wtorek, 3 listopada 2015

Od Phestera c.d. Lisbeth i Viserany - Wielu podróżników, jeden cel.

 -Zostawcie mnie potwory!- Zawołał chłop widząc jak grupka podróżników podbiegła do niego. Spróbował on przeczołgać się kawałek, jednak złamana kończyna uniemożliwiła mu jakiekolwiek ruchy. Wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu delikatnie przesunął Viserany i Halta, by dostać się do poszkodowanego. Oboje wycofali się i na boku zaczęli kłótnie. Kmieć natomiast aż zesztywniał zobaczywszy przysuwającego się dziwaka.
 -Spokojnie jestem medykiem. Pomogę ci.- Powiedział, a jego głos jak zwykle był zimny i opanowany. Wampir wyciągnął kościste palce w jego kierunku by go opatrzyć. Cham jednak nie pozwalał się dotknąć, panikował, krzyczał i odganiał się od lekarza. Mild ruszyła by przytrzymać go, jednak Phester powstrzymał ją gestem i pochylił się nad pacjentem. Na moment oczy spod maski delikatnie zabłysły, a mężczyzna uspokoił się. Dopiero wtedy Kruk przystąpił do nastawiania kości.
 -Przynieś mi jakieś deseczki na łupki proszę.- Zwrócił się do młodej elfki, która z miejsca podskoczyła i pobiegła do stajni. W tym czasie Phester mógł kontynuować pracę. Już po chwili jasnowłosa dziewczyna przyniosła trzy deseczki. Mężczyzna sięgnął po bandaż i zręcznie unieruchomił nogę.
 -Poproszę cię jeszcze. Pomóż mi jeszcze zanieść go do karczmy. Tutejsi z pewnością go znają i zaprowadzą do chałupy.- W dwójkę dźwignęli jeszcze nieco otępiałego chłopa. Natomiast para stojąca do tych czas na uboczu ożywiła się nieco.
 -I co? Już wszystko w porządku?- Zapytała od razu Vis. Phester jedynie skinął głową i kontynuował marsz do gospody. Ledwo drzwi się uchyliły, dało się usłyszeć krzyk gospodyni.
 -Niech pani, nie niepokoi się. Został już opatrzony, prosimy tylko o zaopiekowanie się nim.- Mild uspokajała kobietę.
 -Wynoście się stąd! Już!- Rozkazała wskazując trzymaną szmatą wyjście. Wyglądało na to że elfka zechce jeszcze kłócić się z gospodynią, ale Phester znów ją powstrzymał. Ukłonił się i bez słowa opuścił izbę. Zaraz za nim wybiegła dziewczyna.
 -Co ta baba sobie myśli? Pomogłeś chamowi, a ona jeszcze cię wygania? Co to za wdzięczność? Powinieneś jej wygarnąć!- Bulwersowała się reakcją wampira. W tym czasie jeden z jego ptaków z głośnym krakaniem usiadł na ramieniu swojego pana.
 -Nie szukam zwady, a i kłócić się mi nie potrzeba.- Mruknął spokojnie i wzruszył ramionami.
 -Ale...- Znów otworzyła usta, ale tym razem przerwał jej kłośny krzyk Gienaha.
 -To nie miało by wartości, dla mnie, czy dla ciebie.- Wyjaśnił raz jeszcze i skierował swoje kroki w kierunku stajni. Gdy weszli do środka tam stała już trójka z osiodłanymi wierzchowcami. Vis, Halt i jeszcze jedna białogłowa, której uczony nie miał jeszcze przyjemności poznać.
 -Wskakuj na konia, zaraz ruszamy!- Zwrócił się do Mild zakapturzony mężczyzna. Dziewczyna w kilku susach doskoczyła do rumaka i wrzuciła nań siodło. Phester zaważył kilka innych wierzchowców. Prawdopodobnie należących do gości lub karczmarza. W oczy rzucił mu się kary wałach na samym końcu boksów. Zdawał się być ułożonym i zrównoważonym wierzchowcem. Lekarz lekkim krokiem, niemal lecąc podszedł do zwierzęcia, które wpierw zarżało, położyło uszy, ale zaraz uspokoiło się i dało pogłaskać przez trupie dłonie. Phester wyciągnął z torby kilka złotych monet i położył je w paśniku. Cena jaką zostawił właścicielowi konia, była mocno wygórowana. Ale mężczyzna uznał to za konieczne jeśli chce go zabrać bez pozwolenia.
 -Kierujesz się może na wschód?- Halt podszedł do niego i również pogładził kopytnego po chrapach.
 -Jadę do Hidden.- Dziób maski nieco się schylił. Medyk nie uważał za słuszne ukrywanie tej informacji. Stojący przed nim podróżnicy prawdopodobnie także szukali ucieczki przed nową Sorsiną. -Od waszej towarzyszki doszło do mnie że możecie być również zainteresowani tym kierunkiem.- Blondyn pokiwał przytakująco. Zdawał się chwilę zastanawiać, odwrócił się by zerknąć na każdego porozumiewawczo. Vis po prostu wzruszyła ramionami, Mild przytaknęła skwapliwie, natomiast trzecie nieznana dziewczyna przejrzała się postaci w masce, zdawała się być niepewna i raczej niechętnie nastawiona do mężczyzny. Ostatecznie jednak skinęła głową tak jak by było jej to obojętnie. Łucznik nie musiał przekazywać, uczony zrozumiał przekaz. Podszedł do elegancko ubranej kobiety i skłonił się lekko.
 -Wybacz. Nie mieliśmy okazji się poznać, a ja nie przedstawiłem się wcześniej. Przepraszam za tę moją nieuprzejmość. Zwę się Phester, a jakie jest twoje miano panienko?- Znów grzeczny ton i wypowiedź zepsuł ten całkowicie wyprany z emocji głos. Który sprawił, że wszystkich przeszedł nieprzyjemny dreszcz, taki jak ten gdy mroźny powiew dotknie czyjegoś karku.
 -Ashlotte.- Dziewczyna mimo wszystko odwzajemniła dygnięciem i odwróciła się wracając do swojego wierzchowca.
 -A więc znasz drogę?- Zawołała z zewnątrz Viserany, siedząca już w siodle. Phester zrezygnował z werbalnej odpowiedzi i tylko jego długi dziób przesunął się w dół i górę. Wszyscy wyprowadzili konie przed budynek i ruszyli na trakt. Jeździec na karoszu prowadził, podczas gdy pozostała czwórka pozostawała kawałek za nim. Rozmawiali cicho. Phester wiedział, że część tego o czym mówili dotyczyła jego osoby. Nie zwracał jednak na to uwagi. Jak to stwierdził sobie w myślach: "Ni to ziębi, ni to parzy".
 -Musimy tutaj zjechać w las. Musimy przebić się do innego, opuszczonego szlaku.- Zakomenderował i ściągnął jedną wodzę wałacha. Po przejechaniu kilku metrów okazało się jednak że gąszcz jest dla koni nie do przejścia z jeźdźcami. Dlatego zsiedli i prowadzili konie. Co jakiś czas dało się słychać przeklinanie poszczególnych członków wyprawy.
 -Cho*era!- Warknęła Vis, już podirytowana tym torem przeszkód.- Kto rozkłada na środku lasu jakieś badziewia pod nogami?!- Pytanie zdało się zabawne, bo chaszcze same wyrastają. Ale tym razem nie były to chaszcze, ale osoba. Młoda kobieta drzemiąca w podróży.
 -Jak się patrzy pod nogi. To się po tym „badziewiu” nie depcze.- Odpowiedziała z wyrzutem wstając i otrzepując ubranie z kurzu. Phester wyczuł pobratymca w nieznajomej, jednak nie należała ona do wyższych jak on. Była jak to zwykli nazywać członkowie jego rasy "zarażoną". Szybko jednak naciągnęła na usta szkarłatną chusteczkę.
 -Nie masz gdzie spać jak na drodze?!- Vis dalej się irytowała, energicznie gestykulując.
 -Ściśle rzecz ujmując, do drogi stąd daleko. A wy nie macie gdzie chodzić jak po leśnym gąszczu?!- Odszczeknęła zamaskowana. Phester nawet by się uśmiechnął jak inni, ale to był Phester i nawet warga mu nie drgnęła. Kobiety zdawały się w pewnej kwestii być odmienne, a jednak podobne. Uczony nie chciał jednak tracić czasu na sprzeczki.
 -Nie zauważyliśmy cię, przepraszamy.- Medyk wystąpił krok do przodu. Dziewczyna drgnęła widząc biała maskę otoczoną czarnym płaszczem. Obrzuciła go uważnym spojrzeniem od stóp do głów.
 -Nic ci jednak nie jest jak widzę.
 -Nie.
 -Więc raz jeszcze przepraszamy za problem.- Mężczyzna miał już skończyć rozmowę i odejść. Ale z niewiadomych przy czym dziewczyna zatrzymała ich.
 -Czekajcie!- Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się. -Ech...- Westchnęła jak by się jeszcze zastanawiała. Uczony już jednak domyślał się pytania. On jednak nie decydował w tej sprawie, sam po części przyłączył się do grupki.
 -Prowadzę ich na wschód. Sam się tam kieruję, czy twoim pytaniem miało być czy możesz iść z nami?- Jego pytanie było kierowane nie tylko do nieznajomej ale również do grupki konnych.

Hm? To co? Kogo teraz rączki świerzbią do odpisania?

3 komentarze: