Nie rozumiałam za bardzo, dlaczego kotopodobny ubolewa nad stratą napoju
jakim jest kawa. Nigdy specjalnie mi nie smakowała. Po względnym
opanowaniu sytuacji odezwał się Halt, przedstawiając nam (to znaczy
osobom, które nie miały wcześniej wątpliwej przyjemności się z nią
zapoznać) kolejną osobę, której wcześniej nie było.
- Panie i Panowie, macie przyjemność poznać wielmożną władczynię mórz i
oceanów, a przy okazji niezrównaną w swoim fachu egoistkę - Squall. -
Powiedział z ironią i przekąsem łucznik. Na te słowa (jak się
domyśliłam) piratka poderwała się natychmiast.
- Jeszcze słowo, a osobiście dopilnuję żeby Cię pożarły rekiny, kiedy
następnym razem władujesz mi się na statek. - "Kto się czubi, ten się
lubi" - od razu przyszło mi na myśl. Każdy z nas przedstawił się jeszcze
raz i można było stwierdzić, że mniej więcej wiemy kto jest kto.
Cóż, cała sytuacja wydała mi się raczej zabawną. Oprócz jednego
szczegółu. Zakurzonym przedmiotem, który sprawił tyle kłopotów, a
którego pozwoliłam sobie bez pytania obejrzeć - był stary, pożółkły i
zniszczony już nieco zwój. Zwój dotyczył linaktropii. Mogły znajdować
się tam cenne informacje, które pozwoliłyby mi na kontrolowanie tego
czegoś co siedziało wewnątrz mnie. Potwora. W pośpiechu upuściłam tak
ważne dla mnie znalezisko i teraz leżało sobie gdzieś na podłodze w tej
zakopconej chacie. Całe szczęście, że ten cały kruczy medyk ugasił
pożar. W zasadzie to podziwiam go. Ten jego stoicki spokój, aurę
tajemniczości i ten dziwny pierwotny strach, który wywołuje. Założę się,
że nie tylko mnie przeszedł dreszcz, gdy pierwszy raz go zobaczyłam.
Oczywiście żadne z nas się do tego nie przyzna, zwłaszcza, że mężczyzna
jest niezwykle uprzejmy. Trafiłam do dziwnego grona osób. Mała, jednak
waleczna elfka, głośna dziewczyna kłócąca się ciągle z lubującym się w
kapturach łucznikiem, lekarz z ptasią maską, tajemnicza dziewczyna z
chustą na twarzy, wielki, chodzący na dwóch łapach kot, "tutejszy
władca" - posiadacz rogów, kobieta wyglądająca jakby ją zdjęto ze statku
pirackiego i smok. Teraz już jest nas łącznie dziesięcioro. Nigdy nie
lubiłam przebywać w tak licznym towarzystwie, ale, o dziwo z nimi było
całkiem...całkiem.... Nie jestem pewna jak to określić....fajnie? To
takie prostackie słowo. Jednak frasowała mnie jeszcze jedna rzecz - moje
ubrania. Całe czarne. I śmierdziałam dymem. I kawą. Od kawy
zdecydowanie bardziej wolę herbatę. Śmiem twierdzić, że żadne z obecnych
tutaj nie posiadało w swym ekwipunku perfum, czy choćby zwykłej wody
toaletowej. Całe szczęście w poprzednim mieście zaopatrzyłam się w
niezbędny flakonik pełen cudownego zapachu. Wyjęłam go z sakiewki, był
niewielki, zajmował wyjątkowo mało miejsca, po czym zaczęłam
bezceremonialnie opryskiwać się mgiełką słodkiej woni. Duży kocur, o ile
dobrze pamiętam - Malik, natychmiastowo przerwał opłakiwanie ukochanego
napoju, prychnął głośno i odskoczył niemalże na drugi koniec polany.
Cała reszta zaśmiała się, bądź zachichotała chórem.
- Ja zamiast pryskać się pachnidełkami, proponowałabym zmyć tą sadzę w
jakiejś rzece, czy czymś. - Wtrąciła Viserany, chociaż jej
prawdopodobnie bród nie przeszkadzał tak bardzo jak mi.
- Mamy tutaj wodę, spokojnie, wszyscy będziecie mogli się umyć, gdy
tylko budynek trochę się przewietrzy. - Odparł Atlant, właściciel domu.
Ta wiadomość niesamowicie mnie ucieszyła, chociaż nie dałam tego po
sobie poznać. Z braku zajęcia część towarzystwa wznowiła przygotowywanie
ogniska, przytaszczyli jakieś pnie, lub duże kamienie, by każdy z nas
miał gdzie usiąść. Ja zajęłam się czesaniem mojej klaczy, stałam na
uboczu przyglądając się od czasu do czasu reszcie. Każdy tutaj wygląda
raczej na samotnika, no może z wyjątkiem dwóch, trzech osób, a jednak
wszyscy trafiliśmy tutaj z jakiegoś powodu. Tak myślę. Przeznaczenie
bywa silne, tak silne, że gromadzi grupkę zupełnie obcych sobie, i
różnych od siebie stworzeń w jednym miejscu. Moje przemyślenia przerwał
nagle głośny trzepot kilkuset skrzydeł. Ogromne stado ptaków,
przeróżnych gatunków przeleciało nagle nad naszymi głowami.
- Co...do.... - Mruknęła Squall wpatrując się w niebo.
- To nie wróży nic dobrego. - Stanowczo stwierdziła Lisbeth - dziewczyna
z chustą na twarzy. Myślę, że jednak każdy z nas zdawał sobie z tego
sprawę. Coś wydarzyło się w jakiejś odległości od nas i nie było to nic
pozytywnego.
-...Co robimy? - Zapytała mała elfka, z nutką niepokoju w głosie.
- Na razie najlepiej nic. Te ptaki mają za sobą już kilka godzin drogi,
coś musiało bardzo je wystraszyć, ale miało miejsce daleko stąd. Za
górami. - Odpowiedział, jak zwykle spokojnym głosem Phester. Faktycznie,
kierunek lotu wskazywał na to, że przyleciały znad gór, ponadto
wyglądały na zmęczone.
- Tylko dlaczego nie zatrzymały się wcześniej?... - Halt zmrużył oczy nadal patrząc na oddalające się stado.
- Ptaki już tak mają, jak się czegoś wystraszą to lecą przed siebie póki
nie wyda im się, że jest już bezpiecznie. A w tych górach raczej nie
jest bezpiecznie. - Odparł Atlant.
- ...Co masz na myśli?
- No... Żyją tam różne nieciekawe stworzenia. Ale góry wystarczająco
daleko, nic tutaj nie przyjdzie, raczej nie musicie się martwić. -
Uśmiechnął się rogaty.
- Jakie "nieciekawe stworzenia"? - twarz Visty wyrażała bardziej zaciekawienie, niż strach.
- Mantikory, strzygi, bazyliszki, demony, stada dzikich likantropów, -
na te słowa skrzywiłam się lekko, mam nadzieję, że nikt tego nie
zauważył - samotne wiedźmy i wiele innych, nienazwanych jeszcze istot.
Mało kto się tam zapuszcza.
~Niedawno byłem w ich pobliżu~ - rozbrzmiał w głowach wszystkich głos
smoka - Frelsera. Swoją drogą, ze wszystkich towarzyszy, którzy mieli
przyjemność być tu razem ze mną, on był najbardziej niezwykły. Piękny.
Smoki od zawsze mnie fascynowały, ale zawsze trzymały się daleko.
Oczywiście mówię o dzikich smokach, do tych hodowlanych nie miałam nawet
okazji się zbliżyć. Jednak miałam wrażanie, że Frelser mi nie ufa, a
przynajmniej mnie unika. Ciekawe czemu.
- I co? Widziałeś jakąś wiedźmę? - Zapytała z nieco drwiącym uśmiechem Squall. Smok zatrzepotał skrzydłami.
~Przecież mówię, że byłem w pobliżu! Wolałem nie podlatywać, bo czułem, że nie czeka tam nic dobrego~
Skończyliśmy rozmowę o górach, ponieważ okazało się, że o dziwo jest już
wieczór, a słońce zaszło parę minut temu. Atlant rozpalił ognisko
używając swoich mocy, tym razem nie podpalając przy okazji całego lasu.
Na szczęście. W trakcie rozpalania skupiłam wszystkie zmysły na unikaniu
wszelkiego kurzu. Tak na wszelki wypadek.
Wszyscy usiedliśmy dookoła paleniska, na kamieniach i pieńkach.
- Ej, a co z jedzeniem? Chyba nie będziemy siedzieć przy ognisku bez żadnego żarcia? - Halt rozejrzał się błagająco.
- Wolałbym napić się kawy... - Jęknął Malik.
- Jak jesteś śpiący, to droga wolna. Nikt cię tu nie trzyma. - Powiedziała Squall drapiąc się po policzku.
- Nie o to chooodzi... - Wbrew swoim słowom, kocur ziewnął przeciągle.
- Kawy raczej już nie ma... - W tym momencie "właściciel" krainy zrobił
jakby pauzę, przypominając sobie wcześniejsze wydarzenia, przez które tę
kawę straciliśmy - Ale gdzieś w domu powinno być schowane jeszcze
jakieś jedzenie. Pod stołem była klapa do piwnicy...
- Ja pójdę! - Wstałam nagle. Nikt się tego po mnie raczej nie
spodziewał. Jednak przypomniałam sobie o zwoju. On musi gdzieś tam być, a
ja muszę go znaleźć. Nikt nie zaprotestował, więc ruszyłam w stronę
budynku. Za moimi plecami znowu rozległa się wrzawa rozmowy. Weszłam do
środka. Podłoga była czarna. Nie jestem pewna, czy to przez wylaną kawę,
czy po prostu się zwęgliła. Nie dostrzegłam zwoju. Klęknęłam i zaczęłam
przeszukiwać każdy skrawek pomieszczenia. Zajęło mi to trochę czasu,
liczyłam na to, że nikt tego nie zauważy, ale w końcu miałam przynieść
jedzenie... Odnalazłam go wreszcie. Nie powstrzymałam ciekawości i
rozwinęłam go czytając zawartość. Nie przeczytałam nawet dwóch zdań, gdy
do chaty ktoś wszedł.
- Co z tym jedzeniem?
Przepraszam, że tyle nie pisałam, ale już jestem. Too... Ktoś miałby ochotę odpisać? C:
Jaaaaaaaa ja ja i jeszcze raz ja. Mogę co Nieeeeeee?
OdpowiedzUsuń~Vista
Oki, to ja w tym czasie napiszę równoległe opowiadanie, takie krótkie co by nie mieszać :D I uzgędnie w nim że idziesz do Ash, pasi? :)
OdpowiedzUsuńWięc ty napiszesz co tam u Ashlotte, a ja się dopiszę tak na marginesie, bo boję się trochę że umknie mi jedna, dla mnie ważna sprawa :)
OdpowiedzUsuń