piątek, 25 grudnia 2015

Od Emmy - Kolejny prezent. Ale już nie taki zwykły!

– Jesteś boski… – szepnęłam uwodzicielsko do ucha postawnego bruneta, który teraz leżał koło mnie i składał pocałunki na moim ramieniu. Chyba nie zanosiło się już na kolejne igraszki. Była szósta rano, ale ja nie byłam ani trochę zmęczona po tej nocy. Faceci uwielbiają komplementy, nawet jeżeli są one wyssane z palca. Nie, on nie był boski. Nie było nawet „fajnie”! Słowo „średni” doskonale określa jego umiejętności łóżkowe.
Ale jeśli chodzi o wartość jego łóżka, w którym teraz leżymy… Tak, jego majątek zdecydowanie prześciga poziom tego, co działo się w nocy.
– Starałem się… – odszepnął romantycznie. „Jaaasne. Nic po Twoich staraniach, facet. Jesteś do bani… Ale to nie znaczy, że nie mogę Cię jeszcze wykorzystać…”
Właśnie, chcę coś od niego! Ale to nie może być takie zwyczajne „coś”. To coś musi być na maksa wycosiowane, inaczej zmarnuję moją szansę.
Mam!
W apartamencie, w którym mieszkam do niedawna trzymał się ustalonych z góry przez władze i rygorystycznych zasad, ale niedawno część z nich została zniesionych. W tym zakaz trzymania w mieszkaniach zwierząt…
– Misiu… – mruknęłam prosząco do blondyna… Zaraz, nie, to był brunet. Ech, znowu mi się miesza.
– Tak? – zapytał nie odrywając swoich ust od mojej skóry.
– Ostatnio myślałam nad pewną rzeczą… – zaczęłam niewinnie – Bo… Widzisz… Gdybyś mógł coś dla mnie zroooobić… – jęknęłam błagalnie, teatralnie przeciągając samogłoskę w wyrazie.
– Dla Ciebie wszystko, Angeliko – odpowiedział. „Angeliko”? Ach, no tak, podałam mu jedno ze swojej listy zmyślonych imion. Dobrze, że mi to przypomniał.
– Skarbie – rzekłam zastępując tym określeniem lukę, w którym powinno być jego imię, którego za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. – Może kupiłbyś mi pieska…? – zapytałam niewinnie, uważnie obserwując jego reakcję kątem oka.
– Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu…
– To wspaniale! – zawołałam, podrywając się z miejsca i energicznie siadając na łóżku. – Chcę takiego rasowego! – powiedziałam sztucznie podekscytowana.
– Dobrze… – odparł lekko rozbawiony moim wybuchem, podnosząc się i opierając na łokciach.
– Tak, takiego rasowego! I takiego szkolonego! O, i żeby był drogi! Najdroższy, najdroższy, najdroższy w całym mieście! Albo nie! W caaaaałym państwie! – marzyłam uradowana, udając, że nie zauważyłam coraz to posępniej wyglądającej miny blon… Bruneta, któremu uśmiech w mig zszedł z twarzy.
– Naj-Najdroższego? – zająkał się, niepewny czy się nie przesłyszał, pomimo, że powtórzyłam ten wyraz kilka razy.
– Tak! Bo zrobisz to dla mnie, prawda? – zapytałam, przenosząc swój wzrok sztucznie wypełniony niepewnością na mężczyznę.
– N-No, ja… – zaczął, lecz nie dane mu było dokończyć. Ba! Nawet odmówić! Mi się nigdy nie odmawia!
– Nie kupisz mi go…? – szepnęłam słabym głosem, sekunda po sekundzie wymuszając łzy. Zaraz jednak mój smutek przerodził się w gniew: – A więc to tak?! – krzyknęłam zrywając się z łóżka. – A myślałam, że jesteś inny od tych wszystkich mężczyzn! Że o mnie dbasz! Najwidoczniej się myliłam! – wrzasnęłam przez łzy, teatralnie się odwracając. Zasłoniłam dłonią zaczerwienione od płaczu oczy, podbiegłam do wieszaka, na którym wisiał mój szlafrok i szybko go na siebie nałożyłam.
– Zaczekaj! – zawołał mężczyzna, również wstając gwałtownie z łóżka.
– Nie! Puśc mnie! – krzyknęła, gdy poczułam na swoim nadgarstku jego dłoń, która w tamtym momencie trzymała mnie delikatnie, aczkolwiek zdecydowanie.
– Dobrze, przepraszam! Kupię Ci go! Kupię! – powiedział zawzięcie i przyciągnął mnie do siebie. Uśmiechnęłam się podle do siebie.

***

– O, tutaj jest sklep! – zawołałam, wskazując wolną ręką (wcześniej naciągnęłam go jeszcze na „małe” zakupy) na drewniane drzwi przyozdobione rysunkiem zwierzaka. Złapałam rękę mężczyzny i pociągnęłam go za sobą w stronę wejścia.
– Och, młoda damo! Proszę, wchodźcie! – zawołał starszy mężczyzna, gdy weszłam do budynku. Spojrzałam na sprzedawcę, a potem rozejrzałam się wokoło.
– A gdzie są zwierzaki…? – zapytałam lekko skonsternowana. Nigdy nie byłam w takich miejscach, bo papużki, króliczki i tym podobne nigdy mnie nie interesowały, ale z wielu bajek, opowieści dowiedziałam się, że powinny tu być piękne wystawy, za których szkłem siedziały małe szczeniaczki, kotki. Klatki przypięte do sufitu, zwisające swobodnie, niektóre pozamykane, niektóre nie, choć to i tak nie miało znaczenia, bo ptaki były bardzo dobrze wyszkolone…
– Jeśli chce pani któregoś kupić, to musi pani najpierw przejrzeć katalog – wyjaśnił spokojnie. Pewnie już nie raz ktoś zapytał się go o coś podobnego. Schylił się pod biurko i nie wiadomo skąd wyciągnął dość dużą książkę, a raczej album. Podeszłam do lady, a w ślad za mną podążył brunet.
Starszy pan uśmiechnął się do nas i obrócił katalog w naszą stronę. Otworzyłam go, po czym przewróciłam z jedną, czy dwie strony. W folijki były włożone małe kawałki płótna, na których namalowane zostały podobizny zwierząt. Koło portretu widniały takie informacje jak data urodzenia, imię, rasa, czy rodowód.
– I które Ci się najbardziej podoba, skarbie? – zapytał czule, obejmując mnie w talii.
– Chwila, wybieram – odpowiedziałam cierpko, na co zdziwiony mężczyzna zabrał łapy. – … Ten! – zawołałam nagle, kładąc palec na nosie psiaka, którego chciałam mieć.
– Jest pani pewna? – zagadnął sprzedawca – To rasówka, wyszkolona, a do tego bardzo droga – powiedział, obserwując moją reakcję znad wielkich okularów zasłaniających mu pół twarzy.
– Och, dlatego go chcę! – zawołałam radośnie – Misiuu… – zajojczałam tym swoim słodkim głosem. Odwróciłam się w stronę postaci stojącej za mną i popatrzyłam na niego błagalnie – Zrobisz to dla mnie…? – zapytałam
– J-Jasne… – uśmiechnął się, choć dobrze było po nim widać, że nie jest szczególnie zachwycony pięciocyfrową ceną na skrobaną piórem koło portretu. Amator – Możemy go zobaczyć? – zapytał, zwracając się do osoby stającej za blatem.
– Ją, proszę pana, ją – poprawił go sprzedawca, uśmiechając się od ucha do ucha zadowolony, że ktoś wyda tyle pieniędzy w jego sklepie. Ponownie schylił się do niskiej półki i wziął z niej mały, ale dość nowy kluczyk.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie stanąć na palcach i uważnie obserwować poczynania staruszka. Ten, wyprostował się i zaprosił nas gestem dłoni do długiego korytarza. Weszłam ochoczo, chociaż mój towarzysz zdecydowanie nie był w najlepszym humorze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz