– Jesteś boski… – szepnęłam uwodzicielsko do ucha postawnego bruneta,
który teraz leżał koło mnie i składał pocałunki na moim ramieniu. Chyba
nie zanosiło się już na kolejne igraszki. Była szósta rano, ale ja nie
byłam ani trochę zmęczona po tej nocy. Faceci uwielbiają komplementy,
nawet jeżeli są one wyssane z palca. Nie, on nie był boski. Nie było
nawet „fajnie”! Słowo „średni” doskonale określa jego umiejętności
łóżkowe.
Ale jeśli chodzi o wartość jego łóżka, w którym teraz leżymy… Tak, jego
majątek zdecydowanie prześciga poziom tego, co działo się w nocy.
– Starałem się… – odszepnął romantycznie. „Jaaasne. Nic po Twoich
staraniach, facet. Jesteś do bani… Ale to nie znaczy, że nie mogę Cię
jeszcze wykorzystać…”
Właśnie, chcę coś od niego! Ale to nie może być takie zwyczajne „coś”.
To coś musi być na maksa wycosiowane, inaczej zmarnuję moją szansę.
Mam!
W apartamencie, w którym mieszkam do niedawna trzymał się ustalonych z
góry przez władze i rygorystycznych zasad, ale niedawno część z nich
została zniesionych. W tym zakaz trzymania w mieszkaniach zwierząt…
– Misiu… – mruknęłam prosząco do blondyna… Zaraz, nie, to był brunet. Ech, znowu mi się miesza.
– Tak? – zapytał nie odrywając swoich ust od mojej skóry.
– Ostatnio myślałam nad pewną rzeczą… – zaczęłam niewinnie – Bo…
Widzisz… Gdybyś mógł coś dla mnie zroooobić… – jęknęłam błagalnie,
teatralnie przeciągając samogłoskę w wyrazie.
– Dla Ciebie wszystko, Angeliko – odpowiedział. „Angeliko”? Ach, no tak,
podałam mu jedno ze swojej listy zmyślonych imion. Dobrze, że mi to
przypomniał.
– Skarbie – rzekłam zastępując tym określeniem lukę, w którym powinno
być jego imię, którego za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. – Może
kupiłbyś mi pieska…? – zapytałam niewinnie, uważnie obserwując jego
reakcję kątem oka.
– Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu…
– To wspaniale! – zawołałam, podrywając się z miejsca i energicznie
siadając na łóżku. – Chcę takiego rasowego! – powiedziałam sztucznie
podekscytowana.
– Dobrze… – odparł lekko rozbawiony moim wybuchem, podnosząc się i opierając na łokciach.
– Tak, takiego rasowego! I takiego szkolonego! O, i żeby był drogi!
Najdroższy, najdroższy, najdroższy w całym mieście! Albo nie! W
caaaaałym państwie! – marzyłam uradowana, udając, że nie zauważyłam
coraz to posępniej wyglądającej miny blon… Bruneta, któremu uśmiech w
mig zszedł z twarzy.
– Naj-Najdroższego? – zająkał się, niepewny czy się nie przesłyszał, pomimo, że powtórzyłam ten wyraz kilka razy.
– Tak! Bo zrobisz to dla mnie, prawda? – zapytałam, przenosząc swój wzrok sztucznie wypełniony niepewnością na mężczyznę.
– N-No, ja… – zaczął, lecz nie dane mu było dokończyć. Ba! Nawet odmówić! Mi się nigdy nie odmawia!
– Nie kupisz mi go…? – szepnęłam słabym głosem, sekunda po sekundzie
wymuszając łzy. Zaraz jednak mój smutek przerodził się w gniew: – A więc
to tak?! – krzyknęłam zrywając się z łóżka. – A myślałam, że jesteś
inny od tych wszystkich mężczyzn! Że o mnie dbasz! Najwidoczniej się
myliłam! – wrzasnęłam przez łzy, teatralnie się odwracając. Zasłoniłam
dłonią zaczerwienione od płaczu oczy, podbiegłam do wieszaka, na którym
wisiał mój szlafrok i szybko go na siebie nałożyłam.
– Zaczekaj! – zawołał mężczyzna, również wstając gwałtownie z łóżka.
– Nie! Puśc mnie! – krzyknęła, gdy poczułam na swoim nadgarstku jego
dłoń, która w tamtym momencie trzymała mnie delikatnie, aczkolwiek
zdecydowanie.
– Dobrze, przepraszam! Kupię Ci go! Kupię! – powiedział zawzięcie i
przyciągnął mnie do siebie. Uśmiechnęłam się podle do siebie.
***
– O, tutaj jest sklep! – zawołałam, wskazując wolną ręką (wcześniej
naciągnęłam go jeszcze na „małe” zakupy) na drewniane drzwi
przyozdobione rysunkiem zwierzaka. Złapałam rękę mężczyzny i pociągnęłam
go za sobą w stronę wejścia.
– Och, młoda damo! Proszę, wchodźcie! – zawołał starszy mężczyzna, gdy
weszłam do budynku. Spojrzałam na sprzedawcę, a potem rozejrzałam się
wokoło.
– A gdzie są zwierzaki…? – zapytałam lekko skonsternowana. Nigdy nie
byłam w takich miejscach, bo papużki, króliczki i tym podobne nigdy mnie
nie interesowały, ale z wielu bajek, opowieści dowiedziałam się, że
powinny tu być piękne wystawy, za których szkłem siedziały małe
szczeniaczki, kotki. Klatki przypięte do sufitu, zwisające swobodnie,
niektóre pozamykane, niektóre nie, choć to i tak nie miało znaczenia, bo
ptaki były bardzo dobrze wyszkolone…
– Jeśli chce pani któregoś kupić, to musi pani najpierw przejrzeć
katalog – wyjaśnił spokojnie. Pewnie już nie raz ktoś zapytał się go o
coś podobnego. Schylił się pod biurko i nie wiadomo skąd wyciągnął dość
dużą książkę, a raczej album. Podeszłam do lady, a w ślad za mną podążył
brunet.
Starszy pan uśmiechnął się do nas i obrócił katalog w naszą stronę.
Otworzyłam go, po czym przewróciłam z jedną, czy dwie strony. W folijki
były włożone małe kawałki płótna, na których namalowane zostały
podobizny zwierząt. Koło portretu widniały takie informacje jak data
urodzenia, imię, rasa, czy rodowód.
– I które Ci się najbardziej podoba, skarbie? – zapytał czule, obejmując mnie w talii.
– Chwila, wybieram – odpowiedziałam cierpko, na co zdziwiony mężczyzna
zabrał łapy. – … Ten! – zawołałam nagle, kładąc palec na nosie psiaka,
którego chciałam mieć.
– Jest pani pewna? – zagadnął sprzedawca – To rasówka, wyszkolona, a do
tego bardzo droga – powiedział, obserwując moją reakcję znad wielkich
okularów zasłaniających mu pół twarzy.
– Och, dlatego go chcę! – zawołałam radośnie – Misiuu… – zajojczałam tym
swoim słodkim głosem. Odwróciłam się w stronę postaci stojącej za mną i
popatrzyłam na niego błagalnie – Zrobisz to dla mnie…? – zapytałam
– J-Jasne… – uśmiechnął się, choć dobrze było po nim widać, że nie jest
szczególnie zachwycony pięciocyfrową ceną na skrobaną piórem koło
portretu. Amator – Możemy go zobaczyć? – zapytał, zwracając się do osoby
stającej za blatem.
– Ją, proszę pana, ją – poprawił go sprzedawca, uśmiechając się od ucha
do ucha zadowolony, że ktoś wyda tyle pieniędzy w jego sklepie. Ponownie
schylił się do niskiej półki i wziął z niej mały, ale dość nowy
kluczyk.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie stanąć na palcach i uważnie
obserwować poczynania staruszka. Ten, wyprostował się i zaprosił nas
gestem dłoni do długiego korytarza. Weszłam ochoczo, chociaż mój
towarzysz zdecydowanie nie był w najlepszym humorze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz