Imię: Tenzin
Nazwisko: Nigdy takowego nie posiadał, bo nie było mu do niczego potrzebne.
Przydomek: Razem ze swoją towarzyszką dorobili się wielu imion. Wszystko zależy głównie od kultury, ponieważ ich sylwetki występują właściwie w każdej. Dla jednych będą Wiecznymi Łowcami, dla innych Yin i Yang, ale najczęściej nazywa się ich po prostu Owcą i Wilkiem. Tenzin nie obraża się za żadne przezwiska. Gorzej jest z Suowei...
Rasa: Profesjonalna nazwa to Łącznik, czyli istota będąca w połowie duchem, w połowie żywym organizmem.
Wiek: Nieznany. Określa się go nawet na tysiące lat, ale nie ma co szaleć - więcej niż dwa wieki Tenzin na pewno nie posiada.
Płeć: Samiec. Określenie ,,mężczyzna" raczej w tym wypadku nie pasuje.
Stanowisko: Łowca, łucznik
Aparycja: Tenzin jest całkiem wysoki, jednak większości wydaje się raczej średniego wzrostu, ponieważ porusza się na lekko ugiętych nogach. Jego sylwetka, choć humanoidalna, przypomina karykaturę - wychudzona talia, szersze barki, długie ręce i owe przygięte nogi. Przydomek Owca sam przychodzi na myśl, gdy się na niego patrzy: długie oklapnięte uszy, rozcięte kopytka zamiast stóp i krótki ogonek. Na dodatek szarą skórę na całej powierzchni ciała porasta śnieżnobiała, miękka wełna. Trudno ukryć, chłopak jest niczym wielka maskotka, mimo to mało kto ma odwagę go przytulić. Co ciekawe, nigdy się nie brudzi - choćby nie wiadomo jak długo Łowca biegał po lasach, nigdy nie będzie obszarpany, oblepiony błotem, mokry czy zakurzony. Raczej się nad tym dłużej nie zastanawiał. Po prostu poczytał to jako przyjemną zaletę (wyobrażacie sobie ile czasu zajmowałaby pielęgnacja wełny?). Zamiast twarzy Tenzin posiada płaską fioletowo czarną drewnianą maskę w kształcie głowy wilka. Na jego czole widnieje białe, sierpowate znamię. Zamiast oczu w masce zieją płonące widmowym płomieniem otwory. Człowiekowi wydaje się, że widzi w nich jedynie bezkresną pustkę, co wyjaśniałoby, dlaczego Tenzinowi trudno jest nawiązać dłuższą konwersację z kimkolwiek. Całe ciało Owcy pokryte jest zawijającymi się znamionami. W pełni widać je jedynie na uszach. Pozostałe da się dostrzec dopiero z bliska - błyszczące na niebiesko wzory wyzierają czasem spomiędzy puszystej wełny, gdy chłopak się porusza. Posiada charakterystyczny, sprężysty chód. Porusza się bezszelestnie, z taneczną gracją, robiąc piruety na polu bitwy, niknąc w listowiu niczym biała smuga. Inną rozpoznawalną cechą Tenzina jest jego głos. Chociaż nie ma ust, spokojnie komunikuje się z innymi. Mimo, że wiekiem zdecydowanie przewyższa większość swoich towarzyszy, ton jego głosu jest zdecydowanie młodzieńczy, wyjątkowo przyjemny dla ucha.
Zdolności: Nietrudno się domyślić, że dwójka Wiecznych Łowców będąc w połowie istotami duchowymi z łatwością potrafi ukrywać się przed ludzkim wzrokiem. Tenzin potrafi stać się niemal niewidzialny. Niemal, ponieważ sylwetkę jego i wilka da się dostrzec choćby pod światło - powietrze w tym miejscu drga, a po ziemi ślizga się bezpański cień. Potrafi regenerować rany wewnętrzne i zewnętrzne. Owca posiada pewne zdolności telepatyczne. Nie umie długo utrzymywać kontaktu z cudzym umysłem, często jednak dwa, czy trzy zdania w zupełności wystarczają. Co do zdolności fizycznych, chłopak jest wyjątkowo szybki i zwinny. Jest świetnym strzelcem. Posiada zaklęty łuk z czarnego drewna. Rzucony na niego urok sprawia, że Tenzin jest jedyną osobą zdolną z niego strzelić. Gdy nałożysz na niego zwykłą strzałę, cięciwa nagle wydaje się być zrobiona ze stalowego pręta. Jednak gdy Łowca ją naciągnie, w pustym miejscu pojawia się utkany z widmowej energii pocisk. Strzały Owcy po trafieniu w coś po kilku minutach znikają, zostawiając jedynie ślad. Jak przystało na osobę szczycącą się tytułem ,,Łowca", łucznik jest genialnym tropicielem oraz doskonałym myśliwym. Z węchem Suowei i małpią zwinnością Tenzina, rzadko która zdobycz zdolna jest im uciec. Chłopak nie bez powodu ma przyjemny głos. Dzięki niemu potrafi wyciszać gwałtowne emocje, a odpowiednim naciskiem może je nawet tymczasowo wyprać, pozostawiając w swojej ofierze uczucie bezgranicznego spokoju. Zdarza mu się przypadkiem wpływać na swoich towarzyszy, ale całe szczęście to nieszkodliwe. Wieczni Łowcy mają także mniej przyjemną umiejętność. Mianowicie potrafią wyczuć, gdzie za chwilę śmierć zbierze swoje żniwo. To nie klątwa. Gorzej - to obowiązek. Owcę i Wilka widmo śmierci przyciąga jak magnes, rozkazuje im spełniać dawno porzucone zadanie. Tenzin potrafi przewidzieć, gdzie wydarzy się jakaś tragedia. Nie może jednak nikomu pomagać. On i Suowei nie mogą ingerować w sprawy śmierci. Jeśli już przybędzie na miejsce, jego jedyną możliwością udziału w całym zajściu będzie skrócenie mąk umierającemu.
Zainteresowania: Całe życie Tenzina stanowiło jedno wielkie polowanie. Nawet teraz, gdy już nie musi spełniać przykrego (według zwykłych ludzi) obowiązku, wizja długotrwałego tropienia i szybkiego pościgu zakończonego sukcesem jest dla niego zbyt nęcąca. Można więc powiedzieć, że poluje dla sportu. Długie dzienne (a czasem i nocne) godziny spędza w lesie tropiąc zwierzynę i rozmawiając ze swoją towarzyszką. Nie można jednak całe życie łazić po drzewach. Mimo wszystko chłopak musiał sobie znaleźć jakieś inne hobby. No i znalazł - sztukę. Tenzin to prawdziwy poeta, sprawnie operując słowem, ugniatając je pod swoją wolę jak miękką glinę. Wolny czas spędza na układaniu wierszy, piosenek i ballad. Na dodatek jest myślicielem oraz amatorskim filozofem. Gdy już znajdziesz z nim wspólny język Owca z niemałą radością podzieli się z tobą swoimi spostrzeżeniami. Dla Łowcy przywykłego do leśnej ciszy przerywanej ciętymi uwagami Suowei, dyskusja jest formą przyjemnej rozrywki. Chłopak lubi też historie i legendy, zwłaszcza te słuchane przy ogniskach w miłym towarzystwie.
Charakter: Z charakteru Tenzina wyraźnie widać, że chłopak dosłownie pochodzi nie z tego świata. Kontakt z innymi przychodzi mu raczej trudno. W większych grupach zawsze trzyma się na uboczu, siedząc zupełnie cicho i tylko od czasu do czasu odzywając się telepatycznie do czuwającej przy nim Suowei. Nie mówi niczego na głos póki nie zostanie o coś zapytany wprost, a nawet wtedy rozwinie swoją wypowiedź do kilku zdań i znów zamilknie. Owca jest zaskakująco nieśmiała jak na kogoś opisywanego w legendach i wykrawanego w ścianach grobowców. Przywykł już do faktu, że straszy ludzi samym wyglądem (oraz przez warczącego obok ducha wilka, jakby nie było) i nie szuka uwagi. Potrzeba trochę czasu, aby oswoił się z nowym towarzystwem i nieco bardziej się otworzył. Gdy już znajdzie sobie przyjaciela, staje się o wiele bardziej pewny siebie. Dzieli się swoimi pomysłami, a jeszcze chętniej słucha cudzych przemyśleń. Chociaż twarz zastępuje mu drewniana maska, nietrudno odgadnąć w jakim nastroju jest Tenzin. Wyjawia to sylwetką, krokiem, gestami, oraz przede wszystkim głosem. Posiada specyficzną wymowę. Mianowicie rozbudowuje swoje wypowiedzi, wplątuje w nie metafory, często nawet zupełnie bez potrzebnie komplikuje prostą, wydawałoby się, odpowiedź. Ciężko usłyszeć od niego proste ,,tak/nie". Wszystko co mówi Owca wydaje się zawiłe, głębokie. Nic dziwnego - to mistrz dyskusji, a na dodatek poeta. Potrafi dosadnie przemówić człowiekowi do rozsądku. Nie szuka z nikim zwady, zawsze stara się rozwiązywać wszelkie konflikty pokojowo. Mimo, że jest duchem bezpośrednio przywiązanym do śmierci i kojarzy się go raczej smętnie, chłopak jest delikatny i o dziwo niesamowicie wrażliwy. Każda drobnostka wydaje mu się powodem do szczęścia, wzruszenia, smutku. Tenzin we wszystkim widzi głębszy sens. Każdy liść, każda mrówka - według jego ideologii wszystko ma swój cel, tak naprawdę nic nie jest nigdy bezczynne czy bezużyteczne. Nienawidzi marnotrawstwa. Mimo, iż poluje właściwie dla czystej rozrywki, zawsze pilnuje, aby śmierć jego ofiary nie poszła na marne. Gdy więc spiżarnia jest pełna, stara się szukać sobie innego zajęcia. Owca nigdy nie zabija bez wyraźnego powodu. Nienawidzi bezmyślnego okrucieństwa. Gdy strzela, to głównie po to, by zabić na miejscu. Nie umie kłamać. Zamiast tego woli milczeć, a to przychodzi mu jak się można domyślić wręcz mistrzowsko. Dotrzymuje obietnic, strzeże każdej powierzonej mu tajemnicy. Nic nie potrafiłoby go zmusić do zdrady. Gdy jednak usłyszy Wezwanie, jego umysł całkowicie się mu poddaje. Nikt nie jest w stanie powstrzymać Tenzina i Suowei przed wypełnieniem powierzonego im przed wiekami zadania. Momentalnie chłopak przestaje się w ogóle do kogokolwiek odzywać, skupiony na swoim celu, pogrążony jakby w transie. Chociaż jego obowiązki ludziom wydają się potworne, Owca tylko wypełniając je czuje się naprawdę szczęśliwa. Mało kto słyszał, by się szczerze śmiał. Tym bardziej przeraża fakt, że Tenzin śmieje się w głos głównie wtedy, gdy jego strzały mkną nieuchronnie ku celom. Świat wydaje się widzieć w dwóch barwach - istnieje dla niego tylko dobro i zło, nic pomiędzy. Nie rozumie polityki, ani ogólnej idei walki o władzę. Po co tracić życie w walce o metalowy krążek na głowie, grawerowany badyl, czy pozłacane krzesło?
Historia: Nikt nie zna dnia, roku ani wieku. Nie da się tego określić, a opowieści postronnych są zbyt niejasne. Ci, co rzekomo przeżyli pościg Wiecznych Łowców chociaż uważają się za znawców w temacie, nie mogą powiedzieć na temat oprawców nic. Tak jak nikt nie zna daty swej śmierci, tak nikt również nie wie skąd biorą się jej podopieczni. A miała ich wielu, służących nawet po dziś dzień. Mimo to żadne z jej tworów nie zapisało się w kulturze śmiertelnych, jak Tenzin i Suowei.
Wilk i Owca. Dwa przeciwstawne duchy przyjmujące dwie, pozornie nie mogące współpracować formy. Pojawili się znikąd, wpadając w ludzkie życie i znikając. Ich istnienie długo pozostawało tajemnicą. Jedyne ślady jakie po sobie zostawiali, to rany po strzałach lub zębach, lecz żadnego pocisku nigdy nie znaleziono, ani nigdy nie odnaleziono tropów jakiegoś drapieżnika w okolicy. W ofiarach nie dało się znaleźć żadnych wspólnych cech. Niedoszła panna młoda, chorowity staruszek, zmęczony życiem młynarz, pełen wigoru młodzieniec, trzyletnia dziewczynka. Całkowity brak powiązań, zupełna przypadkowość. Nic dziwnego, że zwykły człowiek nie widział w tym wszystkim sensu. Bo mało kto przecież jest w stanie zaglądnąć w plany samej śmierci. Któż mógł wiedzieć, że pannę młodą miała ugryźć za kilka minut kobra? Że starcowi pozostały już tylko minuty nim choroba pożre jego ciało i umysł? Że młynarz miał myśli samobójcze? Że młodzieńcowi chciano następnej nocy poderżnąć gardło? Że biedna mała dziewczynka miała wrodzoną wadę serca? Wyroków śmierci nie da się przewidzieć. I nie można im w żaden sposób zapobiec.
Śmierć wzywała swoich dwóch ulubieńców na polowania. Nigdy nie odmawiali i to nie tylko dlatego, że nie mogli - Wieczni Łowcy po prostu to kochali. Tylko wtedy czuli się sobą, gdy biała strzała sięgała celu, gdy z kłów spływała ciepła krew, gdy z ich ofiary uchodziło życie. I pędzili ku wezwaniu, Tenzin radośnie skacząc po drzewach, a Suowei płynąc w powietrzu krok w krok za nim. Cel łowów odnajdywali szybko...a wtedy stawał on przed wyborem.
Wbrew pozorem i przyjętym powszechnie ideałom, śmierć nigdy nie była niesprawiedliwa. Zawsze dawała śmiertelnikom wybór, objawiający się pod dwoma postaciami: humanoidalnej łagodnej owcy w masce wilka i czarnej smugi z wilczą paszczą, zakrytą maską owcy. Tenzin nawołuje ofiarę, cicho szepcze słowa otuchy, proponuje bezpieczną przeprawę do zaświatów. Suowei warczy i kłapie paszczą, chcąc złamać w nieszczęśniku ducha, zdusić jego nadzieję. A człowiek może wybrać. Może od razu poddać się śmierci, przygotować do wiecznego snu i przyjąć litościwą, bezbolesną strzałę Owcy. Może też oddać strachowi wodze, uciekać przed siebie licząc na ratunek, który nigdy nie przyjdzie, po czym zginąć zagryziony przez Wilka.
Przez długie lata nikt nie był w stanie uciec Łowcom, nie było więc świadków zdolnych ich opisać. Aż pewnego dnia, nie wiadomo jakim cudem, znalazł się ktoś, kto przeżył ich polowanie. To nie była ofiara, tylko świadek. Niechciany podglądacz. Młodzieniec, akolita, dopiero co przyjął święcenia kapłańskie. Wracając do domu przez las usłyszał ludzki krzyk. Ruszył jego śladem, aż nagle na polanę wypadł obszarpany mężczyzna. Kapłan ukrył się - słusznie - i wtedy za mężczyzną z puszczy wypadło okrutne monstrum: ogromna wilcza paszcza o pustych oczach, ciągnąca za sobą woal czerni. Tuż za wilkiem, niczym pilnujący psa gończego myśliwy, wyskoczyła biała, chuda sylwetka dzierżąca czarny łuk. Ich ofiara upadła na ziemię, błagając o litość. Ku zdziwieniu świadka Owca powstrzymała Wilka zanim rzucił się na bezbronnego człowieka, a ten niczym potulne szczenię otarł się o nią czekając. I Owca powiedziała młodzieńczym głosem: ,,Nie obawiaj się śmierci". Mówił łagodnie, chciał uspokoić mężczyznę. Ale on oddał się już strachowi do reszty. Chciał się zerwać na nogi i uciekać dalej. Wtedy Owca westchnęła smutno i skinęła głową Wilkowi. Odgłosy lasu zagłuszyły potworne wrzaski. Kapłan wydał zduszony okrzyk, zanim zdążył zakryć usta. Wilk podniósł zakrwawioną paszczę i zawarczał nisko. Owca napięła łuk. Młodzieniec stał jak sparaliżowany. Oto mój koniec, pomyślał, nie chcąc uciekać i skończyć jak nieszczęśnik przed nim. Ale wtedy biały łowca obniżył broń, po czym uciekł w las, a czarne monstrum za nim.
Nie trzeba było wiele, by opowieść obiegła kraj. Wnet znaleźli się wyznawcy Owcy i Wilka, powstawały legendy i bajki. Młodych kadetów szlachetnej szkoły rycerskiej uczono, by nie obawiali się śmierci i oddawali w przyjazne ręce Owcy, podczas gdy wrogów przeklinano, aby ich strach przejął i Wilka sprowadził. A Tenzin i Suowei dalej wypełniali swoje obowiązki, dostrzegani już jednak zdecydowanie częściej. Owca nazywano równocześnie pasterzem i rzeźnikiem, poetą i prostakiem. Wieczni Łowcy urośli do rangi mitów, w które człowiek wierzył dopiero gdy mógł ich zobaczyć. A jeśli już tak się stało, w większości przypadków było już za późno na żale.
Okres wojny był dla nich ciężki. Tyle gotowych na śmierć wojowników, tyle chcących przed nią uciec dezerterów. Nie mogli się roztroić, nie mogli nadążyć za uciskającymi umysł wezwaniami. Wtedy sama śmierć dała im największy dar - wolność. Teraz sami już mogli wybierać, na które wezwanie odpowiedzą, kiedy ludzie będą mogli ich widzieć i słyszeć, kiedy będą chcieli polować. I Tenzin wybrał. Zdecydował się żyć wśród śmiertelników. A Suowei w tej decyzji go poparła.
Partner: Tenzin nie potrafi się zakochać...albo też nie jest pewny, czy umie.
Rodzina: Przez całe długie życie jedyną bliską mu osobą była Suowei. Wilk stał się dla niego równocześnie chroniącą go przed złem nadopiekuńczą matką i dobrze doradzającą troskliwą siostrą.
Towarzysz: Suowei
Szczegóły: - Tenzin, mimo iż nie służy już bezpośrednio śmierci, wciąż odpowiada na głośniejsze wezwania. Nie ma co się dziwić, jeśli zdarzy mu się czasem zniknąć razem z Suowei na jakiś czas. Czasem jest to tylko kilka godzin, ale zdarzają się również polowania trwające nawet dni.
- Owca nie potrafi czytać ani pisać. Zawsze prosi o to kogoś innego.
- Panicznie boi się głębokiej wody.
- Nigdy nie śpi, nie je, ani nie wykonuje wielu innych czynności życiowych. Nie ma nawet potrzeby oddychać.
- Jego znamiona błyszczą jaśniej gdy odczuwa gwałtowne emocje, jak radość czy - zgoła rzadziej - gniew.
Autor: NyanCat^._.^~
wtorek, 31 maja 2016
poniedziałek, 30 maja 2016
Od Mild - Żywy las
Nadepnięcie na ogon humanoidalnego kota nie należy do dobrych początków dnia. Dayi poczerwieniały uszy ze wstydu, gdy odprowadzała wściekłego felina wzrokiem. Za to był jeden plus - teraz już nie chciało jej się w ogóle spać. Ale skoro już wstała, to należałoby coś robić.
Wszyscy jak widać zdążyli się już zmyć, bo jedynym śpiącym był wywalony na grzbiet Frelser. Lodowy gad zamruczał przez sen i przekręcił się zamiatając bujną trawę ogonem. Wyglądał, jakby nie spał tak dobrze od dłuższego czasu. Mild przyglądała się chwilę nałożonemu na unieruchomione skrzydło opatrunkowi. Jedynym medykiem jakiego znała był Phester, ale uczony podróżował przecież z jej grupą, a gdy pojawili się na polanie smok już był opatrzony. Ciekawe, co mu się przytrafiło. Na razie jednak nie chciała go budzić. Był taki uroczy, zupełnie inny od tych potężnych bestii, o których zdążyła się nasłuchać z opowiastek jako dziecko. Podrapała śpiącego jaszczura po brodzie (pamiętała z wczoraj, że bardzo to lubił) i z piersi przerośniętego dzieciaka wydobył się przyjemny wibrujący dźwięk zadowolenia.
Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu Viserany lub Ashlotte. Przywiązała się do tych dziewczyn. Może znalazłaby z nimi jakieś zajęcie? Niestety ani jednej ani drugiej nie mogła dostrzec. Westchnęła z braku laku ruszyła w las, szybko znikając między drzewami.
Dlaczego? Przyzwyczajenie? Jeszcze rok temu, gdy mieszkała wśród dezerterów jej nauczycielka magii pouczała ją ,,Jeśli nie masz gdzie się podziać, idź do lasu - tam zawsze jest miejsce dla takich jak my". I tak robiła. Dobrze się czuła między drzewami. Było to idealne medium dla kogoś nienawidzącego tłumów i obawiającego się otwartych przestrzeni. Porośnięte mchem pnie nie dusiły, nie zaciskały się wokół niczym szpony, nie pachniały potem i brakiem dostępu do czystej wody. Dawały człowiekowi - i nie-człowiekowi - odetchnąć pełnymi płucami, równocześnie obiecując schronienie przed niechcianymi spojrzeniami.
I tak też było za tym razem - Mild bez strachu spacerowała po miękkim mchu, gładząc dłonią porosty na korach drzew i wodząc wzrokiem wysoko w górze. Trafiła do części lasu zarośniętej ciasno młodymi, iglastymi jodłami. Choć młode, wystrzeliwały wysoko w górę zasłaniając gęstymi koronami nieboskłon, tworząc nad śpiącą ziemią szczelny koc. Tylko gdzieniegdzie ziemię cięły niczym tygrysie pręgi łuny prześwitów słonecznych. Wokół nie było ani jednej wiewiórki, ptaka, nornicy. Cisza, martwa, obrzmiała ciepłem wiosny cisza. Nie, martwa to złe słowo. Naraz Dayi wydało się, że puszysty grunt faluje biorąc wdech i wydycha powietrze szmerem wiatru. Gdzieś pod nią płuca wibrują od pomruku zadowolenia, jak u śpiącego na polanie Frelsera. Las był żywy, był jednym organizmem, a ona i wszyscy jego mieszkańcy żyjącymi z nim w symbiozie żyjątkami.
Ale nie była sama.
Niczego nie usłyszała. Cokolwiek właśnie stało za jej plecami nie wydało najdrobniejszego dźwięku. A mimo to po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz. Nie zatrzymywała się. Powoli uniosła lewą rękę do góry, ku wystającej ponad ramieniem rękojeści miecza. Reszta nastąpiła w ciągu dwóch sekund: elfka chwyciła broń i odwracając się na jednej nodze równocześnie wyszarpnęła z pochwy. Trzymając ostrze oburącz skierowała je w las w pełnej gotowości...
Śledząca ją istota nawet nie drgnęła. Nie przestraszył jej nagły ruch ani broń. Ponadto stała zdecydowanie dalej, chociaż Mild była niemal pewna, że czuła czyjś oddech na karku. Wbiła wzrok w obcego. Z tej odległości wydawał się jedynie sylwetką wśród cienkich pni. Biała, średniej wysokości postać, stojąca na dwóch nogach. Humanoidalny kształt, a jednak biła od niej dzikość. Postać przekrzywiła łeb. I nagle do uszu Dayi dotarł młodzieńczy szept, od którego włoski na karku stawały dęba:
Odłącza się od stada Owieczka
Beztrosko hasa wśród traw
Nie uratuje jej ucieczka
Wilk już trafił na jej ślad
Nad głową dziewczyny coś przemknęło wśród pni, łamiąc gałązki. Zaskoczona dziewczyna sapnęła i odruchowo spojrzała w górę. Szybko jednak skierowała wzrok z powrotem na białą sylwetkę, pamiętając wpojone jej zasady...
Istota zniknęła. W jej miejscu nie pozostał nawet ślad. Mild rozejrzała się nerwowo na boki, ale znowu była sama. Las znowu zaczął oddychać owiewając jej twarz wiatrem, mech na nowo nabrał żywych kolorów. Gdzieś rozległ się ptasi śpiew.
Elfka spróbowała uspokoić oddech. Spokojnie, pomyślała. To tylko złudzenie. Udzieliły ci się lęki po podróży. Nic nam tu nie grozi, Alt tak mówił, a on zna te lasy lepiej od ciebie. Oddychała już miarowo, spokojnie. Mimo wszystko jednak ruszyła w drogę powrotną, chcąc jak najszybciej opuścić tę martwo cichą część puszczy.
Łaziła jeszcze bez celu pół godziny, plątając się tu i ówdzie. Machała przed sobą z nudów mieczem, czasem inscenizowała w wyobraźni jakąś walkę. I gdy już przykładała się do śmiercionośnego ciosu w odsłonięty kark mantikory, dostrzegła kogoś jeszcze. Dalej lekko przewrażliwiona od razu skierowała w tamtą stronę dwuręczne ostrze, jednak szybko zrugała się w myślach gdy rozpoznała przykucniętą czarną sylwetkę. To tylko Phester.
O ile zamaskowany medyk w czarnym płaszczu z pozoru nie mógł budzić w ludziach miłych uczuć, Mild poczuła się zgoła bezpieczniej i pewniej. Ruszyła w stronę mężczyzny, ale po jednym kroku wpadła na ciekawszy pomysł. Phester wyglądał, jakby jej nie zauważył. Dziewczyna z łobuzerskim uśmiechem zakradła się do niego od tyłu, stawiając kroki bezszelestnie w miękkim poszyciu. Gdy tylko stanęła nad zajętym czymś medykiem powiedziała najgłośniej jak umiała:
- Dzień dobry Phester!
Ku jej rozczarowaniu ani drgnął.
- Nie musisz się tak drzeć, dziecko - powiedział spokojnie zamiast tego. - Jesteś mniej niż metr obok.
Mild nadęła policzki i klapnęła niezadowolona na ziemię obok niego. Przez kilka minut siedziała cicho, aż w końcu nie wytrzymała:
- Co robisz?
Phester nie odpowiadał, w skupieniu przyglądając się jakiemuś drobnemu przedmiotowi.
- Zajęty jestem - odpowiedział.
- To widzę, ale czym? - nie poddawała się dziewczyna, ciekawsko wyglądając mu przez ramię.
Phester? Wybacz Ursuś, że cię zalewam cd, ale nie miałam lepszego pomysłu kogo Mild mogłaby pomęczyć :P
Wszyscy jak widać zdążyli się już zmyć, bo jedynym śpiącym był wywalony na grzbiet Frelser. Lodowy gad zamruczał przez sen i przekręcił się zamiatając bujną trawę ogonem. Wyglądał, jakby nie spał tak dobrze od dłuższego czasu. Mild przyglądała się chwilę nałożonemu na unieruchomione skrzydło opatrunkowi. Jedynym medykiem jakiego znała był Phester, ale uczony podróżował przecież z jej grupą, a gdy pojawili się na polanie smok już był opatrzony. Ciekawe, co mu się przytrafiło. Na razie jednak nie chciała go budzić. Był taki uroczy, zupełnie inny od tych potężnych bestii, o których zdążyła się nasłuchać z opowiastek jako dziecko. Podrapała śpiącego jaszczura po brodzie (pamiętała z wczoraj, że bardzo to lubił) i z piersi przerośniętego dzieciaka wydobył się przyjemny wibrujący dźwięk zadowolenia.
Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu Viserany lub Ashlotte. Przywiązała się do tych dziewczyn. Może znalazłaby z nimi jakieś zajęcie? Niestety ani jednej ani drugiej nie mogła dostrzec. Westchnęła z braku laku ruszyła w las, szybko znikając między drzewami.
Dlaczego? Przyzwyczajenie? Jeszcze rok temu, gdy mieszkała wśród dezerterów jej nauczycielka magii pouczała ją ,,Jeśli nie masz gdzie się podziać, idź do lasu - tam zawsze jest miejsce dla takich jak my". I tak robiła. Dobrze się czuła między drzewami. Było to idealne medium dla kogoś nienawidzącego tłumów i obawiającego się otwartych przestrzeni. Porośnięte mchem pnie nie dusiły, nie zaciskały się wokół niczym szpony, nie pachniały potem i brakiem dostępu do czystej wody. Dawały człowiekowi - i nie-człowiekowi - odetchnąć pełnymi płucami, równocześnie obiecując schronienie przed niechcianymi spojrzeniami.
I tak też było za tym razem - Mild bez strachu spacerowała po miękkim mchu, gładząc dłonią porosty na korach drzew i wodząc wzrokiem wysoko w górze. Trafiła do części lasu zarośniętej ciasno młodymi, iglastymi jodłami. Choć młode, wystrzeliwały wysoko w górę zasłaniając gęstymi koronami nieboskłon, tworząc nad śpiącą ziemią szczelny koc. Tylko gdzieniegdzie ziemię cięły niczym tygrysie pręgi łuny prześwitów słonecznych. Wokół nie było ani jednej wiewiórki, ptaka, nornicy. Cisza, martwa, obrzmiała ciepłem wiosny cisza. Nie, martwa to złe słowo. Naraz Dayi wydało się, że puszysty grunt faluje biorąc wdech i wydycha powietrze szmerem wiatru. Gdzieś pod nią płuca wibrują od pomruku zadowolenia, jak u śpiącego na polanie Frelsera. Las był żywy, był jednym organizmem, a ona i wszyscy jego mieszkańcy żyjącymi z nim w symbiozie żyjątkami.
Ale nie była sama.
Niczego nie usłyszała. Cokolwiek właśnie stało za jej plecami nie wydało najdrobniejszego dźwięku. A mimo to po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz. Nie zatrzymywała się. Powoli uniosła lewą rękę do góry, ku wystającej ponad ramieniem rękojeści miecza. Reszta nastąpiła w ciągu dwóch sekund: elfka chwyciła broń i odwracając się na jednej nodze równocześnie wyszarpnęła z pochwy. Trzymając ostrze oburącz skierowała je w las w pełnej gotowości...
Śledząca ją istota nawet nie drgnęła. Nie przestraszył jej nagły ruch ani broń. Ponadto stała zdecydowanie dalej, chociaż Mild była niemal pewna, że czuła czyjś oddech na karku. Wbiła wzrok w obcego. Z tej odległości wydawał się jedynie sylwetką wśród cienkich pni. Biała, średniej wysokości postać, stojąca na dwóch nogach. Humanoidalny kształt, a jednak biła od niej dzikość. Postać przekrzywiła łeb. I nagle do uszu Dayi dotarł młodzieńczy szept, od którego włoski na karku stawały dęba:
Odłącza się od stada Owieczka
Beztrosko hasa wśród traw
Nie uratuje jej ucieczka
Wilk już trafił na jej ślad
Nad głową dziewczyny coś przemknęło wśród pni, łamiąc gałązki. Zaskoczona dziewczyna sapnęła i odruchowo spojrzała w górę. Szybko jednak skierowała wzrok z powrotem na białą sylwetkę, pamiętając wpojone jej zasady...
Istota zniknęła. W jej miejscu nie pozostał nawet ślad. Mild rozejrzała się nerwowo na boki, ale znowu była sama. Las znowu zaczął oddychać owiewając jej twarz wiatrem, mech na nowo nabrał żywych kolorów. Gdzieś rozległ się ptasi śpiew.
Elfka spróbowała uspokoić oddech. Spokojnie, pomyślała. To tylko złudzenie. Udzieliły ci się lęki po podróży. Nic nam tu nie grozi, Alt tak mówił, a on zna te lasy lepiej od ciebie. Oddychała już miarowo, spokojnie. Mimo wszystko jednak ruszyła w drogę powrotną, chcąc jak najszybciej opuścić tę martwo cichą część puszczy.
Łaziła jeszcze bez celu pół godziny, plątając się tu i ówdzie. Machała przed sobą z nudów mieczem, czasem inscenizowała w wyobraźni jakąś walkę. I gdy już przykładała się do śmiercionośnego ciosu w odsłonięty kark mantikory, dostrzegła kogoś jeszcze. Dalej lekko przewrażliwiona od razu skierowała w tamtą stronę dwuręczne ostrze, jednak szybko zrugała się w myślach gdy rozpoznała przykucniętą czarną sylwetkę. To tylko Phester.
O ile zamaskowany medyk w czarnym płaszczu z pozoru nie mógł budzić w ludziach miłych uczuć, Mild poczuła się zgoła bezpieczniej i pewniej. Ruszyła w stronę mężczyzny, ale po jednym kroku wpadła na ciekawszy pomysł. Phester wyglądał, jakby jej nie zauważył. Dziewczyna z łobuzerskim uśmiechem zakradła się do niego od tyłu, stawiając kroki bezszelestnie w miękkim poszyciu. Gdy tylko stanęła nad zajętym czymś medykiem powiedziała najgłośniej jak umiała:
- Dzień dobry Phester!
Ku jej rozczarowaniu ani drgnął.
- Nie musisz się tak drzeć, dziecko - powiedział spokojnie zamiast tego. - Jesteś mniej niż metr obok.
Mild nadęła policzki i klapnęła niezadowolona na ziemię obok niego. Przez kilka minut siedziała cicho, aż w końcu nie wytrzymała:
- Co robisz?
Phester nie odpowiadał, w skupieniu przyglądając się jakiemuś drobnemu przedmiotowi.
- Zajęty jestem - odpowiedział.
- To widzę, ale czym? - nie poddawała się dziewczyna, ciekawsko wyglądając mu przez ramię.
Phester? Wybacz Ursuś, że cię zalewam cd, ale nie miałam lepszego pomysłu kogo Mild mogłaby pomęczyć :P
niedziela, 29 maja 2016
Od Lisbeth - Dzieci lasu
Ognisko
wydało z siebie zdławiony trzask, kiedy do płomieni dorzucono kawałki
drewna, tym samym podtrzymując je przy życiu. Pomarańczowe, czerwone i
żółtawe ogniki początkowo rozbiegły się w nagłym przerażeniu, po czym
znów postanowiły kontynuować swój chaotyczny taniec. Źródło światła co
chwila wyrzucało z siebie niewielkie iskierki, które gasły w mroku nocy
tak szybko, jak się w nim pojawiły.
Na takim właśnie tle cichły kończone rozmowy i rozpoczynały się kolejne wymiany zdań, którym nie przeszkodziła ani późna pora, ani nawet pojawienie się obcego kota… a właściwie to (jak się później okazało) kotołaka, choć dziewczyna poznałaby stwora nawet, gdyby nie ujawniał kolejnej ze swych form. Wszystko dzięki tak zwanemu zmysłowi Obecności, który, o ile u ludzi nie był wykształcony, bądź był, ale na tyle słabo, że uśpione instynkty nie były w stanie odpowiednio zareagować we właściwym momencie, tak u potworów działał zawsze, choć efekty jego funkcjonowania i trafność w identyfikacji potworów zależała w dużej mierze nie tylko od genów właściciela, ale także od umiejętności i stylu życia. Lisbeth, jako jedna z Zarażonych, na dodatek posiadająca w swych żyłach krew wielu bestii, odbierała Obecność na różne sposoby. Raz zmysły dawały jej wyraźne znaki, kiedy indziej, niby bawiąc się w bajarza, opowiadającego dziewczynie zagadki, nie ujawniały niczyjej tożsamości, a jedynie dawały niejasne podpowiedzi i w dość ogólny sposób określały gatunek danego stworzenia. Aczkolwiek w przypadku Salander, rozpoznawanie potworów, niezależnie od kaprysu Obecności, ułatwiała jej jeszcze jedna rzecz. Dar, do którego podrzędne istoty nigdy nie miały dostępu. Nie miały nawet pojęcia o jego istnieniu, gdyż pomniejsze bestie z natury nie grzeszyły inteligencją. Owym darem była oczywiście wiedza, która poza magicznymi talizmanami i osikowymi kołkami, stanowiła jedyną dla ludzi broń przeciwko zagrożeniu, choć tylko pośrednio przyczyniała się do jego zdławienia. Mimo wszystko, znajomość nawet niewielkich fragmentów obszernego bestiariusza była rzeczą cenną, a przynajmniej nikomu jeszcze nie zagroziła.
-Z pijanym żeglarzem, co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- dopiero ciche nucenie piratki, majstrującej przy śpiącym, zakapturzonym mężczyźnie uświadomiło Lisbeth, że nawet nie zdążyła spostrzec, kiedy zasnęła, oparta o jedno z rozłożystych drzew, które, niczym naturalne nieprzebite mury, otaczały Hidden. Zupełnie, jakby ten nieprzebyty gąszcz zacięcie chronił wiernych mu mieszkańców, niczym własne, zagubione dzieci, które po wielu latach odnalazły powrotną drogę do domu…
Squall, najwyraźniej poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie burzowych oczu, podniosła wzrok na dziewczynę z bandanką, po czym puściła w jej stronę oczko, przykładając wyprostowany palec wskazujący do ust. Salander jeszcze tylko chwilę przyglądała się zakapturzonej dziewczynie i śpiącemu mężczyźnie, zastanawiając się, któremu z nich bardziej się dostanie. Czy ofiarą okaże się drzemiący, niczego nieświadomy chłopak, czy może jednak kobieta, kiedy to jej potencjalna ofiara obudzi się, odkrywając rano jakiemu to podłemu kawałowi padła… Aż strach było pomyśleć, które z tej dwójki odniesie większe korzyści z tej dziwnej (jak już Lisbeth zdążyła się domyśleć, przysłuchując się ich wcześniejszej rozmowie przy ognisku) znajomości.
Lis ledwie przeszła taka myśl przez głowę, a już sprawiła, że kobieta uśmiechnęła się odrobinę pod bandanką. Następnie wzruszyła ramionami, obiecując w ten sposób piratce, że nikomu nie powie o czymkolwiek, co miało tutaj zajść, ani nie zbudzi śpiącego mężczyzny. Dobiwszy takiego targu, Salander zdecydowała się ponownie wrócić do snu, szczelniej okrywając się narzuconym płaszczem.
***
Dziewczynę zbudził ze snu hałas, rozbrzmiewający gdzieś w oddali. Właściwie to dotarł do niej jeszcze zanim zdążyła się całkowicie rozbudzić, a kiedy już podniosła się z ziemi, owy dźwięk rozbrzmiewał znacznie wyraźniej. Był jednak dość… niespotykany. Nie, „niespotykany” to może złe określenie, bowiem niektórzy byli w stanie usłyszeć ten odgłos, rzadziej lub częściej, jednak z całą pewnością było to możliwe. Myślę, że określenie dźwięku słowem „dziwny” byłoby znacznie trafniejsze.
Bowiem owy hałas nie przypominał krzyku, odgłosów kroków, czy też walki. Nie było to również wzajemne nawoływanie się zwierząt, ani nic, co chociaż odrobinę mogłoby przypominać dźwięk wydawany przez jakiekolwiek żywe stworzenie. Zaraz okazało się, że owy odgłos wcale nie dobiegał z oddali, jego źródło znajdowało się bardzo blisko dziewczyny…
Dopiero kilka chwil później do Lisbeth dotarło, że była to Obecność.
Ciężko było zatem mówić o czymś tak prostym i powszechnym jak hałas. Obecność bowiem rozbrzmiewała w głowie i choć w osobliwy sposób dało się ją usłyszeć, nie była dźwiękiem. Bliżej jej było do impulsu, albo szóstego zmysłu. Potrafiła mówić i przekazywać przeróżne informacje, nie używając przy tym słów, ani wizji. Obecność, jaka rozbrzmiewała w głowie Gotki była wyraźnym ostrzeżeniem. Czymś, czego dziewczyna nie czuła od dłuższego czasu, możliwe, że nawet kilku miesięcy, jednak mimo upływu tylu tygodni na pewno nie byłaby w stanie pomylić tego odczucia z żadnym innym.
Kiedy podnosiła się z ziemi, dookoła niej panował półmrok. Rozejrzała się przelotnie, jednak to w zupełności wystarczyło, by dostrzec brak zakapturzonego mężczyzny i piratki. Gdy zdecydowała się udać w głąb lasu, dostrzegła, że wśród towarzyszy brakuje jeszcze jednego, może dwóch, jednak nie był to odpowiedni moment na zastanawianie się kto, gdzie, ani po co oddalił się od ogniska. Teraz musiała się skupić na tym, co w jej mniemaniu było najważniejsze, a więc na odgadnięciu co mówi jej Obecność, jakim językiem tym razem do niej przemawia. Skoro instynkt sugerował dziewczynie, że gdzieś czai się jakieś niebezpieczeństwo, musiała coś z tym zrobić. Całe szczęście, Lisbeth nie należała do grona osób, które najpierw robiły, a dopiero później myślały, dlatego priorytetem stało się odnalezienie istoty, przed którą została ostrzeżona. A potem… cóż, kwestia bliższej przyszłości pozostała do uzgodnienia.
Z takimi niepewnymi myślami, Gotka zagłębiła się w szumiący las, pośpiesznie zakładając na głowę stary kapelusz. Wszędzie wokół było szaro, a przynajmniej takie odczuwała wrażenie. Jedynie po ogarniających las odcieniach szarości, prześlizgujących się między poszczególnymi elementami przyrody, była w stanie stwierdzić, że miała jeszcze niecałą godzinę, nim na horyzoncie ukaże się słońce.
***
On również to czuł.
Znajdujący się niecałe dwadzieścia minut drogi od Hidden miał zamiar polować z resztą stada, jednak plan ten uniemożliwił mu zew, wdzierający się niczym złodziej do jego głowy. Wyraźnie czuł cudzą Obecność i to nie jedną, choć tylko pojedyncza zbliżała się ku niemu. Może gdyby byłoby mu bliżej do człowieka, zareagowałby zupełnie inaczej, jak również w zupełnie inny sposób odebrałby dotyk Obecności. Bowiem, podczas gdy była Łowczyni wędrowała spokojnie przez las, współpracując z Obecnością i kierując się jej wskazówkami, gdzieś dalej po ciele pewnego wilkołaka przechodziły paskudne dreszcze. Stwór, nie panując nad doznanym bólem, złapał się pazurami za owłosiony łeb, jęcząc, niemalże jak w agonii. Jemu również instynkt podpowiadał „zagrożenie”, choć w zdecydowanie bardziej brutalny i uproszczony sposób. Niestety, w ten jedyny, jaki jest w stanie zrozumieć zdziczała bestia.
Wilkołak zawył żałośnie, zwracając na siebie uwagę reszty stada. Jakaś suka podniosła się z trawy i niepewnie zbliżyła ku niemu. Przymilnie położyła mu pysk na kolanach, a jej spokojne ślepia odrobinę uspokoiły stwora, choć odczuwana przez niego Obecność znajdowała się już zdecydowanie bliżej. On zaś w przypływie szaleństwa, które co chwila to rosło, to malało w jego głowie, nie był w stanie jasno myśleć. Nie, „myśleć” nie jest w tym wypadku najlepiej dobranym słowem, gdyż, choć owa istota kiedyś była człowiekiem, teraz stała się bestią. Nie była to nawet wina ugryzienia, jakiego doznał kilkanaście lat temu, kiedy to, jeszcze jako młodzian, natknął się na potwora, którym dziś był on sam. Gdyby tylko otrzymał wtedy wsparcie… gdyby tylko nie został wypędzony z wioski, gdyby nie bał się poprosić o pomoc, gdyby w przypływie strachu nie odrzucił ludzi, gdyby tylko nie zaszył się w dziczy, pozwalając wewnętrznej bestii przejąć kontrolę nad jego ciałem i umysłem… wtedy mogłoby być inaczej. Niestety, teraz już było za późno, ta świadomość docierała do malutkiej części jego dawnego, umierającego „ja”. Rozpoznała go znacznie wcześniej, niż on rozpoznał ją, choć dzikie, żółte ślepia, ukryte wśród nieprzebytych zarośli, jako pierwsze dostrzegły dziewczynę, kiedy ta poruszała się wśród leśnych drzew. Chociaż bestia w każdej chwili była gotowa wyskoczyć z krzaków i rzucić się na ofiarę, wciąż czekała w ukryciu. Nie wiedzieć czemu, wilkołak wolał najpierw dobrze przyjrzeć się nieznajomej, nim zaatakuje w ślepej furii. Tak rozkazały mu instynkty.
Kobieta z czerwoną bandanką odwróciła się gwałtownie w kierunku
wskazanym przez Obecność, znajdując się nagle w niebezpiecznie małej
odległości od stwora. Teraz, kiedy ich spojrzenia się spotkały- ciężki
wzrok burzowych oczu i dzikie, pierwotne ślepia- dziewczyna nie miała
już żadnych wątpliwości co do tego, że istota, którą miała przed sobą
straciła wszelkie kontakty z człowieczeństwem. Na takim właśnie tle cichły kończone rozmowy i rozpoczynały się kolejne wymiany zdań, którym nie przeszkodziła ani późna pora, ani nawet pojawienie się obcego kota… a właściwie to (jak się później okazało) kotołaka, choć dziewczyna poznałaby stwora nawet, gdyby nie ujawniał kolejnej ze swych form. Wszystko dzięki tak zwanemu zmysłowi Obecności, który, o ile u ludzi nie był wykształcony, bądź był, ale na tyle słabo, że uśpione instynkty nie były w stanie odpowiednio zareagować we właściwym momencie, tak u potworów działał zawsze, choć efekty jego funkcjonowania i trafność w identyfikacji potworów zależała w dużej mierze nie tylko od genów właściciela, ale także od umiejętności i stylu życia. Lisbeth, jako jedna z Zarażonych, na dodatek posiadająca w swych żyłach krew wielu bestii, odbierała Obecność na różne sposoby. Raz zmysły dawały jej wyraźne znaki, kiedy indziej, niby bawiąc się w bajarza, opowiadającego dziewczynie zagadki, nie ujawniały niczyjej tożsamości, a jedynie dawały niejasne podpowiedzi i w dość ogólny sposób określały gatunek danego stworzenia. Aczkolwiek w przypadku Salander, rozpoznawanie potworów, niezależnie od kaprysu Obecności, ułatwiała jej jeszcze jedna rzecz. Dar, do którego podrzędne istoty nigdy nie miały dostępu. Nie miały nawet pojęcia o jego istnieniu, gdyż pomniejsze bestie z natury nie grzeszyły inteligencją. Owym darem była oczywiście wiedza, która poza magicznymi talizmanami i osikowymi kołkami, stanowiła jedyną dla ludzi broń przeciwko zagrożeniu, choć tylko pośrednio przyczyniała się do jego zdławienia. Mimo wszystko, znajomość nawet niewielkich fragmentów obszernego bestiariusza była rzeczą cenną, a przynajmniej nikomu jeszcze nie zagroziła.
-Z pijanym żeglarzem, co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy, z pijanym żeglarzem co zrobimy. Gdy przyjdzie raniutko?- dopiero ciche nucenie piratki, majstrującej przy śpiącym, zakapturzonym mężczyźnie uświadomiło Lisbeth, że nawet nie zdążyła spostrzec, kiedy zasnęła, oparta o jedno z rozłożystych drzew, które, niczym naturalne nieprzebite mury, otaczały Hidden. Zupełnie, jakby ten nieprzebyty gąszcz zacięcie chronił wiernych mu mieszkańców, niczym własne, zagubione dzieci, które po wielu latach odnalazły powrotną drogę do domu…
Squall, najwyraźniej poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie burzowych oczu, podniosła wzrok na dziewczynę z bandanką, po czym puściła w jej stronę oczko, przykładając wyprostowany palec wskazujący do ust. Salander jeszcze tylko chwilę przyglądała się zakapturzonej dziewczynie i śpiącemu mężczyźnie, zastanawiając się, któremu z nich bardziej się dostanie. Czy ofiarą okaże się drzemiący, niczego nieświadomy chłopak, czy może jednak kobieta, kiedy to jej potencjalna ofiara obudzi się, odkrywając rano jakiemu to podłemu kawałowi padła… Aż strach było pomyśleć, które z tej dwójki odniesie większe korzyści z tej dziwnej (jak już Lisbeth zdążyła się domyśleć, przysłuchując się ich wcześniejszej rozmowie przy ognisku) znajomości.
Lis ledwie przeszła taka myśl przez głowę, a już sprawiła, że kobieta uśmiechnęła się odrobinę pod bandanką. Następnie wzruszyła ramionami, obiecując w ten sposób piratce, że nikomu nie powie o czymkolwiek, co miało tutaj zajść, ani nie zbudzi śpiącego mężczyzny. Dobiwszy takiego targu, Salander zdecydowała się ponownie wrócić do snu, szczelniej okrywając się narzuconym płaszczem.
***
Dziewczynę zbudził ze snu hałas, rozbrzmiewający gdzieś w oddali. Właściwie to dotarł do niej jeszcze zanim zdążyła się całkowicie rozbudzić, a kiedy już podniosła się z ziemi, owy dźwięk rozbrzmiewał znacznie wyraźniej. Był jednak dość… niespotykany. Nie, „niespotykany” to może złe określenie, bowiem niektórzy byli w stanie usłyszeć ten odgłos, rzadziej lub częściej, jednak z całą pewnością było to możliwe. Myślę, że określenie dźwięku słowem „dziwny” byłoby znacznie trafniejsze.
Bowiem owy hałas nie przypominał krzyku, odgłosów kroków, czy też walki. Nie było to również wzajemne nawoływanie się zwierząt, ani nic, co chociaż odrobinę mogłoby przypominać dźwięk wydawany przez jakiekolwiek żywe stworzenie. Zaraz okazało się, że owy odgłos wcale nie dobiegał z oddali, jego źródło znajdowało się bardzo blisko dziewczyny…
Dopiero kilka chwil później do Lisbeth dotarło, że była to Obecność.
Ciężko było zatem mówić o czymś tak prostym i powszechnym jak hałas. Obecność bowiem rozbrzmiewała w głowie i choć w osobliwy sposób dało się ją usłyszeć, nie była dźwiękiem. Bliżej jej było do impulsu, albo szóstego zmysłu. Potrafiła mówić i przekazywać przeróżne informacje, nie używając przy tym słów, ani wizji. Obecność, jaka rozbrzmiewała w głowie Gotki była wyraźnym ostrzeżeniem. Czymś, czego dziewczyna nie czuła od dłuższego czasu, możliwe, że nawet kilku miesięcy, jednak mimo upływu tylu tygodni na pewno nie byłaby w stanie pomylić tego odczucia z żadnym innym.
Kiedy podnosiła się z ziemi, dookoła niej panował półmrok. Rozejrzała się przelotnie, jednak to w zupełności wystarczyło, by dostrzec brak zakapturzonego mężczyzny i piratki. Gdy zdecydowała się udać w głąb lasu, dostrzegła, że wśród towarzyszy brakuje jeszcze jednego, może dwóch, jednak nie był to odpowiedni moment na zastanawianie się kto, gdzie, ani po co oddalił się od ogniska. Teraz musiała się skupić na tym, co w jej mniemaniu było najważniejsze, a więc na odgadnięciu co mówi jej Obecność, jakim językiem tym razem do niej przemawia. Skoro instynkt sugerował dziewczynie, że gdzieś czai się jakieś niebezpieczeństwo, musiała coś z tym zrobić. Całe szczęście, Lisbeth nie należała do grona osób, które najpierw robiły, a dopiero później myślały, dlatego priorytetem stało się odnalezienie istoty, przed którą została ostrzeżona. A potem… cóż, kwestia bliższej przyszłości pozostała do uzgodnienia.
Z takimi niepewnymi myślami, Gotka zagłębiła się w szumiący las, pośpiesznie zakładając na głowę stary kapelusz. Wszędzie wokół było szaro, a przynajmniej takie odczuwała wrażenie. Jedynie po ogarniających las odcieniach szarości, prześlizgujących się między poszczególnymi elementami przyrody, była w stanie stwierdzić, że miała jeszcze niecałą godzinę, nim na horyzoncie ukaże się słońce.
***
On również to czuł.
Znajdujący się niecałe dwadzieścia minut drogi od Hidden miał zamiar polować z resztą stada, jednak plan ten uniemożliwił mu zew, wdzierający się niczym złodziej do jego głowy. Wyraźnie czuł cudzą Obecność i to nie jedną, choć tylko pojedyncza zbliżała się ku niemu. Może gdyby byłoby mu bliżej do człowieka, zareagowałby zupełnie inaczej, jak również w zupełnie inny sposób odebrałby dotyk Obecności. Bowiem, podczas gdy była Łowczyni wędrowała spokojnie przez las, współpracując z Obecnością i kierując się jej wskazówkami, gdzieś dalej po ciele pewnego wilkołaka przechodziły paskudne dreszcze. Stwór, nie panując nad doznanym bólem, złapał się pazurami za owłosiony łeb, jęcząc, niemalże jak w agonii. Jemu również instynkt podpowiadał „zagrożenie”, choć w zdecydowanie bardziej brutalny i uproszczony sposób. Niestety, w ten jedyny, jaki jest w stanie zrozumieć zdziczała bestia.
Wilkołak zawył żałośnie, zwracając na siebie uwagę reszty stada. Jakaś suka podniosła się z trawy i niepewnie zbliżyła ku niemu. Przymilnie położyła mu pysk na kolanach, a jej spokojne ślepia odrobinę uspokoiły stwora, choć odczuwana przez niego Obecność znajdowała się już zdecydowanie bliżej. On zaś w przypływie szaleństwa, które co chwila to rosło, to malało w jego głowie, nie był w stanie jasno myśleć. Nie, „myśleć” nie jest w tym wypadku najlepiej dobranym słowem, gdyż, choć owa istota kiedyś była człowiekiem, teraz stała się bestią. Nie była to nawet wina ugryzienia, jakiego doznał kilkanaście lat temu, kiedy to, jeszcze jako młodzian, natknął się na potwora, którym dziś był on sam. Gdyby tylko otrzymał wtedy wsparcie… gdyby tylko nie został wypędzony z wioski, gdyby nie bał się poprosić o pomoc, gdyby w przypływie strachu nie odrzucił ludzi, gdyby tylko nie zaszył się w dziczy, pozwalając wewnętrznej bestii przejąć kontrolę nad jego ciałem i umysłem… wtedy mogłoby być inaczej. Niestety, teraz już było za późno, ta świadomość docierała do malutkiej części jego dawnego, umierającego „ja”. Rozpoznała go znacznie wcześniej, niż on rozpoznał ją, choć dzikie, żółte ślepia, ukryte wśród nieprzebytych zarośli, jako pierwsze dostrzegły dziewczynę, kiedy ta poruszała się wśród leśnych drzew. Chociaż bestia w każdej chwili była gotowa wyskoczyć z krzaków i rzucić się na ofiarę, wciąż czekała w ukryciu. Nie wiedzieć czemu, wilkołak wolał najpierw dobrze przyjrzeć się nieznajomej, nim zaatakuje w ślepej furii. Tak rozkazały mu instynkty.
Wilkołak rzucił się na nią, kiedy tylko dostrzegł błysk broni w dłoni zamaskowanej dziewczyny. Nie miał pojęcia kim była, bo chociaż w gruncie rzeczy wyglądała jak człowiek, poruszała się zdecydowanie szybciej i sprawniej. W dodatku było w niej coś równie dzikiego, choć różnica między Lisbeth a wilkołakiem była taka, że w jej przypadku owa dzikość została oswojona, dało się z nią współpracować. Ale czy dzikość rzeczywiście da się oswoić? Tego nie wiedział. Nie wiedział i nie myślał nad tym. Tak podpowiadały mu zwierzęce instynkty, a przecież one nigdy się nie myliły.
Kobieta miała wrażenie, jakby atakował ją zwykły zwierz, a nie istota, taka jak ona i wiele innych, w których towarzystwie spędziła ostatni dzień. Odskoczyła w bok, unikając ciosu potężnych kłów i pazurów, a następnie, czekając aż wilkołak znajdzie się w odpowiedniej odległości, wbiła mu ostrze głęboko pod skórę.
Bestia zawyła. Szarpała się chaotycznie, z dzikością większą od wściekłego wilka, bezskutecznie próbując oswobodzić się z uścisku broni. Gdyby to był zwykły sztylet, wilkołak wyrwałby się z dziecinną łatwością, bez problemu zdolny do zaatakowania przeciwnika. Jednak ostrze, trzymane w dłoni Gotki nie było zwykłą bronią, o nie. Rzucona na nie urok wieki temu, przez co posiadało moc cofającą Przemianę. Zostało stworzone przez pewnego Łowcę w celu pozbycia się Lisbeth, która, o ironio, stała się właścicielką owej broni, choć to już inna historia. Ważne jest jednak to, że twórca sztyletu popełnił pewien błąd, bowiem urok działał tylko na stwory, które całkowicie straciły swe człowieczeństwo. Właśnie dlatego nie zadziałałby na Lisbeth. Właśnie dlatego była w stanie użyć go przeciwko wilkołakowi.
Zwierzę zawyło po raz kolejny, jednak tym razem już nie próbowało atakować. Mówimy, że bestia „zmieniła się” w człowieka, jednak za tym jednym słowem kryje się przecież cały proces, w którym to sierść i ogon stopniowo zanikają, uszy robią się mniej szpiczaste, kły tracą wyraźny kształt trójkątów, a pazury zostają zastąpione przez ludzkie paznokcie. Mimo wszystko, stwór pozostał stworem. To, co przez tyle lat Przemiana zrobiła z nim samym, sprawiło, że po ludzkich odruchach nie pozostało już w nim ani śladu.
Podniósł się, bezskutecznie usiłując stanąć na dwóch nogach. Z szeroko rozdziawioną gębą i wywalonym na wierzch językiem, zaczął głupkowato patrzeć się przed siebie. Jego wzrok co chwila omijał Lisbeth, jednak kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, dziewczyna miała wrażenie, że z oczu wilkołaka wyziera tęsknota. Tęsknota za utraconym człowieczeństwem, a teraz również i życiem. Było to jednak tylko chwilowe, albowiem potwór znów zaczął rozglądać się tępo dookoła. Nagi i brudny cuchnął tak okropnie, że Lisbeth straciła do niego resztki współczucia. Najgorsze były jednak jego oczy- wytrzeszczone, czarne jak studnie gałki, rozbiegane na wszystkie strony znów były pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. To było już samo dno zezwierzęcenia.
- To przykre.- mruknęła do siebie, sięgając po dłuższy nóż.- Ludzie są tak zadufani w sobie, a potrafią upaść niżej niż zabłąkane kundle.
Wilkołak spojrzał się na nią. Słuchał tego, co mówiła, choć nie rozumiał już ani słowa. Zdania miały zbyt wiele sylab. Potwór nawet nie zareagował, kiedy dziewczyna zadała mu śmiertelny cios. Nie próbował się bronić, nie miał zamiaru uciekać. Jedyne co zrobił, to upadł na ziemię, a Lisbeth po chwili przestała czuć od niego nawet najsłabszą Obecność.
- To brat…- nieświadomie wypowiedziała słowa na głos, a ta myśl wydała się jej trochę przygnębiająca.- Conquiescat in pace.- dodała, lecz już nie patrzyła na martwą bestię. Oddaliła się od ciała najdalej, jak tylko było to możliwe.
Wreszcie do niej dotarło przed czym ostrzegała ją Obecność. Wilkołak zachowywał się jak dzikie zwierze i nie stanowił dla niej wielkiego zagrożenia. Owszem, gdyby nie zdziczał, mogłaby sobie z nim nie poradzić, ale pod taką postacią… stało się to, co stać się miało. Dziewczynie przeszła przez głowę myśl, że zagrożenie, o jakim mówiła jej Obecność, nie tyczyło się ani jej życia, ani życia kogokolwiek z Hidden. Ona mówiła o wilkołaku. O tym, jakie zagrożenie sam dla siebie stanowił. Czy w takim razie… rozbrzmiała w głowie Lisbeth, prosząc kobietę o pomoc i skrócenie życia bestii, która i tak już powoli umierała? To było bardzo prawdopodobne.
Pochłonięta własnymi myślami, dziewczyna nawet nie spostrzegła, kiedy to jej samotny powrót do Hidden przestał już być taki znowu „samotny”.
- Masz ręce we krwi.- usłyszała spokojny głos, rozbrzmiewający tuż obok. Jednak zamiast rozglądać się za znajomą postacią, Salander wyciągnęła z kieszeni chustkę, przykładając ją do oblepionych palców. Właściwie to zdołała jedynie wyczyścić dłonie, większym problemem stanowiły rękawy płaszcza, jednak nimi będzie mogła zająć się dopiero wtedy, gdy znajdzie jakiś strumień.
- I po kłopocie.- odparła po chwili, pokazując już czyste dłonie w stronę, z której dobiegał głos.
Ktoś chce dokończyć? Jak nadrabiamy, to nadrabiamy :P
Od Malika - Dajcie mi kawy...
Gambitowi ciężko było dzisiaj wstać. To nie kwestia wczorajszej nocy. Wszyscy późno pozasypiali, owszem. Squall przytargała sporo rumu, zgadza się. Ale słaba kondycja psychiczna i fizyczna felina nie pochodziła z niedospania. Nie powodował jej też kac, bo przecież nie pił wiele (nie ma słabości do alkoholu), a na dodatek mieszał to wszystko z kawą. Człowiek nie umie tego wyjaśnić. Malik jest po prostu kotem, a każdy kot nie jest w najlepszej formie gdy coś bezprawnie wyrwie go ze snu.
Tym razem była to Mild. Dziewczyna na wpół śpiąca nie dostrzegła leżącego w trawie brązowego ogona. Chociaż podeszwy jej butów wykonano z cienkiego materiału, a sama trzynastolatka ważyła raczej niewiele, nadepnięcie było dla pogrążonego w błogim śnie Selethena niczym uderzenie młota kowalskiego. Zerwał się z typowo kocim skowytem na nogi i zasyczał oburzony, gładząc w dłoni pokrzywdzony ogon. Zaskoczona elfka oprzytomniała niemal natychmiast.
- O rany, wybacz! - zaczęła. - Serio, niechcący!
Malik wyminął ją burcząc pod nosem zgoła nieprzyjemne rzeczy na temat nie dających mu się wyspać. Kładąc uszy po sobie i zamiatając wściekle ogonem skierował kroki w stronę domku Atlanta. Prowadziło go tam tylko jedno - kawa. Bo jak tu normalnie funkcjonować bez kubka porządnej kafey o poranku? W trzewiach Gambita zgromadziła się chęć mordu typowa każdemu uzależnionemu od smolistego napoju, zdolna do ugaszenia tylko przez to płynne złoto.
Domek od wnętrza w najlepszym stanie nie był. Nic dziwnego, że Alt zdecydował się spędzić śniadanie na zewnątrz. Teraz leonis jedynie półleżał wyciągnięty na krześle, chłonąc z przymrużonymi oczami upojny spokój kolejnego wspaniałego dnia w Hidden...
Spokój wyparował razem z pojawieniem się felina.
- Zdążyłem na kawę? - zaczął i bez zapytania przesadził barierkę werandy.
Atlant otworzył jedno oko nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Wybacz, ale zapasy kawy poszły z dymem - przypomniał Gambitowi.
Kot opadł ciężko na krzesło jakby zaraz miał zemdleć. Nagle jednak sobie o czymś przypomniał i zaczął szperać w sakiewce przy pasie.
- Ale imbryk dalej masz? - zapytał.
Leonis pokiwał głową. Malik zadowolony wyszperał z sakwy mniejszy woreczek i uniósł go dumnie przed siebie niczym Świętego Graala.
- Zgaduję, że to kawa? - parsknął śmiechem władca.
- A jakżeby inaczej? - odparł dumnie kotowaty nabierając do imbryka wody z beczki na deszczówkę. - I to nie byle jaka, bo z mojej ojczyzny.
- Chyba nie chcesz w takim razie jej rozpuszczać w deszczówce? Wodę trzeba najpierw zagotować...
- Nie ucz felina kawy robić - kotowaty rozejrzał się. W końcu odnalazł wzrokiem to czego szukał...
Frelsera.
Gad zasnął niedaleko reszty, obok nucącej Ziio. Teraz jednak leżał na grzbiecie z rozłożonym jednym skrzydłem (drugie wciąż było unieruchomione po zabiegach medycznych) i głową wykręconą pod nienaturalnym kątem, jakby chciał przez sen powąchać swoje tylne łapy, ale wolał to zrobić wyginając kręgosłup w przeciwnym kierunku. Gambit schylił się w poszukiwaniu zgniecionej przez niego pierzastej minstrelki, jednak - ku niemałej uldze - najwyraźniej zdążyła się gdzieś ewakuować zanim Frel zaczął się wiercić. Felin podszedł do leżącego do góry nogami smoczego łba i kucnął obok.
- Frel? - zaczął. Smok jedynie sapnął przez sen. - Frel! - wydarł mu się do ucha i gad zerwał się gwałtownie na nogi.
To zdecydowanie był błąd. Wystraszony gad szarpnął łbem w bok przysadzając łuskowatym policzkiem prosto w nos Malika. Chłopak padł jak długi na trawę upuszczając imbryk i chwycił się za pysk jęcząc głucho. Frelser obejrzał się w poszukiwaniu źródła dziwnego dźwięku, aż w końcu spojrzał w dół.
~ Przyjacielu, po co się wykładasz pod nogami? ~ w głowie felina rozbrzmiał zdziwiony głos smoka.
- Takie hobby - wystękał Gambit zbierając resztki godności z ziemi. Tym razem nie mógł się na nikogo wydrzeć. Jakby nie było, sam się o to prosił.
~ Nie rób mi tak więcej, proszę ~ Frel otrzepał się jak pies prostując wolne skrzydło. ~ To nieprzyjemne być wyrywanym ze snu...
- Coś o tym wiem... - kot podniósł pusty już imbryk. - Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy. Chwila moment i jesteś wolny. - gad pokiwał łbem na zgodę. - Świetnie. Daj mi minutkę, muszę się obrócić po wodę.
Alt na szczęście nie pytał dlaczego Malik napełnia naczynie ponownie. Odprowadził go jedynie pytającym spojrzeniem, na co otrzymał nieme ,,Bez komentarzy". Felin wrócił szybko do wczorajszego paleniska. Rozgrzebał je trochę, ale żar się nie utrzymał. Postawił w sczerniałych resztkach drewna napełniony blaszany imbryk, po czym poprosił Frelsera, by go podgrzał. Smok lodowy nie mógł poszczycić się wspaniałym płomieniem, jednak jego ciepły oddech był wystarczający. Po półgodzinie dumny z siebie Selethen wrócił na ganek z parującą kawą, trzymając ucho imbryka owiniętą w róg płaszcza łapą.
- No i co powiesz? - rozsiadł się zadowolony i nalał smolistego płynu do dwóch kubków.
Atlant uniósł jedną brew w podziwie dla upartego kota i pociągnął łyk. Skinął głową z uśmiechem.
- Całkiem niezła - odpowiedział. - Nigdy sobie nie odpuszczasz ani kubka, co?
- Oddajcie cezarowi co cesarskie... - Malik upił trochę i westchnął z rozkoszy. - ...a felinowi po prostu dajcie kawy.
- Ciekawy tekst. Mogę go kiedyś zacytować? - usłyszeli z góry.
Z dachu na werandę zeskoczyła brązowa harpia z lutnią zarzuconą na plecach. Typowo ptasim zwyczajem zamiast stać na ziemi przycupnęła na barierce werandy, zaciskając na drewnie orle szpony i odrobinę rozkładając zrośnięte z rękoma skrzydła. Przekrzywiła lekko głowę posyłając towarzyszom swój rozbrajający uśmiech, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Dopiero teraz felin dostrzegł, że kły minstrelki są nieco dłuższe niż u człowieka, co nadawało dziewczynie drapieżnego wyglądu.
- Dzień dobry, Ziio - przywitał się wesoło Alt. - Jak tam noc? Napijesz się z nami?
- Dziękuję, ale nie przepadam za kawą - kot mimowolnie się skrzywił słysząc tę uwagę. - A noc całkiem spokojna...tylko gdzieś nad ranem prawie przygniótł mnie kilkutonowy jaszczur. Urocze zwierzę, wije się jak szczeniaczek!
Harpia w końcu po kilku minutach wiercenia zdecydowała się usiąść na barierce bardziej po ludzku. Ściągnęła wiszące na rzęsie uparte białe piórko i zdmuchnęła je jak kosmyk włosów.
- Przyjemnie tu macie - zagaiła, po czym zaczęła stroić swoją lutnię, dzieląc swoją uwagę zarówno na instrumencie jak i rozmowie.
Atlant? Ziio? Nadrabiam te opka, Ursa :P
Tym razem była to Mild. Dziewczyna na wpół śpiąca nie dostrzegła leżącego w trawie brązowego ogona. Chociaż podeszwy jej butów wykonano z cienkiego materiału, a sama trzynastolatka ważyła raczej niewiele, nadepnięcie było dla pogrążonego w błogim śnie Selethena niczym uderzenie młota kowalskiego. Zerwał się z typowo kocim skowytem na nogi i zasyczał oburzony, gładząc w dłoni pokrzywdzony ogon. Zaskoczona elfka oprzytomniała niemal natychmiast.
- O rany, wybacz! - zaczęła. - Serio, niechcący!
Malik wyminął ją burcząc pod nosem zgoła nieprzyjemne rzeczy na temat nie dających mu się wyspać. Kładąc uszy po sobie i zamiatając wściekle ogonem skierował kroki w stronę domku Atlanta. Prowadziło go tam tylko jedno - kawa. Bo jak tu normalnie funkcjonować bez kubka porządnej kafey o poranku? W trzewiach Gambita zgromadziła się chęć mordu typowa każdemu uzależnionemu od smolistego napoju, zdolna do ugaszenia tylko przez to płynne złoto.
Domek od wnętrza w najlepszym stanie nie był. Nic dziwnego, że Alt zdecydował się spędzić śniadanie na zewnątrz. Teraz leonis jedynie półleżał wyciągnięty na krześle, chłonąc z przymrużonymi oczami upojny spokój kolejnego wspaniałego dnia w Hidden...
Spokój wyparował razem z pojawieniem się felina.
- Zdążyłem na kawę? - zaczął i bez zapytania przesadził barierkę werandy.
Atlant otworzył jedno oko nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Wybacz, ale zapasy kawy poszły z dymem - przypomniał Gambitowi.
Kot opadł ciężko na krzesło jakby zaraz miał zemdleć. Nagle jednak sobie o czymś przypomniał i zaczął szperać w sakiewce przy pasie.
- Ale imbryk dalej masz? - zapytał.
Leonis pokiwał głową. Malik zadowolony wyszperał z sakwy mniejszy woreczek i uniósł go dumnie przed siebie niczym Świętego Graala.
- Zgaduję, że to kawa? - parsknął śmiechem władca.
- A jakżeby inaczej? - odparł dumnie kotowaty nabierając do imbryka wody z beczki na deszczówkę. - I to nie byle jaka, bo z mojej ojczyzny.
- Chyba nie chcesz w takim razie jej rozpuszczać w deszczówce? Wodę trzeba najpierw zagotować...
- Nie ucz felina kawy robić - kotowaty rozejrzał się. W końcu odnalazł wzrokiem to czego szukał...
Frelsera.
Gad zasnął niedaleko reszty, obok nucącej Ziio. Teraz jednak leżał na grzbiecie z rozłożonym jednym skrzydłem (drugie wciąż było unieruchomione po zabiegach medycznych) i głową wykręconą pod nienaturalnym kątem, jakby chciał przez sen powąchać swoje tylne łapy, ale wolał to zrobić wyginając kręgosłup w przeciwnym kierunku. Gambit schylił się w poszukiwaniu zgniecionej przez niego pierzastej minstrelki, jednak - ku niemałej uldze - najwyraźniej zdążyła się gdzieś ewakuować zanim Frel zaczął się wiercić. Felin podszedł do leżącego do góry nogami smoczego łba i kucnął obok.
- Frel? - zaczął. Smok jedynie sapnął przez sen. - Frel! - wydarł mu się do ucha i gad zerwał się gwałtownie na nogi.
To zdecydowanie był błąd. Wystraszony gad szarpnął łbem w bok przysadzając łuskowatym policzkiem prosto w nos Malika. Chłopak padł jak długi na trawę upuszczając imbryk i chwycił się za pysk jęcząc głucho. Frelser obejrzał się w poszukiwaniu źródła dziwnego dźwięku, aż w końcu spojrzał w dół.
~ Przyjacielu, po co się wykładasz pod nogami? ~ w głowie felina rozbrzmiał zdziwiony głos smoka.
- Takie hobby - wystękał Gambit zbierając resztki godności z ziemi. Tym razem nie mógł się na nikogo wydrzeć. Jakby nie było, sam się o to prosił.
~ Nie rób mi tak więcej, proszę ~ Frel otrzepał się jak pies prostując wolne skrzydło. ~ To nieprzyjemne być wyrywanym ze snu...
- Coś o tym wiem... - kot podniósł pusty już imbryk. - Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy. Chwila moment i jesteś wolny. - gad pokiwał łbem na zgodę. - Świetnie. Daj mi minutkę, muszę się obrócić po wodę.
Alt na szczęście nie pytał dlaczego Malik napełnia naczynie ponownie. Odprowadził go jedynie pytającym spojrzeniem, na co otrzymał nieme ,,Bez komentarzy". Felin wrócił szybko do wczorajszego paleniska. Rozgrzebał je trochę, ale żar się nie utrzymał. Postawił w sczerniałych resztkach drewna napełniony blaszany imbryk, po czym poprosił Frelsera, by go podgrzał. Smok lodowy nie mógł poszczycić się wspaniałym płomieniem, jednak jego ciepły oddech był wystarczający. Po półgodzinie dumny z siebie Selethen wrócił na ganek z parującą kawą, trzymając ucho imbryka owiniętą w róg płaszcza łapą.
- No i co powiesz? - rozsiadł się zadowolony i nalał smolistego płynu do dwóch kubków.
Atlant uniósł jedną brew w podziwie dla upartego kota i pociągnął łyk. Skinął głową z uśmiechem.
- Całkiem niezła - odpowiedział. - Nigdy sobie nie odpuszczasz ani kubka, co?
- Oddajcie cezarowi co cesarskie... - Malik upił trochę i westchnął z rozkoszy. - ...a felinowi po prostu dajcie kawy.
- Ciekawy tekst. Mogę go kiedyś zacytować? - usłyszeli z góry.
Z dachu na werandę zeskoczyła brązowa harpia z lutnią zarzuconą na plecach. Typowo ptasim zwyczajem zamiast stać na ziemi przycupnęła na barierce werandy, zaciskając na drewnie orle szpony i odrobinę rozkładając zrośnięte z rękoma skrzydła. Przekrzywiła lekko głowę posyłając towarzyszom swój rozbrajający uśmiech, odsłaniając śnieżnobiałe zęby. Dopiero teraz felin dostrzegł, że kły minstrelki są nieco dłuższe niż u człowieka, co nadawało dziewczynie drapieżnego wyglądu.
- Dzień dobry, Ziio - przywitał się wesoło Alt. - Jak tam noc? Napijesz się z nami?
- Dziękuję, ale nie przepadam za kawą - kot mimowolnie się skrzywił słysząc tę uwagę. - A noc całkiem spokojna...tylko gdzieś nad ranem prawie przygniótł mnie kilkutonowy jaszczur. Urocze zwierzę, wije się jak szczeniaczek!
Harpia w końcu po kilku minutach wiercenia zdecydowała się usiąść na barierce bardziej po ludzku. Ściągnęła wiszące na rzęsie uparte białe piórko i zdmuchnęła je jak kosmyk włosów.
- Przyjemnie tu macie - zagaiła, po czym zaczęła stroić swoją lutnię, dzieląc swoją uwagę zarówno na instrumencie jak i rozmowie.
Atlant? Ziio? Nadrabiam te opka, Ursa :P
sobota, 28 maja 2016
Od Halta cd Louise
Człowieka cały czas potykają jakieś nieprzyjemności. I Halt
miał w tym zakresie spore doświadczenie. Jako podróżnik zmagał się z
wieloma problemami. Na łodzi nawet podczas spokojnych wiatrów nękają go
nudności, nie mówmy więc o tym, co się dzieje w jego żołądku podczas
sztormów. Przez całe życie zdążył poznać każdy rodzaj opadów. Grzbiet
tłukły mu lodowe kule gradu prawie co lato. Mżawki nie dawały się
wyspać. Ulewy sprawiały, że gdy już raz człowiekowi zamokły do ostatniej
nitki buty, to już się nie przejmował omijaniem kałuż tylko szedł na
wprost. Wiatry chlastały po twarzy gorzej niż wściekła kobieta otwartą
dłonią. Burze piaskowe i śnieżne wydawały się ciąć policzki na odlew i
wydrapywać oczy.
Ale przy kataklizmie pokroju Squall wszystko wydawało się blednąć.
Łucznik podciągnął się do góry i usiadł okrakiem na konarze wyliczając pod nosem najwymyślniejsze epitety. Już zanim skończyły mu się pomysły dostrzegł, że słowa po prostu nie są w stanie opisać piratki. I to zdecydowanie nie w tym dobrym sensie. Rozejrzał się w poszukiwaniu swojego łuku. Miał nadzieję, że ta małpa nie zrobiła go w konia i rzeczywiście gdzieś tu jest. Całe szczęście (trudno stwierdzić czyje - Halta czy Squall) był: wisiał na krańcu gałęzi. Halt zmrużył oczy patrząc doń podejrzliwie. Przez swoje ostatnie pasmo nieszczęść nie mógł zaufać niczemu, a zwłaszcza cienkiemu konarowi. Toteż zdecydował się nie płaszczyć jak głupek i czekać na trzask, tylko zejść niżej, gdzie drzewo mogło spokojnie wytrzymać jego ciężar. Stanął pewnie na przygiętych nogach, przeszedł metr, półtora, po czym wyciągnął rękę po swoją broń. W końcu zadowolony zsunął się po pniu na dół i ruszył drogą w stronę Hidden.
Widząc w oddali sylwetkę Squall (ich nową towarzyszkę dostrzegł nieco później) do głowy cisnęły mu się najróżniejsze pomysły na zemstę. Przyszło mu spędzić trochę czasu między korsarzami z zimnych krain północy i doświadczyć ich złośliwości. Przy tym, co ci potrafili wymyślić wybryk piratki wydawał się mało oryginalny. Ale łucznik miał swoje metody. Złotooka zaciągnęła u niego debet. Nie ma co go marnować za JEDNYM razem...
- ...to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - dotarł do niego fragment wypowiedzi Squall, gdy dogonił dziewczyny.
- A zaprowadzisz mnie do niego? - zapytała chochlikopodobna.
- Ależ oczywiście! - wtrącił się wesoło chłopak klepiąc przesadnie piratkę w plecy. - Alt na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej o jedną piątą osoby - dziewczyna poprawiła go mierząc niebieską wzrokiem. - No dobra, żartuję - uśmiechnęła się złośliwie czochrając ją pojednawczo po głowie.
Mała fuknęła, ale dumnie zniosła zniewagę. Obieżyświat przyjrzał się jej ciekawie. Czubkiem głowy ledwo przerastała psa, a mimo to chłopak odnosił wrażenie, że mieściło się w niej więcej dumy niż w jakimkolwiek napuszonym sorsińskim rycerzu. Noszona prze nią miniaturowa kopia ubioru ciężkozbrojnego żołnierza piechoty i zarzucona na ramieniu tarcza komicznie kontrastowały z porośniętą kocim meszkiem niebieską twarzyczką, dużymi oczami i typowo dziewczęcymi dwoma kucykami. Halta szczerze zastanawiało jak tak małe, z pozoru delikatne stworzonko mogło przeżyć jakąkolwiek bitwę.
- Skoro już nas skądś znasz, to może wyrównasz rachunek? - zaproponował chochlikowi.
Dziewczyna podniosła na niego różowe oczy po czym odpowiedziała dumnie.
- Louise Trzecia Andrasta Quartz.
- Łoł! Chwila! - Squall pokręciła głową.
- Co? O dwa wyrazy za dużo dla twojej szarej komórki? - rzucił łucznik.
- Kaca mam, dajcie mi trochę forów - złotooka machnęła ręką niedbale.
- Pirat z kacem? - brunet uniósł niedowierzająco brew.
- Nie bądź taki cwany - uśmiechnęła się złośliwie. - Skąd u takich małych istotek biorą się takie poważne imiona? - rzuciła do Louise.
- Takie małe istotki miewają znacznie lepiej rozwiniętą kulturę od dużych durnych istotek, które przywiązują swoich kompanów do drzew pod wpływem alkoholu - odgryzła się Quartz.
- Dobrze! Tak trzymaj! - wtrącił się Halt. - Z piratami trzeba po krasnoludzku!
- Sam lepszy nie jesteś, skoro dałeś się uwiązać pod konarem wysoko nad ziemią - niebieska zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów dając wyraz swojemu zażenowaniu.
I piratka i łucznik zdecydowali się przemilczeć fakt, że właśnie nawtykała im wyrastająca ponad kolana blondwłosa dziewczyna. Las zaczynał się już przerzedzać, odsłaniając znajomą polanę.
Squall? Teraz twoja kolej, no chyba, że chcesz nadrobić opka Altowi ;P Wybaczcie, że bez ładu i składu :<
Ale przy kataklizmie pokroju Squall wszystko wydawało się blednąć.
Łucznik podciągnął się do góry i usiadł okrakiem na konarze wyliczając pod nosem najwymyślniejsze epitety. Już zanim skończyły mu się pomysły dostrzegł, że słowa po prostu nie są w stanie opisać piratki. I to zdecydowanie nie w tym dobrym sensie. Rozejrzał się w poszukiwaniu swojego łuku. Miał nadzieję, że ta małpa nie zrobiła go w konia i rzeczywiście gdzieś tu jest. Całe szczęście (trudno stwierdzić czyje - Halta czy Squall) był: wisiał na krańcu gałęzi. Halt zmrużył oczy patrząc doń podejrzliwie. Przez swoje ostatnie pasmo nieszczęść nie mógł zaufać niczemu, a zwłaszcza cienkiemu konarowi. Toteż zdecydował się nie płaszczyć jak głupek i czekać na trzask, tylko zejść niżej, gdzie drzewo mogło spokojnie wytrzymać jego ciężar. Stanął pewnie na przygiętych nogach, przeszedł metr, półtora, po czym wyciągnął rękę po swoją broń. W końcu zadowolony zsunął się po pniu na dół i ruszył drogą w stronę Hidden.
Widząc w oddali sylwetkę Squall (ich nową towarzyszkę dostrzegł nieco później) do głowy cisnęły mu się najróżniejsze pomysły na zemstę. Przyszło mu spędzić trochę czasu między korsarzami z zimnych krain północy i doświadczyć ich złośliwości. Przy tym, co ci potrafili wymyślić wybryk piratki wydawał się mało oryginalny. Ale łucznik miał swoje metody. Złotooka zaciągnęła u niego debet. Nie ma co go marnować za JEDNYM razem...
- ...to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - dotarł do niego fragment wypowiedzi Squall, gdy dogonił dziewczyny.
- A zaprowadzisz mnie do niego? - zapytała chochlikopodobna.
- Ależ oczywiście! - wtrącił się wesoło chłopak klepiąc przesadnie piratkę w plecy. - Alt na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej o jedną piątą osoby - dziewczyna poprawiła go mierząc niebieską wzrokiem. - No dobra, żartuję - uśmiechnęła się złośliwie czochrając ją pojednawczo po głowie.
Mała fuknęła, ale dumnie zniosła zniewagę. Obieżyświat przyjrzał się jej ciekawie. Czubkiem głowy ledwo przerastała psa, a mimo to chłopak odnosił wrażenie, że mieściło się w niej więcej dumy niż w jakimkolwiek napuszonym sorsińskim rycerzu. Noszona prze nią miniaturowa kopia ubioru ciężkozbrojnego żołnierza piechoty i zarzucona na ramieniu tarcza komicznie kontrastowały z porośniętą kocim meszkiem niebieską twarzyczką, dużymi oczami i typowo dziewczęcymi dwoma kucykami. Halta szczerze zastanawiało jak tak małe, z pozoru delikatne stworzonko mogło przeżyć jakąkolwiek bitwę.
- Skoro już nas skądś znasz, to może wyrównasz rachunek? - zaproponował chochlikowi.
Dziewczyna podniosła na niego różowe oczy po czym odpowiedziała dumnie.
- Louise Trzecia Andrasta Quartz.
- Łoł! Chwila! - Squall pokręciła głową.
- Co? O dwa wyrazy za dużo dla twojej szarej komórki? - rzucił łucznik.
- Kaca mam, dajcie mi trochę forów - złotooka machnęła ręką niedbale.
- Pirat z kacem? - brunet uniósł niedowierzająco brew.
- Nie bądź taki cwany - uśmiechnęła się złośliwie. - Skąd u takich małych istotek biorą się takie poważne imiona? - rzuciła do Louise.
- Takie małe istotki miewają znacznie lepiej rozwiniętą kulturę od dużych durnych istotek, które przywiązują swoich kompanów do drzew pod wpływem alkoholu - odgryzła się Quartz.
- Dobrze! Tak trzymaj! - wtrącił się Halt. - Z piratami trzeba po krasnoludzku!
- Sam lepszy nie jesteś, skoro dałeś się uwiązać pod konarem wysoko nad ziemią - niebieska zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów dając wyraz swojemu zażenowaniu.
I piratka i łucznik zdecydowali się przemilczeć fakt, że właśnie nawtykała im wyrastająca ponad kolana blondwłosa dziewczyna. Las zaczynał się już przerzedzać, odsłaniając znajomą polanę.
Squall? Teraz twoja kolej, no chyba, że chcesz nadrobić opka Altowi ;P Wybaczcie, że bez ładu i składu :<
czwartek, 26 maja 2016
Od Viserany - Atak Zabójczych Butów
Wyobraźcie sobie, że obrywacie w łeb kamieniem. Takim dużym, zimnym,
ostrym...I teraz to co tygryski lubią najbardziej - zwiększcie to
uczucie parę razy! Fajnie, co? Otóż... nie, nie fajnie.
Tak właśnie czuję się, kiedy rano...
Spokojnie. To tylko przyzwyczajenie z dawnych czasów. Po tylu latach nadal pozostaje w stanie sprawności umysłowej, nawet po takiej dawce rumu od Squall jak to było wczoraj... A może to było dziś? Nie wiem.
Podnoszę się z ziemi otwierając ostrożnie oczy. Przeciągam się, ziewam i w końcu podnoszę tyłek z ziemi. Co prawda nieostrożnie, ale na szczęście po cichu zrzucam z siebie przyklejoną Mild. To dziecko jest jak naszywka - wszyscy myślą teraz że jesteśmy takie nierozłączne, jak rodzina. Ale w sumie...
~~Nie jest tak, Vis? Okłamujesz samą siebie - to świadczy przeciwko tobie.
~Zamknij się!
~~Jakże chętnie cię wysłucham...
Zerkam szybko na młodą elfkę... Trzeba ją jakoś porządnie nazwać. Mild to też ładnie, ale taka moja natura - wszystko nazywam po swojemu!
Ona była pierwszą istotą z tych wszystkich tutaj duszyczek...
Pahale, to znaczy Pierwsza. Pasuje i tyle.
Kopię mały patyk, pozostałość po ognisku. Nawet nie patrzę gdzie idę, po prostu... Biorę torbę i ruszam.
Na początku mam trochę przytłumione myśli, zmysły wyłączone. Potem jednak słyszę wrzaski Halta, jestem prawie pewna że to on. Wyzywa Squall, nie dziwi mnie to bardzo - uśmiecham się tylko i wyobrażam sobie co też takiego zrobiła Złotooka... A no właśnie! Trzeba ją również jakoś nazwać. Jak już zaczęłam to czemu by tak nie wszystkim nadać jakieś przydomki? Ale do tego potrzebuję odpowiedniego miejsca i pomysłów.
Postanawiam przejść jeszcze kawałek w las. Wiatr wieje dosyć mocno, ale jest to przyjemne. Liście trzeszczą pod butami, a promienie słoneczne przebijają się co jakiś czas przez korony drzew. Mrużę oczy i rozglądam się za jakimś dobrym punktem obserwacyjnym.
W końcu wdrapuję się na to cholern.e drzewo. Siadam okrakiem na grubej gałęzi, opieram się o konar zamykam oczy wzdychając głośno.
Po chwili kładę torbę na nogach i wyciągam kartkę oraz rysik. Wypisuję po kolei w słupku imiona moich towarzyszy i zagryzając wargę rozmyślam nad przydomkiem dla Squall. Dziewczyna zdecydowanie uwielbia złoto, jest piratem, nawet oczy ma złote! To sprawa prosta - zostanie Sona - Złoto.
<Pozwolicie że zrobię tutaj krótką listę waszych imion i przydomków? Uwielbiam to robić! Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę>
Mild - Pahale (Pierwsza)
Squall - Sona (Złoto)
Ashlotte - Mahila (Dama)
Lisbeth - Rahasy (Tajemnica)
Ziio - Pankh (Piórko)
Atlant - Neeche (Puszek)
Malik - Kee Topee (Zielony Kapturek)
Phester - Baaz (Jastrząb)
Fresler - Asangat (Sprzeczny)
Hanneon - Kitee (Kiciuś)
Czy kogoś pominęłam? Ach, tak... Halt. Biedaczek. Cały świat kobiet przeciw niemu, co? No dobra, pomyślmy... Co by tu...Och no taaaaaaaaak! Przypominam sobie wydarzenia które miały miejsce w ciągu pierwszych 24 godzin spędzonych z chłopakiem i pisze...
Halt - Raaja (Królewiątko)
Parskam śmiechem wyobrażając go sobie jako pięknisia w jakimś cholern.ym pałacu. Zwijam papier i chowam go razem z rysikiem do torby. Przez chwilkę obserwuję otoczenie, po czym wstaję i rozglądam się. Ohohohohoho! Ładne widoczki. Patrzcie państwo, nawet naszą polankę i ruiny chaty są widoczne. Przynajmniej wiem jak trafić. Ale coś mi tu... Śmierdzi?! Taaak, to jest ten smród którego nie znoszę - dla większości istot będzie to cudowny zapach kwiatów itp. Będąc wilkołakiem w dzień pełni i mając wspomnienia związane z tymi tu... Nie polubisz tego zapachu, oj nie.
Spoglądam w dół i prawie spadam z drzewa. Pod moimi stopami stoją obrzydliwe stwory, a mianowicie...
Śliczne, prawda? Więc czemu nazywam je brzydalami?! Otóż, te panienki doskonale wiedzą kim jestem i nie chodzi tu o moją naturę tylko o samą moją osobę. Przedstawicielki tego rodu elfów mają ze mną mocno na pieńku - kiedyś poważnie obraziłam ich królową i do tej pory próbują mnie dopaść. Teraz... mają mnie na widelcu.
- Viserany, nasza śliczna koleżanko! - odzywa się jedna z nich. - Zejdź kochanie, musimy porozmawiać...
Oj, pamiętam ją. Aż zbyt dobrze - chciała wtedy wydłubać mi oczy swoimi bucikami na szpilce (tak, elfy też takie mają). Nassey - tak ją nazywały.
- Nassey, mordeczko. Nic się nie zmieniłaś. O, i nawet masz te same buty - którymi chciałaś mnie zabić. - Zeskakuję z drzewa, lądując na zgiętych kolanach. Zakładam ręce na biodra i mierzę je wzrokiem. Sześć na jedną? Nie ładnie!
- Owszem, specjalnie wypolerowałam kiedy tylko postawiłaś swoje męskie buty na naszej ziemi! - syczy.
- Oj, a ty zawsze taka spostrzegawcza byłaś! Ha, no cóż. Pogadałyśmy, ale teraz muszę wracać... Wiesz, mam pewne sprawy do załatwienia... Zamówiłam nowe buty u szewca - czas je odebrać.
- Nie przejmuj się - oddam ci swoje!
I na prawdę rzuca we mnie butem! Zdążam się uchylić, a obcas wbija się w drzewo.
- No patrz! Że też ty w tych butach nie zostałaś w miejscu... - mruczę, po czym rzucam się do ucieczki.
Byle jak najdalej, poza zasięgiem ich butów! Święty ogniu, nie sądziłam że będę uciekać przed butami!
Od piętnastu minut biegnę, unikając szpilek, sandałów, wszelkich elfich butów. Usłyszałam, że są nasączone jakimś gazem usypiającym - Nassey wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Jak oberwę, to mnie zawleką do siebie i nigdy więcej nie zjem dobrego obiadu. A tego nie zamierzałam stracić!
Kłopot w tym, że moja rana na dłoni, którą sobie sobie rozwaliłam parę dni temu, teraz się otworzyła i wystarczyło zetknięcie z butem jednej z tych panienek i leżę trupem.
Najchętniej pobiegłabym do grupy ale nie chcę im sprowadzać Zabójczych Butów na głowy. Nie mogę też walczyć - ktokolwiek w życiu walczył z butami?!
Najbliższe miasto jest bardzo daleko, szczerze to nie mam gdzie uciekać. Dlatego po prostu biegnę i po drodze strząsam z drzew owoce, odginam gałęzie, używam wszystkiego żeby tylko spowolnić te Modnisie. Będą musiały uzupełnić szafę jak już wrócą do domu. Powoli zaczynam mieć dosyć, ręka nadal krwawi i szczypie od dotykania żywicy i innych roślin.
- Albo wydarzy się cud dla mnie albo dla tych z tyłu. Choler.a jasna, bogowie, jeśli jest w pobliżu ktoś, kto może zabrać te wariatki dalej ode mnie, niech się tu zjawi a będę mu winna przysługę. I wypełnię ją bez przekrętów. Kur*a mać, poniżona przez buty!
- Cicho bądź, próbuję się skupić Pułapko! - słyszę zza drzewa spokojny głos. Nawet nie odwracam głowy, po prostu skręcam w stronę tego głosu, wpadam za to samo drzewo i opieram się o nie, dysząc ciężko. Udało mi się trochę oddalić od Zabójczych Butów, toteż nie widziały za które drzewo wpadłam.
Kiedy wreszcie uspakajam oddech patrzę na twarz... No nieeee. Następny w kapturze! Tyle że ten kaptur znam.
- Hanneon?!
<To jak będzie Han?>
Tak właśnie czuję się, kiedy rano...
Spokojnie. To tylko przyzwyczajenie z dawnych czasów. Po tylu latach nadal pozostaje w stanie sprawności umysłowej, nawet po takiej dawce rumu od Squall jak to było wczoraj... A może to było dziś? Nie wiem.
Podnoszę się z ziemi otwierając ostrożnie oczy. Przeciągam się, ziewam i w końcu podnoszę tyłek z ziemi. Co prawda nieostrożnie, ale na szczęście po cichu zrzucam z siebie przyklejoną Mild. To dziecko jest jak naszywka - wszyscy myślą teraz że jesteśmy takie nierozłączne, jak rodzina. Ale w sumie...
~~Nie jest tak, Vis? Okłamujesz samą siebie - to świadczy przeciwko tobie.
~Zamknij się!
~~Jakże chętnie cię wysłucham...
Zerkam szybko na młodą elfkę... Trzeba ją jakoś porządnie nazwać. Mild to też ładnie, ale taka moja natura - wszystko nazywam po swojemu!
Ona była pierwszą istotą z tych wszystkich tutaj duszyczek...
Pahale, to znaczy Pierwsza. Pasuje i tyle.
Kopię mały patyk, pozostałość po ognisku. Nawet nie patrzę gdzie idę, po prostu... Biorę torbę i ruszam.
Na początku mam trochę przytłumione myśli, zmysły wyłączone. Potem jednak słyszę wrzaski Halta, jestem prawie pewna że to on. Wyzywa Squall, nie dziwi mnie to bardzo - uśmiecham się tylko i wyobrażam sobie co też takiego zrobiła Złotooka... A no właśnie! Trzeba ją również jakoś nazwać. Jak już zaczęłam to czemu by tak nie wszystkim nadać jakieś przydomki? Ale do tego potrzebuję odpowiedniego miejsca i pomysłów.
Postanawiam przejść jeszcze kawałek w las. Wiatr wieje dosyć mocno, ale jest to przyjemne. Liście trzeszczą pod butami, a promienie słoneczne przebijają się co jakiś czas przez korony drzew. Mrużę oczy i rozglądam się za jakimś dobrym punktem obserwacyjnym.
W końcu wdrapuję się na to cholern.e drzewo. Siadam okrakiem na grubej gałęzi, opieram się o konar zamykam oczy wzdychając głośno.
Po chwili kładę torbę na nogach i wyciągam kartkę oraz rysik. Wypisuję po kolei w słupku imiona moich towarzyszy i zagryzając wargę rozmyślam nad przydomkiem dla Squall. Dziewczyna zdecydowanie uwielbia złoto, jest piratem, nawet oczy ma złote! To sprawa prosta - zostanie Sona - Złoto.
<Pozwolicie że zrobię tutaj krótką listę waszych imion i przydomków? Uwielbiam to robić! Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę>
Mild - Pahale (Pierwsza)
Squall - Sona (Złoto)
Ashlotte - Mahila (Dama)
Lisbeth - Rahasy (Tajemnica)
Ziio - Pankh (Piórko)
Atlant - Neeche (Puszek)
Malik - Kee Topee (Zielony Kapturek)
Phester - Baaz (Jastrząb)
Fresler - Asangat (Sprzeczny)
Hanneon - Kitee (Kiciuś)
Czy kogoś pominęłam? Ach, tak... Halt. Biedaczek. Cały świat kobiet przeciw niemu, co? No dobra, pomyślmy... Co by tu...Och no taaaaaaaaak! Przypominam sobie wydarzenia które miały miejsce w ciągu pierwszych 24 godzin spędzonych z chłopakiem i pisze...
Halt - Raaja (Królewiątko)
Parskam śmiechem wyobrażając go sobie jako pięknisia w jakimś cholern.ym pałacu. Zwijam papier i chowam go razem z rysikiem do torby. Przez chwilkę obserwuję otoczenie, po czym wstaję i rozglądam się. Ohohohohoho! Ładne widoczki. Patrzcie państwo, nawet naszą polankę i ruiny chaty są widoczne. Przynajmniej wiem jak trafić. Ale coś mi tu... Śmierdzi?! Taaak, to jest ten smród którego nie znoszę - dla większości istot będzie to cudowny zapach kwiatów itp. Będąc wilkołakiem w dzień pełni i mając wspomnienia związane z tymi tu... Nie polubisz tego zapachu, oj nie.
Spoglądam w dół i prawie spadam z drzewa. Pod moimi stopami stoją obrzydliwe stwory, a mianowicie...
Śliczne, prawda? Więc czemu nazywam je brzydalami?! Otóż, te panienki doskonale wiedzą kim jestem i nie chodzi tu o moją naturę tylko o samą moją osobę. Przedstawicielki tego rodu elfów mają ze mną mocno na pieńku - kiedyś poważnie obraziłam ich królową i do tej pory próbują mnie dopaść. Teraz... mają mnie na widelcu.
- Viserany, nasza śliczna koleżanko! - odzywa się jedna z nich. - Zejdź kochanie, musimy porozmawiać...
Oj, pamiętam ją. Aż zbyt dobrze - chciała wtedy wydłubać mi oczy swoimi bucikami na szpilce (tak, elfy też takie mają). Nassey - tak ją nazywały.
- Nassey, mordeczko. Nic się nie zmieniłaś. O, i nawet masz te same buty - którymi chciałaś mnie zabić. - Zeskakuję z drzewa, lądując na zgiętych kolanach. Zakładam ręce na biodra i mierzę je wzrokiem. Sześć na jedną? Nie ładnie!
- Owszem, specjalnie wypolerowałam kiedy tylko postawiłaś swoje męskie buty na naszej ziemi! - syczy.
- Oj, a ty zawsze taka spostrzegawcza byłaś! Ha, no cóż. Pogadałyśmy, ale teraz muszę wracać... Wiesz, mam pewne sprawy do załatwienia... Zamówiłam nowe buty u szewca - czas je odebrać.
- Nie przejmuj się - oddam ci swoje!
I na prawdę rzuca we mnie butem! Zdążam się uchylić, a obcas wbija się w drzewo.
- No patrz! Że też ty w tych butach nie zostałaś w miejscu... - mruczę, po czym rzucam się do ucieczki.
Byle jak najdalej, poza zasięgiem ich butów! Święty ogniu, nie sądziłam że będę uciekać przed butami!
Od piętnastu minut biegnę, unikając szpilek, sandałów, wszelkich elfich butów. Usłyszałam, że są nasączone jakimś gazem usypiającym - Nassey wyraźnie dała mi to do zrozumienia. Jak oberwę, to mnie zawleką do siebie i nigdy więcej nie zjem dobrego obiadu. A tego nie zamierzałam stracić!
Kłopot w tym, że moja rana na dłoni, którą sobie sobie rozwaliłam parę dni temu, teraz się otworzyła i wystarczyło zetknięcie z butem jednej z tych panienek i leżę trupem.
Najchętniej pobiegłabym do grupy ale nie chcę im sprowadzać Zabójczych Butów na głowy. Nie mogę też walczyć - ktokolwiek w życiu walczył z butami?!
Najbliższe miasto jest bardzo daleko, szczerze to nie mam gdzie uciekać. Dlatego po prostu biegnę i po drodze strząsam z drzew owoce, odginam gałęzie, używam wszystkiego żeby tylko spowolnić te Modnisie. Będą musiały uzupełnić szafę jak już wrócą do domu. Powoli zaczynam mieć dosyć, ręka nadal krwawi i szczypie od dotykania żywicy i innych roślin.
- Albo wydarzy się cud dla mnie albo dla tych z tyłu. Choler.a jasna, bogowie, jeśli jest w pobliżu ktoś, kto może zabrać te wariatki dalej ode mnie, niech się tu zjawi a będę mu winna przysługę. I wypełnię ją bez przekrętów. Kur*a mać, poniżona przez buty!
- Cicho bądź, próbuję się skupić Pułapko! - słyszę zza drzewa spokojny głos. Nawet nie odwracam głowy, po prostu skręcam w stronę tego głosu, wpadam za to samo drzewo i opieram się o nie, dysząc ciężko. Udało mi się trochę oddalić od Zabójczych Butów, toteż nie widziały za które drzewo wpadłam.
Kiedy wreszcie uspakajam oddech patrzę na twarz... No nieeee. Następny w kapturze! Tyle że ten kaptur znam.
- Hanneon?!
<To jak będzie Han?>
wtorek, 17 maja 2016
Od Louise cd Squall - Ludzie są dziwni...
Lou doskonale pamiętała swoje dzieciństwo. Zwłaszcza wieczory u
dziadków. Dziadzio zawsze palił w kominku, po czym siadał na bujanym
fotelu pykając fajkę, a obok babcia robiła na drutach, jak każda
przykładna starsza pani. I wtedy do tego ich upojnego zacisza wpadała
rozchichrana burza blond włosów z różowymi pełnymi podniecenia oczami,
nie dając już starszym Yordlom cienia szansy na cichutki wieczór.
Dziadek wtedy śmiał się czym wielkiej Hekalii, bogini rodziny zawinił,
że pokarała go wnuczętami. Aż w końcu babcia sadzała małą Lusię na
kolanach i opowiadała niesamowite historie przy słodkawo mdlącej woni
dziadkowej fajki oraz trzaskaniu ognia w kominku. Stara Recydywa miała
szeroki wachlarz opowiastek. Raz na przykład opowiadała jak to ci Wielcy
Ludzie Zachodu (tak strachliwi Yordlowie nazywali żołnierzy z Sorsiny)
pod wpływem alkoholu zaniżają się do poziomu intelektualnego górskich
trolli, wymyślając najgłupsze pomysły z możliwych. A to plują
towarzyszom do piwa, to znowu malują śpiącym męskie genitalia na twarzy,
a gdy się obudzą wmawiają im jakie to niemożliwe rzeczy wyrabiali
zeszłego wieczora. Luśka słuchała wtedy tego i nie wierzyła, jak
jakikolwiek napar może zrobić z dumnego człowieka imbecyla, albo jak w
ogóle można dać sobie zrobić cokolwiek z wymienionych przez babkę
wygłupów.
Cóż, widząc całe zajście w lesie, zdecydowanie upewniła się w fakcie, że ludzie naprawdę są imbecylami.
Zmierzyła dwójkę nieznajomych od stóp do głów. Po tym wszystkim, czego nasłuchała się w przydrożnych tawernach oraz na szlakach kupieckich, trudno było jej dopasować ich do opisów. Jednak, jakkolwiek nie byłaby zaskoczona, wszystko wskazywało na to, że niedawno jeszcze wiszący pod konarem brunet był owym niesamowitym łucznikiem, Haltem Quicksilverem, a szczerząca się dumnie kobieta postrachem mórz, Squall Repentiną.
- Powoli, bo zaboli - rzuciła do zapinającego płaszcz Obieżyświata. - Tak się kończy przysypianie w niepewnym towarzystwie.
- I to niby przypadkiem akurat ja skończyłem na drzewie? - odparł mężczyzna.
- Wybacz, ale sierściuch tak słodko spał, że aż szkoda go było ruszać - zakwiliła złośliwie.
Louise odchrząknęła głośno. Oboje spojrzeli na nią pytająco.
- Jeśli już skończyliście sobie dogryzać - zaczęła - to może ktoś mi wyjaśni co to jest to Hidden, o którym wspomniałaś i dlaczego miałabym tam nie iść?
Squall uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie, po czym teatralnie pochyliła się w pasie nad Andrastą, chociaż stojąc prosto słyszała ją przecież cąłkiem dobrze.
- A bo widzisz, tyle już tam mamy dziwadeł, że aż strach pomyśleć - powiedziała z udawanym współczuciem. - Taka mała lukrowana laleczka mogłaby nie najlepiej skończyć...
- A co? Frelser na niej usiądzie? - wtrącił złośliwie Halt. - Co najwyżej Gambit ją ogra w karty. Bardziej obawiałbym się znudzonych piratek i łamaczek kości.
- Albo chodzącej destrukcji - odgryzła się patrząc w jego stronę.
- Nie miałem NIC wspólnego z tym masztem. A ten parobek to była wina Viserany - odparł sprawdzając stan kołczanu. Nagle o czymś sobie przypomniał i spojrzał w górę. - Hej! A łuk?!
- Ojoj! Chyba o nim zapomniałam - Squall uśmiechnęła się jak niewiniątko.
Łucznik zmierzył ją morderczym spojrzeniem, po czym zaczął się wspinać. Piratka odczekała jakieś dwie sekundy i ruszyła spokojnie w las. Lou zerknęła na jedno i drugie. Co za dziwni ludzie, pomyślała doganiając Repentinę.
- Hej, a ty gdzie? - zapytała.
- Wiesz, tak się składa, ze przywiązałam do drzewa nago całkiem dobrego strzelca. Wolę nie stać na widoku, gdy odzyska łuk - odpowiedziała. - Uparłaś się, by z nami iść, co?
- Za długo was szukałam - Anda wyprostowała się unosząc dumnie głowę, by dawać nieco lepsze wrażenie. - Czyli Hidden to to małe państwo ,,dziwadeł”, o którym opowiadają?
- Opowiadają? O NAS? - Squall teatralnie wciągnęła powietrze. - Czuję się zaszczycona!
- A przyjmiecie jeszcze jednego włóczęgę? - zapytała Louise uznając poprzednią odpowiedź za potwierdzenie.
- Wiesz, to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - wzruszyła ramionami.
- A zaprowadzisz mnie do niego?
- Ależ oczywiście! - wtrącił się nagle wesoło Halt, dołączając do nich. Squall zerknęła niepewnie na łuk, ale nie dojrzała nałożonej na cięciwę strzały. - Atlant na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej jedną piątą osoby - poprawiła go Repentina jeszcze raz mierząc Louise wzrokiem z udawanym zastanowieniem. - No dobra, żartuję - dodała czochrając Yordlkę po głowie. Ta fuknęła jedynie niezadowolona, ale nic nie odpowiedziała.
Squall? Halt? Czy o razu przechodzimy do Alta? :P
Cóż, widząc całe zajście w lesie, zdecydowanie upewniła się w fakcie, że ludzie naprawdę są imbecylami.
Zmierzyła dwójkę nieznajomych od stóp do głów. Po tym wszystkim, czego nasłuchała się w przydrożnych tawernach oraz na szlakach kupieckich, trudno było jej dopasować ich do opisów. Jednak, jakkolwiek nie byłaby zaskoczona, wszystko wskazywało na to, że niedawno jeszcze wiszący pod konarem brunet był owym niesamowitym łucznikiem, Haltem Quicksilverem, a szczerząca się dumnie kobieta postrachem mórz, Squall Repentiną.
- Powoli, bo zaboli - rzuciła do zapinającego płaszcz Obieżyświata. - Tak się kończy przysypianie w niepewnym towarzystwie.
- I to niby przypadkiem akurat ja skończyłem na drzewie? - odparł mężczyzna.
- Wybacz, ale sierściuch tak słodko spał, że aż szkoda go było ruszać - zakwiliła złośliwie.
Louise odchrząknęła głośno. Oboje spojrzeli na nią pytająco.
- Jeśli już skończyliście sobie dogryzać - zaczęła - to może ktoś mi wyjaśni co to jest to Hidden, o którym wspomniałaś i dlaczego miałabym tam nie iść?
Squall uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie, po czym teatralnie pochyliła się w pasie nad Andrastą, chociaż stojąc prosto słyszała ją przecież cąłkiem dobrze.
- A bo widzisz, tyle już tam mamy dziwadeł, że aż strach pomyśleć - powiedziała z udawanym współczuciem. - Taka mała lukrowana laleczka mogłaby nie najlepiej skończyć...
- A co? Frelser na niej usiądzie? - wtrącił złośliwie Halt. - Co najwyżej Gambit ją ogra w karty. Bardziej obawiałbym się znudzonych piratek i łamaczek kości.
- Albo chodzącej destrukcji - odgryzła się patrząc w jego stronę.
- Nie miałem NIC wspólnego z tym masztem. A ten parobek to była wina Viserany - odparł sprawdzając stan kołczanu. Nagle o czymś sobie przypomniał i spojrzał w górę. - Hej! A łuk?!
- Ojoj! Chyba o nim zapomniałam - Squall uśmiechnęła się jak niewiniątko.
Łucznik zmierzył ją morderczym spojrzeniem, po czym zaczął się wspinać. Piratka odczekała jakieś dwie sekundy i ruszyła spokojnie w las. Lou zerknęła na jedno i drugie. Co za dziwni ludzie, pomyślała doganiając Repentinę.
- Hej, a ty gdzie? - zapytała.
- Wiesz, tak się składa, ze przywiązałam do drzewa nago całkiem dobrego strzelca. Wolę nie stać na widoku, gdy odzyska łuk - odpowiedziała. - Uparłaś się, by z nami iść, co?
- Za długo was szukałam - Anda wyprostowała się unosząc dumnie głowę, by dawać nieco lepsze wrażenie. - Czyli Hidden to to małe państwo ,,dziwadeł”, o którym opowiadają?
- Opowiadają? O NAS? - Squall teatralnie wciągnęła powietrze. - Czuję się zaszczycona!
- A przyjmiecie jeszcze jednego włóczęgę? - zapytała Louise uznając poprzednią odpowiedź za potwierdzenie.
- Wiesz, to nie ode mnie zależy. Alt tu rządzi - wzruszyła ramionami.
- A zaprowadzisz mnie do niego?
- Ależ oczywiście! - wtrącił się nagle wesoło Halt, dołączając do nich. Squall zerknęła niepewnie na łuk, ale nie dojrzała nałożonej na cięciwę strzały. - Atlant na pewno się ucieszy. Zawsze to o jedną osobę więcej.
- Raczej jedną piątą osoby - poprawiła go Repentina jeszcze raz mierząc Louise wzrokiem z udawanym zastanowieniem. - No dobra, żartuję - dodała czochrając Yordlkę po głowie. Ta fuknęła jedynie niezadowolona, ale nic nie odpowiedziała.
Squall? Halt? Czy o razu przechodzimy do Alta? :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)

