Wiecie co? Tak sobie myślę... że lepiej trafić nie mogłam. Ja już nie
mówię o tym, że znalazłam miejsce w którym najwyraźniej znajdę sobie
dom, nie będę musiała przebywać w tłumie... No i jest tu smok! Wiecie,
ja zawsze miałam pewną, hmm, słabość do zwierząt. Ale smoki to takie
wyjątkowe stworzenia. Udało mi się kiedyś podsłuchać jak mój tata
opowiadał mamie o wyprawie, na której tata spotkał jednego smoka. Tyle,
że on uważał, że to Stworzenia Śmierci. Wiecie, takie stare przesądy. Ja
natomiast od tamtego czasu marzyłam, żeby spotkać jakiegoś... No i
jest! Hmmm, czy zasłużyłam? Nie wiem. Wątpię, żeby bogowie patrzyli na
to co robię. Chociaż może jest jakiś takie jeden...?
W każdym razie, już wiecie czemu siedziałam jak zaczarowana przy ognisku
patrząc na Frelsera. Mam nadzieję, że nikt mnie nie widzi. To dosyć
żenujące, ale silniejsze ode mnie. Po chwili jednak mój żołądek daje o
sobie znać i kiedy towarzysze wspominają o jedzeniu... Skręca mnie od
środka, dosłownie. Dziwi mnie nieco, że to akurat Ash zrywa się, by je
przynieść. Ale skoro tak... Niech tylko zrobi to szybko.
Myślę, że moje postanowienia czasem są bezcelowe. Po minucie mam ochotę
wystrzelić płomieniami jak Atlant. Jeść!, woła mój żołądek. Dlatego
zajmuję się analizowaniem całej tej grandy. Tak, może mi to jakoś pomoże
odciągnąć uwagę od gło...Szzzzzzzzzzz!
W tym momencie słyszę rozmowę Halta i Phestera, dlatego też wcinam się na moment. Potem jednak wracam do swoich planów.
Powiedzmy, że nie muszę się skupiać na analizowaniu Mild i Ash, bo je
już jakoś poznałam ogólnikowo. Halt... Jego na razie odpuszczę. Inaczej
mój żołądek będzie zmuszony zwracać powietrze. Phester to intrygujący i
irytująco uparty mądrala, a niech mu tam będzie. Chce się chować to
niech się chowa. Squall jest tym typem kobiety, z którą albo się dogadam
albo się zabijemy. Wolałabym nie, bo wygląda na to, ze ona też ma
utarczki z Haltem, a co dwie pary rąk sprawnie posługujących się ostrzem
to nie jedna, prawda? (Halcik, nie zaśniesz :D) Lisbeth też się chowa, ale wydaje się w porządku choć mało mówi tego
wieczoru. Atlant... No tego to ja już lubię! W końcu bawi się ogniem, to
jest mój człowiek! No dobra, człowiek to za dużo powiedziane... Malik
to taki wyrośnięty kocur. Przygarnęłam kiedyś jednego - nie, to że
jestem wilkołakiem nie znaczy że zjadam koty na śniadanie, obiad i
kolację. Lubię je. Ten tu pije trochę za dużo kawy, ale każdy z nas coś
popija... tak, nawet wodę. Tak czy owak, jeszcze go dorwę. Ale może nie
dziś. Frelser... No mój zachwyt jest oczywisty ale co do jego
charakteru, może trochę nieśmiały, ale zobaczycie - my nim tak
zakręcimy, że niedługo będzie taki!
A teraz wielki powrót żołądka! No, dosyć tego. Głód to głód - a przecież
jutro pełnia! Podrywam się z pieńka mrucząc przekleństwa i idę twardo
do piwnicy. Nie martwi mnie, że się pobrudzę - po tym całym pożarze
jestem tak utytłana, że mogłabym robić za ziemię.
Wchodzę do piwnicy spodziewając się Ashlotte wybierającej bardziej odżywcze kąski, jednak... Ona klęczy na podłodze i czyta...
- Co z tym jedzeniem? - pytam.
Dziewczyna podskakuje nerwowo, szybko zwija papier i odwraca się, wstając.
- To przepis. Może być przydatny w następnych dniach, nie musimy
przecież ciągle jeść surowych warzyw prawda? - Uśmiecha się ale jakoś
tak... Hm, no kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną więc po prostu
jej nie wierzę. Nie dopytuję - wyjątkowo - bo zaślepia mnie głód.
Wzdycham tylko wznosząc oczy ku niebu. W ciszy zbieramy co popadnie do
kieszeni i rąk i idziemy do reszty towarzystwa.
- Znajcie łaskę pani! - wołam kąśliwie dołączając do głodnego tłumku.
Zauważam jednak, że nie ma Squall... Może poszła na spacer? A mniejsza, głód wzywa!
Jakieś 15 minut jestem zbyt zajęta jedzeniem, żeby skupić się na
czymkolwiek innym. Czuję na sobie co jakiś czas spojrzenia niektórych
osób ale już przywykłam. Ludzie zawsze na mnie dziwacznie patrzyli -
przez oczy, przez ubiór, przez mój apetyt... Potem jednak rozbrzmiewają
pierwsze nuty piosenki marynarskiej, sięgam więc po swoją nienaruszoną
jeszcze porcję rumu - cel Squall. Ciesze się, że go przyniosła. Dawno
nie piłam zacnego trunku.
Wieczór powoli mija, śpiewamy, rozmawiamy, co jakiś czas wybuchając
śmiechem. Ku mojej uciesze - nie tylko ja mam głośny i niekontrolowany
śmiech! Nareszcie! Robi się coraz weselej aż w końcu czuję, że rum
zaczyna działać...
<No, to kto teraz opisze nocno-rumowe "konwersacje" towarzystwa? Ze
swojej strony powiem tylko, że Vis robi się nieco drażliwa po rumie ale i
bardziej złośliwa i wesoła niż normalnie. Tak, jak trzeba to zatańczy :D >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz