej prawdziwej i całkowitej wersji.
- Nie przerywaj mi! - Wystawiłam mu język, na chwilę zapominając, że obok są dzieci, które zaraz zaczęły bronić swojego wujka, mówiąc mi, że to nie ładnie.
- Dobrze, dobrze, wiem i przepraszam - westchnęłam, udając skruchę. - Więc, Minah zobaczyła nad sobą parę kocich oczu, które wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Należały one do przystojnego blondyna, który wyciągnął do niej rękę, aby pomóc jej się podnie...
- Już jestem! - usłyszeliśmy wołanie Charnini, matki kociąt, które z Hikari na czele natychmiast zerwały się z kojca, wołając wesoło ,,mama". To zazwyczaj oznaczało, że młode kocięta już do nas nie zawitają, zbyt zajęte tym, że ich mama wróciła z dwudniowego rejsu do najbliższego miasteczka, przynosząc im słodycze.
Uśmiechnęłam się do siebie, po czym sama wstałam, strzepując niewidzialny kurz z ubrań. Miałam zamiar iść się z nią przywitać, ale kiedy przechodziłam przez próg, Nero złapał mnie w pasie i pocałował w policzek.
- Nareszcie wolni - wyszeptał mi do ucha, na co uśmiechnęłam się szerzej i odwróciłam do niego przodem.
- Więc? - Zagryzłam wargę, splatając dłonie na jego karku. Czarne koszule naprawdę mu służyły. - Co zamierzasz robić?
Nie odpowiedział mi, a po prostu złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, a ja wplotłam ręce w jego kruczoczarne włosy.
I pewnie poszłoby to dalej, w kierunku, w którym się domyślacie, jednakże usłyszeliśmy chichoty dzieci, na co niestety byliśmy zmuszeni przerwać.
- Co wy tu jeszcze robicie, skrzaty? - Zapytał Nero, mierzwiąc siostrzeńcowi włosy. Raczej nie był szczęśliwy, że nam przerwali, ale w żadnym stopniu nie dało się zobaczyć jego irytacji. On, w przeciwieństwie do mnie, mimo przyłapania na gorącym uczynku potrafił zachowywać się normalnie, podczas gdy ja płonęłam rumieńcem.
- Chaari nie dokończyła opowiadać! - zauważyła Eunbi, łapiąc mnie za nogę.
- Shaakite! Eunbi! Yunahi! Hikari! Nihiro! Wracamy do domu! - powiedziała Charnini, pojawiając się za swoimi dziećmi. - Jest już późno, Kiette dokończy wam opowiadać innym razem.
Nie było mi to jednak dane, a wydarzenia tamtej nocy były ostatnimi, które przeżyłam z małymi kociętami. Nazajutrz cała wioska spłonęła, spalona przez smoki. Niektórzy osierocili dzieci, inny wraz z nimi zginęli. Zginął Nero, jego siostra wraz z dziećmi i mężem, czworo naszych przyjaciół oraz wiele innych rodzin. W jeden dzień śmierć zebrała krwawe żniwo i mnóstwo łez.
Wtedy, blisko rok temu, po zakończonych uroczystościach pogrzebowych, ostatni raz spojrzałam na portowe miasteczko, zaraz jednak mrużąc oczy ze łzami. Nie chciałam go pamiętać obróconego w proch i pył. Chciałam pamiętać malowane na biało domki, obite ciemnym drewnem, brukowane ulice, zapach morza i przyjemny dla kotów zapach ryb, wesoło biegające po pobliskich łąkach młode kotki czy dzieci zwyczajnych, ludzkich osadników oraz handlowców z innych krajów. Karczmy i tawerny wypełnione wesołymi śpiewakami, mnóstwo kotów chodzących po ulicach, nie ważne, czy to byliśmy my czy nasi dachowi pobratymcy. Tak chciałam pamiętać Mhetuu.
Niestety, nie do końca mi się to udało. Pamiętam też przyprawiający o mdłości swąd spalonego drewna, ciała i futra, drewniane domostwa obrócone w popiół, kamienne osmolone i bez dachów oraz pełno spalonych żywcem ciał leżących na ulicach, które później chowaliśmy, nie zawsze będąc pewnym, kto był kim. Pamiętam też ziejące tumanami ognia smoki, które następnie z groźnym odgłosem ruchu skrzydeł odleciały za ocean.
Potem odeszłam, jak i sporo innych kotów i ludzi. Nie chcieliśmy tam zostawać, straciliśmy zbyt wielu bliskich a także kochane przez nas osoby. Moje przyjaciółki, Noirin i Blanir, które tak na dobra sprawę to bliźniaczki o włosach czarnych i białych, również zdecydowały się odejść. A odeszły rozdzielając się, każda w swoja stronę.
W chwili, w której zdecydowałam się na odejście, zostałam całkiem sama. Między innymi dlatego jeden z wyżej postawionych rangą kotołaków, który zwał się Daraniorem i wychowywał wiele młodych kotów (w tym osiem lat temu mnie), postanowił podarować mi jedno nietoperzątko z pośród potomstwa swojego magicznego pupila. Powiedział mi, że nietoperze, choć i za nimi koty lubią biegać, są najmniej kuszącymi koty zwierzętami i jako jedyne nadają się dla nas jako zwierzątka domowe.
Westchnęłam cicho, gładząc czubek głowy nietoperza, który zwisał śpiąc do góry nogami na gałęzi nade mną. Znów zaczęłam popadać w melancholijny nastrój. Byłam już prawie pewna, że to tutaj, że to tu będzie Han. Tymczasem w okolicy widziałam tylko istotę, która była mała i niebieska, oraz całą zgraję przepełnionych frustracją elfek. Chyba jednak się myliłam - czeka nas dłuższa wędrówka.
- Idziemy już od dwóch dni bez snu, przyda ci się wypoczynek - powiedziałam do Shi-Shiego, wodząc wskazującym palcem po liniach jego kości na skrzydłach. Ziewnęłam przeciągle i zmrużyłam oczy. - Mnie chyba też...
Nim jednak moje powieki opadły do końca, jeden dźwięk sprawił, że byłam gotowa do skoku czy ucieczki. Nadstawiłam uszu, po czym z uspokojeniem zauważyłam, że to tylko niewielkie stado jeleni. Przyglądałam im się chwilę. Bardzo piękne stworzenia. Tyle, że jelenie mogą kusić wilki.
Westchnęłam poirytowana, bo chciałam spać spokojnie, a nie chciałam ryzykować bycia kotem wpędzonym na drzewo, z którego nijak nie ma ucieczki, po wiążące gałęzie są za cienkie dla mnie nawet w kociej formie. Zeskoczyłam z drzewa, postanawiając znaleźć inne miejsce do snu. Mój nietoperz niechętnie poderwał się do lotu.
Wtedy też spokojnie i sennie wędrowałam sobie między krzakami, kiedy to z całym impetem coś na mnie wpadło tak mocno, że aż przeturlaliśmy się po ściółce.
Powoli podniosłam się z ziemi otrzepując się powierzchownie z liści i gałązek, po czym spojrzałam na owe coś. Było białe i wełniane, a chwilę później dostrzegłam też owcze uszy. Ale stwór nosił wilczą maskę i miał puste oczy, co sprawiło, że zachwiałam się na nogach i usiadłam z powrotem.
- C-c-coś ty za jeden?! - wydukałam, modląc się, aby to coś mi się tylko śniło.
Całą drogę omijałam wszelkie inne istoty, nie zazębiając więzi z nikim. Brak zaufania do innych i pusty wzrok stwora ukrytego za wilczą maską przyczynił się do mojego strachu.
Nagle dało się słyszeć dobijane zwierzę. Wełniany stwór pobiegł w tamtym kierunku, a ja dostrzegłam wilczą głowę, która spijała krew z rozerwanego brzucha jelenia.
Otworzyłam szeroko usta na widok, który zmroził mi krew w żyłach. Zdusiłam krzyk, a moja ręka chcąc nie chcąc powędrowała w kierunku przerażającej wilczej głowy. Ja się boję zwykłych wilków, a to coś jest jeszcze gorsze...
Kiedy wełniany stwór się do mnie obrócił, cofnęłam się o krok, mając nadzieję, że strach nie sparaliżuje mnie przed ucieczką i oba przerażające stworzenia nie zaczną mnie ścigać.
- Spokojnie - powiedział wełniany, jednak ja ciągle patrzyłam na wilczą głowę. - Nie zrobię ci krzywdy...
- T-ty mo-że nie... - usiłowałam opanować drżenie głosu.
Czułam, że się trzęsę. Jak na zawołanie przypomniał mi się dzień, w którym Han poszedł po wodę, a nasz prowizoryczny obóz napadło wilcze stado. Gdyby wtedy nie zapomniał wiadra i - nie kontrolując jeszcze swoich zdolności - nie podpalił ich, pewnie by nas zjadły. Uciekły w popłochu do strumienia, zostawiając pobladłego i przerażonego własnymi zdolnościami Hana samego. Miał wyrzuty sumienia, bo prawie stał się mordercą, choć próbowałam mu tłumaczyć, że uratował nas tym.
Odpędzając obraz wilczej paszczy z przed kilku lat, zaczęłam się powoli cofać.
- Nie bój się. - Próbował mnie uspokoić wełniany. Na marne. Wilki prawie mnie zabiły, mam prawo się ich bać.
Wilcza głowa odwróciła się do mnie i kłapnęła zębami, na co jak skończona idiotka przemieniłam się w kota i uciekłam wysoko w korony drzew, robiąc coś, czego jeszcze przed chwilą unikałam.
Serce waliło mi jak młotem, a sama ledwo łapałam oddech.
- No proszę, kolejny kotołak? - Usłyszałam z dołu. Pewnie gdyby nie zaskoczenie, zastanowiłabym się nad słowem ,,kolejny". Nie jestem tchórzem, bez przesady, ale to było zdecydowanie za wiele jak na moje oczekiwania a propos tego miejsca.
Na dole stał bliznowaty, dobrze zbudowany mężczyzna z rogami, spiczastymi uszami i lwim ogonem. Brawo Kiette, brawo. Miałaś unikać innych istot i stworzeń, a jesteś otoczona i na drzewie. Szczyt kociej inteligencji...
Tenzin? Atlant? Próbowałam na wszelkie sposoby to dokończyć odkąd z Tobą Nyan pisałam, ale moja kreatywność umarła
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz