środa, 4 listopada 2015

Od Frelsera - Smokobójcy

        Ciemny kształt przeciął niebo. Frelser leciał, jak co dzień. Leciał, a w dole mijały drzewa, ptaki nie zdolne wylecieć wyżej. Nawet bielik, do tej pory jedyny wspaniały drapieżnik w tej części nieba zleciał między wierzchołki jodeł speszony majestatem szarego smoka. Dawno na tych terenach nie zawitał żaden z tych gadów. Dawno nie widziało się tu więc równie pięknego stworzenia...
  Które piękne było nawet ranne.
  Obserwator z dołu oglądając smoka przez dłuższy czas zwróciłby uwagę, że jego lot nie jest tak zgrabny i płynny. Że gad wymachuje skrzydłami bardziej rozpaczliwie, bez dokładnego rytmu. Jakby chciał po prostu od czegoś uciec. A po jego przelocie na dłonie i twarz owego obserwatora spadłyby ciężkie krople w kolorze ciemnego karminu. Smocza krew ciekła z rany pod skrzydłem, pod wpływem rozpędu spływała na błonę lotną, a tam wąskimi kanalikami docierała do brzegów skąd uzbierana w odpowiednio ciężką kroplę leciała razem z wachlarzem innych na dół, rosząc drzewa niczym upiorna mżawka.
  Frel nie musiał się oglądać, by wiedzieć, że nie zgubił pościgu. Krzyki smokobójców docierały do niego co chwilę. A to dalej, to znów bliżej. Panika rosła. Smok teraz już tylko walczył o przetrwanie. Jak niemal codziennie. Ledwo gdzieś udało mu się zaaklimatyzować, a już los sprowadzał do jego leża niefortunnego pasterza bądź podróżnego, który widząc smoka nie słyszał przesyłanych przez niego telepatycznych wiadomości, uciekał do swojej wioski i nie omieszkał podzielić się wiadomością. A to na kark Frelsera ściągało kolejnych amatorów przygód. Mało to chłopów nasłuchało się bajek o wielkich skarbach na jakich drzemie poniekąd każdy smok? I przychodzili, a jakże! Jedne chojraki same wymachiwały bez ładu i składu jakąś kosą - tych przepędzał zwykły ryk. Następni jednak przychodzili w większych ,,zbrojnych" grupach. Chłopi jednak, strachliwi z natury, nie cenili zbytnio swojej przewagi liczebnej, a widząc, że smok prawdziwy z krwi i kości pryskali gdzie pieprz rośnie po jednym, jakże mizernym zionięciu ogniem, pozostawiając swój prowizoryczny oręż. Frelowi zdarzyło się nawet raz znaleźć przed swoim tymczasowym leżem barana wypchanego siarką. W najgorszych wypadkach (takich jak ten) kmiecie zrzucały się i najmowały łowców potworów.
  - Doganiamy go! - krzyczał tryumfalnie szef bandy. - Zaraz wleci w pułapkę! - cóż, plus głupoty ludzkiej. Większość ludzi sądziła, że Frelser to po prostu kolejna durna bestia i nie rozumie ani słowa.
  Pułapkę?!, pomyślał zaskoczony.
  I wtedy znikąd nadleciała ciężka, stalowa siatka. Nakryła samca, który nie zdążył wykonać uniku. Smok runął w dół, połamał jakieś mniejsze drzewo i przetoczył się po ziemi. Dyszał ciężko. Z bólu? Zmęczenia? Strachu? Teraz sam nie wiedział. Było już po nim. Siatka od wewnętrznej strony pokryta była małymi kolcami. Gdy spróbował się teraz wyswobodzić, poharatałyby błonę na skrzydłach. Kiedy siedział nieruchomo, nic mu nie groziło, bo łusek na grzbiecie siatka nie była w stanie nawet zarysować. Ale nie zmieniało to faktu, że smok był już ewidentnie martwy.
  - Patrzcie no, kogo my tu mamy! - okrzyk pierwszego smokobójcy trzeźwił Frela. Smok zaczął szamotać łbem na boki.
  - Hah! Spójrzcie no! - dopowiedział drugi. - Takiego mazgaja to żem w życiu nie widział!
  - Co jest dzieciaczku? Nie umiesz zwykłej siateczki rozerwać, hę?
  I po co to wszystko? Wykończcie mnie już, błagał w myślach. Wstydu oszczędźcie...
  - Patrz, smoczku! Co my tu dla ciebie skarbeńku mamy - herszt bandy odpiął od siodła obusieczny topór.
  Frelser już widząc nadchodzącą śmierć poczuł się słabo. Zaczął się szarpać jeszcze bardziej. Widząc, że nic to nie daje pozostało mu jedno. Skupił się i w jednym, potężnym telepatycznym wybuchu zawołał:
  - Pomocy!
  To wezwanie musiał usłyszeć każdy w obrębie kilku mil...

Ktoś? Ursa, liczę tu na wejście smoka (czyt. Alta, Squall i Malika)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz