sobota, 18 marca 2017

Od Jumona - ,,Cicha woda"

    Stałem na brzegu jeziora, patrząc z uwagą na jego przejżystą taflę, nieskalaną nawet najmniejszym drgnięciem. Podszedłem powoli do brzegu i położyłem dłoń na skraju jeziora. Ostrożnie przesunąłem ją w kierunku wody. Zamknąłem oczy.
    Poczułem przeszywające zimno, ale nie cofnąłem dłoni. Poczekałem, aż przyzwyczaję się do temperatury wody i wyczuję każde jej najmniejsze drgania. Dopiero wtedy otworzyłem oczy i ponownie stanąłem nad brzegiem.
   Skupiłem się całym sobą i wyobraziłem, jak ta woda, którą chwilę temu poznałem, zaczyna falować. Zapewne zmarszczyłem brwi w skupieniu i wyciągnąłem mokrą dłoń w kierunku tafli. Wpatrywałem się intensywnie w lustro wody, wyobrażając sobie każdy harmonijny ruch. Ku własnej uciesze po jakiejś minucie zauważyłem delikatne fale.
     Uśmiechnąłem się, patrząc na wolno powiększające się drgania, kiedy to niszcząc mój nastrój, po wodzie pomknęła puszczona kaczka.
     - Znowu bawisz się w maga, Jumuś? - Sarazion stanął za mną z rękami w kieszeniach i szelmowskim, może nawet łajdackim uśmiechem na twarzy, co dostrzegłem gdy tylko się obróciłem.
    - W końcu jestem magiem - odpowiedziałem mu, odsuwając irytację spowodowaną wyrwaniem ze skupienia na dalszy plan.
    - Nie, nie jesteś - Sarazi zarzucił mi rękę na ramiona. - Jesteś wampirem. I cię zasmucę, bo nie ma do jedzenia nic poza sarnią krwią, co jak wiesz, wiele nam na dłuższą metę nie da.
    - Naprawdę nic? - dopytałem. Nie lubiłem zabijać ani pić krwi. Nie mogłem jednak testować swojego żołądka, będąc na głodzie potrafimy być potworami zabijającymi tak bez powodu wszystko, co się rusza.
    - Ani grama. Nawet panienek lekkich obyczajów nie ma, a myślałem, że są wszędzie. - Wzruszył bezradnie ramionami, a jego brzuch słyszalnie zawołał ,,jeść". Sarazion się skrzywił. - Znaczy... są tu jakieś stwory maści wszelakiej, ale zgaduję, że ich nie pozwolisz mi zabić - dodał po namyśle.
     - Dlaczego nikt jeszcze nie wymyślił krwi syntetycznej... - zastanowiłem się na głos. Nasze zapasy skończyły się tydzień temu, a po drodze nie było kompletnie niczego, gdzie moglibyśmy się raz a pożądnie pożywić. Starczy kilka łyków na tydzień, zwierzęca zaś wystarczy na ledwo kilka godzin, a przy tym nie uzupełnia braków energii, dlatego niechętnie sam decyduję się na ludzką.
     - Jak ktoś by wymyślił, to i tak już nie mielibyśmy zapasów - odparł nonszalancko Sarazi i wydobył sztylet zza cholewki buta. - Iść po naszą sarenkę, czy nadal głodujemy i czekamy na to, aż wybijemy wszystkich wokół?
      - Idź - westchnąłem i sam zabrałem się za przygotowanie nam kubków. Picie przez futro jest niesmaczne i niewygodne.
       Sarazion zjawił się zaledwie po kilku minutach, ciągnąc po ziemi sarnę ze skręconym karkiem. Wziął ode mnie kubki i płynnym ruchem poderżnął jej gardło tak, że krew wylewała się niczym z kranu. To, co nie zmieściło się w dwóch kubkach usytuował w garnku.
     - Smacznego. - Sarazi podał mi kubek z jasnoczerwoną, tętniczą cieczą. Co jak co, ale umiejętne spuszczanie krwi to z pewnością coś, co potrafi.
     Wypiliśmy obaj tyle, ile mogliśmy zmieścić, po czym wszystko umyliśmy w jeziorze. Czekała nas kolejna wędrówka. Usiedliśmy wygodnie na zwalonej kłodzie koło spakowanego już obozowiska.
     - Co miałeś na myśli mówiąc o tych stworach maści wszelakiej? - Spojrzałem na Jumona pytająco. - Myślisz, że to ich tereny?
      - Przypuszczam, że tak, chociaż ta grupka była dość duża ale nie wyglądali na zbyt blisko związanych, raczej na to, jakby zupełnie przypadkoem na siebie wpadli - zdawało mi się, że chce coś jeszcze dodać. Po chwili ciszy to zrobił: - Nie róbmy sobie nadziei, ale mój amulet zaświecił.
       Spojrzałem na niego z szeroko otwartymi oczami.
        - Kamienie świecą tylko, gdy używa się magii - zauważyłem, ale nie brzmiało to jak zaprzeczenie.
        - Przecież wiem - westchnął z nutą irytacji. - Ale mówię ci, że zaświecił. Na srebrno.
        - Przyjrzałeś się tej grupie? - dopytałem, patrząc na brata badawczo.
         - Nie, nie miałem czasu, szli w całkiem innym kierunku niż ja, a musiałem wracać do ciebie - odpowiedział mi, bawiąc się przydługimi kosmykami włosów. - Zresztą, nie wiem, czy po takim czasie i z jednym okiem byłbym w stanie...
         - Na pewno byś ich poznał. - Położyłem mu dłoń na ramieniu, a on skinął głową w bok.
        - Moglibyśmy tu zostać na trochę, gdyby nie brak jedzenia. - Zaczął rysować patykiem po ziemi.
         - Możemy cofnąć się do tamtej wioski i zrobić zapasy - zauważyłem. - A ten teren stale obserwować.
          - Nawet nie jestem pewny, czy to oznacza to, co nam się wydaje. - Skrzywił się. - Ale masz rację, przez jakiś czas możemy się im przyglądać.
          Nagle obaj zastygliśmy w bezruchu. Coś lub ktoś zmierzał w naszą stronę. Słyszeliśmy dokładnie kroki po liściach i łamane przez to gałązki. Gwałtowny szelest w krzakach za nami sprawił, że odwróciliśmy się gotowi do ataku, jednak zaraz opuściliśmy broń.
          - Dzień dobry - przywitałem się grzecznie, a Sarazi zmierzył tylko tę istotę spojrzeniem, pakując od razu ręce do kieszeni.

<Ktoś dokończy?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz