sobota, 12 września 2015

Od Viserany CD Mild - Gość gościem, Vista Vistą

Nieufnie przyglądam się mężczyźnie, bawiąc się nerwowo sztyletem. Skoro jest gościem, to czemu nie pójdzie sobie do gospody tylko siedzi tu? I jeszcze tak milutko się z Mild zapoznał. Pfffffft! Swoją drogą, młoda nie ma żadnych oporów żeby zacząć z nim gadać. Wzdycham cicho. Ashlotte zajęła się sobą - a raczej swoją szpadą. Wygląda, jakby traktowała je jak dziecko. Normalnie wyobrażam sobie, jak kwili nad szpadą w samotności. Prycham, ale tylko Mild zwraca na to uwagę.
Spoglądam na przybysza - przedstawił się Mild jako Halt. Hymmm... Śpi czy nie? Może... W zasadzie, też bym poszła spać, ale nie mogę. Młoda pewnie zaśnie za jakiś czas a nie mogę być pewna, że Ash poradzi sobie z łucznikiem sama w razie czego. No cóż, nic nie pobudza mnie bardziej niż burza!
Kieruję się do drzwi, na co Mild reaguje natychmiast.
- Gdzie idziesz? - ścisza głos i prostuje się na swoim miejscu jakby chciała iść ze mną.
- Na zewnątrz - mówię zwykłym tonem.
Jeśli Śpiący Królewicz faktycznie jest śpiący, to ma problem. Gospoda jest obok.
- Na zewnątrz? Przecież jest burza! - protestuje szeptem mała, dając mi do zrozumienia, że i ja powinnam być ciszej.
- No i właśnie o to chodzi - mówię i mrugam do niej porozumiewawczo.
Wychodzę ze stajni. Burza jak hulała, tak hula dalej. Strzela piorunami, grzmi, wieje i pada lodowaty deszcz. Wciągam powietrze porządnym haustem. Uśmiecham się do siebie i wyciągam sztylet z buta.
>>>>>>
Pół godziny później, mokra do ostatniej nitki siedzę na progu stajni, śmiejąc się cicho sama do siebie, choć może to śmiech obłąkańczy. Nadal bawię się sztyletem - tym samym który przez ostatnie pół godziny wywijałam do nieistniejącego wroga, przekrzykując w miarę cicho burzę. To znaczy, rozmawiając z nią. Gadałam z piorunami, z deszczem, z wiatrem... A potem je wszystkie przeklinałam, gdy piorun walnął niespodziewanie blisko, wytrącając mnie z równowagi, wiatr tak mną targnął że się zachwiałam (tak to jest jak się ma wieczną niedowagę) a mokra od deszczu ręka pozwoliła sztylecikowi trochę zjechać - to jest rozharatać mi całą dłoń.
Tak, powyklinałam ich wszystkich po kolei, wystawiłam rękę do góry. Deszcz wyczyścił ranę, ja sama zatamowałam ją urywając rękaw od koszuli. Oczywiście, była brudna ale zanim dosięgnął jej deszcz więc teraz spokojnie zawinęłam dłoń materiałem i siedzę na progu stajni chichroląc dziwacznie i cicho. Nagle i niespodziewanie, moim ciałem wstrząsa dreszcz a po nim śmieszne i tak nielubiane przeze mnie kichnięcie. Wiecie czemu? Bo kicham jak kot. Mruczę przekleństwo opierając się o drzwi stajni, dokładnie w chwili gdy ktoś - przysięgam, że coś temu komuś zrobię! - je otwiera, więc nie zdążam złapać równowagi, upadając na plecy do stajni. Zamykam oczy, lekki ból otacza moją głowę. Ale zamiast jęczeć czy robić cokolwiek bardziej normalnego - zaczynam (znów) śmiać się wariacko.
<Halt? Ash? Mild?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz