czwartek, 5 listopada 2015

Od Frelsera cd Atlanta - Wśród swoich

        Zanim Frelser cokolwiek odpowiedział ku wielkiemu zdziwieniu zebranych przybliżył łeb do zaskoczonej piratki. Dziewczyna odsunęła się odruchowo. Smok jednak jedynie wciągnął głęboko w nozdrza jej zapach. Nie ufał jej. Kotowaty i ten z rogami, który przedstawił się jako władca tej części kraju, nie wzbudzili jego podejrzeń. Na pewno nie byli ludźmi. Ale ona...ona wyglądała jak jedna z nich. Pachniała solą, mokrym drewnem, jej oddech lekko czuć było dawno już pitym alkoholem. Jednak ten podstawowy zapach, charakterystyczny dla każdego, wykluczał ją z grona ludzi. Uspokojony cofnął łeb i zaczął wyjaśniać:
  ~ Nazywam się Frelser, z linii Isbryter'ów. Od jakichś trzech lat błąkam się po świecie...
  - Hola! - przerwał felin, w którym obudził się dawno nieużywany instynkt medyka. - Jeśli to ma być dłuższa historia, to lepiej wracajmy. Wasza Wysokość ma może u siebie bandaże i spirytus? Medyczny - dodał widząc nagłe ożywienie dziewczyny.
  - Pewnie...ale nie mów do mnie ,,Wasza Wysokość" - odpowiedział rogaty.
  - A niech Waszej Wysokości będzie - kot wzruszył ramionami i machnął ręką do smoka by szedł za nimi. - No to co tam opowiadałeś Frel?
  Smok opowiedział im podczas drogi wszystko: od pierwszych naborów, aż po jego tułaczkę przez nieprzychylne tereny. 
  - Byłeś w armii Arsmana? - zaciekawił się Atlant.
  ~ Nie ~ sprzeciwił się Frelser. ~ Miałem walczyć przeciwko jego wojskom, o ile dobrze pamiętam...
  Felin zachichotał pod nosem.
  - Masz w takim razie niezłe wyczucie czasu gadzino - powiedział. - Arsman zajął całą Sorsinę. Teraz tylko podporządkowuje sobie mieszkańców...
  - Hidden nigdy sobie nie podporządkuje - przerwał mu Alt. - Nie ma tu miejsca dla takich jak on.
  ~ Czyli...nie ma tu ludzi? ~ dopytał się biały smok. Rogaty pokiwał głową. ~ Mogę tu zostać?
  - Oczywiście - władca uśmiechnął się przyjaźnie. - Póki co obawiam się, że Gambit i tak by cię nigdzie teraz nie puścił.
  Dotarli do jakiejś rozległej polany. Blisko ściany lasu stał nieco zarośnięty domek z werandą. Nagle kot rzucił się do przodu, przeskoczył barierkę i szybko wziął w łapy stojący na stoliku czajnik. Westchnął z ulgą.
  - Kawa jeszcze ciepła! - zawołał do reszty, jakby informacja ta była wagi międzynarodowej.
  - Ten sierściuch jest definitywnie uzależniony - stwierdziła piratka, po czym pacnęła smoka w bark. - A tak w ogóle to jestem Squall.
  Dziewczyna rozsiadła się na jednym z krzeseł. Tymczasem Gambit nagle oprzytomniał i rzucił smokowi, by się nigdzie nie wybierał, po czym zniknął z Atlantem w domku. Gad położył się na ziemi i ułożył łeb na łapach. Uważnie obserwował wszystko dookoła. Nagle Squall podniosła ze stołu jakąś manierkę. Po odkorkowaniu do nozdrzy samca dotarła znajoma woń. Podniósł łeb i gapiąc się w piersiówkę oblizał pysk. Piratka zwróciła na to uwagę. Uśmiechnęła się.
  - Co? Chcesz trochę rumu? - zażartowała, ale gdy gad pokiwał głową uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Dawaj! Łyknij sobie, póki kocur nie patrzy.
  Wystawiła rękę za barierkę, a Frel zadowolony podsunął łeb i lekko otworzył paszczę...
  - SQUALL! ANI MI SIĘ WAŻ!
  Smok spojrzał zawiedziony w stronę wejścia. Gambit ostrzegawczo mierzył w dziewczynę palcem. Atlant natomiast usiadł tylko na krześle i patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę.
  - Nie przesadzaj kotku - odparła przekomarzającym tonem piratka, dalej trzymając manierkę nad pyskiem gada, który pełen nadziei ponownie otworzył paszczę. - Alkohol rannemu nie zaszkodzi, a krzepy doda i te twoje męczarnie łatwiej zniesie.
  - Nie. Ruszaj. Tą. RĘKĄ! - z każdym słowem felina ręka  Squall przechylała się i w końcu wlała zawartość piersiówki do pyska smoka. Dla Frelsera było to co prawda nieco mało, ale wystarczyło, by mógł poczuć przyjemny mu posmak. Spojrzał dziękczynnie na dziewczynę, a potem tryumfalnie na kota.

Squall? Atlant? Staram się trzymać formę w opkach x3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz